Wzgórze NiezapominajekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Bichalska

Prolog

Julia, maj 2014

Spojrzała na skąpane w zieleni i błękicie wzgórze. Niezapominajki kwitły w tym roku tak intensywnie jak dawniej. To przywoływało wspomnienia tych letnich dni, które tak wiele dla niej znaczyły i które już nigdy nie wrócą. Cieszyła się, że tu przyjechała, choć początkowo miała obawy, że po tylu latach i po tym wszystkim, co się wydarzyło, będzie to jak skok do lodowatej wody. Teraz przepełniał ją jednak spokój i nostalgia. Nie było w tym nic ze strachu. Nie teraz, kiedy wiedziała, co prawdopodobnie ją czeka. Oczywiście była jeszcze nadzieja, ale Julia od początku czuła, że w tym, co ją spotkało, była jakaś sprawiedliwość, jakby naturalna kolej rzeczy.

Pogładziła pień starego drzewa i poczuła się, jakby dotykała przyjaciela niewidzianego od lat. Spojrzała w górę i dotknęła rozłożystej gałęzi. Ciągle nadawała się idealnie do siedzenia. Przypomniała sobie, jak spędzały tu z Leną wiele ciepłych dni. To drzewo znało tyle ich tajemnic. Od jednej z nich każdemu człowiekowi ścierpłaby skóra, a to drzewo przez tyle lat chroniło ją ze spokojem. Człowiek być może nie wytrzymałby i w końcu wyjawił tajemnicę. Drzewo milczało.

Wdrapała się na górę i rozejrzała dookoła. Widziała w dole błękitną taflę jeziora, która połyskiwała w słońcu, zielone łąki, las w oddali i domy z czerwonymi dachami, które przywodziły na myśl dziecięce zabawki. Wszystko, całe Błękitne Brzegi, wyglądały jak baśniowa kraina. Niemal zapomniała już, jaki piękny rozpościerał się stąd widok. Sięgnęła ręką wyżej, między gęste liście, i odnalazła niewielką dziuplę. Wsadziła do środka rękę, z podekscytowaniem i niepokojem zarazem. Bała się, że niczego tam nie znajdzie. Po chwili jednak wyczuła twardy kanciasty przedmiot. Szkatułka wciąż tam była. Wyjęła ją. Farba w wielu miejscach wyblakła i złuszczyła się do tego stopnia, że ledwie można było dostrzec motyw niezapominajek. Chciała unieść wieczko, ale zamek wciąż trzymał. Nikt przez tyle lat nie zdołał odkryć tej kryjówki. Sięgnęła do torebki i wyjęła niewielki, poczerniały i lekko pordzewiały kluczyk. Otworzyła szkatułkę i zaczęła przeglądać jej zawartość. Wszystkie dziecięce skarby były na miejscu: kamyki, ozdobny guzik, stare monety, mała plastikowa laleczka, pierścionek z błękitnym oczkiem. Julia sięgnęła jeszcze raz do torebki i wyjęła drugą drewnianą szkatułkę. Porównała je i stwierdziła, że udało jej się dobrze odwzorować oryginał. Gdyby nie to, że jedna szkatułka na skutek upływu czasu tak bardzo się zniszczyła, byłyby niemal identyczne. Otworzyła tę nowszą wersję i wyjęła ze środka białą kopertę. Włożyła ją do starej szkatułki, a potem zamknęła wieczko, przekręciła kluczyk i schowała ją z powrotem do kryjówki. Pordzewiały kluczyk włożyła do nowej szkatułki.

Zanim odeszła, przystanęła na wzgórzu otoczona trawą i niezapominajkami i rozejrzała się. Starała się zapamiętać wszystko jak najlepiej, żeby móc – kiedy tylko będzie chciała – przywołać w pamięci wspomnienie tego miejsca. Czuła, że już nigdy nie uda jej się tu wrócić.

W końcu ruszyła w dół wzgórza. Było jeszcze kilka miejsc, które musiała odwiedzić i kilkoro ludzi, z którymi chciała się spotkać. Wszyscy znali jedną z jej tajemnic, choć każdy inną.

