Rozpływaj się

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ I. GOŁĄB

Robert

Alina

Robert

Alina

Janek

Marca

Alina

Marca

Alina

Marca

Janek

Robert

Janek

Robert

Marca

Alina

Janek

Marca

Alina

Robert

Marca

Alina

Marca

Alina

CZĘŚĆ II. EFEKT SZMATERLOKA

Robert

Janek

Marca

Janek

Alina

Marca

Alina

Marca

Alina

Robert

Janek

Alina

Marca

Janek

Alina

Marca

CZĘŚĆ III. ZDRAPKA

Alina

Marca

Alina

Marca

Janek

Robert

Marca

Alina

Marca

Robert

Janek

Alina

Marca

Alina

Janek

Alina

Robert

Marca

Alina

Janek

Alina

Przypisy

Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA

Redakcja: BIANKA DZIADKIEWICZ

Konsultacja filologiczna fragmentów śląskich: GRZEGORZ KULIK

Korekta: MARTA KOŁPANOWICZ, JOANNA MIKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: ŁUKASZ ZBIERANOWSKI | Fajne Chłopaki

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Anna Cieplak

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07270-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla osób falujących – tych, które nie wiedzą,

co będzie

Wiemy przecież, że nie każda czynność jest znakiem i nie każde zdarzenie rozświetla wartości. Przyjmujemy, że oprócz rzadkich zdarzeń niezwykłych, które domagają się uwagi, istnieć musi też tło egzystencjalne, szara codzienność, o której lepiej nie myśleć. Nie ma o czym.

Jolanta Brach-Czaina, Krzątactwo

(w: Szczeliny istnienia, Warszawa 2018)

Jaki jest twój ulubiony dinozaur?

– Powróćmy do istotnych pytań

Szymon Bira, Dinozaur


Robert

kwiecień 2019

Znam. Trzęsę się na dźwięk nazwiska, bo to moje.

Cierpki kobiecy głos w słuchawce pyta o sześćdziesięciosiedmioletnią kobietę w podkoszulku z tęczowym napisem „Wunderbar”, która wróciła nocnym flixbusem z Frankfurtu do Katowic. Twierdzi, że została otruta skażoną wodą przez Polki od niej z pracy.

Muszę więc teraz szybko dojść do siebie i dorwać te baby, bo Omama nigdy nie kłamie. Rzucam do pielęgniarki ze szpitala na Burowcu krótkie: „Zaraz”. Coś tam chyba jeszcze chciała dodać, ale się rozłączam.

Co prawda po tym telefonie nadal jestem trochę zrobiony, ale sięgam szybko po odpowiednią tabletkę, biorę rower i fruuu na Burowiec. Dobrze się jedzie. Co z tego, że to daleko i bardziej opłacałoby się pokonać pociągiem tych kilka stacji. Chodzi o wstrząs.

Rower odkupiłem kompulsywnie, dwa miesiące temu, od kumpla z AA, który twierdził, że od pedałowania mniej chce się pić. Od tego czasu trochę jeździłem, trochę piłem, trochę pracowałem przy rozwieszaniu reklam wielkoformatowych. Droga ma mnie przygotować na spotkanie z Omamą, która zaraz rozpozna mój stan. Prześwietli mnie oczami, jakbym był obrotową figurką 3D z reklamy auta, którego sobie nigdy nie kupię. Zobaczy, jakie są prawdziwe proporcje mojego codziennego rozkładu jazdy. Rozpozna, że spożycie zajmuje mi więcej czasu niż praca, AA i jeżdżenie na tym nieszczęsnym rowerze. Opowiem jej wtedy o tym, jak nasz sąsiad ozdrowiał z picia, bo zaczął biegać po parku Kozioła, potem robił ósemki przy Matce Boskiej Różańcowej, dobiegał i do Halemby, a na koniec zszedł na zawał. Do tego prowadzą zmiany w życiu.

