ZiukTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ziuk
Ziuk
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80  34,24 
Ziuk
Ziuk
Audiobook
23,90  17,45 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Anna Czerwińska-Rydel
Ziuk

Opowieść o Józefie Piłsudskim

Ilustracje: Magdalena Pilch

Strona redakcyjna

Anna Czerwińska-Rydel

Ziuk Opowieść o Józefie Piłsudskim

tekst © Anna Czerwińska-Rydel

ilustracje © Magdalena Pilch

wydawca © Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

wydawca © Wydawnictwo Literatura

Koordynacja projektu i konsultacja merytoryczna: Zespół Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

Redakcja i korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Dofinansowano ze środków MKiDN w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Fotografie w książce pochodzą ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego, Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz z domeny publicznej www.shutterstock.com

Zdjęcia na okładce i wyklejkach kolorowała Anna Marjańska. Fotografia Wisławy Szymborskiej na s. 96: Michał Rusinek

Wydanie I

Łódź 2018

Sulejówek 2018

ISBN 978-83-7672-597-0

Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

ul. Oleandrów 5

05-070 Sulejówek

www.muzeumpilsudski.pl

Wydawnictwo Literatura

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Nikt nie wie, jak wiele jest we mnie zawsze małego Ziuczka Józef Piłsudski


20 maja 1935, Sulejówek

W pokoju panował półmrok. Okna były zasłonięte grubymi kotarami. Delikatne światło lampy otulało fotel, na którym siedziała młodziutka dziewczyna, i odbijało się od złotej, błyszczącej trąby stojącego na stoliku patefonu [1].

Dziewczyna podeszła do stolika, ujęła w rękę korbę i zakręciła nią mocno. Coś zgrzytnęło, jęknęło, zatrzeszczało i z trąby popłynął mocny, ale równocześnie łagodny męski głos z charakterystycznym wileńskim zaśpiewem:

Stoję przed jakąś dziwaczną trąbą i myślę, że głos mój ma się oddzielić ode mnie i pójść w świat beze mnie, jego właściciela. Zabawne pomysły mają ludzie! Doprawdy, trudno się nie śmiać z tej dziwnej sytuacji, w której nagle głos pana Piłsudskiego się znajdzie. Wyobrażam sobie tę zabawną chwilę, gdy jakiś ananas korbą nakręci, śrubkę naciśnie – i jakaś trąba, zamiast mnie, gadać zacznie. Ciekawe! Chciałbym widzieć wtedy zebrane dzieci, do których ta trąba ludzkim głosem gada. A gdy pomyślę, że wśród tych dzieci nagle znaleźć się mogą moje własne, które na pewno pomyślą, że tatuś z nimi gdzieś za trąbą w chowanego się bawi, pusty śmiech mnie bierze, że ten biedny mój głos, ode mnie oddzielony, przestał nagle być moją własnością i należy już nie wiem do kogo, nie wiem do czego: do trąby czy do jakiegoś akcyjnego towarzystwa. Najzabawniejsza jest jednak myśl, że kiedy mnie już nie będzie, głos pana Piłsudskiego sprzedawany będzie za trzy grosze gdzieś na jarmarkach, prawie na funty, jak pierniki, prawie na łuty, jak jakie cukierki. Powiadają, że to jest uwiecznienie... [2]

Dziewczyna zatrzymała płytę i usiadła w fotelu. Wtuliła głowę w oparcie i zamknęła oczy. Chciała przypomnieć sobie wszystko od początku. Cofnąć się o prawie siedemdziesiąt lat...


5 grudnia 1867, Zułów

– Widzisz ten dom? – zapytał kompana rosyjski oficer. – Cały oświetlony, a jest środek nocy...

– Pewnikiem te Polaki znowu jakieś tajne, niepodległościowe zebranie zorganizowali – zdenerwował się drugi oficer. – Lepiej pojedźmy to sprawdzić. Tych nieszczęsnych Lachów [3] trzeba cały czas kontrolować. Durny, paskudny naród – splunął z obrzydzeniem.

Podjechali pod bramę.

– Kto tam po nocy jedzie?! – zawołał Antoni, który usłyszał tętent kopyt i rżenie koni.

