Moje prawa, ważna sprawa!Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Moje prawa, ważna sprawa!
Moje prawa, ważna sprawa!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,80  31,84 
Moje prawa, ważna sprawa!
Moje prawa, ważna sprawa!
Audiobook
Czyta Malwina Kożurno, Michalina Jakubiec3
21,90  16,21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wasze prawa, prawa dzieci, to naprawdę ważna sprawa. O niektórych pewnie wiecie, inne poznacie dzięki tej lekturze.

Ogromnie cieszę się, że na polskim rynku wydawniczym ukazuje się nowa książka dotycząca praw dziecka – co ważniejsze, to książka i dla dzieci, i dla rodziców. Codzienne sytuacje i przygody małych bohaterów stają się dobrym pretekstem do poznawania, przypominania i poruszania praw dziecka.

Dorośli powinni mieć świadomość, że prawa dziecka nigdy nie stoją w sprzeczności z ich prawami, lecz je uzupełniają i uszlachetniają. Dzieci zaś powinny znać swoje prawa, aby móc głośno upominać się o ich przestrzeganie i uczyć się odpowiedzialności w rozumieniu oraz przestrzeganiu praw wszystkich ludzi. Jestem przekonany, że ta publikacja będzie także przyczynkiem do niejednej ważnej rozmowy z najmłodszymi o przysługujących im prawach i zachętą do dalszej edukacji w tym zakresie.

Autorki prezentują typowe sytuacje, jakie przydarzają się niejeden raz. Tłumaczą je ustami bohaterów – rodziców, dziadków, mądrej pani z ławeczki w parku. Wiele spośród opisanych historii nie wymaga osobnej pointy. To ogromny atut tej książki. Okazuje się, że Konwencja o prawach dziecka może mieć zastosowanie w zwyczajnym życiu. Codzienne zdarzenia stają się doskonałym pretekstem do rozmowy, a zwłaszcza – przypominania i utrwalania praw dziecka.

Konwencja o prawach dziecka traktuje o wielu trudnych kwestiach, którymi zajmuje się Rzecznik Praw Dziecka: to między innymi praca zarobkowa dzieci, bicie, zły dotyk czy prawo dziecka do kontaktu z każdym z rodziców nawet, jeśli nie mieszkają razem. Sztuką jest umiejętnie oswoić z nimi i dziecko, i jego opiekunów oraz zachęcić ich do wspólnej rozmowy. Mówiąc o sprawach ważnych i poważnych, nie trzeba koniecznie zachowywać dostojnej powagi, dlatego w tej książce jest miejsce i na refleksję, i na uśmiech.



Komórka


– To jego pierwszy samodzielny wyjazd – mama mówiła bardzo cicho, ale Bartek, przyczajony za drzwiami, wszystko słyszał. – Musi wziąć ze sobą komórkę, żebyśmy mieli z nim kontakt. Poza tym pewnie będzie tęsknił…

– Ale w regulaminie obozu wyraźnie jest napisane, że nie wolno używać telefonów komórkowych – głos taty był mocniejszy, wyraźniejszy. – Jeśli będzie chciał się z nami skontaktować, może poprosić wychowawcę. My też możemy dzwonić do niego na ogólny telefon.

– Wiesz, jak to jest z tymi ogólnymi telefonami… – to znowu głos mamy. – Będę się czuła bezpieczniej, jeśli zabierze ze sobą komórkę.

– I tak zrobisz, jak zechcesz – tata był wyraźnie zniecierpliwiony. – Ale ja jestem temu przeciwny. Bartek powinien się nauczyć, że trzeba przestrzegać regulaminu i dostosować się do reszty.

W pokoju rodziców zaległa cisza, więc chłopiec po chwili wycofał się do swojego pokoju i położył do łóżka.

To już jutro – myślał. – Mój pierwszy obóz… Jak tam będzie?

