Znak kukułkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Anna Bichalska

Znak kukułki


ISBN 978-83-8116-694-2


Copyright © by Anna Bichalska, 2019

All rights reserved Redakcja Agnieszka Czapczyk Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

PROLOG

1. ALINA

2. ALINA

3. ALINA

4. MYSZA

5. MARIA

6. ALINA

7. ALINA

8. ALINA

9. MYSZA

10. MYSZA

11. MYSZA

12. MYSZA

13. MARIA

14. ALINA

15. ALINA

16. MYSZA

17. MYSZA

18. MYSZA

19. MARIA

20. MARIA

21. MARIA

22. MARIA

23. ALINA

24. ALINA

25. MYSZA

26. MYSZA

27. MYSZA

28. MARIA

29. MARIA

30. ALINA

31. ALINA

32. MYSZA

33. MYSZA

34. MARIA

35. MARIA

36. ALINA

37. MYSZA

38. MYSZA

39. MYSZA

40. MARIA

41. ALINA

42. MYSZA

43. MYSZA

44. MYSZA

45. MARIA

46. MARIA

47. ALINA

48. MYSZA

49. MYSZA

50. MARIA

51. ALINA

52. MYSZA

53. MARIA

54. ALINA

55. ZJAWA

56. MARIA

57. ALINA

58. ALINA

59. ZJAWA

60. MARIA

61. MARIA

62. MARIA

63. ALINA

64. ALINA

65. ZJAWA

66. ZJAWA

67. MARIA

68. MARIA

69. ALINA

70. ALINA

71. ZJAWA

72. ZJAWA

73. ZJAWA

74. MARIA

75. MARIA

76. ALINA

77. ZJAWA

78. ZJAWA

79. ZJAWA

80. ZJAWA

81. ALINA

82. ZJAWA

83. ALINA

EPILOG

Dla trzech A.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Szara Pani zmierza tu.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Pani Kluczy i dróg stu.

Coraz bardziej noc straszliwa,

Znać, że ona się przybliża.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Szara Pani jest tuż-tuż.

Gdy kukułka w nocy kuka,

Znak, że ona jest już tutaj.

 

Kuku-kuku, stuku-puk,

Szara Pani — brzasku wróg.

Gdy posłyszysz jej stąpanie,

Nie dla ciebie dzisiaj spanie.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Szara Pani zmierza tu.

Zatkaj uszy i skryj się w sobie,

Może dzisiaj zapomni o tobie.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Pani Kluczy i dróg stu.

Zaciśnij usta i zasłoń oczy,

Może dzisiaj ciebie przeoczy.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Szara Pani zmierza tu.

Zamknij oczy, licz: raz, dwa, trzy,

Może dziś twe minie drzwi.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Pani Kluczy i dróg stu.

Nie ma już dla ciebie rady,

Tyś zgubiony już, już blady.

Już na tobie jest jej znak,

Już nie umkniesz jej ot, tak.

Kuku-kuku, stuku-puk,

Pani Kluczy i dróg stu.

Wróci, kiedy miną lata,

Wypchnie ciebie za skraj świata.

(stara dziecięca rymowanka)

PROLOG

Down by the river by the boats

Where everybody goes to be alone

Where you won’t see any rising sun

Down to the river we will run

Agnes Obel, Riverside

„Dawno, dawno temu… — szepce ktoś cicho — znaleziono mnie na skraju lasu. Nikt nie wiedział, skąd się tam wzięłam. Nikt nie wiedział, czym jestem”.