– Kontrola carska! Otwierać! – odkrzyknęli oficerowie.

Sługa podbiegł z łuczywem do bramy, otworzył i wpuścił żołnierzy.

– Panowie, ja bardzo proszę – zgiął się w ukłonie. – My tu mamy ciężką noc. Pani...

– Milcz! – wrzasnął jeden z przybyłych. – Wpuść nas do środka.

– Kiedy ja nie mogę... Pani... Pani... – Antoni zaczął się jąkać.


– Cooo?! – ryknął oficer. – Nie chcesz carskich oficerów wpuścić?! A może na katorgę chcesz? Albo podyndać na szubienicy wolisz?! Hę?!

– Nie... Ja... Ja...

– Co się tu dzieje? – Przed dwór wyszedł pan Piłsudski [4].

– To MY chcemy wiedzieć, co się dzieje – oficerowie zeskoczyli z koni i wdarli się do środka przez uchylone drzwi. – Tajne zebranie konspiracyjne urządzacie w środku nocy, ha?

– Jakie zebranie? – Pan Józef, który właśnie uraczył się w kuchni napojami na wzmocnienie, kompletnie nie mógł zrozumieć, o co chodzi żołnierzom.

– One nigdy nic nie wiedzą, te Polaki. A potem nagle wybucha powstanie – wysyczał Rosjanin. – Ale nie z nami takie zabawy. My was wytropimy wszędzie i podusimy jak pchły!

W tym momencie rozległ się płacz noworodka, a zdyszana i spocona panna Celina [5] wybiegła ogłosić kuzynowi ważną nowinę.

– Masz drugiego syna! – wołała już z daleka. – Jest duży, zdrowy i piękny! Maria zmęczona bardzo, ale prosi, żebyś przyszedł zobaczyć dziecko – była tak rozgorączkowana, że dopiero po chwili zauważyła rosyjskich żołnierzy. – A panowie tu w jakiej sprawie? – zapytała chłodno.

– My... – oficer, który zorientował się wreszcie, dlaczego dwór jest cały oświetlony, poczerwieniał na twarzy, a potem krzyknął do kompana: – Jedziemy! To tylko dziecko się urodziło. Polskie. Wielkie mi coś.


15 grudnia 1867, Zułów

– Załóż mu, Konstancjo [6], tę białą koszulkę – poprosiła pani Maria. – Tę, co to nieśliśmy w niej do chrztu i Helę, i Zosię, i Bronia [7]. Paulina ją porządnie wyprała i wykrochmaliła. Pachnie świeżo, a bieluśka jest jak śnieg.

– Dobrze, już ubieram mojego chrześniaka – kobieta uśmiechnęła się i podeszła do kołyski. – Nasz Józiuczek będzie dzisiaj chrzczony! Tak! Józiuczek, Ziuczek, Ziuk! – gruchała do malucha.

– Kolejne moje dziecko urodziło się w niewoli – westchnęła pani Piłsudska. – A przecież powstanie [8] mogło zakończyć się dla nas tak szczęśliwie! Miałam wielką nadzieję, że Polska wreszcie będzie wolną Polską. Że nasze dzieci będą mogły normalnie żyć, rozmawiać po polsku, czuć się Polakami, że będziemy wolni... Wciąż nie mogę się z tym wszystkim pogodzić – otarła łzy.


– Przyjdzie jeszcze czas na walkę zbrojną. Przyjdzie... – odezwał się nagle pan Piłsudski, który wszedł do pokoju. – Tymczasem krzewienie polskości w rodzinie też jest rodzajem walki. Zaborcy chcą nas zniewolić i wybić, a my na przekór wszystkiemu będziemy wychowywać nasze dzieci do wolności. – Podszedł do kołyski. – Czy mój syn jest gotowy do chrztu? – pochylił się nad niemowlęciem. – O! Jaką ma poważną minę! Chyba wie, że czeka go wielka uroczystość. Czas do kościoła, miłe panie.

Opatuleni w ciepłe kożuchy rozsiedli się w saniach, które powiodły ich do małego drewnianego kościółka pod wezwaniem Świętego Kazimierza w Powiewiórce – miejscowości należącej do majątku sorokpolskiego, sąsiadującego z dobrami zułowskimi.

