Znak kukułkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. ALINA

Odkładam zeszyt. Mateusz znów zasypia. Wstaję cicho, nie chcąc go budzić, bo wiem, że jest zmęczony i nawet rozmowa ze mną jest dla niego wyczerpująca. Niedługo ma wrócić do domu. W szpitalu powiedzieli, że już nic nie da się zrobić. Wezmę wolne i spędzimy razem ten czas, który mu pozostał.

Zostawiam go i wychodzę na zewnątrz. Słońce pali pod zmrużonymi powiekami. Jest gorący czerwiec, miasto skwierczy jak na rozgrzanej patelni. Gdzieś niedaleko dzieciaki grają w piłkę. Idę i jeszcze przez długi czas strzepuję z siebie te niewidzialne pchłopijawki. Jednak jakaś część nich zdążyła przeniknąć głęboko do środka. Próbuję wywrócić siebie na drugą stronę jak gryzący wełniany sweter — wnętrznościami na wierzch, sięgnąć ręką i strzepnąć to czarne robactwo. Myślę o teczce.

Kiedy wracam do domu, zjadam szybko podgrzewany obiad. Próbuję zapomnieć o teczce. Wmówić sobie, że tak naprawdę nie chcę wiedzieć, co w niej jest. W końcu nie wytrzymuję i idę do pokoju Mateusza. Otwieram drugą szufladę biurka. Rzeczywiście tam leży. Znajduję w niej list i testament. W środku jest też gruba zaklejona koperta. Wygładzam kartkę z listem i czytam:

Kochana Alino,

piszę ten list, bo wiem, że jest ze mną coraz gorzej i lepiej pewnie już nie będzie. Chcę to napisać teraz, dopóki jeszcze mam na to siłę i odwagę. Nie wiem, kiedy przeczytasz ten list, pewnie kiedy poczuję, że zostało mi już naprawdę mało czasu.

Jak wiesz, ja i Janina jesteśmy twoimi przybranymi rodzicami. Nigdy jednak nie zdradziłem Ci okoliczności, w jakich do nas trafiłaś (choć domyślam się, że musiałaś natknąć się na jakiś artykuł, nawet jeśli nie chciałaś się w to zagłębiać). A były one dość niezwykłe. To ja cię znalazłem. Pracowałem jako dziennikarz w gazecie w Gnieździe i zbierałem materiały do artykułu o serii dziwnych zaginięć dzieci, które według mnie łączyły się ze sobą. Miałaś wtedy około siedmiu, ośmiu lat. Nie można było określić tego dokładnie, bo nikt nic o tobie nie wiedział. Ty sama także nic nie pamiętałaś. Najpierw byliśmy rodziną zastępczą. Potem udało się uzyskać zgodę na adopcję.

Zostawiam Ci tę kopertę. Myślę, że powinnaś się z tym zapoznać na wszelki wypadek. Na początek, jeśli zdecydujesz się odkryć prawdę, porozmawiaj z J.

Mateusz

28 października 2016

Czytam list kilka razy. Oczywiście wiedziałam, że jestem adoptowana i że nikt nie znał mojego pochodzenia. Byłam Dziewczynką z Lasu, Tajemniczym Dzieckiem, Dziewczynką Zagadką, Dzieckiem Znikąd, Czerwonym Kapturkiem (szczególnie tę nazwę sobie upodobano, pewnie przez czapkę, którą miałam na głowie) — tak mnie nazywali wówczas w artykułach, na które czasami natykałam się w kioskach albo na biurku Mateusza, choć próbował je przede mną ukrywać. W artykule, który przeczytałam z ciekawości, kiedy miałam jakieś dwanaście lat, opisano wszystko pokrótce. Zresztą niewiele było do opisywania. Prawie nic o mnie nie wiedziano — byłam tajemniczym dzieckiem, zagadką. Nigdy nie udało się ustalić, kim byłam, nikt nic nie wiedział, jakbym spadła z nieba albo wyszła spod ziemi. Nie miałam jednak pojęcia, że to Mateusz mnie znalazł. Nic takiego nie pamiętałam. Pierwsze moje wspomnienie wiąże się z mieszkaniem Mateusza i Janiny. W tym wspomnieniu byłam już Aliną. To był mój początek. Cała reszta nie należała do mnie, a kiedy czytałam artykuł w wieku dwunastu lat, miałam wrażenie, że czytam o kimś obcym. Nie wiedziałam też, że znalezienie mnie wiązało się z jakimiś innymi sprawami. I nie wiedziałam, że Mateusz zajmował się takimi rzeczami. Pamiętam jedynie, że był dziennikarzem w dziale kulturalnym. Jakiś czas temu zrezygnował i przez kilka lat, zanim przeszedł na emeryturę, prowadził sklep z Janem. Nie wiem też, co miał na myśli, pisząc, że „powinnam się z tym zapoznać na wszelki wypadek”. Na wszelki wypadek… Co to ma oznaczać? Brzmi niczym jakieś ukryte ostrzeżenie. A może mi się tylko wydaje?

