Wędrując po niebie z Janem HeweliuszemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



PATRONAT HONOROWY

Prezydent Miasta Gdańska

Polecają:


…Mieliśmy niebo tam, w górze, pokryte gwiazdami, leżeliśmy często na wznak i patrzeliśmy na nie w górę i rozmawialiśmy o tym, czy je stworzono, czy też znalazły się tam tylko przypadkiem… Mark Twain, Przygody Hucka




Zaczęło się


Była mroźna styczniowa noc. Wysoko na niebie migotała Kapella, najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Woźnicy. Jej złote światło padało na biały, skrzący się śnieg, a błyszcząca poświata sprawiała tajemnicze, niemal magiczne wrażenie. Nieśmiały, cieniutki księżyc – podobny do odwróconej litery C – był tuż po nowiu. Dopiero zaczynała się jego kolejna wędrówka wokół Ziemi. Nawet on nie wiedział, co wydarzy się tej nocy. Spoglądał spokojnie, z uśmiechem, w dół na uśpiony Gdańsk.

Nagle w oknie kamienicy przy ulicy Straganiarskiej rozbłysło światło.

– Abrahamie! – zawołał kobiecy głos. – Zaczęło się!

Światła zajaśniały kolejno we wszystkich oknach, a w domostwie państwa Heweliuszów nastąpiło wyraźne poruszenie.

– Co robić? Co robić?!

Abraham, w białej koszuli i przekrzywionej nieco długiej szlafmycy z pomponem, chodził nerwowo od okna do okna. To otwierał je, to zamykał. Wypatrywał czegoś, potem zamyślony odchodził. Następnie podbiegał, jakby zdecydowany na coś, i wychylał się mocno, a potem zamierał, patrząc w niebo. Może chciał uciec? A może gdzieś tam, w niebiańskiej oddali, szukał pomocy?…

– Abrahamie, Abrahamie! – rozległ się znowu kobiecy głos. Tym razem mocniejszy i pełen bólu. – Wołaj prędko Barbarę! Zaczęło się! A ja już długo nie wytrzymam!

– O miłościwy Boże Wszechmogący, ratuj mnie, biednego! – Abraham podskoczył na dźwięk głosu żony i – tak jak stał, w koszuli – wybiegł na ulicę.

Barbara – córka i pomocnica miejskiego medyka – otworzyła mu drzwi, mrużąc zaspane oczy.

– Zaczęło się… – wydyszał Abraham, z trudem łapiąc oddech. Aby dotrzeć do mieszkania dziewczyny, musiał pokonać dwadzieścia dziewięć krętych schodków.

– No i co takiego? – odpowiedziała panna spokojnie i zarzuciła fałdzisty płaszcz na ramiona, a na delikatne trzewiki założyła grube chodaki, w których łatwiej było przebrnąć przez śnieg. – Wszystko jest zapisane tam, w górze – pokazała ręką na rozgwieżdżone niebo. – Co ma być, to będzie – dodała, patrząc z lekceważeniem na przerażonego mężczyznę, który ledwie stał na nogach.

Po powrocie do domu Abraham zaszył się w kuchni. Nagle poczuł, że musi NATYCHMIAST wypróbować, czy piwo według jego najnowszej receptury dojrzało. Właściciel browaru i piwowar musi przecież zawsze być czujny i pilnować interesu w dzień i w nocy. Barbara już była na miejscu, pomagała żonie, nic tam było po nim. Nalał więc sobie do szklaneczki odrobinę złocistego płynu i wypił jednym haustem. Od razu zrobiło mu się lepiej. Nalał więc jeszcze troszkę…

– Panie Abrahamie! – obudziło go nagle wołanie dziewczyny.

– Co? Zaczęło się? – wybiegł nieprzytomny z kuchni.

– Wręcz przeciwnie, już po wszystkim. Ma pan syna! – powiedziała Barbara, a potem rzuciła się podnosić go zemdlonego z podłogi.

Był rok 1611.