Mama dawno zapisała go na letni obóz przygody. Bartka interesowała przyroda, łowienie ryb, obserwowanie ptaków, tropienie dzikich zwierząt. Dowiedział się, że kilku jego kolegów z klasy wybiera się na wakacje na supersurvivalowy obóz, podczas którego każdego dnia będą przeżywać fascynujące i niebezpieczne przygody. Bartek, który nigdy nigdzie nie wyjeżdżał bez mamy i taty, też marzył o niebezpiecznych przygodach. Uprosił rodziców, żeby pozwolili mu jechać. Zgodzili się. A teraz już sam nie wiedział, czy to na pewno był dobry pomysł… A co, jeśli nie będzie mu się podobało? Chłopaki były wcześniej na takich wyjazdach, wiedzą, jak one wyglądają, ale dla niego to wszystko jest nieznane…

Mama ma rację. Muszę wziąć komórkę – pomyślał. – W razie czego zadzwonię, żeby mnie stamtąd zabrali.

Następnego dnia rano mama zapakowała Bartkowi do podręcznego plecaka kanapki na drogę, wodę, słodycze i telefon komórkowy z ładowarką.

– Pamiętaj, musisz to ukryć, żeby wychowawcy nie zauważyli – powiedziała. – Jak będziesz potrzebował, to zawsze jakoś zadzwonisz. Choćby z toalety – mrugnęła i przytuliła mocno syna.

– Czego ty go uczysz? Oszustwa? – tata pokręcił głową. – Na twoim miejscu, Bartek, w ogóle bym nie wyjmował tego telefonu z plecaka. Wszyscy chłopcy będą w takiej samej sytuacji jak ty. Nie jesteś przecież jakiś inny.

Bartek był przerażony. Najchętniej zostałby w domu. Miałby przynajmniej spokój, a tak to już sam nie wiedział, czy sobie poradzi, czy nie, no i co robić z komórką…

– Chodź, chłopie – tata przerwał mu rozmyślania. – Jedziemy. Autokar nie będzie czekał.


W drodze było bardzo fajnie. Bartek poczęstował chłopaków słodyczami. Zjedli wszystko. Co do cukierka. Potem Kamilowi zrobiło się niedobrze i pan Jacek musiał zatrzymywać autokar. Wreszcie dotarli na miejsce. W ośrodku było mnóstwo pokoi, a w każdym po trzy piętrowe łóżka. Koledzy natychmiast pozajmowali najlepsze miejsca. Bartek, trochę oszołomiony nową sytuacją i miejscem, przyszedł ostatni. Od razu zauważył, że zostało dla niego dolne łóżko pośrodku, takie, którego nikt nie chciał.

Po obiedzie mieli świetną wycieczkę po lesie. Bartek pierwszy wypatrzył tropy sarny i dzika.

– Masz niezłe oko – pochwalił go ich wychowawca, pan Jacek, a on poczuł, że chyba fajnie będzie na tym obozie.

Ale wieczorem, kiedy wszyscy leżeli w łóżkach i pochrapywali, Bartek nagle poczuł, że bardzo tęskni za domem. Zrobiło mu się strasznie smutno i jakoś tak ścisnęło go w brzuchu. Cichutko wstał i wygrzebał z plecaka komórkę. Miał jedną nieodebraną wiadomość. Od mamy.

Jak się masz, Bartuś? – pisała. – Odezwij się i napisz, czy wszystko w porządku.

W sumie spoko – odpisał. – Ale trochę mi smutno i nie wiem, czy na pewno chcę tu być całe dwa tygodnie. Przyjedziesz po mnie?

Nacisnął klawisz „wyślij” i wpatrywał się w ekran, czekając na odpowiedź.

Telefon cicho zabzyczał.

Nam też smutno bez Ciebie – wyświetliła się wiadomość od mamy. – Spróbuj wytrzymać do jutra. A teraz śpij. Dobranoc.

Dobranoc – odpisał Bartek i poczuł, że po policzkach płyną mu łzy. – Kocham Cię, mamo.

Kolejne dni były bardzo fajne. Bartek świetnie radził sobie na zajęciach w terenie, łowił największe ryby i pierwszy znajdywał tropy zwierząt w lesie. Ale każdego wieczoru wracało to dziwne uczucie w brzuchu, tęsknota do domu i rodziców, którzy byli daleko…

Całe szczęście, komórka leżała bezpiecznie schowana pod poduszką, więc przed snem mógł pisać esemesy do mamy. Pilnował, żeby nikt go na tym nie przyłapał, czekał więc, aż wszyscy w pokoju zasną. Potem po omacku wyciągał telefon i pisał pod kołdrą.