Oglądam grubą zaklejoną kopertę. Jest na niej odręczny napis dużymi drukowanymi literami: ALINA. Przez chwilę obracam ją w dłoniach, a potem odkładam na biurko. Spoglądam na rozłożony na biurku list. „Na początek, jeśli zdecydujesz się odkryć prawdę, porozmawiaj z J.” Domyślam się, kogo prawdopodobnie ma na myśli, ale nie wiem, co ta osoba może mieć wspólnego z tym wszystkim. I chyba na razie nie chcę wiedzieć. Waham się przez chwilę, a potem wkładam wszystko z powrotem do koperty i chowam ją do biurka, zatrzaskując szybko szufladę, jakby koperta była czymś żywym i jeśli się nie pośpieszę, wypełznie na zewnątrz. Nie mam siły czytać teraz tego wszystkiego. Czuję, że czas jeszcze nie nadszedł. Koperta kojarzy mi się z granatem, który odbezpieczę, kiedy tylko zacznę czytać te materiały. Boję się, że mogę znaleźć tam coś, co rozerwie mnie na strzępy. Postanawiam, że zapoznam się z tym później.

Czuję się coraz bardziej senna. Biorę kąpiel. Potem przygotowuję sobie pieczoną rybę z warzywami i robię koktajl z truskawek, które udało mi się kupić po drodze. Zjadam rybę, kładę się do łóżka i czytam przez jakiś czas, popijając koktajl. Cały czas staram się zapomnieć o kopercie, ale moje myśli wracają do niej jak bumerang.

Nocą śni mi się Mateusz. Tego snu wyjątkowo nie zapisałam od razu. Nie miałam czasu, bo kiedy tylko się obudziłam, wiedziałam, że muszę się pośpieszyć. Zrobiłam to jakiś czas później.

Sen numer: 208

Typ: inne

Wersja: 1

POCZEKALNIA

Jesteśmy z Mateuszem w pociągu. Ten pociąg stoi na stacji. Przez szybę widzę peron i budynek dworca. Nie jest to jednak zwykły pociąg. Kiedy mijamy przedziały, widzimy, że nie wyglądają jak zwyczajne przedziały. Bardziej przypominają pokoje. Są tam meble: łóżka, stoliki przykryte serwetami i półki z książkami. Są też zwykłe betonowe ściany, pomalowane na różne kolory. Jakby pociąg mieścił w sobie pensjonat, sanatorium albo hotel. Mateusz prowadzi mnie do swojego pokoju, kładzie walizkę na łóżku i siada obok. Ja też siadam.

— Musimy porozmawiać — mówi. — Póki jesteśmy jeszcze w Poczekalni, zanim zamieni się ona w prawdziwy pociąg i ruszy. — Zdejmij buty — dodaje.

— Co? — pytam zaskoczona.

— Buty — mówi i zdejmuje kapcie, które ma na stopach. — Inaczej całkiem przemokną.

W tym śnie to stwierdzenie wydaje mi się głęboko sensowne i zdejmuję posłusznie buty. Siedzę na łóżku i wymachuję bosymi stopami. Wkrótce podłoga przedziału-pokoju zapełnia się wodą jak w jeziorze. Woda jest czysta jak jasnoniebieskie płynne szkło. Dryfujemy na łóżku jak w łódce. W dole widać pełno roślin wodnych i ryb. Jedna z nich, wyjątkowo duży szczupak, ociera się o moją nogę, a potem znika w głębinach. Mateusz trzyma wędkę. Zanurza ją w wodzie.

— Ostatnio widzę coraz więcej — mówi. — To nie jest wyraźne, ciągle mi umyka, ale jest coraz większe. Jakby ktoś coraz bardziej rozsuwał kurtynę. — Patrzy w stronę drzwi, które teraz rzeczywiście przypominają bardziej drzwi przedziału pociągu niż zwykłe. Są ukryte za czerwoną zasłoną z nadrukiem PKP, jednak o wiele większą niż normalnie, tak że przywodzi na myśl wielką kurtynę w teatrze. — Sądzę, że niedługo uda mi się za nią wejść i zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Ty widzisz to od dawna, bo jesteś w dwóch miejscach naraz. Ale zazwyczaj można być tylko w jednym.

— Co masz na myśli? — pytam.

Nie odpowiada na moje pytanie i mówi dalej.

— Teraz trochę więcej rozumiem. Myślę, że musisz tam wrócić, bo inaczej Ona cię dopadnie. Zamknąć przejście. Musisz wrócić i zabrać to, co zostawiłaś.

— Nie rozumiem — mówię.

— Zrozumiesz. — Wyciąga wędkę z trzepoczącą się rybą. Przez chwilę się jej przygląda, przeciąga palcem po srebrzystych łuskach, w końcu odczepia od haczyka i wrzuca do wody.

