Lawina i kamienieTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Łukasz Piskorek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Anna Bikont i Joanna Szczęsna, 2021

Redaktor prowadząca drugiego wydania Magdalena Budzińska

Redaktor pierwszego wydania Jan Cywiński

Konsultacja historyczno-literacka pierwszego wydania Michał Głowiński

Konsultacja redakcyjna pierwszego wydania Józef Kozak

Adiustacja Jadwiga Makowiec

Korekta Elżbieta Krok

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-265-5

Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2021

Wydanie II

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

1 Przed Lublinem był Lwów czyli Adama Ważyka marsz do komunizmu

2 Zaraz po wojnie czyli nawrócenie Jerzego Andrzejewskiego

3 Ocalony przez Armię Czerwoną czyli Kazimierz Brandys jest za

4 Porwany przez rewolucyjny patos czyli Wiktor Woroszylski zgłasza się do PPR-u

5 Przez Auschwitz, Dachau i Monachium czyli Tadeusz Borowski wraca do Polski

6 Na lewo to był szpan czyli Tadeusza Konwickiego droga do partii

7 W pogoni za wiatrem historii czyli intelektualiści wobec dziejowych konieczności

8 Wojowniczy głos w obronie pokoju czyli Europejczycy we Wrocławiu

9 Długi pogrzeb literatury czyli wyłącznie socrealizm

10 Towarzysze nieudanej podróży (1) czyli wykonanie planu produkcji literackiej

11 Towarzysze nieudanej podróży (2) czyli pisarz w zakładzie wychowawczym

12 Umysł niezniewolony czyli Czesław Miłosz mówi „nie”

13 Uciekł tam, gdzie mógł czyli zagadka śmierci Tadeusza Borowskiego

14 Dzień, w którym umarł Stalin czyli pospolite ruszenie poezji i prozy

15 Zdzieranie katarakty czyli rozterki i cierpienia Jerzego Andrzejewskiego

16 Pękanie lodów czyli rok 1955 w cieniu roku 1956

17 Pięścią w mit czyli Adam Ważyk pisze Poemat dla dorosłych

18 Śmierć bogów czyli zaczyna się Październik

19 Rozstrzelany socjalizm czyli Wiktor Woroszylski z „pryszczatego” staje się rewizjonistą

20 Zakazany rachunek pamięci czyli kończy się Październik

21 Z towarzyszy obywatele czyli o Liście 34 i wszelkich jego konsekwencjach

22 W szeregach bezpartyjnych czyli sprawa Leszka Kołakowskiego i koniec małej stabilizacji

23 Literaci do pióra czyli o wydarzeniach Marca ’68

24 Moją ojczyzną jest język czyli wszyscy jesteśmy polskimi Żydami

25 Literatura i miazga czyli gry z cenzurą w epoce wczesnego Gierka

26 Nigdy nie byli tacy wolni czyli o „Zapisie” i początkach opozycji demokratycznej

27 Wiem, że jest mus czyli Tadeusza Konwickiego niezgoda osobna

28 Kim jesteśmy w waszych oczach czyli o lustrowaniu małowiernych

29 Co ja robię w tym Kościele czyli Wiktora Woroszylskiego droga do wiary

30 Przygoda innego pokolenia czyli o narodzinach Solidarności

31 Nie czujcie się, panowie, więźniami czyli o stanie wojennym w obozie internowania, na emigracji i na wolności

32 Zaczęło się od Hańby domowej czyli gorliwość neofitów

33 Złapać się poły Herberta czyli różne wizje tradycji i historii

Postscriptum

Posłowie do drugiego wydania

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Adamowi Michnikowi,

który wymyślił tę książkę

Nie jesteś jednak tak bezwolny,

A choćbyś był jak kamień polny,

Lawina bieg od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach.

I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,

Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.

Łagodź jej dzikość, okrucieństwo,

Do tego też potrzebne męstwo

Czesław Miłosz, Traktat moralny

* * *

Dlaczego właściwie Jerzy Andrzejewski nie miałby, tak jak Jerzy Turowicz, z którym przyjaźnił się od lat – przed wojną wspólnie jeździli na medytacje do podwarszawskich Lasek do księdza Władysława Korniłowicza, opiekuna duchowego tamtejszego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża – trafić do redakcji „Tygodnika Powszechnego”?

Tadeusz Borowski nie od razu zdecydował się na powrót do kraju. Przeciwnie – w liście wysłanym z Monachium do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, redaktora naczelnego „Orła Białego”, pisma armii Andersa, zapowiadał, że przyśle mu wiersze. Dziś wiemy, że były tam gorzkie słowa o ojczyźnie w szponach NKWD[1]. Czemu więc nie wyobrazić sobie Borowskiego na emigracji jako współpracownika paryskiej „Kultury”?