Drabina na księżyc


Od owej gwiaździstej nocy minęło siedem lat. Syn państwa Heweliuszów miał na imię Jan i sprawiał im mnóstwo radości, ale też wiele kłopotów. Nie chciał się bawić ze swoimi siostrami, nie interesował go browar taty, nie lubił pomagać w domu mamie, najchętniej spał albo wylegiwał się całymi dniami w łóżku i oglądał książki. Rodzice początkowo byli dumni z książkowych zainteresowań syna.

– Może jakiś filozof z niego wyrośnie… – Kordula Heweliuszowa czułym okiem spoglądała na dziecko.

– Albo medyk… – Abraham miał bardziej praktyczne usposobienie. – Będzie nas leczył na starość, zobaczysz! – uśmiechnął się do żony.

Pewnego jednak dnia wyjaśniła się tajemnica zainteresowań Janka. Ojciec, którego od kilku dni męczyły wapory*, wstał w nocy, aby wypić trochę wody. W drodze do kuchni zajrzał do pokoju dzieci. Wszystkie spały cicho, zanurzone w puchowych kołderkach i tajemniczych snach. Tylko łóżko Jasia było puste…

Gdzie ten huncwot się podziewa? – przestraszył się Abraham.

Zaczął szukać syna po całym domu, wołać, robić hałas, trzaskać drzwiami i kląć pod nosem. Janka ani śladu. Zbudzili się za to pozostali domownicy i zdenerwowani wybiegli ze swoich sypialni.

– Co się stało!? – Kordula przeraziła się gwałtownym zachowaniem męża.

– Janka nie ma – wyszeptał Abraham. – Jak kamień w wodę. Rozpłynął się. Wszędzie go szukałem. W całym domu! Chyba go kto porwał. Nasz jedyny syn!

– Ale, tatku, Jasia nie ma W DOMU, bo on jest PRZED DOMEM! – zawołała Konstancja.

– Cóż to znaczy?! – wykrzyknął ojciec i wybiegł przed kamienicę. Za nim, z niemałym trudem, podążała Kordula, przydeptując długą koszulę nocną, i trzy bose córki.

A Janek rzeczywiście, siedział sobie zadowolony na szczycie balustrady przy schodkach i spoglądał w niebo.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknął Abraham. – Szukam cię wszędzie, wszystkich pobudziłem, sam chory, ledwie żywy, a ty co?

– Ja? – zdziwił się chłopak, że nagle cała rodzina w środku nocy pojawiła się wokół niego. – Ja… oglądam sobie niebo.

– Janku, ojciec mało nie umarł z przerażenia o ciebie! Jak możesz być tak nieposłuszny? – załamała ręce matka.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że tatko się obudzą i przestraszą… Księżyc świecił za oknem tak jasno, że nie mogłem spać… Chciałem zobaczyć go z bliska. Myślałem, że jak wyjdę przed dom, to bliżej niego będę, ale tu tak samo do niego daleko jak z okna mojego pokoju. Zastanawiałem się właśnie, skąd by tu wziąć taką długaśną drabinę, żeby do księżyca dosięgnąć… i wtedy przyszliście.

– Dość już tych głupstw! – przerwał Abraham, bo zupełnie nie wiedział, co ma myśleć o zainteresowaniach syna. – W naszej rodzinie sami zacni kupcy i piwowarzy z pokolenia na pokolenie. Nikt się magią i księżycami nie będzie zajmował! Czas spać!


– To dlatego on taki w ciągu dnia śpiący… – mruczał do żony Abraham już w łóżku. – Dlatego tak wciąż w tych książkach z nosem siedzi… Do księżyca po drabinie chce mu się wejść! Dosyć tego! Urwis nam i magik jakiś rośnie. Do szkoły go trzeba posłać. Niezwłocznie! – wycelował palcem w żonę, spodziewając się odpowiedzi.