Jechałem, dyszałem, pociłem się, zatrzymywałem a to na fajkę, a to żeby napompować oponę, a to na łyczka energetyczka. Myślałem o tych, które ją truły w Rajchu, i byłem pewien, że będzie z tego larmo, bo Omama im nie odpuści. I ja też.

maj 1999

Omama rzuca we mnie zakrwawionym prześcieradłem. Zaciąga mnie do łazienki, gdzie wiecznie zalewają nas sąsiedzi z familoka i ojciec gada – jak się trochę nawali – że moglibyśmy się kąpać w wodzie kapiącej z sufitu. Ale nie odkłada niczego z pensji na naprawę. Omama za każdym razem zgłasza wyciek spółdzielni, która sprawę ma w dupie. Mnie i bratu – Jankowi – jest to obojętne. Kiedy Omama widzi na suficie choć kropelkę, to wzrasta w niej agresja, jakby z sufitu kapało ostatnie źródło wody na świecie. Dzisiaj odkręca kurek z zimną wodą, lekceważąc przeciek.

– Dajesz pod chłodny strumień i pocierasz materiał o materiał. Inaczej świeża krew nie zejdzie.

Od kiedy nawiedzona Elka – matka mojej dziewczyny i jednocześnie nasza sąsiadka – wyjechała, Alina często zostaje u nas na noc. Przyzwyczaiła się do Rudy i nie lubi spać w domu przy lesie u dziadka, gdzie musiała się przeprowadzić dwa miesiące temu. Woli nasz familok z kompletem sąsiadów przy ulicy Janasa. Alina czasem przedrzeźnia Omamę, a Omama ją beszta. Ja jestem chłopakiem, więc nie mam nic do gadania. Stoję jak kredens w pokoju omy i tylko skrzypię, żeby mnie nie mieszały do swoich kłótni. Dzisiaj nagle Omama wzywa mnie, żebym zrobił coś za moją dziewczynę. Przecież Alina ma tyle samo lat co ja, nie jest niezdolna do uprania czegoś, co wybrudziła. I to własną krwią.

 

Szoruję prześcieradło w milczeniu i zastanawiam się, o co jej chodzi. Czemu jej nie każe tego prać? Przecież prawie z nami mieszka od trzech miesięcy, a nie ma żadnych obowiązków i jest traktowana jak gość.

Omama dodaje:

– Patrz.

Przed twarzą widzę jej koronkowe majtki. Ku mojemu zdumieniu nie są wielkie i bawełniane, jak te leżące na straganach, które kojarzą się ze starymi omami. W sumie Omama nie jest stara, dobrze się trzyma. Jej majtki wyglądają jak bielizna kogoś młodego, czuję przez to jakieś zażenowanie. Obraca nimi przede mną, jakby były tortem w gablocie.

– Tu jest przód, a tu jest tył.

Zastanawiam się, po co to robi. Może oma chce mnie poniżyć, wkluczając do świata dorosłych, który jest przewidywalny jak te wszystkie comiesięczne okresy? Jakbym nie wiedział. Ściągałem Alinie majtki i rozróżniam miejsca, gdzie pozwala się dotykać i kiedy. Umiem zdjąć też stanik jedną ręką. Omama nakleja dwie podpaski w różnych miejscach: jedna jest z przodu, druga z tyłu. Ta z tyłu sięga niemal do gumki na biodrach. Mówi:

– Naucz tego Alinę, żeby się nie babrała. I uważaj, bo od plam krwi gorszy jest ich brak.

Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć Omamie, więc nie mówię nic. Jak tylko wychodzi z łazienki, odkładam mokre prześcieradło do wanny i chcę już wyjść z domu. Najlepiej pograć w piłkę albo powłóczyć się po ruinach domu Goduli z chłopakami.

– Dzięki za bycie moją pralką – słyszę za swoimi plecami.

Do łazienki wchodzi Alina. Dopiero wróciła ze szkoły. Widząc, jak się pochylam nad prześcieradłem, potrząsa głową. Robi tak, gdy się denerwuje. Później przechodzi do śmiechu, kiedy opowiadam jej o tym, że oma robiła przede mną pokaz majtek. Jej złośliwość jest znośna, bo znajoma. Sam wiem, co to znaczy szukać zaczepki. Taka różnica, że ja za głupie teksty na podwórku dostaję wpierdol, a ona nic. Może dlatego dziewczyny są u nas lepsze w gadce.