Co robicie? Śpicie?

Nie. Oglądamy film – odpowiadała mama. – Już tylko pięć dni zostało do Twojego powrotu.

Wiem. Nie mogę się doczekać – pisał Bartek, chociaż sam nie wiedział, czy to tak do końca jest. Tęsknił do domu, to prawda. Szczególnie wieczorami, jak był zmęczony. Ale też bardzo podobały mu się przygody i wyprawy i cieszył się na każdy kolejny obozowy dzień.


To zdarzyło się trzy dni przed końcem obozu. Bartek wyciągnął największego szczupaka, którego wszyscy mu zazdrościli i pierwszy zauważył sowę uszatą. Był bohaterem dnia. Wieczorem, zmęczony i szczęśliwy, poszedł pod prysznic. Długo tam zabawił, rozmyślając. Ten obóz to najfajniejsza rzecz, jaka mu się ostatnio przydarzyła. Koledzy już dawno poszli do pokoju, a on jeszcze mył zęby i podśpiewywał sobie wesoło. Kiedy doszedł do drzwi, usłyszał przyciszone śmiechy i głosy chłopaków.

– Posłuchajcie tego: Trochę mi smutno i nie wiem, czy na pewno chcę tu być całe dwa tygodnie. Przyjedziesz po mnie? Kocham Cię, mamo. Ha! Ha! Ha!

Wszyscy zaczęli się śmiać, a Bartka coś mocno ścisnęło w brzuchu.

Znaleźli moją komórkę! – pomyślał przerażony. – Czytają moje esemesy! Co ja mam teraz zrobić?!

Poczuł, że ogarnia go paniczny strach i wstyd. Tak jak stał, w piżamie, wyleciał przed budynek i pobiegł przed siebie do lasu. Chciał uciec jak najdalej od obozu, chłopaków i tego okropnego upokorzenia…

Tymczasem pan Jacek zaniepokojony śmiechami, wpadł do pokoju chłopców.

– Uciszcie się! Jest już późno! O, a co wy tu macie? – zapytał i spojrzał na komórkę, którą jeden z chłopców trzymał za plecami. – Telefon? Przecież to zabronione. Czyje to? – wskazał na aparat.

– Bartka – bąknął ktoś cicho.

– A gdzie on jest?

– W łazience.

– Tam go nie ma. Przed chwilą zamykałem łazienki. Nikogo nie widziałem – wychowawca spojrzał poważnie na chłopców. – Powiedzcie mi, co się tu właściwie dzieje?

 

– Bo my… – zaczęli jąkać się chłopcy – my zauważyliśmy, że Bartek chowa pod poduszką komórkę i co wieczór wysyła esemesy spod kołdry. Chcieliśmy wiedzieć, do kogo tak pisze i…

– I wzięliście bez pytania jego telefon, a potem czytaliście jego wiadomości i śmialiście się z nich – dokończył pan Jacek. – Mieliście świetną zabawę czyimś kosztem… Czy wiecie, że naruszenie prywatności drugiego człowieka może być nawet karalne? Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że każdy ma prawo do zachowania tajemnicy korespondencji? Czy wiecie, co zrobiliście Bartkowi?!

Chłopcy stali ze spuszczonymi głowami.

– Myśleliśmy, że pan będzie zły na Bartka, bo to przecież on złamał regulamin i korzystał na obozie z komórki – wyszeptał wreszcie jeden z nich.

– Na pewno sobie z nim o tym porozmawiam – odpowiedział wychowawca. – Pod warunkiem, że się znajdzie – wyszedł z pokoju.

– A co będzie, jak się nie znajdzie? – powiedział któryś z chłopaków i zapadła cisza.

Po całej nocy poszukiwań wychowawcy wreszcie znaleźli Bartka. Spał sobie zagrzebany w sianie w leśnym paśniku dla saren.