Te słowa dochodzą do mnie z oddalenia. Budzę się, wciąż jeszcze słysząc je w głowie jak echo, które poniosło się przez sen aż do jawy. Za uchylonym oknem połyskują złote światła latarni, a granatowa noc wraz z wiatrem wciska się do środka, szarpiąc firankę. Wokoło wszystko śpi — nawet ściany podświetlone przez księżyc drgają i oddychają przez sen. Spoglądam na zegar, wyświetla 88:88. Rozlega się pukanie. Podłoga mamrocze skrzekliwie, kiedy wstaję z łóżka i po omacku ruszam w stronę wejścia. Dopiero w korytarzu zapalam światło. Pukanie rozlega się ponownie. Sięgam do klamki i otwieram powoli drzwi. Wzdrygam się. Za drzwiami stoi Zjawa. To dziewczynka. Może mieć jakieś siedem lat. Domyślam się tego bardziej, niż wiem, bo nie da się tego stwierdzić na pierwszy rzut oka. Nie ma twarzy, jej rysy są trudne do wychwycenia. Zmieniają się, znikają, falują jak woda smagana wiatrem. „Dawno, dawno temu znaleziono mnie na skraju lasu. Nikt nie wiedział, skąd się tam wzięłam. Nikt nie wiedział, czym jestem” — szepcze cicho.

Cofam się, a Zjawa się zbliża, krok za krokiem. Mimo że jest środek lata, ma na sobie czerwoną czapkę i stary, puchaty jak sierść, posklejany błotem brązowy płaszcz. Z jego rękawów wystają blade dziecięce dłonie i czerwone wełniane rękawiczki na sznurku. Patrzę, jak kołyszą się niczym wisielcy, kiedy się przybliża. Moje serce łomocze. Cofam się w głąb mieszkania. Zjawa jest jednak coraz bliżej. Zbliża się, krok za krokiem… Krok za krokiem… Wiem, że jeszcze chwila, a będzie tuż przy mnie. I wtedy… (krok)… I wtedy… (krok)…

I wtedy budzę się naprawdę. Uświadamiam sobie, że był to sen we śnie. Senna matrioszka. W uszach ciągle dźwięczą mi jednak te trzy zdania: „Dawno, dawno temu znaleziono mnie na skraju lasu. Nikt nie wiedział, skąd się tam wzięłam. Nikt nie wiedział, czym jestem”.

Te trzy zdania rozbrzmiewały w mojej głowie, odkąd pamiętam. Pojawiały się i znikały jak uparta zjawa. W snach i półsnach, gdzieś na granicy jawy i snu, te trzy zdania miały zawsze ludzką postać. Czaiła się tam za wieloma drzwiami. Widziałam ją w każdym lustrze.

Ta Zjawa miała coś ze mnie, ale nie była mną. Była czymś, czego nie znałam. Kimś obcym. Kimś osobnym. Wiedziałam jednak, że nie da mi spokoju, dopóki nie dowiem się prawdy. Tak długo, aż nie dowiem się, czym jest. To ostatnie zdanie najbardziej mnie przerażało. To „czym”, zamiast „kim”. Jakby była czymś, czego nie da się pojąć. Jakby odmawiała sobie nawet prawa definiowania się jako człowiek. Jakby była czymś kompletnie nienazwanym, obcym i niepojętym. Jakby trzeba było zdefiniować i nazwać ją na nowo.

Doszłam więc w końcu do wniosku, że opowieść powinnam rozpocząć właśnie od tych słów…

Przerywam pisanie i odrywam ręce od klawiatury. Ale czy na pewno? — myślę. Czy naprawdę od tego powinnam zacząć? Dookoła porozkładane są kartki. Zaścielają podłogę jak uschłe, blade liście, które oblazły mrówki słów. Zapisywałam je w pośpiechu, chaotycznie, chcąc jak najszybciej wszystko z siebie wyrzucić. Zapisywałam je tak, jak zapisuję sny. Przelewałam myśli na papier, kiedy tylko się pojawiały, tak jak opisywałam sny zaraz po wstaniu, w obawie, że je zapomnę. Że jeśli minie zbyt dużo czasu, nie zdołam uchwycić sensu. A teraz siedzę tu już od kilku godzin i próbuję wybrać tę jedną jedyną kartkę, od której wszystko zacznę. Nadać wszystkiemu właściwą kolejność. W tle słyszę People are strange Doorsów i wyobrażam sobie nucenie Grety z kuchni. Dochodzi dwunasta w nocy i właśnie powinna piec jabłecznik. Niemal czuję jego zapach, słodko-kwaśny smak na języku. Ale doskonale wiem, że Grety tu nie ma. A przynajmniej nie ma jej tu już w taki sposób jak wcześniej. Bo może w tej całej historii chodzi o to, że ciągle tu jest.