– Jak chcecie dać dziecku na imię? – zapytał ksiądz proboszcz Tomasz Zwoliński, pochylając się nad niemowlęciem.

– Józef, po mnie – odpowiedział z dumą ojciec. – I na drugie Klemens, bo urodził się w dniu tego patrona.

– A zatem Józefie Klemensie, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

– Amen! – odpowiedzieli chórem i przeżegnali się, a ksiądz polał główkę maleńkiego chłopca wodą.

Rozległ się krzyk niemowlęcia, które obudziło się od zimnej kąpieli.


Po uroczystości kościelnej rodzina pojechała saniami do dworu na uroczysty obiad, który przygotowała kucharcia Zuzanna z pomocą służących. Jadło było przewyborne – najpierw podano rosół z domowym makaronem i barszcz z fasolą na wędzonce. Potem na stół wjechały mięsa – pieczone kury, duszone króliki w śmietanie, sarnina natarta rozmaitymi ziołami i dzik polewany winem. Do tego kołduny litewskie, kasza ze skwarkami, kapusta z jabłkami i gruszki w winie. Na koniec służące wniosły desery: torty przełożone kremem i sękacz prawie tak wysoki, jak wieża kościoła w Powiewiórce.

 

– Alem sobie podjadł – uśmiechnął się pan Józef. – Te chrzciny, Maryniu, to wspaniała sprawa! Musimy chyba częściej je wyprawiać! – roześmiał się i mrugnął do żony.

– I tak już co roku je wyprawiamy – odpowiedziała pani Maria. – Częściej się nie da.

– Chyba żeby były bliźniaki albo trojaczki! – odezwała się panna Celina z przekąsem.


– Nie wiem, czybym z tym wszystkim dała sobie radę – westchnęła pani Piłsudska. – Już mam pełne ręce roboty.

Nagle od stołu wstał pan Józef Marcinkowski, ojciec chrzestny małego Józefa Klemensa.

– Nie chciałem w kościele, bo zimno było i mój chrześniak zaczął płakać – rozpoczął – ale teraz, kiedy się rozgrzaliśmy, najedliśmy i napiliśmy, pragnę na ręce wielmożnych rodziców ofiarować prezent dla bohatera dzisiejszej uroczystości – podszedł do państwa Piłsudskich i wręczył im niewielki wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej wykonany na starej tkaninie.

– Z całego serca dziękujemy – pani Maria ucałowała obrazek. – Będziemy go strzegli jak oka w głowie i w odpowiednim czasie przekażemy synowi.

– Ziuczek płacze – przybiegła piastunka Paulina. – Chyba znowu głodny!

– Już do niego idę – pani Maria wstała od stołu i pobiegła do sypialni, z której rzeczywiście dobiegał płacz.

Dziecko jednak nie chciało jeść. Płakało coraz głośniej i rozpaczliwiej. Nie pomogło ani śpiewanie, ani noszenie, ani kołysanie, klepanie i głaskanie. Ziuk zanosił się takim krzykiem, że aż buźka zrobiła mu się od tego sinofioletowa.

Jeszcze tego samego dnia państwo Piłsudscy wezwali doktora.

– Ma gorączkę – stwierdził medyk, oglądając niemowlę. – Proszę dawać mu dużo pić i przykładać zimne okłady. Zobaczymy, co będzie jutro.

Następnego dnia głos małego Ziuka był ochrypnięty od płaczu. Gorączka nie spadła. Co gorsza zachorowały też pozostałe dzieci – Hela, Zosia i Broniś. A w końcu i pani Maria...

– Nic mi innego nie pozostaje, jak tylko otworzyć szpital – stwierdził pan Piłsudski i na wszelki wypadek, gdyby trzeba było wstawać do kogoś w nocy, postanowił się zdrzemnąć.


Lato 1872, Zułów


– Muszę przyznać, Józefie, że znakomitym pomysłem było przyjęcie tych dwóch guwernantek [9] dla dzieci, Niemki i Francuzki – stwierdziła panna Celina.

– Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że przy zagranicznych bonach nauka języków przychodzi niepostrzeżenie – odparł pan Józef.