– Ja… przepraszam… – rozpłakał się. – Wiem, że źle zrobiłem. Złamałem regulamin z tą komórką. Ale oni… – zaczął szlochać.

– Wiem, co zrobili. To bardzo złe. Już z nimi rozmawiałem, ale będę też rozmawiał jeszcze z ich rodzicami. I z twoimi – powiedział wychowawca i klepnął Bartka po ramieniu. – Na przyszłość pamiętaj, że regulamin obozu jest wymyślony dla dobra jego uczestników i trzeba go przestrzegać.

Bartek kiwnął głową, wytarł nos i wrócił do ośrodka.


Po śniadaniu wychowawcy zarządzili apel dla wszystkich obozowiczów.

– Musimy porozmawiać o prawie do prywatności. Obowiązuje ono nie tylko dorosłych, ale też i dzieci. Jest ono nawet zapisane w specjalnej Konwencji o prawach dziecka i trzeba go bezwzględnie przestrzegać.

– A czy dotyczy ono też rodziców? – zapytał ktoś z sali. – Czy rodzice mają prawo czytać wiadomości z naszych komórek, wchodzić na naszą pocztę, Facebooka, czytać pamiętniki i listy?

– Nie mają prawa. Rodziców też obowiązuje zasada poszanowania prywatności swojego dziecka – odpowiedział pan Jacek. – Tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach, kiedy rodzic ma poważne powody do niepokoju o swoje dziecko, kiedy obawia się, że coś złego się z nim dzieje, w celu jego ochrony i pomocy może naruszyć tę prywatność. W każdym innym wypadku jest to niedozwolone. Warto dodać, że zasada poszanowania prywatności działa w obie strony – uśmiechnął się wychowawca. – Znam dziewczynę, która czytała esemesy z komórek swoich rodziców. To również jest niedopuszczalne. Jeśli chcecie, żeby inni szanowali waszą prywatność, musicie zacząć od siebie i respektowania praw innych.

– A co, jeśli mój kolega podejrzał moje hasło do Facebooka i zalogował się na moim koncie, czytał moje wiadomości i wysyłał z mojego profilu różne głupoty do moich znajomych? – zapytała jakaś dziewczyna.

– Ten kolega oczywiście złamał twoje prawo do tajemnicy i prywatności. Swoją drogą nie bez powodu konto na Facebooku mogą zakładać osoby, które skończyły trzynaście lat – pan Jacek spojrzał na dziewczynkę, a ona zaczerwieniła się i spuściła głowę. – Warto przestrzegać regulaminów. One ułatwiają życie.


Bartek wrócił do domu opalony, z kartą pływacką i wędkarską, medalem tropiciela przyrody i nowymi wiadomościami na temat praw dziecka. Wychowawca długo rozmawiał z jego mamą, która przyznała, że nie powinna była namawiać syna do łamania regulaminu i zabierania komórki na obóz.

– Dorośli też popełniają czasem błędy – powiedziała wieczorem do chłopca. – Całe szczęście, że mogą się uczyć od swoich dzieci.

– A czego ty się nauczyłaś ode mnie, mamo? – zapytał zdziwiony Bartek.

– Dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze tego, że regulamin to jednak potrzebna rzecz – tu mama spojrzała na tatę – a po drugie tego, że każdy ma prawo do prywatności i przestrzeni dla siebie. Nic by się nie stało, gdybyśmy nawet przez te dwa tygodnie w ogóle nie mieli ze sobą kontaktu. Przecież i tak się kochamy, prawda?

– Jak nikt na świecie! – uśmiechnął się Bartek, a mama spojrzała na niego ciepło.


Trzecie dziecko


– W tym domu normalnie nie da się żyć! – wrzasnął Marcin i z całej siły trzasnął drzwiami do swojego pokoju.

Łup! Zadrżały szyby w oknach, zachwiał się obraz na ścianie, a śpiący na swoim legowisku Munio wystawił zaniepokojony pysk spod kocyka.

– Co ci jest? – zapytała Kaśka. Przestraszona nagłym hałasem wyleciała ze swojego pokoju i zajrzała do brata.