A Tadeusz Konwicki? Przecież równie dobrze mógł jeszcze trochę dłużej włóczyć się ze swoim oddziałem po lasach Wileńszczyzny, aż aresztowałoby go i wywiozło w głąb Rosji NKWD. Mógł zresztą jako były AK-owiec trafić do więzienia i w Polsce. Albo wyemigrować. Razem z kolegami z partyzantki miał już przecież nawet zblatowaną załogę statku, który odpływał do Anglii.

Wiktor Woroszylski uważał się już wtedy za ideowego komunistę. Ale gdyby jego rodzice nie postanowili wyjechać z zajętego przez Sowietów Grodna, czy nie pisałby swoich rewolucyjnych wierszy w języku Majakowskiego? A może później jako rosyjski dysydent znalazłby się w łagrze?

Tamtej pamiętnej wiosny 1945 roku, kiedy przez kraj przetaczała się radziecka ofensywa, a widok uciekających wojsk niemieckich przynosił nadzieję na zakończenie wojennego koszmaru, nie musiał niczego rozstrzygać Adam Ważyk. Wyboru dokonał już wcześniej, w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Do Polski wracał z I Armią Wojska Polskiego jako zdeklarowany komunista.

I jeszcze Kazimierz Brandys, ukrywający się w czasie wojny, gdyż podpadał pod ustawy norymberskie, uważał, że wiosną 1945 roku jego droga jest przesądzona – nie miał wątpliwości, że życie zawdzięcza wkraczającej do Polski Armii Czerwonej.

W przedwojennych życiorysach bohaterów tej książki niewiele można znaleźć punktów stycznych, różnie potoczyły się ich wojenne losy. A jednak wszyscy oni wstąpili w szeregi zwolenników nowego systemu, by stać się jego żarliwymi wyznawcami i służyć mu piórem.

1 Przed Lublinem był Lwów czyli Adama Ważyka marsz do komunizmu


Adam Ważyk, 1949

 

© PAP / Archiwum

W pierwszych dniach sierpnia 1944 roku Adam Ważyk, przed wojną lewicujący poeta Awangardy, świetny tłumacz Apollinaire’a, uzdolniony matematyk i szachista, z komunistami związany towarzysko, nie organizacyjnie, pojawił się w świeżo zajętym przez Armię Czerwoną Lublinie w całkiem nowej roli – jako oficer polityczny utworzonej przez generała Zygmunta Berlinga I Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki.

Drobny, w mundurze, w wysokich butach z cholewami i z wielkim naganem u boku sprawiał karykaturalne wrażenie. Taki właśnie obraz Ważyka powraca natrętnie jako stały motyw wspomnień z tamtych lat. Zapamiętano go, jak przy byle okazji wymachiwał tym naganem. Zapamiętano go, jak brał udział w rozlepianiu po wsiach, na budynkach szkolnych i parkanach, plakatów z napisanym w Moskwie i ogłoszonym w Chełmie Manifestem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, pierwszej polskiej władzy z sowieckiego nadania.

Co znaczy władza sowiecka, Ważyk miał okazję przekonać się od razu we wrześniu 1939 roku, kiedy znalazł się we Lwowie. Od czasu, gdy w 1924 roku jako dziewiętnastoletni maturzysta wydał tomik awangardowych wierszy Semafory, a rok później kolejny – Oczy i usta, milczał jako poeta, pisywał recenzje, opowiadania, powieści. We Lwowie wróciła mu poetycka wena.

To stało się tak nagle: rozbite pociągi,

zdarte druty, na torach wydrążone leje,

zamiast wodzów półgłówki, zamiast armii – włóczęgi,

widma nocą ciągnące, by skryć się, gdy zadnieje.

Gdziekolwiek szedłeś, miasta waliły się w gruzy,

pryskał pług w rękach chłopa, nim skibę doorał…

to po latach dwudziestu wyklarował się w burzy

ukrywany przed tobą tych lat posępny morał.

Ten wiersz, w którym dystansował się od przeszłości i pokonanej właśnie Rzeczypospolitej, zatytułował Ważyk Do inteligenta uchodźcy.

Do Lwowa od pierwszych dni wojny ściągały tłumy uchodźców uciekających przed niemiecką armią. Tydzień po kapitulacji miasta – 28 września – na mocy podpisanego w Moskwie układu o granicy i przyjaźni między ZSRR a III Rzeszą dokonał się kolejny rozbiór Polski. We Lwowie zapanowała sowiecka okupacja i rozszalał się terror NKWD. Jego ostrze w dużej mierze skierowane było przeciwko polskim elitom intelektualnym.