– To prawda. Zula mówi po francusku jak rodowita paryżanka – zaśmiała się panna Bikontówna.

– A Ziuk gada po niemiecku, jakby się w Berlinie urodził! – dodał jej kuzyn.

– Nie daj Boże! – żachnęła się pani Maria, która weszła do pokoju i usłyszała końcówkę rozmowy. – Nasze dzieci muszą przede wszystkim wiedzieć, że są Polakami, a polski to ich najważniejszy, ojczysty język.

– Oczywiście, Maryniu – pan Józef pogładził żonę po ręce. – Ale nauka języków jeszcze nikomu nie zaszkodziła w byciu patriotą. Weźmy takiego Ziuka. Bawi się z chłopakami folwarcznymi i gada z nimi po białorusku. Z boną niemiecką rozmawia po niemiecku. Z francuską po francusku, a z nami po polsku. W szkole będzie musiał uczyć się po rosyjsku. Zobaczysz, ta znajomość języków przyda się naszym dzieciom kiedyś jak nic innego.

Pani Maria niby się z tym zgadzała, postanowiła jednak zwrócić baczniejszą uwagę na wychowanie patriotyczne swoich dzieci. Każdego wieczora odprawiała służące i siadała z pociechami w saloniku. W wielkiej tajemnicy pokazywała im zaryglowaną szafę, w której znajdowała się, też zamknięta na kluczyk, skrzynia. Pozwalała otworzyć ten kufer którejś córce lub synowi i ostrożnie, z wielkim nabożeństwem wyciągnąć jedną ze znajdujących się tam książek.

– Czy mama mogłaby nam to przeczytać? – prosiły dzieci, a pani Maria z zadowoleniem rozsiadała się w fotelu i czytała im wiersze Mickiewicza, Słowackiego lub swojego ulubionego poety, Krasińskiego.

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie!

W ciemięzcach naszych sprośne gwałtu wzory,

Szkaradne rzezie i niecne zabory,

Za które dzieciąt przeklina ich łkanie [10].


– A o czym to jest? – zapytała Zula.

– Nie wiesz?! – prychnął Ziuk. – Trzeba było słuchać. Tam było „sprośne gwałty”, „szkaradne rzezie” i „niecne zabory”. Mama czytała.

– Bardzo ładnie, synku – pochwaliła chłopca matka. – Nie musicie wszystkiego rozumieć. Na to przyjdzie czas. Najważniejsze, żebyście pamiętali o tym, że musimy wciąż walczyć o niepodległość naszej ojczyzny. Niestety, wrogowie z Rosji, Austrii i Prus podzielili między siebie nasz kraj i teraz jesteśmy ich poddanymi.


– A opowie nam mamusia jeszcze raz o tym Wieszatielu [11]? – poprosił Broniś.

– Tak! O Wieszatielu! – przyklasnął mu Ziuk.

– Oj, Wieszatiel to potworny człowiek – pani Maria zamknęła tomik poezji. – To generał-gubernator litewski, który bezwzględnie mści się na Polakach za powstanie styczniowe. Kazał spalić polskie wsie, w których mieszkali ludzie podejrzani o sprzyjanie powstaniu. Na majątki szlacheckie, również na nasz tu, w Zułowie, nałożył złodziejską kontrybucję [12] i bez litości ściąga od nas bardzo dużo pieniędzy. Osobiście wydał na Polaków sto dwadzieścia siedem wyroków śmierci przez powieszenie. Tysiącom Polaków odebrał majątki i kazał wywieźć ich na Syberię, na katorgę lub zesłanie. To z jego nakazu Polacy nie mogą kupować polskiej ziemi, a Rosjanie nabywają ją za bezcen! Kiedyś ktoś zapytał Wieszatiela, czy według niego Polacy są w ogóle na świecie potrzebni. Odpowiedział na to, że tak, ale powieszeni na szubienicy.

– Ja już nie chcę o tym słuchać – skrzywiła się Zula. – To takie straszne...

– Ja lubię, jak jest strasznie. – Ziuk siedział na wysokim krześle, a że jego nogi nie sięgały jeszcze do podłogi, majtał nimi, uderzając piętą w jedną z drewnianych nóg. Przysłuchiwał się opowieściom matki z otwartą z wrażenia buzią.