Stary dom trwał niezmieniony, taki, jakim go zapamiętała. Ogród, jak zawsze wspaniały i zadbany, obudził się już do życia. Czuła słodki zapach kwitnących bzów i jaśminu. Wiosenne kwiaty pyszniły się barwami, kusząc szybkie jak iskry pszczoły i majestatyczne trzmiele. W koronach drzew nawoływały ptaki. Wiedziała, że za kilka miesięcy, latem, będzie tu jeszcze piękniej. Wszystko wokół żyło, pulsowało, pachniało czymś nowym, świeżym i czystym. Przez moment poczuła się trochę jak intruz, który zakradł się do zakazanego ogrodu. Noszący w sobie zaczątki śmierci, która toczyła go z każdym dniem bardziej i bardziej… Otrząsnęła się jednak i odrzuciła te myśli, starając się chłonąć wszystko dookoła. Przysiadła na ogrodowej huśtawce, na której siadała setki razy. Powitała ją znajomym skrzypnięciem. Julia przymknęła oczy, wystawiając twarz do słońca. Czuła spokój. Wiedziała, że to, co chce zrobić, będzie najlepszym wyjściem. Zostawić w jakimś stopniu to wszystko losowi. Wprawić kostki domina w ruch i patrzeć, czy przewraca się cały ciąg kolejnych, czy też upadnie tylko kilka, a potem wszystko zamrze w bezruchu. Odetchnęła głęboko, wstała i ruszyła do drzwi. Z uchylonego okna sieni wydobywał się wspaniały zapach. Znała go dobrze. Unosił się z jej ulubionych ciasteczek cytrynowych. Niemal poczuła na języku ich słodycz, przypomniała sobie ich kruchość i to cudowne uczucie, kiedy rozpływały się w ustach. Czy to zwykły przypadek, czy też coś więcej? „Czy Florentyna mogła przeczuwać, że akurat dzisiaj, po tylu latach tu wrócę?” – pomyślała.

Jeszcze niedawno sama Julia nie wiedziała, że tu będzie, jednak już jako dziecko uważała, że staruszka ma w sobie coś wyjątkowego, jakby szósty zmysł. Na parapecie grzał się w słońcu czarny kot i Julia przez chwilę myślała, że to Chmura, ale to nie mogła być ona. Kiedy ostatni raz ją widziała, była bardzo stara, choć jeszcze żwawa. Niemożliwe, że żyła tyle lat. Ta kotka – bo Julia z jakiegoś powodu była przekonana, że to kotka – bardzo przypominała Chmurę, jednak nie miała białej plamy na brzuchu, dzięki której i przez wyjątkowo marudne usposobienie zyskała swoje imię. Ta była całkiem czarna, nawet bez malutkiego akcentu bieli. Julia wyciągnęła rękę i pogładziła lśniącą sierść kotki. Poddała się tej pieszczocie z zadowoleniem, by jednak po chwili gniewnie pomachać ogonem. Potem lekko złapała zębami rękę Julii na znak protestu, zeskoczyła z parapetu i zniknęła w rabacie kwiatów. To zachowanie przypominało Chmurę. Obie z Leną ją uwielbiały i nigdy nie przeszkadzała im humorzastość kotki. Był w tym jakiś urok. Zastanawiała się nawet, czy to nie przypadek jakiejś kociej reinkarnacji.

Zapukała ostrożnie. Stała przez chwilę i w napięciu czekała. Nagle poczuła zdenerwowanie, choć przez ostatnich kilka dni przygotowywała się na to spotkanie i myślała o tej chwili dziesiątki razy. Już miała zapukać ponownie, przekonana, że nie została usłyszana, kiedy za drzwiami rozległy się kroki. Serce zaczęło jej bić niespokojnie, jakby lada chwila miało wyskoczyć z piersi. W końcu drzwi się otworzyły. Florentyna niewiele się zmieniła przez te lata. Na jej twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, ale oczy pozostały niezmienione – błękitne, żywe i bystre, o intensywnym kolorze chabrów. Serce Julii ścisnęło się na wspomnienie oczu osoby, którą niegdyś tak bardzo kochała. Ich spojrzenia spotkały się. Staruszka wpatrywała się w nią uważnie. Julia zaczęła obawiać się, że jej nie poznaje, nie mogła jednak wykrztusić z siebie ani słowa. Po chwili Florentyna uśmiechnęła się lekko, a w jej oczach mignęła radość. Wyciągnęła do Julii pomarszczoną dłoń i ujęła za rękę.

– Julia… – powiedziała swoim ciepłym głosem, który koił nerwy równie skutecznie jak jej wspaniałe wypieki. – Miałam nadzieję, że kiedyś wrócisz. Miło cię widzieć. – Pociągnęła ją lekko w głąb domu, skąd wydobywał się wspaniały zapach. – Chodź. Mam twoje ulubione ciasteczka.

Lena, sierpień 2016

Zawsze zadziwiało mnie, jak wiele w życiu może zmienić przypadek, jedno pozornie nic nieznaczące wydarzenie. Zupełnie jakby nieświadomie chwytało się wystającą krótką nitkę w swetrze, a po chwili trzymało w ręku cały kłębek. Czasami, kiedy coś się spruje, okazuje się, że pod spodem nie ma tego, na co się czekało. Że pod wierzchnią warstwą było ukryte coś, o istnieniu czego nie mieliśmy pojęcia. To bywa bolesne, ale też krzepiące. Bo zawsze z tego kłębka można zrobić nowy sweter. Taki, który będzie idealnie pasował. Można spruć swoje dotychczasowe życie i zacząć od początku.

