Rozpływaj się

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alina

kwiecień 2019

Wiadomości od Marcy są jak suma alertów pogodowych z ostatnich miesięcy. Zawierają żołnierski konkret i porażają automatyzmem, jakby jej potrzeba komunikacji była związana z lokalizacją. Jakby jej myśli były jakąś usługą, którą można sobie zainstalować. Jest na dworcu w Ustroniu, jedzie obok jeziora w Czechowicach, dojechała do Katowic, wysiadła, ale ma ośmiominutowe opóźnienie. Jeszcze wpadnie do Żabki! „Kupić ci coś?” Jest już obok klatki, ale wróci się do sklepu po szczoteczkę do zębów, bo zapomniała. Jak moja Dorotka pierwszy raz w życiu pojechała na zieloną szkołę, to pisała mi esemesy zupełnie innej długości – o tym, że zauważyła robaka, który ma czarną skorupę, ale w dziwnym miejscu trzy pomarańczowe plamki. Zastanawiała się, jak może się nazywać i czy to cecha indywidualna, czy gatunkowa. Mamuś, podoba ci się?

Po zaciągnięciu się dwoma buchami skręta wsypuję niewielką szczyptę trawy, która mi została, między kartki „Vogue”. Mam od dentystki z klatki obok archiwalne numery, a od sąsiada trochę tej gandży. Handel wymienny kwitnie u nas w najlepsze i ma wiele wariantów. Gazety zwykle po przeczytaniu roznoszę sąsiadom. W tym wypadku muszę uważać, żeby później nie podarować tego numeru wraz z dodatkową zawartością.

Marca

kwiecień 2019

Przytula się do mnie tak lekko i szybko, że prawie nie czuję jej dotyku. Łapię tylko zapach Aliny, jej indyjskość jak ze sklepów z brązowymi sukienkami w ciapki w latach dziewięćdziesiątych.

Dom pachnie tak samo. W powietrzu unosi się intensywny zapach kadzidełka, spod którego przebija woń marihuany. W ogóle nad całą klatką wisi chmura aromatyczna, w której skład wchodzą: zupa mleczna, spalenizna, świeżo otwarte piwo butelkowe. Jak w akademikach.

Zapomniałam już, że taki beztroski zapach istnieje. My, w nowym budownictwie, wąchamy tylko odświeżacze powietrza wciskane do kontaktów – ich irytującą, uniwersalną, różaną woń, która unosi się również w biurach i gabinetach lekarskich.

Mój psychiatra ma taki odświeżacz, który pryska raz na kilka minut i zawsze wtedy nerwowo podskakuję w miejscu. No kurwa, gratuluję pomysłu. Jestem u niego maks siedem minut raz na dwa miesiące, a wychodzę bardziej rozdrażniona i z jeszcze bardziej pozjadanymi skórkami przez głupi odświeżacz i fakt, że przy jego akompaniamencie mówię: „Tak, ciągle jestem zdenerwowana. Nic się nie zmienia. Może być ta sama dawka. Tak, staram się wysypiać”. Wyobrażam sobie jego pacjentów, którzy mają stany lękowe, jak w domu wzdrygają się na samą myśl o „psssyt”.

Alina częstuje mnie herbatą z opuncją, na stole kładzie tartę ze szpinakiem. Wtedy dostrzegam na jej nadgarstku napis „Dorota!” – imię jej córki. Nie wiem, czy to słaby tatuaż, czy mazak. Nigdy nie miałam potrzeby jakiegoś większego kontaktu z Dorotą, relacje z dziećmi koleżanek zupełnie mnie nie grzeją, wręcz ich unikam. Alina raczej nie miała o to pretensji. Zwyczajnie nie interesuje mnie jej córka, nie znam się na psychice dzieci i nie znoszę o nich słuchać.

Podciąga rękaw i zaczyna rozmowę, jakby chciała – jak zawsze – opowiedzieć mi bajkę. Od dziecka Alina snuła opowieści, bombardowała nas wyobraźnią, której się czasem baliśmy, ale nie mieliśmy odwagi ich podważyć czy uznać, że robi sobie z nas żarty.

październik 1998

To nasza pierwsza wspólna ucieczka z Rudy. Mamy po dziesięć lat i postanowiliśmy gdzieś powędrować, żeby Janek mógł zrobić kilka zdjęć aparatem, który dostał od ojca na komunię.