– Odczep się – burknął wściekły Marcin. – Nie twoja sprawa.

– Może i nie moja, ale jak walisz drzwiami tak, że nie słyszę własnych myśli, to chyba mam prawo wiedzieć, o co chodzi?

– Prawo, prawo… – przedrzeźniał ją chłopak. – Wszyscy niby mają jakieś prawa, a jak przychodzi co do czego, to człowiek jest we własnym domu traktowany jak niewolnik.

– Co, pewnie znowu masz szlaban na komputer? – domyśliła się Kaśka.

– I nic mnie to nie obchodzi! – Marcin z całej siły kopnął kosz na śmieci, z którego wysypały się ogryzki jabłek, skórki bananów, opakowania po czipsach i pusta butelka po coli. – Ale nie będę wykonywał ich rozkazów! – wrzasnął. – Jak nie mogę grać na kompie tyle, ile chcę, to nie będę też wyrzucał śmieci, wyjmował naczyń ze zmywarki i wychodził z psem! Nie będę ich niewolnikiem!

– Co ci się stało? – Kaśka wyglądała na przerażoną wybuchem brata.

– Ostatnio w szkole mieliśmy lekcję na temat praw dziecka – wyjaśnił chłopak. – Podobno każde dziecko ma prawo do życia. Zostało to nawet opisane w specjalnej międzynarodowej konwencji. Każdy z nas ma prawo do normalnych, godnych warunków życia, rozumiesz? A więc dopóki w tym domu nie będzie respektowane moje prawo do życia i dobrych warunków, to ja… – Marcin urwał, bo zobaczył nagle mamę stojącą w drzwiach.

– To ty co? – zapytała ze spokojem.

– Nic – odburknął chłopak i założył sobie na uszy słuchawki od empetrójki.

– Zdejmij to – powiedziała mama. – Musimy porozmawiać.

– Nie będę rozmawiał! – buntował się jeszcze Marcin, ale już było widać, że nie jest taki wściekły jak na początku.

– Posłuchaj – mama usiadła obok niego na łóżku. – Prawa, o których mówisz, dotyczą zupełnie czegoś innego.

– Tak, akurat – burknął Marcin. – Specjalnie tak mówisz, ale wiesz, że to nieprawda.

– Niestety, prawda – westchnęła mama. – Gdybyśmy mieszkali na przykład w Chinach, w ogóle by cię nie było na świecie, bo jesteś naszym trzecim dzieckiem, a chińskie małżeństwo może mieć tylko jedno dziecko. Wyobrażasz sobie?

Marcin spojrzał na mamę ze zdziwieniem.

– Jak to?

– Niestety, tak tam jest. Rodzice, którzy są zamożniejsi, mogą za takie „nadprogramowe” dziecko zapłacić. Tylko że ta kaucja jest bardzo wysoka. Niewielu na nią stać…

– Ale dlaczego tak jest? – zapytał Marcin, któremu nagle zrobiło się bardzo głupio z powodu awantury o komputer.

– To odgórna polityka rządu chińskiego. Chodzi o to, żeby w Chinach było mniej ludzi, bo trudno zapewnić wszystkim wyżywienie. Są oczywiście pewne odstępstwa od tego. Na przykład rodzice mogą wnioskować o pozwolenie na drugie dziecko, jeśli pierwsze jest dziewczynką, jest niepełnosprawne lub upośledzone.

– Czyli chłopcy są lepsi? – uśmiechnął się Marcin.

– Nie, ale nadają się do cięższej pracy, a dzieci tam muszą pracować, żeby zarobić na swoją miskę ryżu – odpowiedziała surowo mama.

– Czy dzięki tej polityce udało się sprawić, że jest mniej Chińczyków?

– Tak, ostatnio gdzieś czytałam, że w Chinach w ciągu ostatnich trzydziestu lat urodziło się około trzystu milionów dzieci mniej.

– Trzysta milionów! – krzyknął Marcin. – To strasznie dużo!

– Tak. Szczególnie w kulturze chińskiej, gdzie każde kolejne dziecko oznacza szczęście. Rodzice bardzo cierpią dlatego, że nie mogą mieć więcej dzieci.