Ważyk swój wiersz wydrukował w „Czerwonym Sztandarze”, wychodzącej po polsku sowieckiej gadzinówce. Nie ograniczył się do rozliczania międzywojennego dwudziestolecia. Stawiał na przyszłość i wykuwanie „nowego człowieka”.

Spóźniony o lat dwadzieścia, towarzyszu, powstań,

czarny tych lat rachunek zgnieć w zaciśniętej pięści.

Zbudzona Ukraina, twoja piękna siostra,

podpowie ci melodię i słowa naszej pieśni.

To nic, że jeszcze ziębniesz w gnijącym łachmanie,

że ciało jeszcze znojem wędrówki ocieka.

Opadnie z ciebie przeszłość, a to, co pozostanie,

będzie kształtem pierwotnym nowego człowieka!

Tymczasem działa się teraźniejszość. Sowietom zależało na tym, by fakt zbrojnej agresji na Polskę przedstawić jako rodzaj „dyplomatycznej interwencji” w obronie ukraińskiej i białoruskiej mniejszości narodowej. Stąd pomysł zorganizowania „wyborów”, w których nie tylko zamieszkujące te tereny mniejszości, ale również Polacy w akcie „spontanicznego samostanowienia” mieli wybrać swoich przedstawicieli do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy. Już na swoim pierwszym posiedzeniu – 26 października 1939 roku – Zgromadzenie wystąpiło z inicjatywą połączenia się z Ukrainą sowiecką.

W tym wspartym terrorem spektaklu swoje role do odegrania mieli też pisarze.

Na pierwszym zebraniu środowiska pisarskiego, w październiku 1939 roku, przedstawiciel literatów radzieckich Aleksander Kornijczuk zapowiedział, że po „zjednoczeniu Ukrainy” powstanie nowy związek pisarzy. Tymczasem wciąż istniał stary Związek Zawodowy Literatów Polskich i ani prezes jego lwowskiej sekcji, krytyk literacki Ostap Ortwin, ani sekretarz, Teodor Parnicki, do nowego, organizowanego przez Sowietów związku nie mieli zamiaru przystąpić[1]. Ortwin godził się jedynie złożyć deklarację „lojalności wobec wojskowych władz sowieckich, okupujących wschodnie ziemie Rzeczypospolitej Polskiej – aż do ukończenia wojny i rozstrzygnięcia sporów terytorialnych polsko-sowieckich na kongresie pokojowym”.

Sowieci oczekiwali jednak od polskich pisarzy czegoś więcej: uznania wyników pseudowyborów, a tym samym zaakceptowania aneksji Kresów Wschodnich RP. I doczekali się. 19 listopada „Czerwony Sztandar” opublikował oświadczenie Pisarze polscy witają zjednoczenie Ukrainy. Przy okazji w tekście – podpisanym między innymi przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Władysława Broniewskiego, Karola Kuryluka, Stanisława Jerzego Leca, Leona Pasternaka, Adama Polewkę, Aleksandra Wata, Adama Ważyka – znalazło się stwierdzenie, że oto otworzyły się dla pisarzy „podwoje wielkiej sztuki socjalistycznej, sztuki szczerze służącej kulturalnym i moralnym ideałom ludzkości”.

Nowy związek, działający początkowo pod nazwą Komitet Organizacyjny Pisarzy Miasta Lwowa, był wierną kopią swego sowieckiego odpowiednika. Podzielony na sekcje prozy, poezji, krytyki i tłumaczeń, organizował zbiorowe wyjazdy pisarzy do fabryk i kołchozów, by tam zapoznawali się z „realiami prawdziwego życia w socjalizmie”.

Plon takich właśnie wypraw odnaleźć można w reportażach Ważyka, publikowanych w „Czerwonym Sztandarze”. Pojechał do odebranego jakimś hrabiom pałacu, gdzie teraz zamieszkały „uskrzydlone życiem dzieci proletariuszy” (W pałacu pionierów), i do należącej wcześniej do Lubomirskich cukrowni, gdzie przed wojną „wyciskano złoto z robotników” (Cukrownia w Chodorowie). Pisywał też wiersze, które recytował w zakładach pracy (jak ten Do robotnicy, ongiś „niewolnicy fabrykanta”, dziś „współwłaścicielki fabryki”). Wykonywał na zamówienie tłumaczenia z rosyjskiego, a jego przekład wiersza o radzieckim paszporcie Władimira Majakowskiego nieprzypadkowo ukazał się akurat w czasie akcji „paszportyzacji” – przymusowego nadawania obywatelom polskim obywatelstwa sowieckiego.