— Musisz już iść — mówi, spoglądając na zegarek. — Inaczej nie zdążysz wysiąść.

Nie wstaję jednak ja, lecz on. To też wydaje mi się logiczne. Wiem, że jeśli ja mam wysiąść, on musi wyjść. Idzie do drzwi, brodząc po kolana w wodzie. Przystaje na moment przed czerwoną zasłoną.

— Pamiętasz, jak jeździłem kiedyś na ryby? — pyta.

Potakuję.

— Zawsze łowiłeś ich dużo.

Kręci głową.

— Były ze sklepu — mówi i rozsuwa coraz szerzej zasłonę. — Nigdy nie miałem serca ich złapać.

Kiedy się budzę i siadam na łóżku, mam złe przeczucia. Po wstaniu wduszam w siebie tylko kawałek tostu z dżemem. Potem szybko się ubieram i pędzę do szpitala.

Kiedy wchodzę do jego pokoju, Mateusz ma zamknięte oczy. Jest taki kruchy i blady. Wygląda spokojnie i nierealnie, jakby nie należał już do tego świata, jakby kropla po kropli przesączał się gdzie indziej, a dziś miała się przelać ostatnia. Jakby znalazł się już gdzie indziej, stał się czymś innym, zostawiając pustą skorupę jak wylinkę. Przez chwilę spodziewam się najgorszego. Jednak zauważam z ulgą, że otwiera oczy.

— Jesteś… — mówi ledwie słyszalnie.

— Jestem. — Przysuwam się i biorę go za rękę.

— Pamiętaj… co mówiłem. Teczka…

Milknie. Rozgląda się i patrzy gdzieś w kąt pokoju. Mruży oczy, jakby się czemuś przyglądał.

— Skraj Świata — szepcze po chwili z trudem. — Pamiętaj.

Nie mam pojęcia, co ma na myśli.

— Co to znaczy? — pytam.

Mateusz znów spogląda w tamtą stronę. Ma nieobecne oczy, jakby zamglone. Wydaje mi się, że w rogu sali widzę ciemną postać. Po chwili jednak znika, uznaję więc, że musiał to być albo chwilowy atak półsnu, albo złudzenie. Oddech Mateusza staje się płytszy, kiedy mówi cicho:

— „Jest tam ścieżka znajoma — i jest drzewo za bramą. / Czy pamiętasz, jak się idzie? Trzeba minąć cały świat”*.

Wiem, skąd pochodzi cytat. Leśmian jest ulubionym poetą Mateusza. Często go czytywał, dzięki temu ja też go polubiłam. Nie wiem tylko, który to dokładnie wiersz. Nie wiem też, czy to, co mówi, to zwykłe majaczenie, czy też chodzi o coś więcej. Mam jednak nieodparte wrażenie, że chce mi coś przekazać w ten sposób. Coś ważnego. Nie mam jednak pojęcia, co to takiego.

 

— Minąć świata skraj… — dodaje cicho, a potem z jego ust wydobywa się westchnienie, jakby wraz ze słowami uleciało z niego coś jeszcze. Nie wiem, dlaczego zmienił ostatnie dwa słowa, ale mam wrażenie, że to coś miało znaczyć. Coś ważnego. Nie mam jednak pojęcia co.

Siedzę przez dłuższy czas nieruchomo. W dłoni wciąż ściskam dłoń Mateusza. Nie porusza się. Najpierw wydaje mi się, że po prostu zasnął. Wkrótce uświadamiam sobie jednak, że nie ma go już tutaj. Ani kropli.

3. ALINA

Kiedy jakiś czas później mijam korytarze szpitala, jestem dziwnie oszołomiona. I te smoliste pchłopijawki, mam wrażenie, że tym razem obsiadły mnie całą chmarą, przenikają przez skórę. Czuję pieczenie, jakby coś spalało mnie od wewnątrz, tak że cała robię się jałowa w środku. Czarna i pusta jak wypalony pień. Nie wypływa ze mnie ani jedna łza. Zapory w kanalikach łzowych pękają dopiero kilka godzin później, wieczorem.

Wciąż tęsknię za Mateuszem, ale mimo że nie chcę się do tego przyznać, zaczynam czuć też ulgę. Nie muszę już patrzeć, jak znika, z trudem oddycha, marnieje jak kwiat bez wody. Dopiero teraz uświadamiam sobie, ile mnie to kosztowało. Ulga zeskakuje mi z ramion, gdzie dotychczas siedziała przyczajona, a potem idzie tuż za mną. Krok za krokiem. Mam wrażenie, że wszyscy ją widzą. Próbuję ją ukryć wstydliwie jak starą bieliznę albo brud za paznokciami. Odganiam ją. Odwracam się i rzucam kamieniem, ale ona ciągle biegnie za mną, radośnie poszczekując. W końcu chowa się we mnie głęboko i sadowi gdzieś w środku jak nieproszony gość, którego za nic nie da się wyrzucić.