Zapuściliśmy się najdalej, jak się da – w naszym wyobrażeniu – czyli na Halembę. Mamy wszystko zaplanowane i chcemy się po prostu powłóczyć poza podwórkiem, gdzie mają nas, a szczególnie Janka, za niewinne dzieci. A my jesteśmy przecież odkrywcami tajemnic, a nie zwykłymi śląskimi bachorami.

Janek pyta:

– Odsłonisz kawałek? – Wskazuje na moją klatkę piersiową, dotykając własnej, jakby się bał wypowiedzieć to słowo na głos.

– Cycki? – Specjalnie pytam w taki sposób. Żeby go onieśmielić. Widziałam, że Alina tak często robi chłopakom na podwórku. Albo Robkowi u nich w domu.

– Tak, jednego. Do zdjęcia.

Cycki, ciało, całowanie. CCC, wszystko na jedną literę i zarezerwowane na czternasty rok życia. Tak sobie wymyśliłam po konsultacji z Aliną. Nie jest mi głupio, bo chociaż czasem jeszcze bawię się lalkami, to myślę też o przystojnym bracie Janka, na którego widok szepczą dziewczyny. Są z nim wszystkie w jakimś sensie związane. W każdym razie na pewno nie ja jedna mam jego obraz przed snem pod powiekami. Poza tym wiem, że z piersi może wypłynąć mleko, jak urodzi się dziecko, i wiem, że między nogami niekiedy pojawia się wilgoć. Nie wiem, ile może jej być i po co, ale gadamy o niej czasem z dziewczynami na przerwach i się śmiejemy jak głupie. Chłopaki nie mają do tego dostępu, nawet Janek. Jeszcze przed pójściem do szkoły zdarzało się, że biegałyśmy po podwórku z koleżankami i machałyśmy spódniczkami przed oczami kolegów, wołając: „Kino bambino!”.

Śmieję się nerwowo i trochę wstydzę. To przecież nie żart, tylko prośba. Zdejmuję na początek sweter. Pod nim mam podkoszulek, który od biedy mogłabym podciągnąć. Nie słyszę w jego pytaniu CCC, tylko niewinny pomysł na zdjęcie.

Widzę, że jego oczy się rozszerzają z każdym przesuwanym centymetrem, i powoli już łapię, o co chodzi z chłopakami. Mina Janka się zmienia, choć pewnie sam tego nie chce. Wgapia się we mnie, jakby czekał na coś szczególnego. Mówi:

– Dobra, już nie pokazuj dalej. Stop.

Mnie to jednak zaczyna trochę bawić, więc przyśpieszam. Przecież jeszcze nic nie zauważył. Tylko kawałek mojego brzucha.

Nagle czuję na ustach gorącą dłoń, która nie należy do Janka, bo przyszła do mnie z innej strony. Zamieram. Czyli jednak w tym lesie straszy. Wydaję z siebie pisk, który nie przedziera się przez palce napastnika.

Janek raptownie rzuca się na mnie, zakładając, że to chyba jedyna obrona, na jaką go stać. Zwinięcie się ze mną w kulkę pod liśćmi.

Ściąga mi bluzkę na dół, zakrywa tajemnicę, a aparat upada mu na ziemię. Nie zawiesił go na szyi. Zaciskam mocno oczy, bo nie chcę wiedzieć, kto na nas napadł. Patrzę przez palce, jak na „tych momentach” w filmach, jak nazywają to rodzice. Widzę, jak obca ręka podnosi Janka z ziemi. On za to podaje mi własną dłoń. Jak w przerażającej przedszkolnej zabawie w balonik, po której wszyscy w pewnym momencie odpryskują na boki.

Otwieram oczy, bo coś mi mówi, że skądś znam ten dźwięk. Alina. Zatyka mnie na tyle, że nie mogę wydusić słowa. To przecież tylko starsza sąsiadka Janka, która ma dziwną matkę chodzącą w zwisających gaciach i pachnącą jak kościół, chociaż nie chodzi do Matki Boskiej Różańcowej.

Jestem zła i zawstydzona. Mam prawie dziesięć lat, ale nie po to uciekam z dzielnicy, żeby spotkać tutaj tę samą osobę co w domu. Mamy z Jankiem robić zdjęcia i tropić zjawy, a nie turlać się w liściach przed sąsiadką. Mówię jak przystało na dziewczynę od nas z podwórka, która choć w szkole ma dobre oceny, musi się jeszcze wykazać przed resztą:

– Zejdź nam z drogi. Zasłaniasz obraz swoim cielskiem.