Ja złapałam za tę nitkę kilka miesięcy temu, kiedy weszłam do pewnego lasu. Być może zbyt daleko sięgam w przeszłość, ale kiedy się nad tym zastanawiam, to właśnie tam musiał być początek, który doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem. Dzięki temu dowiedziałam się też tego, co w innym przypadku być może na zawsze pozostałoby tajemnicą.

Rozdział 1

Lena, maj 2016

Sięgnęłam po kolejną butelkę wody i pociągnęłam kilka dużych łyków. Podkręciłam radio, a z głośników zaczęły rozbrzmiewać Telefony Republiki. Ten majowy dzień był wyjątkowo ciepły, a mnie potwornie chciało się pić. Być może dlatego, że poprzedniego dnia hucznie obchodziliśmy urodziny mojej najlepszej przyjaciółki Ewy. Wprawdzie nie piłam alkoholu, bo jakoś się wykręciłam, nie chcąc zdradzać właściwego powodu abstynencji, ale słone przekąski i góra jedzenia i tak zrobiły swoje, bo nie czułam się najlepiej. Do tego odezwało się zapalenie pęcherza, które przechodziłam już kilka razy, więc postanowiłam ogólnie więcej pić. Pewnie nie ruszałabym się z domu, ale tego dnia co roku jeździłam na grób brata.

Zaparkowałam przed cmentarną bramą w Lipowicach, niewielkim miasteczku, oddalonym o jakąś godzinę drogi od Białegostoku, gdzie teraz mieszkałam. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam alejką. Po drodze chciałam jeszcze zajechać do babci mieszkającej kilka kilometrów dalej w malowniczej wsi położonej nad jeziorem o trochę pretensjonalnej, ale pasującej do niej nazwie – Błękitne Brzegi. Często spędzałam tam wakacje i weekendy, a później, po śmierci taty, mieszkałam przez dłuższy czas.

Cmentarz wydawał się opustoszały, ale kiedy kluczyłam między grobami, wypatrując znajomej brzozy, minęłam kilkoro ludzi, którzy skinęli mi w pozdrowieniu głowami, jakby nie chcieli naruszać ciszy tego miejsca. W końcu zobaczyłam znajome rozłożyste drzewo o intensywnie zielonych liściach. Pogładziłam chropowaty pień, odetchnęłam i wystawiłam twarz do słońca. Może to dziwne, ale zawsze czułam się dobrze na cmentarzach, choć tylu ludzi przygnębiały i wzbudzały niepokój. Dla mnie miały w sobie coś ze świątyń, jakieś uspokajające i kojące właściwości miejsca, w których czas nie grał żadnej roli. Ułożyłam na grobie bukiet świeżych kwiatów i zabrałam te, które były obok – bukiet niezapominajek. Były już zwiędnięte, ale nieźle się trzymały. Ktoś tu był niedawno. Wydało mi się to dziwne, bo jedyną osobą, która mogłaby odwiedzić to miejsce, była mama, ale ona mieszkała teraz daleko. Wiedziałabym, gdyby się pojawiła. Była jeszcze babcia, ale rzadko przyjeżdżała tu sama, zazwyczaj przychodziłyśmy razem. Kochała Błękitne Brzegi i najchętniej nie wyścibiałaby stamtąd nosa. Jeszcze raz przyjrzałam się bukietowi. Wywoływał wspomnienia. Julia uwielbiała niezapominajki. Pomyślałam też o naszym Wzgórzu Niezapominajek. Poczułam ukłucie żalu. Mimo że upłynęło tak wiele czasu, ciągle nie mogłam pogodzić się z myślą, że tamtego lata straciłam nie tylko brata, ale i najlepszą przyjaciółkę. Zapaliłam świeczkę, która rozbłysła jasnym ognikiem. Przysiadłam na pobliskiej ławeczce i wpatrzyłam się w twarz chłopaka na nagrobnym zdjęciu. Mój brat zginął jako nastolatek dwadzieścia lat temu. Przed oczami stanęła mi jak zwykle jego młoda twarz. Starałam się, co jakiś czas przywoływać wszystkie wspomnienia o nim, żeby ich nie stracić. Pielęgnowałam je jak najdelikatniejsze kwiaty. To, że Olek zginął tak młodo, wywoływało we mnie pewnego rodzaju rozdwojenie. Pierwszy raz poczułam je, kiedy zrównałam się z nim wiekiem. Stałam i myślałam, że oto teraz, kilka lat po jego śmierci, jesteśmy jak bliźnięta. A potem, kiedy byłam coraz starsza, to uczucie się nasilało. Nie wiedziałam właściwie, kto jest teraz starszy, a kto młodszy. Czas stawał na głowie, jakby nastąpiła dziwna i niepojęta anomalia. Być może byłam teraz starszą siostrą dla tego chłopaka, zastygłego i zatrzymanego w czasie jak owad w bursztynie. W moich wspomnieniach zawsze był młody, taki sam, niezmienny.