– Dobrze, że nie mieszkamy w Chinach – westchnął Marcin.


– Tak – mama spojrzała na niego poważnie. – Ale martwi mnie, że czujesz się w naszym domu jak niewolnik. Naprawdę uważasz, że nie stwarzamy ci godnych warunków do życia?

– Wiesz… – Marcin spuścił głowę. – Ja lubię grać na komputerze… A wy wyznaczacie mi godziny, mówicie, że najpierw muszę wynieść śmieci, wyjąć naczynia ze zmywarki, wyjść z psem…

– Ale masz własny pokój, swój komputer, jedzenie, ubrania, książki i wszystko, czego ci potrzeba.

– No tak. Ale ja wolałbym móc grać na kompie tyle, ile chcę!

– Oj, Marcin, Marcin – mama pokręciła głową. – Gdyby nam na tobie nie zależało, to nie interesowałoby nas, ile czasu spędzasz przy komputerze. Chcemy z tatą zapewnić ci jak najlepsze warunki do tego, żebyś się mógł rozwijać i dlatego ograniczamy ci gry komputerowe, a uczymy odpowiedzialności za swoje sprawy. Może to ci się wyda dziwne, ale prawo do życia polega też na wypełnianiu obowiązków. Bez obowiązków nie ma praw.

– Jak to? – Marcin nie rozumiał tego, co powiedziała mama.

– Ja na przykład mam prawo urodzić tyle dzieci, ile chcę. Ale moim obowiązkiem jest dbać o każde z nich i jak najlepiej je wychować.

– Aaa… A moje obowiązki to chodzenie do szkoły, wychodzenie z psem, sprzątanie po sobie…? – domyślił się Marcin.

– Tak, to niektóre z twoich obowiązków. Jak je wypełnisz, możesz korzystać z prawa do wolnego czasu, którego ci przecież nie odmawiamy, prawda?

Marcin się zamyślił, a potem spojrzał na mamę.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Zachowałem się bez sensu. Zaraz posprzątam i wyjdę z psem. Nie gniewasz się?

– Nie – uśmiechnęła się mama. – Co prawda nie mieszkamy w Chinach, tylko w Polsce, ale i dla nas każde dziecko to największe szczęście – powiedziała i przytuliła swojego mądrego syna.


To, co prawdziwe


Michał grał właśnie na komputerze, kiedy przyszedł do niego esemes od Wiktora.

Przeczytałeś?

Co? – odpowiedział, bo akurat przechodził w grze na piąty poziom i nie bardzo kojarzył, o co może chodzić koledze.

Jak to co? Lekturę! – napisał Wiktor, a Michałowi serce podeszło do gardła. Zupełnie zapomniał! Na jutro mieli przeczytać O krasnoludkach i o sierotce Marysi Konopnickiej… Już sam tytuł przyprawiał go o mdłości. No i nie przeczytał. Nawet nie wypożyczył książki z biblioteki.

Nie. A Ty? – odpisał w panice. W tym momencie monitor komputera zaczął migać, pojawiła się informacja, że czas korzystania z komputera minął i po chwili ekran zgasł.

– A niech to! – zezłościł się Michał i walnął pięścią w biurko. Rodzice tak mu ustawili limit czasu na granie na komputerze, że sam się wyłączał po dwóch godzinach. Zainstalowali też różne filtry, które blokowały – ich zdaniem – niebezpieczne treści. Zupełnie bez sensu, bo te filtry nie przepuszczały najfajniejszych gier! Michał tłumaczył to rodzicom, ale niestety nie chcieli zrozumieć.


Ja też nie czytałem – przyszedł esemes od Wiktora.