Wiem, że „cielsko” ją zrani, bo ciągle narzeka, że jest gruba. Jak połowa starszych dziewczyn, które nie mają pryszczy i szukają w sobie jakiegoś powodu do zaczepki. Własne ciało to prosty wróg.

Alina uśmiecha się złośliwie.

– Nieźle się bawicie. Ciekawe, co by powiedział ksiądz, który ledwo co dał wam komunię. Teraz słuchajcie uważnie: nie widzieliście nas tutaj.

Dopiero wtedy uświadamiam sobie, że Alina nie jest sama i ma za sobą jeszcze z czwórkę czarnoszarych nastolatków. Są od niej starsi. Stoją i milczą w jakimś przerażającym bezruchu. Janek łapie mnie za dłoń, jakby w jednej sekundzie przestał się mnie wstydzić na resztę życia. Odpowiada:

– Dobra. A ty nas.

Nie chce wpaść przed omą, że zapuściliśmy się tak daleko od domu. Sąsiadka może zakablować. To jasne.

Rozchodzimy się w przeciwne strony. Janek i ja – dziewczynka, która odsłoniła pierwszy raz w życiu piersi przed chłopakiem – idziemy w stronę przystanku autobusowego, a Alina z grupką czarnych w głąb lasu.

kwiecień 2019

– Najlepiej jeździć windą numer trzy… – W tym zdaniu jest miejsce na domysły, tembr głosu Aliny się zmienia. Czasami ten głos przypomina mi, jak moja matka naśmiewała się z jej matki. Mówiła, że sąsiadka nosi się jak indyjska królowa, co w jej ustach było złośliwe, bo mama ceni prostotę i normę Maryi Królowej Polski.

Alina czeka. Dalej to robi. Mówi coś, co ma zanęcić, aby podążać za jej nicią Ariadny. Chce mnie wystraszyć, tak jak w lesie. Daję się wrzucić w ten jej strumień myśli, który pewnie zaraz zacznie meandrować na dobre. Pytam:

– To windy mają numery?

– Trójka to ta druga po prawej, przy oknie. We wszystkich innych już kilka razy się zacięłam, zresztą nie ja jedyna. Wielu sąsiadów mi o tym opowiadało. Poza tym zmierzyłam czas i trójka wygrywa. Zjeżdża dwadzieścia sekund, jeśli nie ma przerwy na piętrach.

Słucham tego z oporem, bo nie wiem, po co rozmawiać o windzie.

– Nie znoszę wind – dodaję, żeby urwać temat. Szczególnie u mnie w pracy. Nienawidzę tego momentu, kiedy jadę z jakimś gościem na rozmowę do biura i wstrzymuję w windzie oddech, żeby nie myślał, że oddycham za głośno. Większość kontrahentów jest zwykle wyluzowana bardziej niż ja i raczej ich nie obchodzi, czy właściwie oddychają.

– Ja lubię w windach to, że jednego dnia wydaje ci się, że wjeżdżasz pół godziny, a innego, że kilka sekund. Nie wiem, jak to się dzieje, że one zakrzywiają czas. Poza tym ta trójka jest wyjątkowa, bo trzy to przemiana. Może przez to ta winda jakoś inaczej działa na ludzi? Wiesz, że trójka to liczba magiczna? Reprezentuje w numerologii czas, składający się z trzech elementów. Trzyletnie dzieci są zawieszone między rzeczywistym a nierzeczywistym i w tym wieku najczęściej mają wymyślonych przyjaciół. Dorotka w tym wieku tak dziwnie się zawieszała, jakby naprawdę mówiła do duchów.

 

Kiwam głową i daję jej opowiadać dalej. Mechanika mieszkania zajmuje nam kilkanaście zdań, bo blok jest faktycznie dziwny, a Alina już mi go uplotła, jakby miał przyczyny i skutki w czasach starożytnych. Zaczęło się. Wkręca mnie. Wychodzę kupić fajki, żeby sprawdzić niektóre z tych informacji.

Winda zatrzymuje się tylko co trzy piętra, co wywołuje mój niepokój. A jeśli w ogóle się nie zatrzyma? Jednak po kilkunastu sekundach z niej wysiadam, a potem odchodzę daleko od klatki. Staję i liczę piętra oraz piony. Często mi się myli, dlatego próbuję od nowa jeszcze raz. Kręci mi się w głowie. Jakby nawet jej blok mnie hipnotyzował. Pasuje do niej to mieszkanie.