– Upierz i wracaj do swojego dziadka. Omama kazała mi to zrobić za ciebie – mówię do niej z pretensją, bo śmieje mi się dalej prosto w twarz. Od kilku miesięcy raz jesteśmy dzieciakami, raz młodzieżą. Teraz bym wolał być dzieciakiem. Dzieciaki obrywają za inne rzeczy niż młodzież.

Tak samo jest z jedzeniem. Alina zakrada się w nocy do kuchni, rano prawie nic nie zostaje i ojciec nie ma na szychtę nawet kromki chleba. Kilka razy się przyznałem, że to ja, ale, kurwa, koniec. To ona ma dziwne nawyki i zachowania. Nie ja.

Alina kuca na podłodze w łazience i zwiesza głowę tak, że zakrywa się włosami aż do kolan. Już ją taką widziałem. A potem spogląda na mnie z tym rodzajem smutku, który i tak nie pozbawia jej wyższości nade mną.

– Jest mi tutaj naprawdę dobrze. Czuję się bliżej mojego domu, chociaż nawet nie mogę tam wejść. Przynajmniej klatka schodowa jest taka sama… – Jej oczy robią się teraz jak spodki. Próbowaliśmy ostatnio włamać się do pustego mieszkania, które zostało po matce Aliny, ale zamek był na tyle oporny, że poprzestaliśmy na podrapaniu drzwi. Dalej nikt nie wynajmuje lokalu po nich, stoi opuszczony, a ona codziennie wgapia się w te drzwi, jakby ktoś miał stamtąd wyjść.

Nagle Alina staje się w moich oczach łagodniejsza i bardziej dziecinna. Trochę jak zwierzątko z zoo w Chorzowie, które ma za mało miejsca w klatce. Jak ten smutny lew bez łapy. Pewnie Omama to widzi, dlatego pozwala jej tak często u nas pomieszkiwać i zostawiać po sobie na widoku nawet krew.

Jestem frajerem i daję się jej podpuszczać. Ale szkoda mi jej.

– Okej, ale nie śmiej się ze mnie przy kumplach. I nikomu nie mów, że piorę twoją krew.

Alina

kwiecień 2019

Są chwile, gdy opuszczam centrum, chociaż od paru lat poruszam się dosłownie między kilkoma ulubionymi miejscami, ewentualnie jeżdżę na wycieczki ze wspólnoty mieszkaniowej. Ze wspólnotą jest jednak inaczej, bo czuję się wtedy, jakby to cały nasz blok przesuwał się w stronę obcego lądu w stylu okrętu Monty Pythona. Nie po to zamieszkałyśmy z Dorotką w Superjednostce, żeby się zapuszczać na peryferia, które w wypadku Burowca nieprzyjemnie mi się kojarzą, śmierdzą szpitalem, wraca do mnie niepokojący mrok, gdy przechadzam się wzdłuż betonowego płotu przy ulicy Korczaka.

Jestem dzisiaj trochę dalej od domu, aby uregulować chwilówkę, i wszystko bardziej mnie razi, jakby ktoś podświetlił kwiecień dodatkową lampą. Przez to agresywne słońce więcej widać pastelowych kup i szarości z jesieni niż świeżej trawy i to światło wyjątkowo mi nie pasuje. Jest zwyczajnie złośliwe, wrednie się na mnie pokłada.

Na Burowcu dali mi bez mrugnięcia okiem chwilówkę, której w centrum bym nie dostała, boby się bali, że nie oddam. Tam często przyjeżdżają podróżni, biorą pieniądze do kieszeni lub gustownej torebki i znikają. Wiem, bo koleżanka z bloku pracuje w tej emocjonalnej branży. Mówi, że nigdy nie widziała tylu łez szczęścia, co po wydaniu dziesięciu banknotów stuzłotowych na roztrzęsioną dłoń. Głupio mi było prosić ją o pomoc, dlatego jestem tutaj. Kilka przystanków tramwajem, a światło i możliwości zupełnie inne. Chwilówko, trwaj.