Co skłoniło go do takiej uległości? Julian Stryjkowski, który podobnie jak Ważyk pracował wtedy w „Czerwonym Sztandarze”, swoją wydaną w latach siedemdziesiątych w niezależnym obiegu powieść z czasów lwowskich zatytułował Wielki strach. Strach przed donosem, przed aresztowaniem, przed wywózką, przed fizycznym unicestwieniem wyłania się ze wszystkich wspomnień z tamtych czasów. Aleksander Wat w Moim wieku – rozmowie rzece przeprowadzonej w 1965 roku przez Czesława Miłosza – mówił, że sam trząsł się z przerażenia o los swojej żony Oli, syna Andrzeja i własny. I opowiadał, jak to zimą, na przełomie 1939 i 1940 roku, do redakcji „Czerwonego Sztandaru”, gdzie pracował, wkroczyli NKWD-ziści „badać personalia”.

„Wszyscy są obecni, zadają pytania, każdy musi mówić o sobie, musi powiedzieć swoją biografię. Wszyscy siedzą, pełno inkwizytorów, oczu, i właśnie to była ta jedyna moja rozmowa, jedyna samokrytyka, gdzie zagrałem jak aktor, wiedziałem, że gram o swoje życie i życie Oli” – relacjonował Miłoszowi. To na tym zebraniu złożył samokrytykę: wyznał, że co prawda mówił przed wojną o dyktaturze, terrorze oraz strachu panującym w ZSRR, ale teraz osobiście przekonał się, że był w błędzie. I dalej tłumaczył Miłoszowi, że to był rodzaj schizofrenicznego rozdwojenia osobowości: „Jesteś, masz jeszcze pięć minut i w ciągu tych pięciu minut musisz w sobie dokonać wyraźnego rozszczepienia. Jak gilotyna, musisz odciąć jedną połowę od drugiej. I musisz czuć w sobie, żeś odciął, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie, zaplączesz się. Inkwizytorzy mają wspaniałe oczy i świetnie wyostrzony słuch”.

Watowi wydawało się, że w ten sposób odwrócił od siebie przeznaczenie. Nie na długo jednak.

W nocy z 23 na 24 stycznia 1940 roku we Lwowie doszło do głośnej i nie do końca wyjaśnionej w szczegółach prowokacji NKWD. Pod pretekstem spotkania z jakimś przybyłym z Moskwy literatem czy też filmowcem grupę polskich pisarzy ściągnięto – niektórych podstępem – do restauracji Aronsona na Jagiellońskiej, gdzie mieścił się „Klub Inteligencji”. W czasie kolacji sprowokowano bójkę, a chwilę później wpadło NKWD i aresztowało Aleksandra Wata, a także Władysława Broniewskiego, Tadeusza Peipera, Anatola Sterna. W tym samym czasie innych pisarzy, wśród nich Parnickiego, aresztowano w ich domach[2].

„Widziałem, jak oni ich wyprowadzają – opowiadał Ważyk w nagranej w 1976 roku relacji ze swoich lwowskich doświadczeń. – Bałem się wyjść, że i mnie zatrzymają. Wreszcie już oni wyszli, ja wyszedłem ostatni. Niezależnie od świadomości, takiej czy innej, pozostało mi wrażenie na całe życie”[3].

Ważyk znalazł się w grupie osób, którym NKWD pozwoliło wrócić do domu. Kilka dni później Jerzy Putrament, przed wojną związany w Wilnie z lewicującą grupą skupioną wokół miesięcznika „Żagary”, zaczął organizować podpisy pod listem potępiającym aresztowanych jako zdrajców i prowokatorów[4]. Wezwał kolejno do siedziby Związku Pisarzy Stanisława Jerzego Leca, Elżbietę Szemplińską, Ważyka. Wszyscy odmówili odcięcia się od kolegów.

„Putrament rozmawiał ze mną oddzielnie, że trzeba się »odgrodzić« od aresztowanych – wspominał Ważyk tę scenę. – Mówię: »Dlaczego ty się tym zajmujesz, kiedy nie ma Wandy Wasilewskiej? Czy Wanda to aprobuje?«. On mówi: »Z Wandą to nie ma nic wspólnego«. »Zaniechaj tego«. Więc on się bardzo rozzłościł i powiada: »Podpiszesz czy nie podpiszesz?«. Ja mówię: »No, oczywiście, że nie, i spakuję walizkę«”.