Znów patrzę na monitor. Czytam to, co napisałam, raz jeszcze i piszę dalej.

Doszłam w końcu do wniosku, że opowieść powinna się rozpocząć właśnie od tych słów, bo to od nich w jakiś sposób wszystko się zaczęło, choć tak naprawdę wynikały raczej z końca opowieści, niż z jej początku. Tam, gdzie kończyła się historia tej bezimiennej Zjawy, dokładnie w tym samym punkcie, zaczynała się moja. Zresztą, może zawsze tak jest. Może koniec zawsze przyklejony jest do początku i nie można oddzielić jednego od drugiego, tak mocno są ze sobą splecione. Może są jednym i tym samym…

Wyobrażam sobie, że do pokoju wchodzi Greta. Na talerzu niesie szklankę mleka i kawałek jabłecznika. Uśmiecham się na jej widok.

— I jak ci idzie? — pyta.

— Dość kiepsko. Na razie jestem przy wstępie. Pomyślałam, że jeśli go napiszę, łatwiej będzie mi to poukładać.

— Będzie lepiej. Zawsze najtrudniej jest zacząć. Obojętnie, co to jest. Sprzątanie, pieczenie ciasta, budowa wehikułu czasu czy próba uporządkowania wyjątkowo dziwacznej i pokręconej historii.

— Obyś miała rację. Bo właśnie dziś zamierzam zacząć — oświadczam i zjadam trochę jabłecznika. — Jak zawsze pyszny — mówię po chwili.

— Nie zbrzydł ci?

— Niektóre rzeczy nigdy się nie nudzą.

Greta uśmiecha się i patrzy na stos kartek zaścielający podłogę.

— Dużo tego. Pomóc ci?

Kręcę głową.

— Dam sobie radę. Muszę się tylko trochę skupić.

— Może spróbuj jutro? Dziś już późno, a ty siedzisz nad tym od paru godzin.

— Czuję, że wreszcie natrafiłam na jakiś klucz, muszę tylko wyciągnąć po niego rękę.

— Dobrze — mówi, wstając. — Daj znać, jeśli zmienisz zdanie. — Posiedzę jeszcze trochę. Będę w swojo-twoim pokoju.

Pamiętam, jak roześmiałam się, kiedy pierwszy raz go tak nazwała. Właściwie to nie wiem, czyj pokój jest bardziej. Mój czy Grety? A może jest mój i jej w takim samym stopniu?

Ale tak naprawdę Grety tu nie ma, nie wiem nawet, czy kiedykolwiek istniała. Co z tego, co pamiętam, wydarzyło się naprawdę? Jak odsiać od siebie te ziarna, kiedy tak ciężko je odróżnić?

Może jednak powinnam zacząć od Grety? W końcu wszystko w jakimś sensie zaczęło się od Grety. Albo od Mateusza. Czy to nie on wszystko rozpoczął tamtego dnia, kiedy zdradził mi prawdę? Kiedy zostawił mi tę teczkę, która była jak puszka Pandory. Pamiętam ten dzień wciąż tak wyraźnie. Są rzeczy, których nie da się opowiedzieć w czasie przeszłym. Zdarzają się ciągle na nowo, kiedy tylko się o nich pomyśli. Niektóre wspomnienia przypominają fotografie. Widzisz je, ale wiesz, że nie dzieją się teraz, nie przeżywasz ich tak samo. Mają słabszy smak i zapach. Są takie, które przywodzą na myśl film. Oglądasz je z pewnego dystansu, mniejszego lub większego, z któregoś z pierwszych rzędów, a może z ostatnich, zawsze jednak z pewnego oddalenia. Ale są też takie, które przypominają rwącą rzekę. Porywają cię, kiedy tylko zanadto się zbliżysz, kiedy omsknie ci się noga. Wpadamy w nie, a potem cudem wychodzimy z nich na brzeg. Cali mokrzy, rozdygotani, przesiąknięci nimi jak lodowatą wodą. Albo nie wychodzimy z nich nigdy.