4. MYSZA

Patrzy na błękitne niebo i puszyste obłoki sunące za oknem jak olbrzymie powietrzne statki z waty. Gdyby była teraz na Skraju Świata, pewnie zobaczyłaby obłokozwierza o różnych kształtach i barwach, pewnie udałoby jej się podejść blisko, gdyby obniżyły lot. Może nawet zdołałaby ich dotknąć, gdyby tylko…

— Halo! Tu ziemia!

Dopiero po chwili uświadamia sobie, że te słowa zostały skierowane do niej. Niechętnie odwraca głowę od okna. Czuje się niemal tak, jakby spadła z tego błękitnego nieba prosto na twarde szkolne krzesło, przez chwilę unosiła się w stanie nieważkości, a teraz ktoś gwałtownie nadusił przycisk z napisem „grawitacja”.

— Zacznij wreszcie czytać. — Dzięcioł patrzy na nią ze zniecierpliwieniem. — Znowu śpisz na lekcji.

Mysza rozgląda się niepewnie po klasie. Wszystkie oczy są skierowane w jej stronę, niemal czuje, jak wypalają piekące rany w jej skórze. Kilkoro uczniów parska cicho. Mysza wie, że co najmniej jedno z tych parsknięć należy do Dolara, a drugie do Szybkiej, słyszała je już tyle razy, że poznałaby zawsze. Patrzy na otwartą książkę na ławce. Litery się zamazują, wydaje się jej, że drgają z każdym mocnym uderzeniem jej serca, jakby się z nim zsynchronizowały.

— No, dalej. Nie mamy całego dnia. — Dzięcioł coraz bardziej się niecierpliwi. Mysza widzi, jak stuka lekko palcem w biurko, niemal w tak szybkim tempie, w jakim bije jej serce. Często tak stuka i dlatego jest dla niej Dzięciołem, choć tak naprawdę nazywa się inaczej. Poza tym jest cicho. Tylko to lekkie postukiwanie i łomotanie serca, jakby ktoś wyciął je ze środka jej klatki piersiowej i podsunął tuż pod ucho. Mysza wyobraża sobie, że ma tam teraz tylko krwawą niewielką dziurę, bo coś ją ściska i pali pod żebrami. To na pewno czerwona, piekąca rana, a krew wsiąka w niebieski fartuch, tam gdzie niedawno przypięła agrafką tarczę z napisem „SP nr 2 im. Adama Mickiewicza”. Mysza wyobraża sobie, jak krew barwi napis na czerwono, wsiąka w numer dwa, szkołę, w Adama i Mickiewicza. Patrzy w książkę, ale litery wyglądają tak, jakby były rozsypane bez sensu na kartce, nie układają się w słowa, poruszają się chaotycznie jak mrówki. Tak dzieje się zawsze, kiedy tylko przekracza próg szkoły i siada w ławce. Słowa nie są już jej przyjaciółmi, jakby ktoś pozbawił je znaczenia, zaczarował. Jakby to miejsce było zaklęte. Może zrobili to puści. Na samą myśl o nich wzdryga się. Nie może teraz o nich myśleć… Mysza bierze oddech i skupia się, jak może. Wreszcie z chaosu zaczyna się coś wyłaniać, a słowa powoli wypływają z jej ust. Każde zamknięte jest w twardej skorupie jak w orzechu i Mysza musi się długo męczyć, zanim ją rozgryzie i całe wyłuskane słowo znajdzie się w jej ustach.

— Głośniej — mówi Dzięcioł z westchnieniem. Czeka jeszcze chwilę, aż Mysza wolno wyłuszczy kolejne słowo, wygrzebie je z mozołem z twardej orzechowej skorupy, wykopie spod ziemi rękoma, wyłowi z głębin oceanu. Dzięcioł znowu wzdycha. — Wystarczy — mówi w końcu. I choć Mysza czuje ulgę, że jej męczarnia dobiega końca, czuje też, że znowu przegrała.

Zaraz po dzwonku wybiega z innymi z klasy. W szatni zdejmuje kapcie i szybko wkłada je do worka. Musi jak najszybciej wydostać się ze szkoły, żeby Dolar i Szybka jej nie dopadli. Mysza wie, że takie sytuacje jak ta dzisiaj to dla nich doskonała pożywka. Nie przepuszczą okazji, żeby jej dokuczyć. Widzi wtedy zadowolenie na ich twarzach, jakby właśnie najedli się cukrowej waty albo lodów, ich brzuchy robią się pękate, oni sami pęcznieją i rosną jak balony, ale wewnątrz robią się coraz bardziej puści i ciemni. Oni widzą tylko to, co na zewnątrz, więc nie mogą tego zobaczyć, ale Mysza tak. Mysza widzi dużo rzeczy, najwięcej tych pod spodem, pod wierzchnią warstwą, umie zajrzeć pod podszewkę innych i świata, choć innym wydaje się nieobecna, wiecznie zamyślona, odległa. Czasami mówią też, że wolno myśli, ale nie wiedzą, że Mysza w rzeczywistości musi uporządkować dwa razy więcej myśli niż inni, być w dwóch miejscach naraz, na zewnątrz i wewnątrz, co przypomina balansowanie na cienkiej linie nad ogromną przepaścią.