– A ja nie lubiem stlasnych! – zaczął płakać trzyletni Adaś, a zaraz po nim, nie wiedząc czemu, rozdarł się roczny Kazio, nazywany Ziniem.

– Dobrze. Na dzisiaj dosyć. Jutro wieczorem będziemy dalej czytać i opowiem wam coś z historii Polski – pani Piłsudska podniosła się z fotela, schowała książkę do skrzyni, którą zamknęła na zamek. Skrzynię wsunęła do szafy, przekręciła klucz i wpuściła go do kieszeni przy sukni. – Teraz możecie się chwilkę pobawić, a potem kładźcie się do łóżek.

– A rano pójdziemy z Pauliną kąpać się nad jezioro? – Ziuk zrobił proszącą minkę.

– Jeśli będzie ciepło, a wy nie będziecie mieli kataru, to tak – uśmiechnęła się matka.


– Hura!!! Hura!!! Uwielbiam pływać w Piorunie!!! – chłopiec zaczął skakać.

– No już! Sio stąd, moje łobuzy! – przeganiała dzieci pani Piłsudska, ale uśmiechała się przy tym z czułością i rozbawieniem.

– A dlaczego mamusia tak musi chować to wszystko? – spytał jeszcze Bronio. Wyraźnie go to nurtowało.

– Bo widzisz, synu, gdyby ktoś znalazł te książki u nas w domu i doniósł, że je mamy, przyszliby do nas żołnierze rosyjscy i zabili nas wszystkich albo wysłali daleko na katorgę. Tam umarlibyśmy z zimna i głodu. Dlatego nigdy, pod żadnym pozorem nie możecie nikomu powiedzieć o tym naszym czytaniu. To wielka tajemnica.


– Ojej... Ale dlaczego? – dociekał Bronek.

– Car chce, żebyśmy mówili i czytali tylko po rosyjsku, żebyśmy stali się Rosjanami. Książki, które chowam w szafie, nie tylko są napisane po polsku, ale na dodatek mówią o niepodległości, wolności naszego kraju. A to wielkie przestępstwo w oczach cara. Niedługo pójdziecie do szkół i będziecie tam mogli mówić tylko po rosyjsku. Za każde odezwanie się po polsku będziecie dostawali karę... – oczy pani Piłsudskiej napełniły się łzami.

– To po co mamy iść do takiej szkoły? Nie możemy pójść do innej? Polskiej? – zapytał Ziuk.

– Niestety nie ma polskich szkół. Są tylko rosyjskie. Ale w domu, my z ojcem będziemy was uczyli języka polskiego, polskiej historii, geografii, będziemy czytać po polsku i pisać.


– Ale dlaczego właściwie ten car nie chce, żeby Polska była wolna? – wtrąciła Zula.

– Bo to zły człowiek – pani Maria posmutniała. – Chce zapanować nad całym światem.

– Ja mu nie dam! – krzyknął Ziuk. – Jak będę bardzo duży, taki jak tata, to się z nim rozprawię, tak, o! Raz! Dwa! Trzy! – Józio udawał, że macha szabelką.

– Oj, ty mój dzielny syneczku – przytuliła go matka.

– Raz, dwa, trzy, to ja szukam! – krzyknęła tymczasem Zula i dzieci rozbiegły się po domu.

Bronek z Ziukiem ukryli się za zasłoną, a maluchy, Adaś z Ziniem, weszli pod stół w pokoju bilardowym.

Pani Maria podeszła do Heluni. Bardzo martwiła się o swoją najstarszą córkę. Miała już osiem lat, a nie mówiła, rzadko się uśmiechała, miała nieobecny wyraz twarzy i rozbiegany wzrok. Usłyszała kiedyś, jak służące mówiły o Heli: „to dziecko jest durnowate”. Płakała potem długo w nocy. Lekarz, którego pytali z Józefem o przyczyny opóźnienia w rozwoju najstarszej córki, wzruszał tylko ramionami.


– To się zdarza – mówił.