Zastanawiam się chwilę i w końcu wyjmuję kartkę ze stosu. Po krótkim wahaniu u góry strony dopisuję numer” „1”. Wiem, że za chwilę ułożę ją pod pierwszą kartką, z nagłówkiem: „Prolog”, tą, którą właśnie kończę zapisywać i niedługo wydrukuję.

Zaczynam. Pierwszy kawałek układanki wskoczył na swoje miejsce.

1. ALINA

Mateusz swoje ostatnie tygodnie spędził w szpitalu. Opiekowałam się nim, dopóki dawałam radę, ale później jego stan się pogorszył. Umierać zaczął jakiś rok wcześniej. Jakby ktoś rozpoczął proces wymazywania go z tej rzeczywistości, wykasowywania bajt po bajcie, komórka po komórce. Zanikał konsekwentnie i nieodwracalnie.

Tego dnia jak zwykle jadę odwiedzić go po pracy. Oddział, na którym leży, wzbudza we mnie lęk. Wydaje mi się, że za każdym razem, kiedy tam wchodzę, jakieś niewidzialne coś owiewa mnie jak szary dym, przysysa się jak pijawka. Nazywam to pchłopijawkami. Nie znalazłam nic odpowiedniejszego. Ta nazwa pojawiła się w mojej głowie, jakby ją ktoś podszepnął. Mam wrażenie, że za każdym razem tego czegoś przykleja się do mnie więcej, obsiada mnie jak wygłodniałe muchy, obskubuje naskórek, a potem dobiera się do mięsa. Powietrze też jest tu inne. Zastygłe, gęste i kleiste jak śluz. Wskazówki zegarów zdają się poruszać wolniej, jakby musiały pokonać niewidoczny opór.

Mateusz dużo śpi. Kiedy wchodzę do pokoju, też ma zamknięte oczy. Może śmierć ma więcej wspólnego ze snem, niż nam się wydaje? Może śniąc, uczymy się umierać. Czymkolwiek jest to umieranie. Bo może nie jest wcale tym, czym się sądzi, że jest. Może to tylko mocno splątany ze sobą początek i koniec, a czas to jakiś poczniec albo koczątek. Wielki, okrągły i włochaty stwór ze skołtunioną sierścią, której za nic nie da się rozczesać.

Przyglądam się Mateuszowi, a pchłopijawki wgryzają się we mnie coraz głębiej, mlaskają z zadowoleniem. Patrzę na rzadkie siwe włosy. Patrzę na blade czoło i zapadnięte policzki. Na cienie pod oczami. Na kruche ciało, które zdaje się tak delikatne, że mogłoby unosić się na wietrze jak liść. Zmarszczki na twarzy przypominają tajemną księgę, która mogłaby dać odpowiedź na wiele pytań, gdyby tylko potrafiło się ją odczytać. Jego powieki drżą. Śni.

Nagle wydaje z siebie ciche westchnienie i otwiera oczy. Mruga. Przygląda mi się lekko zamglonymi od snu oczami.

— Alina… — mówi cicho.

— Jestem — odpowiadam i przysuwam się na krześle.

— Nie byłem pewien, czy to nie sen. Czasem miesza mi się jedno z drugim.

— Wiem, jak to jest. — Puszczam do niego oko.

Śmieje się cicho.

— No tak. Zupełnie zapomniałem. — Jego usta są suche i blade.

— Chcesz pić? — pytam.

Kiwa głową.

Biorę butelkę z wodą i przystawiam do jego ust. Wypija kilka łyków i odwraca głowę. Patrzy w okno. Słońce rozcieńcza jego i tak blade tęczówki, wyglądają jak rozmyte niebieskie plamy farby.

— Zostawiłem ci coś — mówi po chwili. — Jest w moim pokoju, w biurku. Druga szuflada. W teczce. To chyba już czas. — Jego głos jest cichy i stłumiony, jakby słowa wydobywały się spod grubego koca.

— Tato…

Rzadko go tak nazywam, ale teraz słowo samo ciśnie mi się na usta.