Dzisiaj udaje jej się być szybszą od innych, szybszą od samej Szybkiej. Kiedy przed bramą szkoły widzi Wilk, wie, że się udało. Często tu na Myszę czeka, a wszyscy inni się jej boją. Wilk nie jest wilkiem, choć bardzo go przypomina, ale psem. Mysza przyniosła go do domu jako na wpół ślepego jeszcze szczeniaka. A właściwie ją, bo Wilk jest suczką, mimo że nazywa się Wilk. To było dwa lata temu. Była w lesie i właśnie wracała ze Skraju Świata. Zaszła już wtedy blisko domu, słyszała szum samochodów dochodzący od strony szosy. Nagle przystanęła, bo pomiędzy drzewami dostrzegła jakiś ruch. Kiedy się zbliżyła, zobaczyła brodatego mężczyznę, stojącego z łopatą nad dziurą w ziemi. Tuż przy dziurze coś leżało, a kiedy Mysza przyjrzała się lepiej, zobaczyła, że to maleńkie pieski. Tylko jeden z nich poruszał się i popiskiwał. Mężczyzna chwytał kolejno szczeniaki i wrzucał je do dołu. W końcu został tylko ten, który nie leżał nieruchomo. Wówczas Mysza poczuła, że musi coś zrobić, mimo że serce łomotało jej ze strachu. Wyszła zza drzewa i wtedy brodaty ją zauważył. „I czego się tak gapisz, co?” — zapytał, kiedy nie ruszyła się z miejsca. Mysza się nie odzywała, nie mogła wydusić z siebie głosu. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w drobne psie ciałko, pełzające tuż przy granicy dziury w ziemi. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Brodaty wziął szczeniaka za skórę i uniósł wysoko. Serce Myszy zadudniło. „Nie…” — wydusiła z siebie cicho i podeszła kilka kroków w stronę dziury. Czuła, jak łzy wzbierają jej w oczach. Mężczyzna znieruchomiał i wpatrywał się w nią, marszcząc brwi. „Niech cię cholera, dzieciaku” — mruknął i splunął na ziemię. Patrzył na Myszę, jakby się nad czymś namyślał. Ona milczała, wbijając w niego oczy, czuła, jak jej dłonie zaciskają się w pięści. „Chcesz, to możesz go sobie wziąć” — powiedział po chwili i rzucił szczeniaka w jej stronę jak zabawkę. „Reszta zdechła. Ten też pewnie zdechnie”. Szczeniak zaskomlił cicho i zaczął nieporadnie czołgać się dookoła. Mysza patrzyła na niego przez chwilę, potem zerknęła na brodatego mężczyznę, który zaczął zasypywać dół i nie patrzył w jej stronę. Odwróciła wzrok, przykucnęła, chwyciła szczeniaka i zawinęła go w bluzkę, przyciskając do siebie kurczowo, a potem zaczęła biec i biegła tak aż do samego domu.

Mama nie była zadowolona, ale pozwoliła Myszy zatrzymać szczeniaka. „Zdechnie, a ona później będzie rozpaczać” — usłyszała Mysza przez szparę w drzwiach swojego pokoju, kiedy leżała już w łóżku, a Mama rozmawiała z Jasną. „Wiesz, jaka jest”. Spojrzała na szczeniaka, który popiskiwał cicho w koszyku wyłożonym miękkimi skrawkami materiałów i butelką z ciepłą wodą. „Nie wygląda za dobrze. Pewnie za długo nie pożyje”. Widziała przez szparę w drzwiach twarz Mamy, na którą światło telewizora rzucało niebieską poświatę. Miała taką samą minę jak wtedy, kiedy coś jej nie wyszło z szyciem i musiała wszystko pruć albo nawet wyrzucić cały materiał.

Szczeniak dostawał kozie mleko, które Jasna brała od sąsiadki ze wsi zza drogi. Mysza spróbowała kiedyś tego mleka, ale wydało jej się okropne, o ostrym smaku potu, więc zaraz je wypluła. Szczeniakowi jednak smakowało. Mieszały je z żółtkiem, olejem, jakimś proszkiem, który Jasna kupiła u weterynarza, i twarogiem.