Alina

kwiecień 2019

Wyczuwam, że Marca nie pozwala swoim myślom krążyć, tylko je celowo układa, jakby zawijała naleśniki. Nie jestem pewna, co słyszy z tego, co opowiadam, bo zdaje się zelektryzowana czymś innym, mocniejszym, co zachodzi w jej wnętrzu albo i przyszło z zewnątrz. To akurat trudno mi wyczuć, bo jej aura jest raczej szara, zmęczona na powierzchni. Po powrocie ze sklepu pyta, z czego się teraz utrzymuję i co robię zawodowo. Wzdycham, bo już łapię, o co chodzi. Pewnie jest obciążona jakimś nieważnym zdarzeniem we własnej pracy. To jej konik, zaraz się zacznie ulewa narzekań na jej urząd, połączonych z podkreślaniem własnej istotnej roli w tamtym miejscu. Ja tego nie rozumiem i nie wiem, czemu służą jej złośliwe refleksje pełne wyrzutów wobec świata i ludzi. Sama robię kilka rzeczy naraz, często chodzę na nocne inwentaryzacje, dorabiałam nawet jako pluszowy niedźwiedź w wesołym miasteczku, ale staram się o każdej takiej dziwnej czynności myśleć nie jako o pracy, tylko anegdocie – pasującej do otoczenia, które mnie ciągle zaskakuje.

Tak jest też z moją obecną pracą. Na dole mamy korkową tablicę, która wygląda jak ogłoszenia parafialne. Wycieczki, klepsydry, spotkania, gazetka osiedlowa. Najpierw zawiesiłam tam tajemnicze menu, a później zrobiłam rundę po wszystkich mieszkaniach, co do jednego, z pytaniem, czy domownicy chcą, żebym im gotowała. Zobaczyłam chociaż po skrawku większości domów i czułam się przez to jak w bombonierce. Zgodziło się piętnaście osób.

Mało, ale po 2006, jak jeszcze tu nie mieszkałyśmy, obrabiali sąsiadów masowo na wnuczka, później podnieśli czynsze i trochę osób zniknęło, następnie pojawiły się jak grzyby po deszczu pokoje na godziny z Roksy, więcej jest już tylko tych cholernych lokali Airbnb. Na szczycie klimatycznym mijałam w windzie pół świata i przez kilka dni czułam bezustanny przeciąg od ruchu.

Na przekroju Superjednostki mogłabym rozpisać całe kalendarium wzlotów i upadków Górnego Śląska, w których też sama biorę udział. Robię starszym sąsiadom zakupy w sklepie na dole i patrzę na listy sprawunków jak na poemat o rozpadzie. Czasami w telewizji podają statystyki bezrobocia czy zgonów. Nie zamieszczają mniejszymi literami przyczyn, ale ja je znam, wyczuwam przez zasiedzenie.

Marca

kwiecień 2019

Ktoś puka do drzwi. To sąsiad w klapkach, w lewym odkleja mu się rzep. Alina wyciąga z kuchennej szafki kieliszek i stawia jeden przed nim, drugi przed sobą. Tak jakby dopiero przyszedł jej prawdziwy gość, a ja to nie wiem – jakaś smętna znajoma. Patrzę na zegarek. Jedenasta dwanaście. Wypijają jednym haustem. Dla mnie kieliszka nie ma.

– Załatwiłem bilety zniżkowe – informuje mężczyzna.

– Na pustynię? Płaci się za wstęp na pustynię? Co my, w Dubaju jesteśmy? – pyta Alina.

– Mam kolegę w Dąbrowie Górniczej. Pomyślałem, że nas oprowadzi, i na to te bilety.

– Nie wyobrażam sobie oprowadzania po pustyni. Przecież to nie zamek ani zamknięta kopalnia.

– A byłaś kiedyś na pustyni? Wiesz, ile tam jest rzeczy do opowiadania?

Alina kręci głową. W sumie ja też nigdy tam nie byłam, chociaż na licencjacie coś nam o niej mówili w ramach zajęć z turystyki regionalnej. Pamiętam, że to teren sporny między Zagłębiem a Małopolską. Każde uważa, że pustynia jest jego.