— Czuję, że niedługo już tu pobędę. — Przerywa mi. — Ale to dobrze. Znudziło mi się. — Wskazuje na okno i próbuje się uśmiechnąć. — W tym kinie grają ciągle podobny film.

Milczy przez chwilę, wpatrując się w szybę. Zerka na zegarek. Patrzy na pobliski przystanek autobusowy.

— Zaraz pojawi się matka z dzieckiem. To mała rudowłosa dziewczynka. Bardzo pocieszna. Nigdy nie może usiedzieć na miejscu. — Patrzę w tamtą stronę i rzeczywiście pojawia się kobieta z dziewczynką, kobieta siada na ławce, a mała podskakuje dookoła jak jo-jo na sznurku. Jest urocza, ma duże niebieskie oczy i pucołowate policzki.

— Widzisz tę ciemnowłosą dziewczynę na ławce?

Kiwam głową. Dziewczyna ma na sobie czerwony płaszcz, więc rzuca się w oczy, wpatruje się w ekran smartfona.

— Zaraz dołączy do niej wysoki chłopak.

Chwilę później dziewczyna odrywa wzrok od telefonu, spogląda przed siebie i jej twarz rozjaśnia się w uśmiechu. Obok niej siada jasnowłosy chłopak z torbą przewieszoną przez ramię. Rozmawiają przez dłuższą chwilę, śmiejąc się. Później dołącza do nich druga dziewczyna. Chłopak obejmuje ją i całuje na powitanie. Rozmawiają we trójkę, wyglądają na dobrych przyjaciół. Nadjeżdża kolejny autobus, para wstaje, a ciemnowłosa dziewczyna zostaje sama na ławce.

 

— Dziewczyna będzie się uśmiechać i machać im na pożegnanie — odzywa się znów Mateusz. — Dopiero kiedy autobus zniknie za zakrętem, jej twarz posmutnieje. A tam, po lewej, widzisz tę staruszkę w szarym płaszczu? Pojawia się tu codziennie. Wcześniej pojawiała się z mężem, ale od jakiegoś czasu przychodzi sama. Wsiada teraz do innego autobusu. W reklamówce z supermarketu ma znicze. Pewnego razu wysypały się i dziewczynka z kobietą pomogły jej je zbierać. Jeden się potłukł i trzeba było go wyrzucić do kosza. Następnego dnia staruszka dała dziewczynce jajko z niespodzianką, była tam mała zawieszka. Dziewczynka nosi ją odtąd codziennie przypiętą do tornistra.

Milczymy przez chwilę, wpatrując się w przystanek. Ludzie wsiadają i wysiadają, pojawiają się i znikają jak aktorzy za kurtyną.

— Wiesz, kiedy tak dzień w dzień leżysz w tym miejscu i wpatrujesz się w to samo okno, zaczynasz mieć wrażenie, że cały świat, to wszystko dokoła nas, to tylko odtwarzany w kółko film — odzywa się znów Mateusz. — Nie wiadomo jedynie, kto go odtwarza i po co. Jeszcze przed chwilą się w nim grało, ale teraz jest się już tylko widzem, zeszło się już z ekranu, wypadło gdzieś na zewnątrz. Czasem chce się po prostu już wyjść z kina. Na powietrze. Wrócić za jakiś czas i być może obejrzeć inny film.

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc milczymy. Czasami milczenie to jedyna z możliwych odpowiedzi.

— Obiecasz, że otworzysz tę teczkę i przejrzysz? — mówi w końcu.

— Obiecuję. Co tam właściwie jest?

— Zobaczysz. Myślę, że powinnaś wiedzieć. Że jestem ci to winien. — Wzdycha. — Powinienem zrobić to wcześniej, ale nie miałem odwagi.

— Chodzi o przeszłość?

Kiwa głową.

— Sama zobaczysz.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę. Próbuję go karmić, ale po kilku łyżkach półpłynnej papki kręci głową. Od kilku dni jest tak samo. Po chwili znów zasypia.

Patrzę na Mateusza i sama nie wiem, kiedy też zapadam w drzemkę. Wczoraj siedziałam do późna w sklepie Jana, porządkując nowe rzeczy i książki. Jan zawsze to rozdziela, bo dla niego książki to nie rzeczy, to coś więcej.