Ale Kordula nic nie odpowiedziała. Spała. Śniło jej się, że Janek siedzi na księżycu i łapie ręką gwiazdy…


Profesor od nieba


Dzwony w kościele Świętej Katarzyny grały chorał na godzinę siódmą, gdy Janek wraz z ojcem podążali do szkoły. Gimnazjum akademickie, do którego został zapisany chłopiec, znajdowało się aż przy kościele Świętej Trójcy. Daleko trzeba było iść. Była to jednak najlepsza szkoła w mieście i Abraham zdecydował, że Jasia tam właśnie trzeba umieścić. Co prawda Janek miał dopiero siedem lat, a do gimnazjum chodzili dużo starsi od niego chłopcy, jednak ojciec ustalił z rektorem, że chłopiec będzie uczył się prywatnie według swoich możliwości.

Ciężko było wstać rano… Oczy zamykały się same i nogi plątały niebezpiecznie, a głowa dziwnie ciążyła…

– Koniec z nocnymi harcami! – powiedział (nie bez satysfakcji) Abraham, wywlekając nieprzytomnego syna z łóżka. – Patrzenie w niebo i nicnierobienie musisz wybić sobie z głowy! Czas na prawdziwą naukę!

Janek bardzo się bał tego gimnazjum akademickiego. Już sama nazwa brzmiała poważnie i złowrogo.

– To Gdańskie Ateneum, szkoła o najwyższym poziomie nauczania. Tu nie ma żartów! – tłumaczył Abraham Korduli, a Janek kurczył się i martwił, że te wysokie poziomy zabiorą mu cały czas i nie będzie mógł robić tego, co ciekawiło go najbardziej – patrzeć w niebo i myśleć.

 

Bo niebo było zjawiskiem niezwykłym. Chłopiec wciąż zastanawiał się, co tam, w górze, ukryte jest pomiędzy chmurami. W nocy lubił patrzeć na błyszczące gwiazdy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Czym są te migoczące tajemnicze punkty? Jak daleko się znajdują? Dlaczego świecą i kto poukładał je w regularne kształty? Dlaczego Księżyc się zmienia? Jak to się dzieje, że po nocy następuje dzień, gasną Księżyc i gwiazdy, a zaczyna świecić Słońce?

To wszystko fascynowało Janka, który postanowił, że kiedyś dowie się tego i jeszcze wielu innych interesujących go rzeczy.

Ale na razie trzeba było iść do szkoły… Dzień rozpoczynał się nabożeństwem i modlitwami. Potem lekcje łaciny i greki. Śpiewanie psalmów i nauka pięknej wymowy. Wreszcie matematyka. I tu spotkała Janka wielka niespodzianka. Zajęcia z matematyki i nauk ścisłych prowadził profesor Piotr Krüger.



– Ludzie od pradawnych czasów w różnych częściach naszego globu zadawali sobie pytania, kiedy powstał świat i jak długo będzie istniał – nauczyciel rozpoczął swój wykład. – Jedni uważali, że stworzenie świata jest dziełem mocy nadprzyrodzonych i bóstw, inni natomiast, zawierzając rozumowi, szukali wytłumaczeń bardziej naukowych. W ten właśnie sposób zaczęły tworzyć się podstawy nauk o pochodzeniu poszczególnych ciał niebieskich i świata oraz o prawach nimi rządzących. My, w ramach naszych zajęć, będziemy się również o tym uczyć – mówił, a oczy mu błyszczały. – Nie można jednak poznawać kosmosu bez własnych badań. Zatem obserwacje astronomiczne będą częścią naszych zajęć – dodał.

Janek podniósł głowę i spojrzał na nauczyciela. Pomyślał, że lubi szkołę, a przede wszystkim tego profesora od nieba.


Wyjazd


– Nadszedł już czas – powiedział Abraham do zgromadzonej przy stole rodziny – najwyższy czas – podkreślił – aby Jan opuścił nasz dom.

– Jak to? – zdziwił się chłopiec. – Dlaczego, tato?

– Musisz nauczyć się biegle języka polskiego i polskich obyczajów. Chociaż Gdańsk żyje własnym życiem i rządzi się swoimi prawami, to jednak bez Rzeczypospolitej nie byłby tym, czym jest. Koronę Polską łączy bowiem z Gdańskiem dobra współpraca, o którą zabiegali twój dziad, pradziad i inni przodkowie. Chciałbym, abyś przejął po mnie browar i interesy kupieckie. Będziesz wtedy z obywatelami polskimi miał wiele do czynienia. Czas, żebyś poznał ich bliżej.