Wbrew przewidywaniom Mamy piesek rósł i miał się dobrze. Mysza wiedziała, że jest silny, widziała to w jego bursztynowych oczach. Przyczepił się do życia jak rzep, wbił w nie głęboko jak korzenie wszystkie maleńkie pazury, już wtedy, kiedy zabrała go z lasu. Wtedy te same pazurki wczepiły się w jej bluzkę, bo to Mysza i bluzka były życiem, a czarna dziura śmiercią.

To Mysza karmiła Wilk, która wtedy jeszcze nie miała na imię Wilk, nie miała w ogóle imienia. Jasna chciała zastąpić ją chociaż w nocy, ale Mysza uparła się, choć ciężko było wstawać. Ustawiała sobie budzik i mimo że krzywiła się za każdym razem, kiedy dzwonił, wstawała, sięgała po małą butelkę ze smoczkiem, zmieniała w koszyku butelkę z wodą na ciepłą, masowała różowy psi brzuch, z którego całkiem niedawno odpadła czarna pępowina jak zeschła łodyga. Czuła, że Wilk jest jej, że to ona jest za nią odpowiedzialna, to ją sobie wybrała.

Pasowały do siebie — szara Mysza i szara Wilk. Mysza tak naprawdę kiedyś miała inne imię, ale rzadko go ktoś używa oprócz Mamy i dorosłych. Teraz ma trzy imiona. Myszą została, kiedy poszła do szkoły. Często nosiła wtedy szare ubrania, które uszyła jej Mama. Jej włosy też były podobnej popielatej barwy, więc pod granatowym szkolnym fartuchem była całkiem szara. Wszyscy mówili, że drobna, z cienkim warkoczem jak ogonem, przypomina mysz. Tylko oczy Myszy nie były szare, ale intensywnie zielone, koloru świeżej wiosennej trawy. Tak naprawdę Mysza była Myszą tylko z wierzchu, a w środku, pod granatowym fartuchem, szarą sukienką, z wewnętrznej strony, znajdowało się mnóstwo światła i dziesiątki barw jak w pudełku z farbami. Jasna o tym wiedziała, dlatego zawsze, odkąd Mysza pamięta, nazywa ją Świetlikiem. To imię bardziej do niej pasuje, ale wie o tym tylko Jasna, tylko jej czasem Mysza pokazuje, jak to wszystko wygląda w środku, pozwala zajrzeć pod podszewkę siebie.

Teraz Mysza głaszcze Wilk po wielkiej głowie i rusza w stronę domu. Wilk nie przypomina już tego maleńkiego pełzającego stworzenia sprzed dwóch lat. Jest ogromnym psem. Mysza wdycha świeże letnie powietrze i cieszy się, że do wakacji zostało już tak mało czasu. Będzie mogła częściej odwiedzać Skraj Świata, spać do późna, kiedy jej się spodoba, a najważniejsze, że niedługo przyjedzie Jasna i zostanie pewnie aż do października. Mysza nie może się już doczekać tego momentu, a jej serce podryguje radośnie na samą myśl. Kiedy dociera do domu, otwiera furtkę i wpuszcza Wilk, która ciągle idzie za nią. Wilk, kiedy chce, potrafi przeskoczyć nawet najwyższe ogrodzenie, ale kiedy jest z Myszą, zawsze wchodzi z nią grzecznie przez bramkę. Mysza wchodzi do domu, a Wilk zostaje na ganku i wyjada coś z miski. Rzadko idzie dalej niż do sieni, nie przepada za pobytem wewnątrz domu, jakby ściany stanowiły zagrożenie, mogły uwięzić ją na zawsze w środku. Mama zresztą też nie przepada, kiedy Wilk wchodzi do środka, jest wtedy zbyt dużo sierści, która osiada na materiałach jak kurz i mama musi się jej długo pozbywać.

Kiedy Mysza wchodzi do kuchni, Mama siedzi przy maszynie i podśpiewuje cicho, a Mysza od razu wie, że nie było dziś ani pustych, ani pchłopijawek. Skraj Świata jest dziś spokojny. Koniecznie musi tam się wybrać i gdzieś w żołądku, oprócz głodu, czuje radosne podekscytowanie, nie może już się doczekać. Mama na jej widok unosi głowę znad maszyny i uśmiecha się lekko.

— W garnku jest zupa, a na patelni naleśniki, nałóż sobie, póki ciepłe — mówi, nie przerywając szycia. Mysza słyszy rytmiczne stukanie maszyny i widzi równy ścieg ciągnący się na materiale jak droga.

 

Mysza podchodzi do kuchenki i przekręca gałkę z gazem. Pełgające pod garnkiem niebieskie ogniki gasną. Kiedy unosi pokrywkę, z garnka wydobywa się wspaniały zapach jej ulubionej zupy. Nalewa sobie trochę do miski, na talerzu układa naleśnika, który też uwielbia. Sięga po pilota i włącza telewizor.

Nie potrafi jednak w pełni cieszyć się smakiem, je w pośpiechu i ciągle myśli o Skraju Świata, nogi już same ją tam niosą.