— Przeczytaj mi coś o Pani Przedsionków — mówi nagle Mateusz.

Mrugam. Widzę kotostrachy gdzieś na granicy snu i jawy, w stanie tego dziwnego półsnu, który od czasu do czasu mi się przytrafia. Wiem, że są tutaj, choć nie powinno ich tu być, że pochodzą z innego miejsca. Doktor A. mi to wyjaśniła, twierdzi, że to głównie kwestia neurologiczna. Dla mnie to tak, jakby sen narzucał na rzeczywistość płachtę. Przysłaniał ją. Rzeczywistość wystaje spod snu jak spod cienkiej dziurawej tkaniny. Mateusz patrzy w tę stronę, co ja, jakby również coś widział.

— Czy one tam były? — pyta.

Potakuję. Kilka razy opowiadałam mu o kotostrachach, zwłaszcza kiedy byłam mała.

— Czasem mam takie wrażenie, jakby coś tam było — mówi. — Może to dlatego, że tyle śpię.

Mrugam powiekami, wrażenie dwoistości odpływa. Znika tkanina dziurawego półsnu.

— Możliwe.

Ostatnio coraz częściej to wyczuwa. Może dlatego, że sam jest coraz bardziej „gdzie indziej” niż „tu”. Przypominam sobie ulotkę, którą wręczyła mi jakiś czas temu jedna z pielęgniarek i którą wcisnęłam głęboko do wewnętrznej kieszeni torby. Etapy umierania. Jak radzić sobie ze stratą. Teraz w mojej głowie migają kolejne podpunkty jak znaki ostrzegawcze. Wychudzenie. Brak apetytu. Wzmożona senność. Wyostrzenie rysów twarzy. Omamy, urojenia. Suchość w ustach. Pchłopijawki znowu mlaskają z zadowoleniem. Odganiam od siebie myśli jak natrętne muchy. To jeszcze nie czas. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Powtarzam w kółko jak mantrę.

Wygrzebuję brulion z torby i przerzucam kartki. To w nim od lat zapisuję sny. Głównie o Pani Przedsionków, którą nazywam też Rudolfiną, choć zdarzają się również inne, takie, które uznam za szczególne. Przewracam pożółkłe i zmatowiałe ze starości kartki. Pierwsze są zapisane niewprawnym i koślawym pismem dziecka. Później pismo coraz bardziej się kształtuje i zmienia, aż do obecnego. Niektóre wpisy są staranne, inne nabazgrane naprędce, tak że mam czasem problem z ich odczytaniem. Często są to różne wersje tego samego snu, spisanego na nowo po raz kolejny. Jakby rosły i nabierały wyrazistości wraz ze mną. W końcu zatrzymuję wzrok na jednej ze stron. To sen numer trzy. Jeden z grupy snów, które nazywam „narodzinowymi”. W snach wiele razy pytałam Rudolfinę, skąd wzięłam się w jej domu. Zawsze opowiadała mi inną historię. „Która z tych historii jest prawdziwa? Jak było naprawdę?” — pytałam we śnie za każdym razem, kiedy kończyła. „Czasami myślę, że żadna z nich nie jest prawdziwa” — dodawałam z goryczą. „Wszystkie są prawdziwe”. „To niemożliwe” — oponowałam. „Mylisz się” — odpowiadała. „Wszystkie są prawdziwe. Po prostu wybieram jedną z możliwych wersji. To, co prawdziwe, może mieć różne ubranie, ale w środku, kiedy się temu przyjrzysz, zawsze wygląda tak samo”. Zazwyczaj w tej chwili budziłam się, a w następnym śnie Pani Przedsionków opowiadała mi którąś z innych wersji.

Spoglądam na Mateusza. Wpatruje się we mnie ze zniecierpliwieniem w niebieskich oczach, jak dziecko, które nie może się doczekać bajki na dobranoc. Wygładzam kartkę i zaczynam czytać.