– Ale jak to? Tato? Mamo?

– Nie odwołuj się do matki! Ona ci tu nic nie pomoże. Wspólnie postanowiliśmy, że wyjedziesz w przyszłą niedzielę.

– A dokąd, ojcze?

– Do Królewca. Będziesz mieszkał u rektora tamtejszego uniwersytetu, w którym przyjdzie ci studiować.

– A czy gimnazjum mi nie wystarczy?

– Rozmawiałem z profesorem Krügerem. Orzekł, że masz wielkie zdolności, a w Polsce nauki wysoko stoją. Chwalił tamtejszych nauczycieli i brać studencką. Tu nauczyłeś się pisać, czytać i nieco rachować, teraz potrzebna ci szersza wiedza.

Jan zasmucił się, że będzie musiał wyjechać z domu i rozstać się z rodziną. Bardzo też było mu przykro, że to profesor Krüger wysyła go w tę daleką podróż. Pewnie nie chce już uczyć go nieba…

Następnego dnia w szkole siedział smętny, zamyślony i nie ożywił się nawet na lekcji z ulubionym nauczycielem.

– Co się dzieje, Janku? Jakiś przybity jesteś. Źle się czujesz?

– Nie… – chłopiec spojrzał na profesora i znowu zrobiło mu się przykro. – Tylko tatko mówią, że profesor każe, żebym wyjechał na nauki. Tak więc pomyślałem, że pewnie profesor już nie chce mnie uczyć o niebie…

– Janku! – wykrzyknął matematyk. – Coś ty wymyślił?! Toż ja właśnie dlatego twemu ojcu podpowiedziałem ten wyjazd, żebyś mógł podszkolić się w potrzebnej ci wiedzy i lepiej zrozumieć sprawy astronomii!

Chłopiec spojrzał zdziwiony na nauczyciela.

– Tu poznałeś to, co mogłeś. Na uniwersytecie nauczysz się dobrze łaciny i greki. Nie zapominaj, że starożytni Grecy słynęli z uprawiania wielu nauk – filozofii, geometrii i astronomii. Wrócisz mądrzejszy i lepiej przygotowany do pracy ze mną w dostrzegalni ciał niebieskich. Ja z tobą, chłopcze, wielkie nadzieje wiążę…

Janek Heweliusz rozjaśnił się cały, a po skończonych lekcjach w podskokach przybiegł do domu.

– Tato, to kiedy ten wyjazd?

– A co tobie naraz tak spieszno? – Kordula w cichości serca wcale nie cieszyła się na te nowe nauki syna.

– Szybko pojadę, to i szybko wrócę! – zawołał chłopak wesoło.

Nie tak to będzie szybko – pomyślała matka, wyjmując pachnące ciasto z pieca. – Pięć lat… Wyjedzie chłopiec, wróci szesnastoletni mężczyzna. Jak ja to zniosę?

– Będzie nas odwiedzał – powiedział Abraham, a Kordula uśmiechnęła się, bo nie po raz pierwszy zdarzyło się, że mąż czyta w jej myślach.


Złoty napój


– Ja ci nie przeszkadzam w tych twoich marzeniach o niebie – powiedział Abraham po powrocie syna z nauki w Królewcu. – Już przyzwyczaiłem się do nich. Zresztą udowodniłeś, że potrafisz dobrze się uczyć i pracować jak trzeba. Ale to, co chcę ci dzisiaj zdradzić, to ogromna tajemnica i wielka sztuka.

– Co to takiego? – zaciekawił się Jan.

– Przepis na warzenie piwa jopejskiego, synu. To złoty napój, który przyrządzać można tylko raz do roku w zimie, bo potem cały rok musi dojrzewać. Chodź ze mną – skinął ręką i chwycił lichtarz ze świecami.

Zeszli do piwnicy. Mieścił się tam browar, a w nim wszystkie składniki i naczynia potrzebne do produkcji piwa.