To, że Ważyk spodziewał się aresztowania, potwierdził po latach Julian Stryjkowski[5]. W wywiadzie rzece, który przeprowadził z nim w latach osiemdziesiątych Piotr Szewc, opowiadał: „Ważyk siedział w tym samym pokoju [w redakcji „Czerwonego Sztandaru”] z Watem, swoim długoletnim przyjacielem. Po zniknięciu Wata czekał na swoją kolej. Zagłębiał się w materiał, sterty maszynopisów przeznaczonych do druku. Skrupulatnie poprawiał błędy stylistyczne i rusycyzmy z tłumaczeń artykułów centralnych gazet rosyjskich. Nie słyszał, co się dzieje wokół. Pokonywał obróbką polszczyzny strach. […] Każdy przeżyty dzień Ważyka to był wygrany los”.

Stryjkowski spytał go wtedy, czy napisze dalszy ciąg swojej przedwojennej powieści Mity rodzinne. Ważyk odpowiedział, że zna nawet jego początek. Miał się zaczynać tak: „Jacyś dwaj panowie przyszli do ciebie – powiedział ojciec”.

Lecz „panowie” jakoś nie przychodzili po Ważyka.

„Ważyk sam opowiadał, że się trząsł, pocił się ze strachu, ale powiedział: Nie! Wtedy Putrament najprościej w świecie krzyknął, że Ważyk pójdzie w ślad za nami. I to samo powiedział Szemplińskiej, która się też oparła. Ważyk z Szemplińską pobiegli do Wandy Wasilewskiej i dopiero ona skręciła to w zarodku, nie dopuściła do tego” – tak relacjonował Wat Miłoszowi wydarzenia, które rozgrywały się we Lwowie już po jego aresztowaniu, powołując się przy tym na rozmowę, jaką odbył z Ważykiem w 1949 roku – nie w Polsce, kiedy się już spotkali, bo w Polsce strach było prowadzić takie rozmowy, ale w Wenecji na kongresie PEN Clubu, gdzie obaj byli polskimi delegatami. Od siebie Wat dodał: „Ważyk […] to jest człowiek tchórzliwy, który gdy wpada w złość, potrafi być szaleńczo odważny. […] Ale wtedy tchórzył, naprawdę się bał”.

Przeczytawszy Mój wiek, Ważyk wysłał do Miłosza nagraną na taśmę polemikę z przedstawioną przez Wata wersją wydarzeń. Nie negował faktu rozmowy z Watem, ale prostował szczegóły. „Chcąc storpedować tę akcję, zapytałem Putramenta, dlaczego działa poza plecami Wandy. To go zgniewało i skróciło rozmowę. Po tym zdarzeniu przez kilka nocy nie rozbierałem się do snu i miałem rzeczy przygotowane na wypadek zsyłki. Były to jedyne kilka dni we Lwowie, kiedy bałem się represji. Ale bać się a tchórzyć to są dwie różne rzeczy, których Wat nie rozróżnia. Wat […] zmyślił pogróżki Putramenta pod moim adresem, zmyślił moje pocenie się ze strachu i bieganie do nieobecnej [wtedy we Lwowie] Wandy Wasilewskiej”. I dalej dodał Ważyk, że gdy tylko skończyła się bójka, wziął z szatni płaszcz, żeby jak najszybciej opuścić lokal. Natychmiast oddał go z powrotem, gdy Ola Watowa wybiegła za nim i powiedziała, że poturbowany Aleksander źle się czuje. Cofnął się od wejścia, wrócił na salę. „[Wat] wymienia wszystkich obecnych w tym piekielnym pokoju, ale ja z jego wspomnienia wyparowałem, mimo że sam mnie sprowadził [na kolację do restauracji Aronsona] i że to ja go cuciłem z jego żoną Olą”.

 

Od prowokacji nie minął nawet rok, gdy Sowieci zrezygnowali nawet z pozorów organizacyjnej odrębności związku polskich pisarzy. 17 września 1940 roku kilkudziesięciu literatów przyjęto do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy (zebrania, na których odbywał się rytuał przyjęcia, nazywano złośliwie „sekcją kajakową”, bo wszyscy tam się kajali i bili w piersi za prawdziwe i wyimaginowane grzechy). Byli wśród nich: Jerzy Borejsza, Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Jerzy Putrament, Adolf Rudnicki, Adam Ważyk.

Jerzy Borejsza, przedwojenny komunista, który od razu jesienią 1939 roku dał się poznać jako człowiek absolutnie wobec nowych władców uległy, a zarazem typ wizjonera o niespożytej energii, rzutki i pełen pomysłów, mianowany został dyrektorem Zakładu Naukowego imienia Ossolińskich i przez cały czas sowieckiej okupacji odgrywał znaczącą rolę w lwowskim życiu naukowym i literackim, którego reguły ustalono na obraz i podobieństwo tych panujących w ZSRR. A tam nie wystarczało nie być przeciw, należało być za.