 

Kiedy wstałam z ławki i miałam już odejść, zobaczyłam, że z trawy przy grobie wystaje coś błyszczącego. Był to wisiorek na łańcuszku – bardzo ładny i nietypowy, zrobiony z ciemnego kamienia, opleciony cienką drucianą siateczką, w którą powtykane były drobne błyszczące kamyki niczym gwiazdy. Nie miałam pojęcia, skąd tu się wziął. Pewnie ktoś go zgubił. Wrzuciłam wisiorek do torebki i obiecałam sobie, że później pomyślę, co z nim zrobić i jak odnaleźć właściciela. Wisiorek nie wydawał się drogi, ale dla kogoś mógł być cenną pamiątką.

Odwiedziłam przy okazji grób taty, Julii i jej babci. Na grobie Julii leżał identyczny bukiecik niezapominajek. Postanowiłam spytać babcię, czy to ona je zostawiła.

Droga powrotna upływała mi przyjemnie, słońce grzało, choć nie tak mocno jak jeszcze niedawno, z radia sączyły się stare gitarowe kawałki, które wprawiały mnie w dobry nastrój. W pewnej chwili mój pęcherz zaczął coraz bardziej o sobie przypominać. Wypita woda koniecznie chciała powrócić do natury. Miałam nadzieję, że uda mi się utrzymać ją na wodzy aż do przyjazdu do domu babci, ale kiedy po kilku minutach miałam wrażenie, że eksploduję, zaczęłam w desperacji zjeżdżać na leśne pobocze. Po chwili szybkim krokiem szłam dróżką, przezornie wymijając pozostawione tutaj oznaki bytności podobnych mi ofiar nie tylko własnego pęcherza… co stwierdziłam z niesmakiem. Rozejrzałam się podejrzliwie w poszukiwaniu ewentualnych intruzów. Zawsze w takiej sytuacji zazdrościłam facetom tego, że nie muszą świecić czterema literami przed całym światem. Kiedy skończyłam i z ulgą ruszyłam w stronę samochodu, coś sprawiło, że przystanęłam zdumiona. Słyszałam jakiś dźwięk. Byłam zdezorientowana i nie wiedziałam, co to takiego, po chwili rozpoznałam jednak żałosne skomlenie. Zaintrygowana i trochę zaniepokojona ruszyłam w stronę odgłosu. Zrobiłam zaledwie parę kroków i zobaczyłam worek. Zwykły worek, taki, w jakim czasem trzyma się ziemniaki. Niezwykłe było jednak to, że ten worek się poruszał.

– Jezu… – jęknęłam i przykucnęłam.

Znów rozległo się popiskiwanie. Zobaczyłam przez niewielką dziurę w worku węszący czarny nos. Chwyciłam pośpiesznie sznurek, którym był związany worek, jednak ktoś zacisnął go mocno na supeł.

– Cholera – zaklęłam i rozejrzałam się, rozpaczliwie szukając czegoś, czym mogłabym przeciąć sznurek. Dostrzegłam płaski, ostry kamień. Zaczęłam rozcinać nim sznurek. W środku był szczeniak, prawie tak czarny jak grudka węgla, ale miał biały „krawacik” i końcówkę ogona. Parzył na mnie wystraszonymi oczami, tak niewinnymi, jakimi patrzeć potrafią chyba tylko szczenięta. Kiedy wydostał się ze swojego więzienia, niepewnie pomachał ogonem. Wyglądało na to, że nic mu nie jest, był jednak strasznie brudny i zabiedzony.

– Co za bydlak tak cię urządził? – Pogłaskałam szczeniaka po głowie i rozejrzałam się.

Nikogo nie było widać. Może to i lepiej, bo na samą myśl o osobie, która mogła zrobić coś takiego, ogarniała mnie wściekłość i obrzydzenie. Oczywiście nieraz słyszałam o psach wyrzucanych z samochodów, przywiązywanych do drzew w lesie albo jeszcze gorszych rzeczach, ale do dziś nie zetknęłam się z niczym podobnym. Spojrzałam na psiaka, który kręcił się dookoła moich nóg, łasząc się, machając ogonem i popiskując, jakbym nie była przedstawicielką gatunku, który powinien definitywnie znienawidzić po tym, co go spotkało. Nie miałam pojęcia, co z nim zrobię, ale na pewno nie mogłam go tu zostawić.