– Tajemnica jest taka: do uzyskania stu litrów zwykłego piwa potrzebnych jest sto gramów chmielu. My do naszego piwa jopejskiego dajemy osiemset gramów – spojrzał z dumą na syna. – Zwyczajne piwo, zresztą niewiele warte, gotuje się dwie godziny. My nasze musimy gotować dziesięć godzin, żeby uzyskało ten niepowtarzalny aromat, odpowiednią gęstość i wyborny smak. I teraz najważniejsze… – Abraham zniżył głos do szeptu, a Janek miał wrażenie, że za chwilę dostąpi jakiegoś niezwykłego wtajemniczenia. – Nasze piwo możemy warzyć tylko zimą, bo najistotniejszy jest proces jego chłodzenia. Żeby miało swój wyjątkowy smak i moc, musi się oziębić natychmiast. A zatem, mój synu, po tych dziesięciu godzinach gotowania nasz gęsty, złoty płyn przelewamy do dużych płaskich wanien i wystawiamy na mróz. Czekamy, aż się zupełnie schłodzi. Następnie wanny wnosimy do specjalnych piwniczek. Chodź tu, mój drogi, zaraz ci coś pokażę.

Abraham zszedł z synem jeszcze kilka stopni niżej. Znajdowała się tam piwniczka z kilkoma zamkniętymi pomieszczeniami. Ojciec uchylił drzwi jednej z nich i szybko zamknął. Janek poczuł mocny, gryzący zapach pleśni.


– Co tam było, ojcze? – zapytał chłopak, z obrzydzeniem zatykając nos.

– Cud natury, mój kochany – zaśmiał się Abraham. – Tylko w tych warunkach piwo jopejskie może fermentować i nabierać wybornego smaku. Pieczołowicie wyhodowana pleśń pokrywa ściany i podłogę naszych piwniczek.

Janek nie wydawał się specjalnie zachwycony.

– No, ale wróćmy do przepisu na złoty napój – Abraham położył rękę na ramieniu syna. – Zapamiętaj to dobrze – ostudzone na mrozie piwo fermentuje w tych oto piwniczkach przez dziewięć tygodni. Dopiero wtedy przelewamy je z wanien do beczek i musi leżakować jeszcze dwanaście miesięcy! A potem… – sam spróbuj.

Abraham podszedł do ściany, przy której rzędem ustawione były pękate beczki, i odkręcił kurek jednej z nich. Do kubka pociekł powoli ciemnożółty, gęsty płyn. Ojciec podał naczynie synowi i spojrzał z wyczekiwaniem.

– Oto najwyższy stopień wtajemniczenia – szepnął.

Janek podniósł kubek do ust i popił. Piwo miało intensywny zapach, gorzki smak i paliło w gardle. Już chciał wypluć to paskudztwo, kiedy spojrzał na ojca w uniesieniu oczekującego na reakcję syna. Przełknął więc prędko i otrząsnął się.

– Mocne – powiedział tylko.

– Wiedziałem! Wiedziałem! – zakrzyknął wówczas Abraham. – Mój jedyny spadkobierca! Mój najdroższy syn! – zaczął ściskać Jana i całować z zachwytem.

A chłopak zaniepokoił się – czy będzie musiał wypić w życiu całe piwo, które mu ojciec uwarzy?…


Spotkania pod gwiazdami

W pracowni profesora Krügera było zupełnie ciemno. Przyrządy do obserwacji nieba stały rzędem, czekając na dociekliwe oczy. Janek uczył się przy swoim mistrzu spoglądania przez kwadranty, sekstanty, oktanty, lunety; dostrzegania gwiazd, ich konstelacji, układów i odróżniania ich od planet.

– Astronoma powinna cechować przede wszystkim dokładność i cierpliwość – tłumaczył nauczyciel. – Badacz nieba nie może nigdy ulegać złudzeniom, nie powinien zatem zawierzać wynikom tylko jednej swojej obserwacji. Należy, mój drogi, dokonać dziesiątek pomiarów, setki razy sprawdzić obliczenia, żeby dopiero na koniec zapisać jeden dobry wynik.

– Potrafię być cierpliwy, panie profesorze.