– Dobrze, doceniam skłonności narracyjne twoich kolegów z Zagłębia. Chociaż podejrzewam, że moja córka też miałaby na ten temat sporo do powiedzenia. Dajmy mu za to dwie stówy – stwierdza Alina.

– On zna się na temacie. Dajmy chociaż trzy – naciska sąsiad.

– Umowa stoi. Zadzwonię dziś w takim razie zamówić autokar. To co? Na drugą nogę z Marcą i wracamy do roboty.

Nagle sobie o mnie przypomina.

– Adam – przedstawia się sąsiad, bierze moją dłoń i kieruje w stronę ust. Zapomniałam o tym geście, który zawsze mnie trochę obrzydzał. Zabieram rękę i dyskretnie wycieram jego ślinę o udo. Moja dyrektorka mówi, że to męska dominacja, ale mnie szkoda tych starszych facetów, więc pozwalam się czasem pocałować w taki sposób. – A skąd się panie znają?

– Jeszcze z dzieciństwa, z Rudy.

Adam unosi brew.

– Ciekawe. Myślałem, że ty, Alinka, jesteś z Ligoty.

Moja przyjaciółka jest zdenerwowana, choć udaje beztroskę. Poznaję to po tym, że wypowiada, a właściwie cedzi przez zęby tylko krótkie zdanie, które tak bardzo kontrastuje z jej codzienną werbalną kwiecistością:

– Mieszkałam kilka lat w Rudzie.

Kilka? Wyjechała, gdy miała dziewiętnaście lat! Gdzieś w połowie ciąży, zaraz po tym, jak zgoliła włosy na Sinéad O’Connor. Nie pytam o nic. Wódka sprawia, że chce mi się tylko spać. W nocy przeznaczyłam na to przecież trzy godziny. Alina zaciąga mi rolety, sama krząta się po kuchni. Ostatni raz spałam zdrowym snem w południe po studniówce. Później każda taka drzemka w dzień kojarzyła mi się z atakiem depresji. Chociaż nie wiem, czy słowo „atak” jest dobre. Depresja jest raczej powolna i zatapiająca, przypomina kąpiele w czymś lepkim jak miód, ale o smaku wymiocin. Czuję wtedy zmęczenie zmieszane z obrzydzeniem – zarówno do siebie, jak i do tej substancji, którą cała jestem oblepiona. Nie jestem nigdy pewna, czy pochodzi ze mnie, czy ze świata. Staram się myśleć, że to przyczyna zewnętrzna, ale podskórnie mam poczucie winy, że sama to wyprodukowałam. Tak jak się wytwarza mleko, pot, łój.

Janek

kwiecień 2019

Robert wykrzywia twarz, bo razi go światło. Nie opuszcza jednak osłony przeciwsłonecznej w aucie, tylko kładzie dłoń na oczach. Nie jest przyzwyczajony do jeżdżenia samochodem. Nie ma czym, gdzie i z kim jeździć.

– Pytam jej, co się stało, a ona kiwa głową i odpowiada: „Tak”. Pytam więc: „Co, tak?”. A ona: „Tak”. Janek, ja pierdolę, co to ma być? Byłem porozmawiać z lekarzem, takim elegancikiem, i on mi mówi, że to normalne, że ona teraz się gorzej kontaktuje. Ale jak ją przyjmowali, to była w lepszym stanie. Przecież byłem w dniu przyjęcia! Siedziałem z nią na ławce i zachowywała się dziwnie, ale siedziała prosto i opowiadała. Dużo bzdur, ale mówiła swoim głosem, rozumiesz? To znaczy tylko po śląsku i niemiecku, ale twarz miała jak zawsze.

Mój brat od dziecka ma podkrążone oczy, ale tym razem odnoszę wrażenie, że próbował je sobie jakoś upudrować, żeby Omama nie zobaczyła zmęczenia. Pachnie też zbyt mocnymi perfumami. Może uznał to za sensowny zabieg przed pójściem do czyściutkiego lekarza. Mieliśmy na Janasa takie rodzeństwo, też braci, którzy chodzili pomalowani, bo mieli szramy na twarzach. Jeden z nich jest teraz drag queen, a drugi pracuje w warsztacie samochodowym. Im bardziej się malowali, tym wyraźniej było widać, że w domu ktoś ich napierdalał. Nieważne. Nie mogę się skupić na paranoi Roberta, bo widzę ten puder i przez niego analogicznie mi się nasuwa, że też jesteśmy jak dwie osoby, które próbują się ucharakteryzować.