– Wynośmy się stąd – powiedziałam, biorąc go na ręce. A raczej ją, bo jak zdążyłam przy tej okazji zauważyć, szczenię było suczką.

Rozpoznawanie płci nawet bardzo małych psów było dla mnie bezproblemowe w przeciwieństwie do kotów, które pod tym względem, jakoś tak do okresu ich dojrzewania, stanowiły dla mnie czarną magię. Suczka, mimo że chuda i zaniedbana, nie wydawała się szczególnie wycieńczona i miała sporo energii, co świadczyło o tym, że ktoś musiał porzucić ją stosunkowo niedawno. Nie chciałam nawet myśleć, coby się stało, gdyby spędziła tu więcej czasu. Nawet gdyby udało się jej wygryźć większą dziurę. Bo wątpię, żeby ten, kto ją tu przyniósł, był tak „łaskawy” i sam ją zrobił. On chciał, żeby sunia umarła samotna – z głodu, w ciemności i z braku powietrza.

Postanowiłam wracać do domu i nie zajeżdżać już do babci. Zeszłoby mi zbyt długo, a musiałam dziś jeszcze odwiedzić weterynarza, żeby sprawdził, czy z psiakiem wszystko w porządku. Postanowiłam też, że zatrzymam go jakiś czas, zanim dojdzie do siebie, a potem coś postanowię. Przez chwilę zastanawiałam się, co na to Mariusz. Nie znosił psów. W ogóle nie przepadał za zwierzętami i ta jego cecha mnie drażniła, bo ja je uwielbiałam. Kiedyś chciałam mieć psa, ale stanowczo się temu sprzeciwiał. Chociaż nie mieszkaliśmy razem, w końcu dałam za wygraną. Zresztą moja mała kawalerka na czwartym piętrze niezbyt się nadawała dla psa. Całe szczęście, że Mariusz akurat był na kilkudniowym szkoleniu. Miałam nadzieję, że uda mi się coś wymyślić, zanim wróci. W końcu jednak uznałam, że chwilowo mam gdzieś, co sobie pomyśli. Nie miałam wyjścia i nie mogłam postąpić inaczej.

Usadziłam szczeniaka na tylnym siedzeniu. Miałam nadzieję, że podczas jazdy nie zacznie biegać po aucie i nie wylądujemy na drzewie.

– Zostań tutaj – nakazałam i pogłaskałam go po głowie. – Nie będziesz nic kombinować, prawda? – dodałam z nadzieją, klepiąc go po karku.

Przyglądał mi się szeroko otwartymi ciemnobrązowymi oczami, a potem zwinął w kłębek i ziewnął. Wyglądał na zmęczonego, więc była szansa, że podróż minie nam spokojnie.

I tak właśnie było. Kilka kilometrów dalej zajechałam do sklepu przy stacji benzynowej, kupiłam wodę i małą paczkę psiego jedzenia. Suczka wychłeptała wodę i rzuciła się na jedzenie, a potem zasnęła jak zabita. Co z nią zrobić. Może schronisko? To byłoby najprostsze wyjście, ale do dziś pamiętałam, jak wiele lat temu odwiedziłam jedno z nich razem z koleżanką. Nigdy nie zapomnę tych smutnych oczu, które patrzyły na mnie zza krat. Potem przez jakiś czas miałam koszmary. Śniło mi się, że budzę się w takiej klatce. Próbuję się stamtąd wydostać, ale szarpanie i krzyk nic nie dają. Jestem naga, brudna i jest mi zimno. Obok stoi mały drewniany domek, taki, w którym bawią się dzieci, i niebezpiecznie przypomina mi budę, a przy nim jest miska do zupy wypełniona wodą i talerz z podejrzanie wyglądającą breją. Czasami między kojcami przechadzają się ludzie. Nie są nadzy jak ja, ale ładnie i czysto ubrani. Przyglądają mi się, a ja zamiast chować się, by ukryć nagość i brud, podbiegam do siatki i łaszę się, uśmiecham. Gdzieś w głębi duszy wiem, że tak trzeba. W końcu nikt nie lubi ponuraków. „Może ta?” – pyta ktoś. Ktoś inny kręci nosem albo wymienia parę krytycznych uwag na mój temat i po chwili odchodzą. Zostaję sama. Jest mi potwornie zimno, ogarnia mnie rozpacz. Szarpię za siatkę i próbuję krzyczeć, żeby mnie stąd zabrali, ale z mojego gardła wydobywa się tylko żałosny psi skowyt.