Nagle wyrasta przede mną Robert.

Nogami chwytam się chodnika albo to chodnik zaciska dłonie na moich kostkach, jakby chciał mnie wciągnąć pod bruk i ukryć przed byłym chłopakiem.

Pamięć łapie mnie za gardło i przenosi do Rudy, a Robert jest taki sam, jak go zapamiętałam, za co go serdecznie w tej chwili nienawidzę, tak samo jak nienawidziłam go czternaście lat wcześniej. Ma nawet podobnie przetłuszczone półdługie włosy jak w szkole średniej. Typ jezusowo-cobainowy, z podkrążonymi oczami, na rowerze. Zanim poznałam Roberta, to podobał mi się w Rudzie tylko Jezus i Kurt. Kurta słuchałam, a na Chrystusa się gapiłam w kościele Matki Boskiej Różańcowej, gdzie mieli jego piękny wizerunek. Tak było do czasu mojego zniknięcia z kościoła, kiedy odbił mnie Chrystusowi Robert. Kolejny raz widziałam Jezusa z dzieciństwa dopiero na pogrzebie dziadka, stałam z matką uczepioną mojego ramienia jak hak. Wróciła wtedy spektakularnie na dwa dni z emigracji, której kierunki już mi się myliły. Nie wiedziałam nawet, skąd przyjechała.

Widok dziadka, który wyrywa sobie rurki z dłoni, twierdząc, że to agenci podpięli mu pluskwy, żeby śledziły, jakie historie są zapisane w jego krwi, upewnił mnie w jednym: nie ma sensu na siłę trzymać innych przy życiu. Siebie tym bardziej.

Myślałam o tym nie tylko na pogrzebie dziadka, ale i przy porodzie Dorotki, co nastąpiło niemal jedno po drugim. Pół roku różnicy. Jakbym miała przez sześć miesięcy doświadczyć wszystkich stadiów życia człowieka i nabrać przekonania, że to tylko tyle. Na widok Dorotki rozpłakałam się – nie wiem, czy ze szczęścia, to była raczej ulga. Powiedziałam do pielęgniarki, żeby jej dobrze wycięła pępek. Chciałam, żeby miał ładny kształt w przyszłości, nie wystawał. Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, ale poczułam w tym jakiś odruch sprawczości. Nagle zyskałam możliwość wpływu na moją córkę, a cała seria nowych szans miała się zacząć od jej pępka. Zwykle matki po porodzie zaczynają się bać, ja wręcz przeciwnie.

Robert

kwiecień 2004

– A gdzie wyjechała wasza oma? – pyta mnie Kuba z ostatniej klasy technikum podczas pierwszej dużej imprezy, którą robimy z Aliną po wyjeździe Omamy. Załatwiłem wódkę, z tych, które roznoszę, jak poprosi mnie prezes klubu. Bimber sam robiłem z sąsiadem.

– Do domu bogaczy pod Frankfurtem. Opiekuje się tam jakąś niemiecką omą i jej psami. – Zaciągam się skrętem, odkasłuję. – To, kurwa, wakacje po mnie i ojcu.

Śmiejemy się. Patrzę w stronę brata, wyjątkowo przyszedł na imprezę razem ze swoją dziewczyną – Marcą. Oni są na tyle porządni, że nawet wieczorami się nie włóczą. W sumie Janek częściej przebywa u swojej dziewczyny niż w domu, ale nie pozwalają mu tam jeszcze spać jak Alinie u nas. Za młody, a jej starzy zbyt spięci. Brat jest dla mnie w jakiś sposób święty. Dlatego dodaję:

– Młody nie robi głupot jak ja, dobrze się uczy. Pewnie stąd wyjedzie, i to do prawdziwej pracy, a nie tej dla om. Będzie robił coś ważnego.