– Wiem, Janku, wiem. Ważny jest również dobry wzrok. Nieustannie ćwicz swoją spostrzegawczość, ale nie przemęczaj oczu. Dbaj o nie, bo przecież są twoim najważniejszym instrumentem obserwacyjnym.

– Mam świetny wzrok, panie profesorze. Widzę daleko, dokładnie i lepiej od innych.

– Wiem, chłopcze, wiem. Ale to jeszcze nie wszystko. Obserwacja astronomiczna to nie tylko radość z oglądania z bliska tego, co znajduje się tak daleko. To nie tylko przyjemność obcowania z tajemnicami kosmosu. To nie tylko zadowolenie ze śledzenia ruchu planet i dokonywania pomiarów położenia gwiazd względem siebie. Astronom musi umieć wyciągać wnioski. Oczekuje się od niego, aby wiedział, dlaczego i po co zachodzą zmiany w kosmosie. Aby do tego dojść, Janku, trzeba wiele pilności, wiele nauki, wiele czasu. Trzeba też zapoznać się z odkryciami innych astronomów.

– Ja, panie profesorze, jestem na to wszystko gotowy.

– Wiem, Janku, wiem. Porozmawiajmy zatem dzisiaj o tym, czym właściwie jest kosmos.

Janek odszedł od lunety i usiadł przy stole, żeby notować.

– Greckie słowo kosmos – rozpoczął Krüger – znaczy dokładnie dobry ład i określa harmonię nie tylko świata przyrody, ale także moralne zdyscyplinowanie czy nawet elegancję w stroju. Kosmos Greków był zawsze rozumiany jako słuszność, piękno i porządek wszystkich rzeczy. Podsumowaniem wczesnego etapu greckiej nauki o kosmosie jest teoria matematyka, geografa i astronoma aleksandryjskiego Klaudiusza Ptolemeusza – tu nauczyciel przerwał dla złapania oddechu.

– A jaka to teoria? – nie wytrzymał Janek, który słuchał i notował z wypiekami na twarzy.


– Poczekaj, zastanawiam się właśnie, jak ci to najprościej wyjaśnić – uśmiechnął się profesor. – Gdy w bezchmurną noc spoglądamy w niebo – zaczął opowiadać – wydaje się nam, że świecące gwiazdy i Księżyc są przymocowane do wewnętrznej powierzchni ogromnej kopuły, która nas otacza. Niewielu ludzi zastanawiało się, co znajduje się poza tą kopułą. Dopiero grecki uczony Arystoteles zaczął interesować się tym, dlaczego statki na morzu znikają za horyzontem, skoro Ziemia jest płaska. Gdyby świat był płaski, sylwetki statków stawałyby się stopniowo coraz mniejsze, ale nie znikałyby! To dziwne zjawisko można wytłumaczyć tylko zakrzywieniem powierzchni Ziemi. Zatem Arystoteles dowiódł, że Ziemia jest kulą! – Krüger zaśmiał się z zadowoleniem. – Dowiódł również, że wszystkie planety mają kształt kuli i poruszają się po niebie. Nawet samo słowo planeta pochodzi z języka greckiego i oznacza w dosłownym tłumaczeniu wędrowca.

 

– To jak to jest? Planety się poruszają, a Ziemia stoi w miejscu? Nic z tego nie rozumiem… Profesorze, mówił pan wcześniej coś o teorii Ptolemeusza – niecierpliwił się Janek.

– Poczekaj, nie tak prędko. To trudne sprawy i wszystko trzeba wyjaśnić po kolei – Krüger próbował trochę uspokoić zapędy swojego ucznia. – Teoria Ptolemeusza zakładała, że Ziemia, która jest kulą, znajduje się w centrum świata i nie porusza się, a Słońce, Księżyc oraz wszystkie inne ciała niebieskie krążą wokół niej. Wydaje się przecież, że codziennie wędrują po niebie nad nami, prawda?

– Tak jest – odpowiedział Jan z przekonaniem. – Ja, na przykład, nie czuję, żeby Ziemia się poruszała. Gdyby tak rzeczywiście było, nie moglibyśmy przecież nic robić ani normalnie żyć!

Profesor roześmiał się.