Wtedy zazwyczaj się budziłam i z ulgą stwierdzałam, że to był tylko sen. Do dziś czasem mi się to śni i jest to jeden z moich najgorszych koszmarów. Być może od tamtego czasu w schroniskach coś się zmieniło, ale wątpiłam, że nagle stały się radosnym miejscem. Zwłaszcza dla szczeniaka. Zerknęłam na zwiniętą w czarną kulkę suczkę na tylnym siedzeniu i już wiedziałam, że ta opcja odpada i nigdy nie zdobędę się na zostawienie jej w takim miejscu. Musiałam wymyślić coś innego.

– Masz szczęście, że mam schroniskofobię – mruknęłam pod nosem.

Kiedy dojechaliśmy przed mój blok, wzięłam ją na ręce. Chwyciłam też kolorową papierową torbę, która leżała na tylnym siedzeniu i o której zdążyłam prawie zapomnieć. Zasapałam się i ledwie dowlokłam na czwarte piętro, a kiedy dotarłam przed drzwi mieszkania, odetchnęłam z ulgą. Wydało mi się jakieś opuszczone, kiedy zapaliłam światło i postawiłam szczeniaka na ziemi. Zawahał się, jednak chwilę później obszedł wszystko dookoła. Poczułam, że kiszki grają mi marsza i zajrzałam do lodówki, w której, niestety, było niewiele więcej oprócz światła.

– Też pewnie jesteś głodna, co? – zwróciłam się do znajdy.

Przykazałam, żeby była grzeczna, i ruszyłam do osiedlowego sklepu spożywczego. Niedaleko był też zoologiczny, więc wpadłam tam i kupiłam najniezbędniejsze rzeczy: obrożę, smycz, psie jedzenie lepszej jakości niż to na stacji, miski, parę zabawek. Sprzedawczyni doradziła, by kupić podkłady higieniczne, które miały sprawdzać się lepiej niż gazety. Dałam się też naciągnąć na książkę o wychowaniu i tresurze psów, choć w gruncie rzeczy wiedziałam, że nie będzie mi potrzebna. W końcu nie zamierzałam zatrzymać szczeniaka.

Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania i zrobiłam kilka kroków, usłyszałam mokre plaśnięcie.

– Cholera – syknęłam, wycofując się z żółtej plamy psiego moczu, która rozlewała się tuż przy wejściu.

Suczka popatrzyła na mnie niewinnym wzrokiem i pomachała niepewnie ogonem, a potem zaczęła obwąchiwać moje reklamówki.

– Następnym razem mnie jakoś uprzedź – mruknęłam, zabierając się do sprzątania.

Potem przygotowałam jedzenie sobie i suczce i wzięłyśmy się za nie z równym apetytem.

– Chyba muszę cię jakoś nazwać – mruknęłam, odgryzając kawałek naleśnika i wpatrując się w ciemne psie oczy. – Oczywiście tymczasowo. Nie zrozum mnie źle, ale to nie jest dobre miejsce dla psa – usprawiedliwiałam się. – Znajdziemy ci coś lepszego.

Żadne imię nie przychodziło mi jednak do głowy.

– Może coś z lasem – myślałam głośno. – Driada? – Nic innego, co nadawałoby się na imię, nie przychodziło mi na myśl. – Suczka popatrzyła na mnie i niepewnie pomachała ogonem, a potem podeszła bliżej. – Driada – powtórzyłam. – Niech będzie. To i tak tymczasowe imię. Może nowy właściciel wymyśli coś lepszego.

Driada z zaciekawieniem rozglądała się po mieszkaniu i obwąchiwała wszystkie kąty. Postanowiłam ją trochę umyć, ale nie chciałam od razu fundować jej kąpieli, która pewnie byłaby bardzo stresująca. Właściwie suczka nie była bardzo brudna – miejscami miała sierść posklejaną błotem, wzięłam więc wilgotną gąbkę i przetarłam zabrudzenia wodą. Próbowała wyrywać mi gąbkę i się nią bawić, a parę razy udało jej się nawet uciec, ściskając ją w zębach. Kiedy skończyłam, pobawiłam się z nią przez chwilę psimi zabawkami, a potem psina zmiotła wszystko z miski i znużona zasnęła.