Brat tego nie słyszy. Siedzą na kanapie z Marceliną i o czymś żywo rozmawiają. Jak zwykle zapadnięci we wspólne myśli – jak dwugłowy smok. Oma nam czytała taką książkę o Ice i Groszku, którzy podróżują po wszechświecie. Oni by tak mogli, fajne dzieciaki. Ja się ani dobrze nie uczę, ani nie pójdę pracować na kopalnię. Do pierwszego nie mam głowy, a do drugiego siły. Nie chcę mieć życia jak ojciec, który po powrocie z roboty usypia po trzech piwach i bierze coraz to dłuższe szychty, jakby nie widział, że już od wielu lat żyje jak kret. Przed oczami tylko ciemność, przez którą się przeciska, udając, że to ma jakiś cel. Nie żeby miało go to, co robię ja, ale przynajmniej umiem się dobrze zabawić i coś wyciągam z życia. Ma różne kolory.

Kuba mówi:

– Wyjeżdżają. Moja matka też. Ojciec już teraz chleje na potęgę i gada o socjalnej likwidacji. Zapamiętałem to słowo, bo fater powtarza je za telewizją regionalną, a mógłby po prostu powiedzieć: „Ruchanie górników”. Ja idę na ochroniarza. Szukają teraz wszędzie, jakby było czego strzec.

Do rozmowy włącza się Alina, kilka dni była na Halembie, bo jej dziadek zaczął chorować i majaczyć. Jest zmęczona.

– Faktycznie, widziałam ich sporo. Chodzą w swetrach z naszywkami firm ochroniarskich, jakby byli ubrani na galowo. Nazwy jak z mitologii: Minotaur, Herkules, Heros czy coś w tym stylu. To nie brzmi jak nazwy kopalń. Sąsiad mojego dziadka tak zmienił branżę. Mówił, że na początku dawało to trochę adrenaliny, bo ochroniarz ma szansę łapać złodziei i się wykazać. Ale szybko wyszło na to, że ochrona na ziemi nie przynosi ani efektów, ani kasy. Co innego prace podziemne. Zastanów się jeszcze, Kuba. Bo skończysz z naszywką na swetrze i nudą do końca życia w jakimś supermarkecie.

– Ja nigdy nie byłem na dole, więc nie mam czego tracić. Ty też. To już lepiej być ochroniarzem – mówię do kolegi, żeby nie wyszło, że Alina jak zawsze wie lepiej. Ona nawet jak gada coś dziwacznego, jakieś te swoje bajeczki, to robi to w sposób zorganizowany i płynny. Jakby opowiadała wciągającą książkę. Dodaję, żeby zmienić temat: – Kopalnie przecież nie znikną. Jebać to zresztą, dzisiaj nie o tym…

– Stary, właśnie mogą zniknąć i nie można na to pozwolić, co ty pierdolisz. Mnie ojciec zabrał na Halembę, jak byłem bajtlem. Czekałem na to kilka lat, żeby wreszcie się zgodził, bo tam za bramki nie może wejść byle kto. Dopiero jak zjedziesz pod ziemię, to zrozumiesz, o co chodzi. Widok kopalni, tego, jak fedrują, a ojciec wciąga tabakę, bo nie może zapalić, coś zmienia w człowieku.

Kiwam głową, bo nie chce mi się ciągnąć tych mitów, którymi żyje fater i cała Ruda. Ja w to nie wierzę, tak jak i Omama. Wierzę, że stąd wyjadę i do niej dołączę. Polewam wszystkim bimber, Alina odmawia. Dziwne, zawsze piła z nami równo. Znika z pomieszczenia.

– To co? Zdrowie niewidzialnej gospodarki. – Chodzi mi o Omamę, która wysyła nam kasę. Do Omamy nie pasowało słowo „gospodyni”, zbyt pretensjonalne i domowe, ona była gospodarką. Przed wyjazdem pracowała jako księgowa na Halembie i budziła podziw tym, że była heterą dla silniejszych od siebie, a Angelusem Silesiusem dla słabszych, ale akurat to już od pewnego czasu było niemożliwe. Nawet jak im wjechała na kopalnię kontrola z Regionalnej Izby Obrachunkowej, to potrafiła wszystko tak wytłumaczyć, że te picusie wycofywały się cichutko, jakby w ogóle nie przyjechały. Później podmienili ją na inną księgową. Dlatego Omama wyjechała. Wkurzyła się na całe miasto, jakbyśmy wszyscy byli jej kopalnią, nawrzeszczała na kogo się dało i zniknęła.