Sen numer: 3

Typ: narodzinowy

Wersja: 7

JABŁKA

Siedzimy z Rudolfiną przy stole. Przez okno wpada ciepłe popołudniowe słońce. Na stole leżą jabłka. Słońce spływa na nie jak miód oleistymi, tłustymi kroplami, sprawia, że lśnią jak szkło. Wcześniej byłyśmy z Rudolfiną w ogrodzie i nazrywałyśmy cały koszyk jabłek. Teraz staruszka siedzi w bujanym fotelu i czyta. Ja toczę jabłka po stole.

— Skąd właściwe się tu wzięłam? — pytam.

Rudolfina odrywa oczy od książki i uśmiecha się lekko. Spogląda na jabłka.

— To właśnie dzięki jabłkom.

— Jabłkom? — pytam. — Co mają z tym wspólnego?

— Jabłka mają więcej wspólnego z ludźmi, niż się wydaje.

— Wcale nie. — Prycham z lekceważeniem.

— Czasami ludzie obgryzają innych jak jabłko. Zjadają to, co z wierzchu, tuż pod skórą, to, co słodkie i soczyste, a zostawiają ogryzek, wypluwają pestki. A to właśnie pestki są najwartościowsze. Gdy je posadzić, wyrośnie coś dużego. Trzeba sięgnąć w głąb wszystkiego, zasadzić to, co tam znajdziemy, i czekać. Dopiero wtedy widać, co jest czym i kto jest kim. Ale to wymaga czasu. Nikt nigdy nie ma czasu. A potem jest za późno.

— To nie jest historia. — Krzywię się. — Opowiedz mi historię.

— Niech ci będzie — mówi, uśmiechając się lekko. — Opowiem ci, jak to było.

A potem opowieść wysnuwa się z jej ust, jakby wyjmowała z nich sznurek z nanizanymi słowami.

— Tego dnia, gdy cię znalazłam, było ciepło jak dziś. Siedziałam właśnie pod drzewem jabłoni. To było to największe drzewo, z którego pochodzą te jabłka. — Zerka na stół. — Nie wiem, po co tam siedziałam. Przypuszczam, że po prostu naszła mnie ochota, żeby posiedzieć pod drzewem. Czasami dobrze posiedzieć sobie pod drzewem zupełnie bez powodu. Jeśli przysłuchasz się uważnie i będziesz cicho, możesz usłyszeć, jak rośnie, a nawet jak szepcze. Drzewa mogą wiele nauczyć, jeśli uważnie się ich słucha.

— Drzewa wcale nie mówią. — Prycham z lekceważeniem.

— Mówią, ale nie każdy je usłyszy. Często rozmawiają między sobą, ale nie tak jak ludzie. Nie używają tylu zbędnych słów i nigdy nie kłamią. Trzeba słuchać naprawdę uważnie, wtedy się je usłyszy. Drzewo jest w jakiś sposób mądrzejsze od ludzi. Bo jest u dołu, pośrodku i u góry. Wie, co jest pod ziemią i co na niebie. A człowiek jest tylko pośrodku. Jakby ktoś odciął mu korzenie i te najwyższe gałęzie. Dlatego potem musi zaliczyć ziemię, a na końcu niebo, o ile ma szczęście. Żeby być wszędzie. Ale drzewo jest wszędzie zawsze i pod tym względem jest mądrzejsze. Siedziałam więc pod tym drzewem i próbowałam usłyszeć, jak rośnie albo jak szepcze. Ale usłyszałam coś innego. Coś, co wprawiło mnie w okrutne zdziwienie. Naprawdę okrutnie, okrutne zdziwienie… — Rudolfina zawiesza na chwilę głos i zerka na mnie, uśmiechając się pod nosem.

— Co takiego? — Nie wytrzymuję.

Kołysze się w bujanym fotelu.

— Usłyszałam płacz. Ale kiedy się rozejrzałam, nie było tam nikogo.

— To drzewo płakało? — pytam.

Kręci głową.