Usiadłam na łóżku i zobaczyłam niewielką papierową torbę, którą położyłam tu po powrocie. Ostrożnie wyjęłam zawartość – malutki kaftanik z aplikacją w kolorowe misie. Kiedy przed wyjazdem na cmentarz kupowałam kwiaty, weszłam obok do sklepu z artykułami dla dzieci. Bardziej z ciekawości, niż żeby coś kupić. W końcu było na to o wiele za wcześnie. Kiedy jednak zobaczyłam ten kaftanik, nie mogłam się oprzeć. Popatrzyłam na ozdobną papierową torbę. Sprzedawczyni zapytała, czy zapakować, a ja się zgodziłam. Pewnie uznała, że to prezent, a mnie głupio było przyznawać się do prawdy. Właściwie to nawet nie wiedziałam, co mnie napadło. Nie miałam instynktu macierzyńskiego, a kiedy koleżanki i znajome jedna po drugiej zachodziły w ciąże, ja ciągle się wzbraniałam i odkładałam to na później. Mariusz też się szczególnie nie spieszył, choć jakiś rok temu zaczął coś przebąkiwać. Ja jak zwykle jednak wykręciłam się, a on nie naciskał. Może też nie był pewien, że to doby moment. Nie wiedziałam, czy chcę mieć dzieci. Nigdy nie zachwycałam się małymi, słodkimi, pulchnymi niemowlakami, nad którymi kobiety zwykle się rozpływały. Nie czułam niechęci do dzieci, ale też nieszczególnie mnie interesowały. Czasami nawet myślałam, że coś ze mną jest nie tak i nie mam instynktu macierzyńskiego. Kiedyś zwierzyłam się z tego Ewie, mojej przyjaciółce.

 

– Nie masz się o co martwić, to nic nadzwyczajnego – uspokajała. – Myślisz, że ja go miałam w wieku dziewiętnastu lat? – parsknęła. Ewa zaszła w ciążę na studiach ze swoim chłopakiem, a dzisiejszym mężem. Teraz jej syn był już wyrośniętym, prawie dorosłym facetem. – Nawet po narodzinach nie było kolorowo. Nagle dają ci obcego człowieczka i mówią, że jest twój i od tej pory jesteś za niego odpowiedzialna. Ale ty go w ogóle nie znasz! Jasne, że czujesz więź, ale jest też dziwnie obcy. Co z tego, że przez dziewięć miesięcy był w twoim brzuchu? To tak, jakby znało się kogoś tylko poprzez porozumiewanie przez ścianę, a nagle ten ktoś robi w niej wielką dziurę i staje przed tobą. Ale wszystko przyszło z czasem. To często taki sam kit jak z ciążą, stanem błogosławionym i świetnym samopoczuciem albo porodem jako wyłącznie cudem, a nie też doświadczeniem przypominającym sceny z horroru albo rzeźni. Przynajmniej ze mną tak było. Może u innych jest inaczej, może od razu wiedzą wszystko i czują, że to jest to. Ale z czasem było lepiej – dodawała. – No, może poza tymi momentami, w których chciałam wysłać syna gdzieś daleko… Najlepiej w kosmos, gdzieś do odległej galaktyki… Ale to mija. Przeważnie jest fajnie. Ja też nie przepadałam za dziećmi. Własne dziecko to co innego – przekonywała mnie. – Zobaczysz.

Nie byłam jednak tego pewna. Zastanawiałam się, co będzie, jeśli nic się nie zmieni i stanę się najokropniejszą matką na świecie, o ile w ogóle zdecyduje się nią być.

– Poza tym, w ostateczności, nie ma przymusu bycia matką. – Wzruszała ramionami Ewa. – Jeśli nie będziesz chciała, jeśli czujesz, że to nie dla ciebie, nie musisz nią być. Nie widzę w tym nic złego.

Zaczynałam wierzyć, że ze mną tak właśnie będzie. Ostatnio jednak coś się chyba zmieniło. Kilka dni temu zaczął spóźniać mi się okres i zrobiłam test ciążowy, który pokazał dwie kreski. Na początku wynik testu wcale mnie nie ucieszył, wpadłam nawet w lekką panikę, która jednak szybko ustąpiła miejsca jakiemuś dziwnemu spokojowi. Jakby jakaś ważna decyzja została za mnie podjęta. Nawet poczułam, jak z moich ramion spada ciężar. To była pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła. A potem nagle ten kaftanik…

Wrzuciłam do torebki test ciążowy razem z kaftanikiem i schowałam wszystko do szuflady w komodzie. Postanowiłam, że niedługo go powtórzę i wybiorę się do ginekologa. Nie mogłam już się doczekać, kiedy powiem Mariuszowi, chciałam jednak mieć pewność.