Wszyscy wypijamy po kieliszku, nawet Janek. Na jeden kieliszek mu pozwalam, niech też wyrabia głowę, bo kiedyś będzie pił beze mnie. Zaczynamy już mieć fazę, a właściwy gwóźdź programu jeszcze nie wjechał. Dostałem amfę i mamy ją wrzucić, jak już się zrobimy alkoholem. Wcześniej tego nie wciągałem. Wychylam dwa kieliszki i idę do łazienki, do Aliny. Pukam do drzwi.

– To ja, wpuść mnie.

Ona odkrzykuje:

– Jeszcze chwilkę!

Strasznie chce mi się lać, najwyżej zrobię to do umywalki albo pod prysznicem. Naciskam na klamkę.

– No mówię ci, że za chwilę.

Ma dziwny głos, ale się upieram:

– Ali, ale ja muszę. Wpuść mnie.

Otwiera niechętnie i siada na brzegu wanny. Szybko sikam, nie patrząc w jej stronę, bo kręci mi się w głowie. Poprzestawiało mi się już od alko. Widzę jak przez szybę w kiosku na Janasa, na którą ktoś napluł albo wyskrobał na niej napisy. Mam wrażenie, że w prawym uchu głośniej słychać mój uderzający o muszlę mocz. Huczy jak śmigło helikoptera. Nienawidzę tych szumów. Od kiedy dostałem piłką w głowę na meczu i zemdlałem, to czasem tak mi się robi. Zwłaszcza jak się nawalę i błędnik szaleje. Mówię też mniej wyraźnie:

 

– A ty to co? Masz tu jakąś osobną imprezę?

Widzę, że Alina trzyma coś w dłoniach. Chowa je za plecami, gdy nasz wzrok się spotyka. Włącza mi się nadajnik.

– Pokaż ręce.

Kręci głową i widzę, że oczy zachodzą jej łzami. Ja pierdolę. Czyli znowu to robi. Mam ją na tyle zamazaną, że wygląda jak pseudoporcelanowa figurka. Takie stoją w lombardzie przy ulicy Wolności.

– No, pokaż! – podnoszę głos. Mówię za głośno, bo sam jakoś dziwnie słyszę, a poza tym nie chcę do końca zobaczyć. Domyślam się, co sobie zrobiła.

Ona powoli wyciąga dłoń zza pleców i pokazuje mi plastikowy, cienki kwadracik. Test ciążowy. Uff. Już myślałem.

To tylko test. Robi ich miliony. Gdybym przeliczył wszystkie te jej pipety i plastikowe kwadraciki, to mam wrażenie, że byłoby ich więcej niż naszych stosunków. Strasznie mnie tym drażni, bo przecież używamy gumek. Sama mi kazała, chociaż mnie się wydaje, że stosunek przerywany jest też spoko, i czasami ją o niego proszę. Niechętnie się zgadza. A ja przecież umiem wyjść we właściwym momencie.

Patrzę na nią, a nie na wynik, i mam wrażenie, jakby nad jej głową latały jakieś demony albo ten helikopter, który przed chwilą słyszałem.

Dzwoni telefon. Oby nie policja, to byłoby dziwne, bo z sąsiadów przecież nikt nie donosi. Prędzej matka Marcy przyjdzie nas srogo opierdolić. Nie mieszamy spraw sąsiedzkich z policją. Biegnę do aparatu, podnoszę słuchawkę z oznajmiającym i niskim „halo”.

– Jak tam u was?

To Omama. Zaraz rozpozna, że jestem najebany. Mogę tylko kłamać, jak już odebrałem.

– A dobrze wszystko. Siedzimy, oglądamy telewizję. Ojciec na szychcie. A ty?

Trochę nie słyszę szumu imprezy zza pleców. W lewym uchu mam niedosłuch, prawe przyciskam do słuchawki. Jestem skupiony na tonie głosu Omamy – czy rozpoznaje, że mój jest odmieniony?

– Mhm, opowiedz, co oglądacie.