– Przecież nie podejrzewasz, że specjalnie ją źle leczą? Po co by mieli?

Robert przełyka ślinę i pociera powieki.

– Ale Omama mówiła, że ją tam truli.

– Daj spokój, nikt jej nie truł. Przecież to niedorzeczne. Nie jest psem ani gołębiem. Nie podrzuca się jeszcze trutki na ludzi.

– Ale ci uchodźcy… Może to miało być na nich?

Robert należy do tych, którzy wierzą w teorie spiskowe. Znam ich więcej, ale posiadanie kogoś takiego w rodzinie to inne doświadczenie niż czytanie o reptilianach w internecie, w postach osobników, którzy mają dziwne zdjęcia profilowe. Jakoś tak niezręcznie się sprzeczać o jaszczury z kosmosu czy płaską ziemię ze starszym bratem. Z bieżących i sprawdzonych informacji o świecie Robek pamięta chyba tylko wyniki totolotka. Zawsze mu tłumaczę wszystko jak turyście, który pierwszy raz jest w Ustroniu. Czuję się przez to trochę lepszy, a trochę mi go żal. Ten żal czasem całkowicie mnie ścina z nóg, miesza się z czułością. Chociaż on prowadzi się gorzej, to ja jestem ten gorszy, bo go nie rozumiem.

– Daj spokój. Ona ma po prostu jakąś chorobę neurologiczną. Leki nie działają tak szybko i pewnie teraz je sprawdzają. Pamiętasz, jak kiedyś zachorowałeś na zapalenie płuc? – Kiwa głową. – Omamie się pomyliło i dała ci zamiast soku malinowego nalewkę. Nie chciała zrobić nic złego i nic złego się nie stało. Po prostu przez moment nie byłeś leczony.

Trącam go łokciem w bok, żeby się zaśmiał. Jak widać, ta historia już go nie śmieszy. Może dlatego, że czekamy na informacje o kobiecie, która nas wychowała. Robi mi się głupio, że zmieniam temat.

Robek jest rozbity i nie wiem, na ile mnie słucha. Publiczna służba zdrowia tak właśnie wygląda z perspektywy rodziny. Jakby nam podawali nalewki albo eliksiry, żeby czymś nas zająć przed śmiercią. Dodaję na pocieszenie, bo Robert nie odpowiada na moją zaczepkę:

– Daj im czas. Wyleczą ją. Poza tym na bank pobrali jej krew już kilka razy, bo musieli sprawdzić, co w niej jest. Trucizny nie było.

Robek odpala papierosa. Mówi:

– Jak chcesz, to idź do niej, a ja jeszcze zakurzę. Nienawidzę zapachu tego Burowca. Nie otwierają okien, mają tam jak w szklarni.

Kiwam głową i powoli idę w stronę drzwi, chociaż przecież mógłbym zaczekać tę minutę, Robert pali szybko. Zostawiam go jednak na moment samego, żeby nie zobaczył mojej twarzy i reakcji na widok Omamy. Sam się jej boję.

Robert

kwiecień 2019

Przecież nie było mnie tylko chwilę. Jak to możliwe, że Omama i Janek zniknęli gdzieś razem? Obiegam wzrokiem salę, rzucam: „Co jest…?”. W sali siedzi jeszcze sześć kobiet i jedna z nich, w niebieskiej piżamie, lituje się, mówiąc:

– Zabrali ją do szpitala.

– Ale przecież jesteśmy w szpitalu.

– Wzięli ją do tego takiego, jak to się mówi, zwykłego.

W tej sekundzie do pomieszczenia wpada mój brat, pewnie był zapytać o to samo pielęgniarkę, bo nie chciał gadać z tymi paniami. Ma je za wariatki, a nie ofiary zatruć, traum, biedy i różnych takich. Zapomniał o napisie „Przyzwyczaj się do nędzy” na murze, który codziennie mijaliśmy w drodze do szkoły. Napis był po polsku, nie po śląsku. Jakbyśmy mieli udawać, że sprawa nie dotyczy prawdziwych Ślązaków, tylko nas. Na Rudzie niewiele osób wiedziało, że nasza matka była z Zagłębia. Ojciec przez to kilka lat po ślubie mieszkał w Sosnowcu i robił w KWK Porąbka-Klimontów. Pamiętam to jak przez mgłę. Jak tylko matka umarła, wróciliśmy pod dach omy, na Rudę.