— Jak było w szkole? — dopytuje Mama. Głos ma spokojny, jakby pytała od niechcenia, ale w jej twarzy widać napięcie. Ostatnio pyta o to częściej niż kiedyś. Zawsze jest tak po wywiadówce. Mysza domyśla się, co Mama wtedy słyszy, że wie o zaklętych literach i słowach, które trzeba wydłubywać z twardych skorup, wie, że Mysza jest w szkole, ale w większości tylko na zewnątrz. Zupełnie jakby prawdziwa Mysza co dzień chodziła na wagary. To dlatego Pan Dzięcioł jest niezadowolony. Mysza ociąga się z odpowiedzią, nigdy nie umiała dobrze kłamać.

Z telewizora rozlega się znajoma czołówka programu, jakby i tam odmierzano czas na odpowiedź:

Tak, tak, tak, to Pan Tik-Tak,

Zegar to jego znak.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak,

Tik-tak!

— W porządku — mówi cicho Mysza, choć wie, że wcale nie jest w porządku. Dziś przecież ponownie przegrała. Chciała, żeby słowa wreszcie popłynęły gładko, ale znów stanęły jej w gardle jak ości. Przypomniała sobie palące spojrzenia dzieci w klasie. Zwróciła na siebie uwagę wszystkich, choć tak bardzo tego nie chciała. Ale tego nie może powiedzieć Mamie, bo znowu mogą się pojawić puści i pchłopijawki. Przełyka szybko ostatni kęs naleśnika, starając się o tym nie myśleć. Wstaje od stołu. Mama i tak chyba zresztą nie wierzy, bo przygląda jej się przez chwilę uważnie, w końcu jednak odwraca wzrok i spogląda na kawałek materiału, który trzyma w ręce.

— Chodź, przymierzysz — mówi, wyciąga go spod maszyny i podaje.

— To coś dla mnie? — Mysza dopiero teraz uważniej przygląda się materiałowi. Jest naprawdę piękny. Przypomina łąkę pełną kolorowych kwiatów. Ostrożnie wkłada na siebie tę łąkę, jakby tonęła w trawie, niemal czuje jej orzeźwiający zapach. Najpierw jedną rękę, potem drugą. Czuje się jak postać z kolorowanki, dotąd czarno-biała, teraz nagle wypełniona barwami.

— Podoba ci się? — pyta Mama, uśmiechając się lekko. Musi widzieć zachwyt na jej twarzy.

— Bardzo. — Mysza kiwa głową, gładząc materiał.

— Twoja siostra go kupiła ostatnim razem. Wprawdzie jest mało praktyczny i zanadto pstrokaty… — Patrzy na niego z lekkim niezadowoleniem. — Poza tym pewnie wydała na niego więcej, niż jest wart, ale wyjdzie z niego ciepła bluza. Przyda się na chłodniejsze wieczory.

No tak, to Jasna musiała go kupić, bo wiedziała, że pasuje do Myszy, zupełnie jakby chciała przez to pokazać innym, jak bardzo są ślepi, sprawić, by przez chwilę widzieli Myszę taką, jaką ona ją widzi. Ten materiał jest jak odwrotna czapka niewidka, ma sprawić, by coś, coś jest niewidzialne i ukryte, stało się widoczne.

— Mogę pojeździć rowerem? — pyta, kiedy Mama kończy przymiarki.

— Dobrze, tylko wróć, zanim ściemnieje.

Mysza wybiega z domu, idzie do szopy i wyprowadza stamtąd lśniący niebieski rower. Rower nazywa się Wigry, jak jezioro, i Mysza dostała go na komunię.

Przed komunią trzeba się nauczyć pytań i odpowiadać na nie pełnymi zdaniami, słowo w słowo recytować katechecie, jak wiersze. W kościele były też próby, trzeba wiedzieć, kiedy śpiewać, kiedy wstawać, a kiedy siedzieć, kiedy klękać, kiedy mówić: „Wierzę w Boga”, kiedy „Chwała Ojcu”, a kiedy robić znak krzyża. Jeśli robiło się coś źle, katecheci, księża i siostry byli niezadowoleni. Tadek z drugiej „B” raz nawet został wytargany za ucho, kiedy niezbyt uważał i coś mylił. Mysza nie chciała być wytargana za ucho, więc uważała. Trzeba też było umieć długo siedzieć w twardej ławce. To wszystko po to, żeby spotkać Jezusa. Mysza wiele razy ukradkiem rozglądała się po kościele, ale nigdy nie widziała Jezusa, oprócz tych Jezusów na obrazach i posągach, ale oni nie byli prawdziwi. Tylko raz, kiedy została sama na chwilę, bo wszyscy już wyszli i wokół zaległa cisza, wydawało się jej, że czuła na włosach lekki dotyk. Może to był wiatr wpadający przez uchylone witrażowe okno, a może nie wiatr.