– A, jakieś pierdoły. Ten teleturniej o Polsce. Znowu nie ma niczego o Śląsku.

– Ciekawe. – W słuchawce zapada cisza. Już wyczuła. Ma wprawę.

– Trochę wypiłem.

– Słyszę, że nie trochę, a dużo.

– Ale, no, środa jest… jutro praktyki tylko.

– Szukałeś pracy?

– Jeszcze nie, ale zacznę w przyszłym tygodniu. Poza tym niedługo możemy do ciebie przyjechać z Aliną. Jak tylko szkoła się skończy. Po co szukać pracy tutaj?

Nie mam ochoty na tę rozmowę. Czeka na mnie amfa, a nie dzień, w którym znajdę pracę.

Do przedpokoju wchodzi Kuba i nie zwracając uwagi na to, że gadam przez telefon, mówi:

– Stary, wciągamy już. Kończ gadać.

Odganiam go ręką, na pewno tego nie usłyszała. Kuba zaczyna się śmiać. Pewnie się domyślił, z kim gadam, bo zawsze przy Omamie odruchowo robię się uległy. Pytam ją:

– Chcesz pogadać z Jankiem?

– Nie. Chcę, żebyś znalazł pracę i stanął na nogi. Nie będziesz pił i ćpał za moje pieniądze. To był ostatni przelew.

Zamieram ze słuchawką przy uchu. Nie wierzę. Kopię nogą w ścianę.

– Świetnie, najlepiej zostawić rodzinę z niczym. – Czuję na ramieniu dłoń Aliny, patrzy na mnie i gestykuluje, zabiera mi słuchawkę i mówi:

– Cześć, tęsknimy za tobą. Jak się masz, już lepiej z kręgosłupem? Nie ma sensu dziś gadać z Robertem, ma gorszy dzień, ale normalnie się tak nie prowadzi.

Moja dziewczyna bez problemu przechodzi test trzeźwości i odgania mnie jak muchę. Dodaje szeptem: „No, idź już stąd”.

Może chociaż Alina ją przekona, że nie zostawia się rodziny w potrzebie. Oprócz mnie jest przecież Janek. Tylko że on pracuje w sklepie matki Marcy. W sumie faktycznie tylko ja nie robię niczego legalnego. Ale to nie temat na dziś. Chętnie to czymś przyprószę.

Siadamy przy stole i wrzucamy, co trzeba.

Zaczynam mówić jeszcze szybciej, jakbym się na głos ścigał z myślami. Jakby myśli to były czołgi, które zaraz mogą wyjechać z mojej głowy i coś zmiażdżyć. Czuję, że dziś nawijam szybciej od Aliny i to na mnie jest skierowane światło. Nie mam pojęcia, gdzie właściwie jest ona. Patrzę przez okno. Skoro Omama odebrała mi pieniądze, to można już robić, co się chce. Otwieram okiennice na oścież, pod sobą mamy komórki i garaże przerobione z chlewików. Mam ochotę coś rozjebać. Poskakać po nich, skopać jakieś krzesła i fotele przed familokiem. Jak Omamie na mnie nie zależy, to niech się odpierdoli i tu nie przyjeżdża. I tak mnie nie zabierze do Frankfurtu. To było pewne już wcześniej, bo wie, że jestem nikim. Tylko po co ta gadka, obiecywanie, gry? Jest przebiegła jak wszyscy tutaj. Serce bije mi szybko, tracę oddech i robi mi się jeszcze bardziej duszno. Wychylam się z okna, biorę wdech i wracam z nim do jej pokoju. Jest jak przed wyjazdem. Rzeczy na swoim miejscu. Chociaż do jej pokoju przeniósł się ojciec, to nawet mu się nie chciało niczego przestawiać, leży tam kurz jeszcze sprzed kilku miesięcy.