W swoim gabinecie po poprzednim dyrektorze Ossolineum Antonim Lewaku (którego aresztowało NKWD i wszelki ślad po nim zaginął) Borejsza obok portretów Mickiewicza, Kościuszki i Szopena zawiesił portret Stalina. Przeprowadził w bibliotece Ossolineum czystkę, usuwając nie tylko książki niewłaściwych autorów, ale nawet ich karty katalogowe (dawał tam jednak zatrudnienie bezrobotnym pisarzom i uczonym). Rozwinął niezwykłą aktywność, współpracował z kolaboranckim „Czerwonym Sztandarem”, był dyżurnym mówcą, wygłaszał odczyty i pogadanki na zadany temat (już to o wielkości Lenina, już to o wątkach rewolucyjnych w poezji Mickiewicza). Kierował zespołem przygotowującym nowe programy szkolne i podręczniki, których zadaniem było sowietyzowanie polskiej młodzieży. Występował na wiecach politycznych, gdzie agitował za przyłączeniem zachodniej Ukrainy do ZSRR.

Aleksander Wat w Moim wieku powtarzał, co się wtedy mówiło we Lwowie: że Borejsza był agentem NKWD, zwerbowanym jeszcze przed wojną[6]. Sam Borejsza wiedział o tych pogłoskach, a Wat był na początku lat pięćdziesiątych świadkiem jego wybuchu: „Mówią o mnie, że jestem agentem Moskwy – wściekał się Borejsza. – Durnie, durnie, durnie. Oni nie wiedzą, że ci właściwi, ci prawdziwi agenci to są ci, których nigdy się nie domyślają”.

Gdy pod koniec czerwca 1941 roku do Lwowa zbliżali się Niemcy, Ważyk – podobnie jak Borejsza i Putrament – ewakuował się dalej na wschód i wylądował w Kujbyszewie. Wszyscy trzej całą wojnę spędzili po sowieckiej stronie, byli działaczami Związku Patriotów Polskich, powołanego w marcu 1943 roku przez Wandę Wasilewską. I wszyscy trzej wstąpili do armii generała Berlinga, gdzie pełnili funkcję oficerów politycznych.

W czasach lwowskich – zdaniem Miłosza – na przeszkodzie całkowitemu „przekształceniu się Ważyka w człowieka sowieckiego stały jego nałogi wyniesione z przedwojennej Warszawy, gdzie obowiązywało pewne minimum dobrego smaku […]. Niektórzy poeci we Lwowie posunęli się w swoim strachu i służalstwie do pisania utworów śmiesznych w swojej obrzydliwości, inni, a do nich należał Ważyk, szukali sposobu, jak schlebiać, zachowując pewną miarę”.

Ślady tego procesu przekształcania się na miarę oczekiwań nadchodzących czasów odnajdujemy w wierszu Szkic pamiętnika pisanym jeszcze w ZSRR:

W tych latach mówiłem do siebie głosem starszego brata:

ileż razy trzeba cię budzić, abyś zbudził się w swojej epoce?

Ważyk chciał zaakceptować „epokę, w której się zbudził”. Stał się „człowiekiem przemienionym” – jak pisał w Odzie dialektycznej. Tyle że jeszcze pamiętał siebie dawnego.

Ja, przemieniony, nie zapomniałem

ani listeczka zetlałej treści

i wiem, że piękno, stając się ciałem,

ból doświadczenia w rysach pomieści.

Czy miał na myśli „ból doświadczenia lwowskiego”, który tak dramatycznie zaciążył na wyborach wielu polskich pisarzy, że od razu w Lublinie włączyli się w budowę komunizmu?

Lublin, pierwsze po przekroczeniu Bugu duże miasto na drodze zwycięskiego marszu żołnierzy radzieckich, miał się stać na kilka miesięcy nie tylko siedzibą nowych władz, ale też głównym ośrodkiem odradzającego się po pięciu latach okupacji życia społecznego i kulturalnego. Kierowani nadzieją, że można będzie wreszcie opublikować artykuł czy wiersz, wystąpić w radio, zorganizować koncert, wystawić sztukę, ściągali do Lublina pisarze, dziennikarze, aktorzy, reżyserzy, niekoniecznie entuzjaści wprowadzanych przez Sowietów porządków. Nowo powstające instytucje życia kulturalnego otwarte były wtedy dla wszystkich gotowych do współpracy. Wciąż jeszcze trwała wojna, a na zapleczu frontu już tętniło życie: odczyty, poranki poetyckie, wieczory autorskie, spektakle teatralne przyciągały zgłodniałe wydarzeń kulturalnych tłumy. W samym Lublinie wychodziły wtedy dwadzieścia cztery gazety i czasopisma. Jednocześnie od pierwszych dni zaczęło się zastraszanie i terroryzowanie społeczeństwa. Na zajmowanych przez sowieckie wojska terenach panoszyło się NKWD, rozbijając struktury podziemnego państwa polskiego, aresztując i wywożąc na Wschód tysiące polskich obywateli.