– A ja się boję, że to przez nas – pani Piłsudska zwierzyła się kiedyś swojej przyjaciółce i powinowatej, pannie Celinie. – Jesteśmy z Józefem bliskimi kuzynami. Musieliśmy prosić biskupów o wydanie pozwolenia na nasz ślub. Może dlatego Helcia jest taka... inna...

– Maryniu, doktor słusznie mówi. Gdyby wasze pokrewieństwo było przyczyną, to nie mielibyście tylu zdrowych dzieci. Popatrz na Bronia, Zulę, Ziuka, Zinia i Adasia! To okazy zdrowia! Piękne, inteligentne, żywe dzieci. Zwłaszcza mój ulubieniec, Ziuczek. Nasza wyrocznia – uśmiechnęła się panna Bikontówna.

– Może masz rację... – westchnęła pani Maria. – Ale wiesz, jak mnie, matkę, boli serce... Wciąż się martwię o to, co z tą naszą Helunią będzie...



Październik 1873, Zułów

Jesień pomalowała zułowski majątek na dziesiątki ciepłych kolorów. Ozłociła i ozdobiła rozmaitymi odcieniami czerwieni, pomarańczu i brązu drzewa, pola i krzewy. Przed dworem rozsypała łany jesiennych kwiatów. Las udekorowała grzybami, borówkami i żurawiną, sady jesiennymi odmianami jabłek, gruszek i śliwek, a ogród warzywny wielkimi dyniami, fasolą i oberżyną [13].

Kucharka Zuzanna z pomocnicami pracowały w pocie czoła, przetwarzając to, co przynosił do kuchni ogrodnik Kobyliński. Wekowały, smażyły konfitury, powidła i dżemy, zaprawiały, gotowały, pasteryzowały i zamykały w słoikach na zimę bogactwa jesieni.

Wszyscy byli zajęci. Nawet w niedzielę od samego rana. Tylko Ziuk był załamany, bo poprzedniego dnia zdechł jego ukochany szczeniak Borys. Chodził więc smętny po pokojach, zaglądał do Pauliny, która z panną Celiną cerowała bieliznę dzieci, do ojca, który pykał fajkę w salonie i z wielkim zapałem przeglądał jakieś papiery, do matki, którą bardzo bolała noga i musiała leżeć, i w ogóle, nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić.

 

– Co tam, Ziuczku, nudzi ci się? – zagadnął go wreszcie ojciec.

– Nie – odparł trochę nadąsany chłopiec.

– Coś cię trapi? – pytał dalej pan Józef.

– Bo ja nie wiem, czemu właściwie szczeniaki tak krótko żyją – wyrzucił Ziuk jednym tchem, a potem spuścił głowę, bo nie chciał, żeby tata dostrzegł łzy na końcu jego nosa.

– Wiesz... Tak to już w świecie jest... – ojciec odłożył fajkę i zdjął binokle, a potem pogładził się po brodzie. – Przyszła mi właśnie taka myśl do głowy, że może byśmy się razem wybrali do lasu na grzyby? Co? Jak myślisz? Dobra to byłaby zabawa?

– Bez Borysa to nie to samo...


– Kto wie, może zobaczylibyśmy za to jelenia, młodą sarenkę lub nawet lisa! – kusił pan Piłsudski.

– Co mi tam po lisach, jak ja bym wolał mojego Boryska – broda Ziuka zaczęła lekko drżeć.

– Tita znowu będzie miała szczeniaki. Zobaczysz!

– Ale już nie będzie miała TEGO szczeniaka – malec podbiegł do ojca, wtulił się w jego ramię i zaczął szlochać.

– Za to będzie miała innego. Takiego specjalnie dla ciebie. Najładniejszego i najsilniejszego. Borys był chory, urodził się jedynakiem i od początku coś było z nim nie tak.

– Tak jak z naszą Helą?

– Trochę inaczej... – pana Józefa aż zatkało po tym pytaniu, bo zupełnie nie wiedział, co synowi odpowiedzieć. – Borys był inny niż wszystkie zwyczajne szczeniaki.

– Ale mamusia pójdzie z nami? – zapytał nagle Ziuk i pan Piłsudski musiał chwilę pomyśleć, zanim dotarło do niego, że chłopiec tym razem mówi o wyprawie do lasu.