– Jedźmy za karetką – mówi Janek.

Zastanawiam się, czy będziemy ją ścigać, czy będzie jakoś inaczej – to znaczy nie po amerykańsku, tylko po polsku, wejdziemy do szpitala i nikt tam nam nic nie powie. Będziemy musieli wykazać, że jesteśmy wnukami, ale tak jakby synami i nie ma bliższej rodziny, będzie niezręcznie, ja się zacznę pocić, że nie mam dowodu. Nie wyrobiłem sobie nowego od pół roku. Mój brat zacznie używać lepszych słów niż na co dzień i pokaże dowód z adresem zameldowania w Ustroniu. W tych starych jeszcze jest adres.

styczeń 2010

Janek wpada z impetem do domu, pierdolnął drzwiami. Przebiera między ubraniami w wielkim kredensie w dużym pokoju. Tam są ubrania moje, jego i ojca. Mamy wspólną szafę, jeszcze z dziurami po kornikach, taką powojenną i pachnącą drewnem. Część ubrań już sobie spakował, lada moment wyprowadzają się z Marcą do Ustronia. Przez to jego ciuchy walają się teraz między szafą a torbami.

O tej porze powinien być w pracy. Ja też. Z tym że ja akurat skończyłem wcześniej, po pracy jeszcze skoczyłem do Pianki. Trzy piwa, po nich drzemka, a później na drugą zmianę. Teraz leżę w popołudniowym słońcu i jaram na kanapie przed oknem. Tym samym, z którego wyrzucałem ubrania Omamy. Jest mi przyjemnie. Na parapecie leży kot sąsiadów.

Z zamkniętymi oczami, wyciągnięty, wołam do brata:

– A ty co?

On zdenerwowany odkrzykuje:

– Nie odbierasz telefonu, ciulu! Dzwoniłem już sześć razy. Ojca wzięli do szpitala. Miał zawał.

 

Staję równo na nogi.

– To co ty tu robisz?

– Przebieram się do szpitala.

Podchodzę, patrzę na niego, jest teraz w samych majtkach. Ma bielactwo na klatce piersiowej.

– I ty, kurwa, przebierasz się na galowo, zamiast tam być? U niego? Spodnie i koszula, a później ojciec?

Janek zapina pasek od spodni, które ostatni raz miał na sobie na maturze. Dopina guzik białej koszuli.

– Przesuń się, idę załatwić ojcu życie. Muszę wyglądać poważnie.

kwiecień 2019

Nie załatwił wtedy ojcu życia. Ale przynajmniej ojciec widział go chwilę przed śmiercią ładnie ubranego. Ucieszył się na jego widok niemal tak jak wtedy, gdy po trzydziestu latach pracy przyznano mu mundur górniczy. Założył go i chodził w nim po domu, jakby to była Barbórka.

Po śmierci ojca dokonało się w moim brzuchu coś, czego się nie spodziewałem: zrobiła się w nim dziura, coś mi stamtąd zassało, i to coś zniknęło na zawsze. Za życia nie czułem w brzuchu ojca. Wydobyło się ze mnie skomlenie, wypłynął żal i wypłynęły uczucia, których wcześniej nie zauważałem, bo ojciec nigdy nie wydawał mi się szczególnie bliski. Okazało się jednak, że siedział w moim ciele, a jego zniknięcie było jak wybuch metanu i pyłu węglowego, o którym tyle opowiadał. Idą dwie fale. Najpierw idzie fala burząca, a potem powrotna. Gorsza jest ta powrotna, bo ona zasysa. W wyrobiskach górniczych robi się to samo. Wessanie powietrza i potem sssss, zassanie powietrza z powrotem. Jak się pierwsze przeżyje, to zaraz jest poprawka. Tak to wygląda. Fale mogą urządzić tak jak przy wybuchu jądrowym.

Nie widziałem u Janka czegoś podobnego. Nie wyglądał, jakby po ojcu coś w nim zassało. A może tego po prostu nie widać na powierzchni, jak przy wybuchach?

Dopiero kilka miesięcy później przeprosiłem brata. Prawda jest taka, że zadbał nawet o to, żeby ubrać ojca w ten mundur do grobu. Teraz wiem, że ja też muszę starać się dobrze wypaść przed lekarzami, żeby traktowali Omamę jak należy. Jej zniknięcia bym nie zniósł.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?