— Nie. Drzewa zazwyczaj nie płaczą w ten sposób. Był to płacz dziecka. Wstałam i zaczęłam nasłuchiwać. Szukałam w trawie, w zaroślach, pod drzewami w całym ogrodzie, ale dziecka nigdzie nie było. Aż w końcu zawędrowałam pod tę samą jabłonkę. Wtedy zrozumiałam, że płacz dochodzi z góry. Podniosłam głowę i zobaczyłam to jabłko. Było inne niż pozostałe. Całkiem niebieskie. Uniosłam laskę i strząsnęłam je ostrożnie. Upadło na trawę i wtedy znowu rozległ się płacz. Teraz byłam już pewna. To płakało jabłko.

— Ale dlaczego ono płakało? — pytam. — Inne jabłka myślały, że jest zepsute, i śmiały się z niego?

Rudolfina chichocze cicho.

— Nie. Jabłka zazwyczaj nie są aż tak mało wrażliwe i pod tym względem raczej nie przypominają ludzi. Nie wiem, dlaczego płakało. Nie powiedziało mi. Ale kiedy wzięłam je do ręki, przestało. Zaniosłam je do domu i położyłam na stole. Tak jak te tutaj. Wtedy jabłko znowu zaczęło płakać. Wzięłam je ponownie do ręki i wtedy przestało. Wyjęłam więc jedną z szuflad, dokładnie tę. — Wskazała na drugą od góry szufladę w kredensie. — Wyłożyłam ją miękkimi chusteczkami i ułożyłam tam jabłko. Uspokoiło się. W nocy jednak co chwilę mnie budziło i musiałam je ciągle kołysać. Wtedy przestawało płakać. Kiedy obudziłam się rano, jabłko wyglądało podobnie jak wcześniej, jednak zaczęło się z nim dziać coś dziwnego. Widziałam, jak coś się w nim rozpycha jak w worku. Kulało się niespokojnie po całej szufladzie. „Wyciągnij mnie. Chcę wyjść”— powiedziało cienkim głosem. „Kim jesteś? — zapytałam. „Sobą. I bardzo chcę już stąd wyjść. Boję się”.

— I pomogłaś wyjść temu komuś?

— Chciałam. Nie miałam jednak pojęcia, jak to zrobić. Nie mogłam ot, tak przeciąć jabłka, bo mogłoby się to źle skończyć. Wzięłam więc mały nóż i zaczęłam je powoli obierać. Najpierw skórkę, potem coraz więcej miąższu. „Jesteś już blisko” — powiedział głos. „Myślę, że teraz już dam radę się wydostać”. Usłyszałam rytmiczne chrupanie. Potem ukazała się mała głowa, a wkrótce dłonie i coś wyskoczyło z dziury w jabłku jak z tunelu. To była dziewczynka.

— Czy to byłam ja? — pytam.

— Tak, tylko o wiele mniejsza. Jak połowa mojego palca i całkiem golusieńka. Zaraz uszyłam ci sukienkę z chusteczki, żeby nie było ci zimno. Żeby urosnąć taka jak teraz, potrzebowałaś trzech dni. Piłaś wtedy dużo kompotu jabłkowego. A z każdym łykiem stawałaś się większa i większa. — Pokiwała siwą głową. — I tak właśnie tu trafiłaś. Tak to było.

— Wcześniej opowiadałaś inaczej. Która z tych historii jest prawdziwa? Jak było naprawdę? — pytam. — Czasami myślę, że żadna z nich nie jest prawdziwa — dodaję z goryczą.

— Wszystkie są prawdziwe.

— To niemożliwe.

— Mylisz się — odpowiada. Wszystkie są prawdziwe. Po prostu wybieram jedną z możliwych wersji. To, co prawdziwe, może mieć różne ubranie, ale w środku, kiedy się temu przyjrzysz, zawsze wygląda tak samo. Tak. Tak właśnie było.

Przerzucam jeszcze kilka kartek. Cofam się do jednej z pierwszych.

Sen numer: 3

Typ: narodzinowy

Wersja: 1

JABŁKA

Znowu śniła mi się Rudolfina. Pytałam ją, skąd się wzięłam. Mówiła o jabłkach. Że ludzie są jak jabłka. I że ja też tak się tutaj dostałam. Przez dziurę w jabłku.