– Popatrz na gwiazdy przez godzinę lub dłużej, a zobaczysz, że całe niebo jakby obraca się nad twoją głową – rzekł. – Gwiazdy wschodzą na wschodzie, a zachodzą na zachodzie. Ten nocny spektakl jest dowodem na to, że Ziemia obraca się wokół własnej osi. My nie musimy tego czuć i zresztą dobrze, że tak jest.

– Jeśli gołym okiem można zobaczyć, że Ziemia się porusza, to dlaczego tak długo trzymano się teorii Ptolemeusza? – dociekał Jan.

– W tamtych czasach uczeni greccy uważali, że człowiek zajmuje najważniejsze miejsce, zatem Ziemię zamieszkaną przez ludzi uczyniono centrum kosmosu – odparł nauczyciel.

– Podoba mi się ta teoria – uśmiechnął się Heweliusz.

– Człowieka powinna cechować przede wszystkim pokora – Krüger spojrzał surowo na Jana. – Podręcznik Ptolemeusza, w którym opisał on dokładnie swoją teorię geocentryczną, stanowił przez trzynaście stuleci jedyne oficjalne źródło wiedzy astronomicznej – kontynuował profesor. – Dopiero niedawno pojawił się ktoś, kto całą tę grecką teorię wywrócił do góry nogami.

– Mikołaj Kopernik! – wykrzyknął Jan, który chciał pochwalić się przed mistrzem swoją wiedzą.

– Dokładnie on – uśmiechnął się Krüger. – Niezwykły ten młodzieniec pobierał nauki w Krakowie w tamtejszej sławnej akademii. Już wtedy zastanawiał się nad budową świata. Po wielu latach wnikliwych badań, żmudnych obliczeń i obserwacji, udowodnił wreszcie, że Słońce jest nieruchome, a Ziemia i inne planety krążą wokół niego.

– I tak powstała teoria heliocentryczna – wtrącił z dumą Heweliusz.

– Tak – kiwnął głową nauczyciel. – Ale żeby ta nowa, rewolucyjna teoria mogła być publicznie ogłoszona, Mikołaj Kopernik musiał ją w całości i w każdym szczególe poprzeć dowodami.

– Które czerpał z systematycznych obserwacji i obliczeń – dodał Janek.

– Właśnie tak. Żeby poznać prawdę, musiał śledzić i obliczać drogi planet i drogę Księżyca. To olbrzymia praca.

– A jakie miał instrumenty do obserwacji nieba? – zapytał chłopak, spoglądając przy tym na porozstawiane narzędzia profesora.

– Głównymi i najlepszymi instrumentami obserwacyjnymi Mikołaja Kopernika były jego własne oko i genialny mózg – pokiwał głową Krüger. – Ten wielki uczony niestety nie miał w swojej dostrzegalni we Fromborku takich narzędzi, jakie mają dzisiejsi astronomowie. W tamtych czasach nie znano jeszcze lunety…

– Szkoda… – westchnął Janek.

– No właśnie. Dopiero włoski astronom, Galileusz, spojrzał na niebo przez lunetę – profesor pokazał ręką na stojący w rogu pracowni instrument. – Zachwycił go ten wynalazek tak bardzo, że wkrótce zaczął go przerabiać i sam budował coraz doskonalsze modele teleskopów. Najsilniejszy z nich powiększał około trzydziestu razy! Dzięki temu urządzeniu włoski uczony odkrył cztery największe księżyce Jowisza oraz różne fazy planety Wenus**. Stwierdził, że Droga Mleczna składa się z wielu tysięcy odległych gwiazd. Dzięki lunecie Galileusz zrozumiał, że jego obserwacje nieba potwierdzają teorię Kopernika! Wyobrażasz sobie? – Krüger przerwał na chwilę i popił łyk grzanego piwa jopejskiego z żółtkiem i korzeniami. – Zimno tu – okrył się szczelniej płaszczem. – Może już czas skończyć dzisiejszą lekcję? – zapytał i uśmiechnął się, bo uczeń już go nie słuchał, tylko sam spoglądał na niebo przez lunetę.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?