Za pięć minut w bibliotece? – odpowiedział Michał i uśmiechnął się do siebie. Całe szczęście, że w bibliotece, która znajdowała się niedaleko jego domu, powstał specjalny kącik komputerowy, z którego można było korzystać do woli. Michał zgodził się na blokady i ograniczenia rodziców, bo wiedział, że jak wyczerpie swoje dwie godziny, pójdzie do biblioteki i pogra kolejne trzy, cztery… Pani bibliotekarka go lubiła i bez problemu dopuszczała do komputera. W końcu zawsze jej się kłaniał, mówił „dzień dobry” i „do widzenia”, grzecznie się uśmiechał i twierdził, że szuka informacji potrzebnych do szkoły. No właśnie… Tym razem naprawdę będzie musiał poszukać w necie jakiegoś streszczenia tej Sierotki Marysi. Nie zdąży przecież do jutra przeczytać książki! I to jeszcze takiej głupiej…

 

– O! Michał – przywitała go pani bibliotekarka. – Już myślałam, że nie przyjdziesz.

– Jak mógłbym nie przyjść! – uśmiechnął się chłopiec. – Biblioteka to najfajniejsze miejsce! Umówiłem się z kolegą, że poszukamy ważnych informacji do szkoły.

Pani pokiwała głową i pokazała na komputer, przy którym stało wolne krzesło.

W tym momencie, jakby na zawołanie, wszedł Wiktor. Chłopcy usiedli i zaczęli się naradzać, co zrobić z nieprzeczytaną lekturą.

– Wpisz tytuł w wyszukiwarkę – radził Michał. – Wyskoczą nam różne streszczenia, przeczytamy i po sprawie.

O krasnoludkach i o sierotce Marysi – wystukiwał Wiktor klawisz po klawiszu. – O, coś tu jest – kliknął na pierwszy z brzegu link. – Eee, to informacje o Konopnickiej. Bez sensu.

– A tu?

– Reklama książki.

– Kliknij jeszcze tu.

– Jest. Ale to cała treść do przeczytania. Chyba nie będziemy czytać tego okropieństwa? – przestraszył się Michał. – To tak, jakbyśmy przeczytali książkę.

Przez kolejnych kilka minut chłopcy szukali streszczenia. Znajdowali przy okazji różne informacje – o sierotach, domach dziecka, pogotowiach opiekuńczych, rodzinach zastępczych, figurkach ogrodowych krasnoludków, znaczeniu imienia Maria…

– Mam! – krzyknął wreszcie Wiktor i zaczął głośno czytać.


– No i proszę, wystarczy te kilka zdań i już wiemy, o co chodzi. Ale to głupie. Teraz możemy sobie pograć… – zatarł ręce Michał.

– Od dawna was obserwuję – powiedziała nagle pani bibliotekarka, która porządkowała książki na regale. – Macie największą ilość wizyt w bibliotece spośród wszystkich czytelników. W sumie powinniście dostać za to jakąś nagrodę, ale… na waszych kontach nie ma ani jednej wypożyczonej książki.

– Bo my… – zająknął się Michał – szukamy w internecie informacji potrzebnych do szkoły.

– W porządku, macie do tego prawo. Ale musicie wiedzieć, że nie wszystkie informacje zamieszczone w sieci są prawdziwe, sprawdzone i wiarygodne. Oprócz wielu cennych wiadomości możecie tam znaleźć sporo błędów, przekłamań i fałszywych danych. Jeśli nie macie odpowiedniej wiedzy, trudno wam ocenić, co jest ważną i cenną informacją, a co zwykłym oszustwem. Na przykład to streszczenie lektury. Słyszałam, jak ją czytałeś – zwróciła się do Wiktora. – Autor tego tekstu zakpił sobie z czytelników i z treści książki, opisując zupełnie inną historię niż ta, którą stworzyła Maria Konopnicka. Gdybyście jutro w szkole opowiedzieli to waszej pani, dostalibyście jedynki.

– Ooo – Michał i Wiktor otworzyli usta ze zdziwienia. – To co my teraz mamy zrobić?

– Wypożyczyć książkę i iść do domu. Pewnie nie zdążycie jej przeczytać do jutra – pani podała chłopcom po egzemplarzu. – Poproście waszą panią, żeby przedłużyła wam termin, może się zgodzi. Ale tylko tu znajdziecie prawdziwe informacje – uśmiechnęła się i mrugnęła okiem. – W końcu macie do tego prawo…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?