Wtedy, w sierpniu 1944 roku w Lublinie, Ważyk znany był przede wszystkim jako autor słów do Marszu I Korpusu, który towarzyszył kościuszkowcom w ich drodze z Sielc nad Oką aż po Berlin; później stał się sztandarową pieśnią Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Spoza gór i rzek

Wyszliśmy na brzeg.

Czy stąd niedaleko już

Do grających wierzb, malowanych zbóż?

Wczoraj łach, mundur dziś!

Sciśnij pas, pora iść.

Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz –

Spoza gór i rzek – na Zachód marsz[7].

Specjalnie dla Teatru I Dywizji napisał sztukę Ławka w Łazienkach, pomyślaną jako wielki spektakl historyczny, w którym przy tytułowej ławce pojawiają się kolejno spiskowcy z powstania listopadowego, polscy oraz rosyjscy rewolucjoniści, Niemcy okupujący Warszawę, wreszcie żołnierze Wojska Polskiego. Aktorzy w mundurach, którym autor kazał strzelać do kukiełek symbolizujących – jak zaznaczył w didaskaliach – „faszystowsko-sanacyjnych winowajców wrześniowej klęski”, zwracali się ze sceny z patriotycznymi apelami wprost do żołnierzy na widowni, zagrzewając ich do boju. Historia zatoczyła koło – tłumaczył Ważyk: od Mazurka Dąbrowskiego do Marszu I Korpusu (na początku szwoleżer, który u boku Napoleona wyganiał w 1807 roku Prusaków, uczy małą dziewczynkę śpiewać: „Marsz, marsz Dąbrowski…”, w finale pieśń kościuszkowców wykonuje chór Wojska Polskiego, walczącego z Niemcami u boku Armii Czerwonej).

Opowiadał nam krytyk literacki Ryszard Matuszewski, który ściągnął do Lublina we wrześniu 1944 roku, że Ważyk w mundurze i z bronią u boku czuł się panem sytuacji:

– Gdy w Krakowie chciał go wylegitymować patrol sowiecki, spytał: „Wy znajetie, kto eto Koscjuszko?”. Oni pokiwali głową, a on wtedy: „Koscjuszko eto tiepierʹ ja[8].

Szybko oddelegowany z wojska na front ideologiczny, Ważyk wszedł do redakcji utworzonego jako organ PKWN-u pisma „Rzeczpospolita”, którego redaktorem naczelnym został Jerzy Borejsza, wyznaczony przez Sowietów na namiestnika polskiej kultury.

Pierwsza reakcja pisma na wieść o wybuchu powstania w Warszawie była jeszcze entuzjastyczna: „Z miliona serc polskich wyrywa się jeden okrzyk: »Warszawo, wytrwaj w walce, śpieszymy z pomocą«”. Dwa tygodnie później we wstępniaku Tragedia Warszawy ton był już inny: „Historia nigdy nie wybaczy tym, co dwukrotnie [we wrześniu 1939 roku i w sierpniu 1944] wskutek haniebnej polityki prywaty narazili naszą stolicę na tragiczną walkę, co dwukrotnie apelowali do bohaterstwa warszawiaków, nie szczędząc dla dyktatury sanacji krwi polskiej”. Kiedy powstanie dogorywało, „Rzeczpospolita” pisała już o nim jako o „próbie powtórzenia pod okupacją sanacyjnego przewrotu majowego”.

Dziennik nie zaspokajał jednak ambicji Borejszy. Z rozmachem zabrał się do budowania całego koncernu z siecią własnych księgarń i bibliotek, wydającego pisma codzienne, periodyki i książki, organizującego druk i kolportaż, propagującego czytelnictwo i samokształcenie. Gdy tylko dowiedział się, że w Lublinie zakwaterowano grupę więźniów, uciekinierów z ostatniego transportu z Majdanka do Auschwitz, zaproponował im spotkanie.