– Masz, kurwa. – Chucham tym moim zepsutym oddechem na jej lusterko, które stoi na kredensie. Widzę kawałek własnego nosa, kapie mi z niego. Biorę, co mi się tam pierwsze nawinęło pod rękę, i smarkam. Rajstopy omy. Zwykle zwijała je w kulkę i rzucała byle gdzie. Nie mam pojęcia, skąd jej się to wzięło, skoro wszędzie indziej miała porządek. Mam w sobie złość na ten jej bałagan, który wygląda, jakby zaraz miała wrócić. Przecież wiadomo, że już tam zostanie.

Otwieram pierwszą z brzegu szufladę. Swetry, chusty, spódnice. Wypierdolę to wszystko z okna. Wszystko. Omama mnie oszukała, nigdzie nie wyjadę. Uderzam dłonią o parapet, aż trzęsie się cała okienna rama.

Nie wiem, co robią inni dookoła, ale w pewnym momencie sam sobie polewam kieliszek i wracam do pokoju po kolejne rzeczy. Biorę to cholerne lusterko, jakieś naszyjniki, kolczyki. Ma takie serce z czekoladek Wedla, gdzie trzyma swoje bzdetne skarby. Jako dziecko bawiłem się tym za jej zgodą, jako nastolatek mogę jej to zabrać.

Rzucam wszystkim, w dół lecą jej cieliste rajstopy pozawijane w supły, chusty w różnych odcieniach zielonego, swetry. Wygląda to jak chińskie pokazy latawców. Widziałem kiedyś takie w telewizji. Ulica wybucha feerią świateł, bo latarnia gaśnie i zaczyna mrugać. Tak jakby chciała mi coś powiedzieć. Następnie gaśnie na amen. Czy ktoś chce wyłączyć światło na ulicy, żeby na to wszystko nie patrzeć? Jest szansa, że sąsiedzi nie powiadomią policji, bo i tak nic to nie da.

Sąsiadka krzyczy do mnie z innego okna, z parteru. To matka Marcy. Znowu brat będzie na mnie zły, że robię mu przypał przed matką jego dziewczyny.

– Tyś do kōńca ôgupioł? Uspokōj sie! Ludzie chcōm spać!

Czuję dłoń na ramieniu. Jakby parzyła. To Alina. Wciąga mnie do środka i odkrzykuje coś do sąsiadki. Następnie zamyka okno. W pomieszczeniu nie ma już nikogo poza mną i nią. Przycisza muzykę na wieży. Leci Lithium. W teledysku ze sceny rzucali gitarami, a ja nie mogę nawet wyjebać z okna rzeczy Omamy?

– Usiądź – mówi krótko, teraz ma wyraz twarzy czysty, a przez to niejasny. Nie umiem z niej nic wyczytać, przed oczami mam jeszcze chińskie smoki.

– Rozmawiałam z Omamą. Jest na ciebie zła, ale myślę, że jej przejdzie. Mamy jednak większy problem. Nie mówiłam jej o nim.

– Co znowu? – pytam i odwracam się w stronę okna, jakbym chciał zobaczyć, czy smoki z ubrań omy dalej latają. Nie umiem się skupić na rozmowie, poszedłbym już spać, najlepiej do łóżka omy, bo najwygodniejsze. Jak fater wróci z szychty, to mnie najwyżej zrzuci albo położy się w kuchni.

– Jestem w ciąży.

Podskakuję, jakby teraz nie parzyła mnie ręką, tylko słowami. Łapię ją za ramiona, lekko potrząsam i z uśmiechem udzielam porady:

– To skacz za rzeczami. Gdy lecą w dół, coś z nich znika, tracą właściwości. Od wstrząsów wszystko się niszczy. Wiesz, jak to fajnie spada?

Chyba jestem agresywny, ale nie wiem względem czego i kogo – Aliny nigdy nie tknąłem i nie tknę. Bardziej drażnią mnie jej słowa i to, że przerywa mi fazę. Tyle razy już mówiła, że jest w ciąży, że sobie to wywróżyła. Trzymam ją za ramiona i powtarzam, żeby złapała te chińskie smoki, a one zabiorą ciążę. Na bank sobie znowu wkręciła, to śmieszne. Ona pluje mi w twarz i wychodzi z pokoju. Raz na mnie tak napluł sąsiad i powiedział: „Masz basen”. Nie mam basenu, ale będę miał dziecko.