Od kilku tygodni nie układało się nam z Mariuszem najlepiej. Był jakiś inny, jakby nieobecny. Składałam to na krab przygotowań do ślubu, który powoli zaczęliśmy organizować. Mnie też to wszystko męczyło, chociaż byliśmy dopiero na początku planowania i robienia listy tego, co trzeba zrobić. Wkurzało mnie, że wszystko trzeba załatwiać z takim wyprzedzeniem i o tylu rzeczach pamiętać. Nasz związek nigdy nie był szczególnie namiętny. Zawsze żyliśmy trochę obok siebie. Obojgu to pasowało. Mariusz mógł czuć się niezależny, co tak bardzo sobie cenił, a mnie ta stałość i niezmienność dawała jakiś spokój i poczucie bezpieczeństwa. Poznaliśmy się w niezbyt ekscytujących okolicznościach. Byliśmy na zakupach w supermarkecie i sięgnęliśmy po ostatnią puszkę pomidorów. Oboje potrzebowaliśmy jej do sosu spaghetti. Mariusz przyjrzał mi się uważnie znad szkieł okularów i uśmiechnął się lekko. Był przystojny i elegancki, zawsze dbał o wygląd i wiele kobiet zwracało na niego uwagę. Mnie też się spodobał, więc kiedy zaproponował kolację, zgodziłam się. Była pyszna, Mariusz świetnie gotował, potrafił też wszystko tak przygotować i podać, że było bardzo elegancko. Dobrze nam się też rozmawiało. Zaczęliśmy się spotykać regularnie. Czasem u mnie, czasem u niego. I tak trwaliśmy ze sobą od czterech lat. Kilka miesięcy temu zaczęliśmy myśleć o ślubie. Ustaliliśmy też, że niedługo wynajmiemy coś większego i wreszcie zamieszkamy razem.

Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze mniej więcej godzinę do umówionej wizyty u weterynarza. Zerknęłam na Driadę. Spała jak zabita. Włączyłam komputer i zaczęłam przeglądać strony z ogłoszeniami dotyczącymi zwierząt. Nie wiedziałam, że jest aż tak wiele psów do adopcji. Kiedy oglądałam zwierzaki, które czasami latami czekały na dom, zrobiło mi się smutno. Pomyślałam, że ciężko będzie znaleźć Driadzie sensowny dom. Otworzyłam plik tekstowy, skopiowałam adresy stron i zaczęłam tworzyć treść ogłoszenia:

Oddam kilkumiesięczną suczkę porzuconą w lesie. Jest zdrowa, ufna i przyjacielska mimo tego, co ją spotkało. Zainteresowanych podarowaniem jej dobrego domu proszę o kontakt pod numer…

Pokręciłam głową i odchyliłam się na krześle, odrywając dłonie od klawiatury. Zbyt to suche. Muszę wymyślić coś lepszego. Inaczej nikt nie zauważy mojego ogłoszenia. Poza tym muszę najpierw Driadę zbadać, czy aby na pewno jest zdrowa. Pewnie trzeba będzie też ją odrobaczyć i zaszczepić. I koniecznie zrobić parę ładnych fotek. Ludzie to przeważnie wzrokowcy. Zamknęłam laptopa i postanowiłam odłożyć to na później. Zresztą i tak musiałyśmy już jechać. Driada właśnie się obudziła i zaczęła kręcić się niespokojnie.

– O nie, nie… Tylko nie to! – Zerwałam się z fotela, wiedząc już, co to może zwiastować. – Zaczekaj chwilkę!

Szybko chwyciłam kluczyki do samochodu, torebkę i włożyłam buty, a potem z psem pod pachą pognałam na dół. Na szczęście zdążyłam i Driada wysikała się tuż po tym, jak postawiłam ją na ziemi.

– Dobry piesek! – Poklepałam ją po głowie, ciężko dysząc.

W lecznicy dowiedziałam się, że Driada ma mniej więcej dwa miesiące, jest całkiem zdrowa, mimo że trochę za chuda, i zapowiada się na psa średniej wielkości, choć tego nie można stwierdzić na sto procent. Została zaszczepiona, dostałam też tabletki do jej odrobaczenia. Z gabinetu wychodziłyśmy z ulgą, bo nawet nie przypuszczałam, że ta wizyta może być dla mnie tak stresująca. Cieszyłam się też, że wszystko w porządku. Mój dobry nastrój pewnie trwałby dłużej, gdyby nie to, co stało się zaraz potem. Wchodząc do poczekalni, usłyszałam piskliwe ujadanie niewielkiego kudłatego psa. Driada cofnęła się lekko skonsternowana i spojrzała na mnie, jakby pytała: „O co mu chodzi?”. Też chciałabym wiedzieć. Zawsze działały mi na nerwy psy, które drą się bez powodu na każdego, kto zdąży mignąć im przed oczami. Pies, jak się okazało, należał do długonogiej blondynki, która to przyklejona była do jakiegoś faceta. Dopiero po chwili zareagowali na szczekanie i przerwali niewątpliwie wymagający wzmożonej pracy ślinianek pocałunek. Zassali się tak bardzo, że aż usłyszałam donośne cmoknięcie. Zastanawiałam się, czy mam zaklaskać, wyrażając swój szczery podziw, czy odejść, wzruszając ramionami, kiedy nagle stanęłam jak wryta, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Bo facet był mi doskonale znany.