– Niestety nie... Mamę boli noga. Lepiej, żeby została w łóżku i sobie odpoczywała, a my przyszykujemy kosze, nożyki, poprosimy Zuzannę, żeby nam dała po pajdzie chleba ze smalcem na drogę i ruszymy w las!

– Taaak! – krzyknął Ziuk i poleciał zawiadomić o sprawie resztę rodzeństwa.

Wyruszyli z radością i w podskokach. Każdy trzymał swój koszyk, specjalny nożyk i spory kawałek świeżo upieczonego przez Zuzannę chleba grubo posmarowanego smalcem i posypanego solą. Nawet najmłodszy Zinio toczył się na swoich grubiutkich nóżkach, cały wysmarowany na buzi tłuszczykiem z chlebka, który najwyraźniej bardzo mu smakował.


Las był gęsty i trochę mroczny. Dzieci często po nim biegały, ale nauczone były, że zawsze mają się trzymać któregoś z opiekunów i zanadto się nie oddalać. Tym razem jednak tak się zapamiętały w zbieraniu prawdziwków, których całe łany znajdowały co kawałek, że żadne z nich nie zauważyło, jak ojciec się oddalił i schował w wydrążonym pniu wielkiego dębu. Dopiero po dłuższym czasie, kiedy kosze były pełne, spotkali się na jednej z polanek i zaczęli zastanawiać, gdzie właściwie przepadł tatko.


– Ja się boję – oznajmiła od razu Zula.

– Tata pewnie zbiera jeszcze grzyby. Zaraz przyjdzie – odparł niepewnie Broniś.

– My kcemy do mamy!!! – Zinio z Adasiem natychmiast wybuchnęli płaczem.

– Tchórze z was straszne i mazgaje! – prychnął Ziuk, który zrobił bardzo odważną minę, ale serce waliło mu ze strachu.

– Głupoty gadasz! – zezłościł się Bronek. – Nikt tu nie jest tchórzem, tylko po prostu nie wiemy, jak trafić do domu.

– Co będzie, jak zostaniemy tu do nocy... – wyszeptała Zula. – Wilki mogą do nas przyjść i nas zjeść...

– Buuu!!! Do mamy!!! Do mamy!!! – ryczeli Adaś z Ziniem, a Zinio nawet padł na ziemię i zaczął kopać nóżkami i rączkami.

– A może trafilibyśmy do domu, gdybyśmy spróbowali? – rzucił Ziuk niepewnie, bo sam już zaczął porządnie się bać. – O! Widzicie tamto pochylone drzewo? Pamiętam, że je mijaliśmy! Idźmy tam.

Ledwie doszli do dębu, ciągnąc za sobą buczącego Zinia i usmarkanego Adasia, pojawił się ojciec.

– Myśleliście, że was zostawiłem?! – zawołał. – Nigdy bym nie zostawił takich kochanych i dobrych dzieci! – zaczął przytulać wszystkich po kolei. – Chciałem tylko zobaczyć, jak byście się zachowali, gdybyście kiedyś naprawdę zostali sami w lesie. I muszę powiedzieć, że... – tu pan Piłsudski spojrzał na Ziuka – ty, synu, zasługujesz na pochwałę. Nie straciłeś zimnej krwi, nie poddałeś się strachowi, tylko zacząłeś szukać wyjścia z sytuacji. Tak zachowuje się każdy mężczyzna. I dorosły, i mały – otarł chusteczką nos Adasia.

– Też mi coś! – prychnął wściekły Broniś. – I ja bym tak potrafił, tylko mi się nie chciało. Wolałem czekać na tatkę.


– Rzecz w tym, mój synu, żeby się właśnie chciało. Jestem pewien, że następnym razem ty będziesz przewodnikiem całej waszej gromadki – pan Józef poklepał Bronka po plecach. – A teraz chodźcie. Wracamy do domu. Grzybów nazbieraliśmy tyle, że Zuzanna złapie się za głowę.

– A mama się ucieszy – dodała Zula, trzymając ojca mocno za rękę.

– Do mamy!!! – przypomniał sobie Zinio i znowu zaczął beczeć.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?