– Wybraliśmy się w sześciu, każdy podoficer bądź oficer Armii Krajowej, a nikt przed wojną nie komunizował – opowiadał nam Czesław Kulesza, związany z utworzoną przez Borejszę Spółdzielnią Wydawniczą „Czytelnik”. – Rozmowa trwała całą noc. Borejsza mówił o nadchodzącej ze Wschodu armii: „Jeśli wejdą inaczej niż jako sprzymierzeńcy, nie zostanie tu kamień na kamieniu”. I opowiadał o swoim marzeniu – polskich książkach w wielkich nakładach[9].

Marzenie to szybko urzeczywistnił: jeszcze w 1944 roku Czytelnik wydrukował półtora miliona egzemplarzy książek, głównie czytanek szkolnych, AK-owcy z Majdanka zaś, których Borejsza przekonał, przez długie lata stanowili trzon pionów organizacyjnych, drukarni, kolportażu i finansów wydawnictwa.

W ten sposób budował organizacyjne i kulturalne zaplecze nowej władzy, zapewniając jej poparcie środowisk intelektualnych. Działalność przyszłego imperium wydawniczego zainaugurowało wydanie tomików poetyckich Jastruna, Przybosia, Putramenta. I wierszy Adama Ważyka, które złożyły się na tomik Serce granatu. Pisał je na szlaku, jaki I Dywizja imienia Tadeusza Kościuszki przemierzała wraz z Armią Czerwoną w drodze do Polski, a przecież niemal całkowicie wyzbyte są propagandowych akcentów. Są wśród nich wiersze odwołujące się wprost do tradycji horacjańskiej (Gdzie sosna wielka), są nostalgiczne liryki, jak Trzecia jesień:

Jedynym Twoim domem jest ta jesień rdzawa,

zamieć liści po trzykroć nad Tobą zawisła,

to szumi popiołami zdmuchnięta Warszawa,

to dopływa do stóp Twych nie zniemczona Wisła.

Wojna rozrzuciła polskich pisarzy po miasteczkach, wsiach, dworach i tam odnajdywał ich, osobiście albo przez posłańców, Borejsza. Proponował dach nad głową, wikt, druk, wieczory autorskie[10]. Przybyszów lokowano w zarekwirowanym pałacyku, wkrótce nazwanym Borejszówką, przy ulicy Radziwiłłowskiej 9, gdzie w zaimprowizowanej stołówce wydawano obiady i racje wódki. Zamieszkali tam Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Artur Sandauer, Adam Ważyk. I Stefan Żółkiewski, w latach okupacji redaktor pism komunistycznego podziemia.

„Wtedy z perspektywy Krakowa jeszcze pod okupacją – Polska lubelska to był Czytelnik – pisał w Przyczynku do autobiografii Jan Kott, który popłakał się na widok pierwszych numerów »Odrodzenia«. – Państwo w państwie. Zwłaszcza dla pisarzy”.

Ważyk został sekretarzem pierwszego literackiego przyczółka nowej władzy – Związku Zawodowego Literatów Polskich (od razu w jego imieniu wystąpił do lubelskiego rządu o pomoc w ściągnięciu do kraju swego przyjaciela, Aleksandra Wata, który tymczasem przeszedł przez gehennę sowieckich więzień i wylądował na zesłaniu w Kazachstanie). Zaczął pracę w redakcji „Odrodzenia”, pisma literackiego w zamierzeniu skupiającego autorów różnych światopoglądów (na naczelnego Borejsza desygnował Karola Kuryluka, przed wojną twórcę lewicowego pisma „Sygnały”, po którego wysłał specjalnie samochód do Lwowa).

Jacek Bocheński przyniósł wtedy do redakcji „Odrodzenia” swoje debiutanckie wiersze (w pierwszym numerze opublikowano mu poemat) i zapamiętał dobrze Ważyka, którego wiersze znał sprzed wojny:

– Mówił piskliwym głosem, bardzo się mądrzył, zimny besserwisser, guru, rezoner, w związku z głosem i wzrostem sprawiał trochę śmieszne wrażenie.

Pierwszy numer pisma – z 3 września 1944 roku – otwierały Modlitwa Juliana Tuwima z Kwiatów polskich, która przesłana z Nowego Jorku krążyła po kraju w odpisach („Chmury nad nami rozpal w łunę,/ Uderz nam w serca złotym dzwonem,/ Otwórz nam Polskę jak piorunem/ Otwierasz niebo zachmurzone”), oraz zbiorowy nekrolog kilkudziesięciu polskich pisarzy, artystów i uczonych, którzy zginęli bądź zostali zamordowani w czasie okupacji. Raczej symboliczny, bo lista była niekompletna, a w pojedynczych przypadkach informacje o śmierci okazały się nieprawdziwe.