Najgorsza była jednak spowiedź. Wtedy trzeba wyznać wszystkie swoje grzechy. Mysza nie bardzo to rozumiała, bo przecież Bóg jest wszędzie i zawsze, wszystko widzi i słyszy, i zna wszystkie grzechy. A może Bóg wcale ludzi nie rozumie, jakby mówili w innym języku, albo zwykli ludzie są zbyt głupi, żeby sami dogadać się z Bogiem? Mysza tego nie wiedziała, ale miała jeden straszny grzech, którego się bardzo wstydziła. Kiedyś w szkole na przyrodzie pani pokazała im w gablocie różne skały z odciskami. Nazywało się to skamieliny. Mysza nie mogła oderwać od nich oczu. Kiedy nikt nie patrzył, schowała jeden z takich kamieni do kieszeni. Przypominał ślimaka. Później dowiedziała się z jednej z książek Taty, że to amonit. Ten jej był malutki, ale zdarzały się też naprawdę wielkie, takie, które za nic nie pomieściłyby się w kieszeni Myszy. Ukryła go w Sekretnym Miejscu aż na Skraju Świata. Nie oglądała go często, choć mogłaby patrzeć na niego godzinami. To była jej kara, którą sama sobie wyznaczyła, bo wiedziała, że nie powinna go zabierać.

Kiedy czekała już w kolejce do spowiedzi, serce łomotało jej ze strachu. Była coraz bliżej konfesjonału, kiedy kolejne dzieci odchodziły, miała ochotę uciec. Co chwilę rozlegało się pukanie, ale nikt nie pytał: „Kto tam?”. Mysza myślała, że wszystko powinno być odwrotnie. Że to oni powinni pukać, w końcu ksiądz siedzi w środku, a konfesjonał wygląda trochę jak mały domek. Mysza weszła do niego kiedyś po mszy, gdy nikt nie patrzył. Była tam wygodna, miękka poduszka, nie to, co twarde ławki w kościele. Mysza wyobrażała sobie, że to magiczny pojazd, który zawiezie ją prosto do nieba albo do któregoś z innych światów.

Wreszcie nadeszła kolej Myszy. Wyrecytowała formułkę, której się nauczyła, uważając, żeby czegoś nie pominąć. Wcześniej dostali czerwoną książeczkę z pytaniami, na które trzeba sobie odpowiedzieć przed spowiedzią. Ciężko jest tak naprawdę wymyślić grzech albo go nazwać. Niektóre dzieci z klasy spisywały więc je od innych jak pracę domową.

Wyznała grzechy, które wcześniej spisała sobie na kartce, a potem nauczyła na pamięć i przed spowiedzią ciągle powtarzała jak wyliczankę:

1. Nie słuchałam Mamy.

2. Opuszczałam msze święte.

3. Byłam niegrzeczna.

4, Źle życzyłam innym (głównie Szybkiej i Dolarowi).

5. Nie odmawiałam pacierza.

6. Ukradłam amonit.

Nie, o tym ostatnim nie wspomniała, nawet tego nie zapisała. Mysza na koniec powiedziała jeszcze, że czasem kłamała, i miała nadzieję, że to wystarczy, że w tym kłamaniu pomieści się też kłamstwo sprzed chwili. Wiedziała jednak, że to oszukaństwo i Bóg, Duch Święty i Jezus się nie nabiorą. Potem powiedziała, tak jak ją nauczono, „Więcej grzechów nie pamiętam”, jeszcze pokuta i usłyszała utęsknione pukanie. Odetchnęła z ulgą.

Nocą śniło jej się, że stoi na środku kościoła, a wszyscy otaczają ją kołem. Ma na sobie białą sukienkę, która wygląda prawie jak ta, która czeka już na wieszaku przygotowana na następny dzień. Ksiądz podchodzi do Myszy i podaje jej opłatek. „Ciało Chrystusa” — mówi dudniącym na cały kościół głosem. Wszyscy przyglądają się Myszy w napięciu, ich twarze wykrzywia dziwny grymas. „Amen” — mówi cicho Mysza i chwyta ustami opłatek, a później połyka. I wtedy zdaje sobie sprawę, że popełniła błąd, że nie powinna tego robić. Słyszy głośny grzmot, krztusi się, a opłatek wypada z jej ust. Czuje, że coś ciepłego spływa jej po brodzie, ociera ją rękawem i po chwili uświadamia sobie, że to krew, a rękaw białej sukienki barwi się na czerwono. W końcu sukienka wygląda tak, jakby ktoś unurzał ją całą w czerwonej farbie. Wszyscy dookoła szepczą i zacieśniają krąg tak, że Myszy robi się duszno, coraz duszniej, coraz ciężej oddychać. Nagle coś przerywa krąg, jakiś siwy kształt. „Diabeł!” — woła ktoś, a Mysza czuje, jak coś wpada do kręgu z warkotem i uświadamia sobie, że to…