Trzecia żonaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzecia żona
Trzecia żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Trzecia żona
Audio
Trzecia żona
Audiobook
Czyta Agnieszka Krzysztoń
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trzy

W przyczepie unosiła się woń dawno wypalonych papierosów, wódy i potu, a do tego przenikliwy zapach trawy ze skręta w dłoni Bobby’ego Raya. Zaciągnął się głęboko i odprawił dwie panie, które już go zabawiały. Wychodząc, kobiety obrzuciły mnie niechętnym spojrzeniem. Czekałam w drzwiach, bo nie chciałam wchodzić głębiej, ale złapał mnie za nadgarstek i wciągnął do środka. Straciłam równowagę i wylądowałam u niego na kolanach. Uśmiechnął się lekko i zrozumiałam, że jego zdaniem powinnam się cieszyć z tego, gdzie jestem.

Chciał być błyskotliwy, więc odśpiewał pierwsze trzy linijki Three Marlenas – piosenki, która mnie zachwyciła, gdy pierwszy raz usłyszałam ją w radiu. Już nigdy tak o niej nie pomyślę.

Gwałt nie zawsze jest brutalny. Niekiedy chodzi o to, że mężczyzna ma całą władzę, a dziewczyna zwleka z odmową. Kiedy ja się zastanawiałam, on podjął decyzję za nas oboje. Pochylił mnie, poducha na kanapie podrapała mnie w twarz, zdarł mi szorty i wziął od tyłu. Był szybki, spocony. Za pierwszym razem bolało dużo bardziej, kiedy był to jeden z chłopaków mojej matki, a ja miałam tylko jedenaście lat. Zacisnęłam zęby i wpatrywałam się w pieska z kiwającą główką, który potakiwał przy każdym pchnięciu. „One, Two, Three Marlenas”. W kółko słyszałam w głowie tę cholerną piosenkę. Doliczyłam do sześćdziesięciu dwóch potaknięć pieska, nim Bobby Ray jęknął i się ze mnie zsunął. Trzasnął mnie w tyłek na znak, że skończyliśmy, a ja wciągnęłam ubranie, czując, że jego nasienie mnie kala.

Na zewnątrz przyczepy uklękłam w pyle i żwirze i zwymiotowałam wodę, którą przyniosła mi ta miła wizażystka. Zacisnęłam pięści, koncentrując się na tym, jak paznokcie wrzynają mi się w skórę. Przez chwilę zastanawiałam się nad złożeniem doniesienia, ale skoro nie powiedziałam wprost „nie”, skoro się nie opierałam, skoro nie było siniaków, uznałam, że tylko jeszcze mocniej na tym ucierpię.

Pewnego dnia będę miała władzę i zemszczę się na Bobbym Rayu – pomyślałam.

Stanęłam niepewnie na nogach i chwiejnym krokiem poszłam do autobusu, który wynajęto, by odwieźć statystów z powrotem do miasta. Mieli dla mnie miejsce i osunęłam się na siedzenie z przodu obok jakiejś kobiety w średnim wieku. Pochyliłam się i ukryłam twarz w dłoniach.

– To był długi dzień – stwierdziła statystka – ale doskonale się spisałaś. Na moje oko po tej robocie będziesz miała masę zaproszeń na castingi, pewnie też więcej zleceń na modeling.

Wyprostowałam się powoli.

– Znasz mnie?

– Nie, ale dzisiaj dałaś z siebie wszystko. Choć okoliczności nie sprzyjały.

Nawet sobie nie wyobrażała, ale jej słowa nieco poprawiły mi nastrój. Przełknęłam drugą falę mdłości i aż do powrotu do mieszkania o niczym nie myślałam. Współlokatorek nie było albo spały, mogłam więc udać się prosto do łazienki. Na ogół ze względu na rachunki brałyśmy szybkie prysznice, ale tym razem siedziałam w łazience, szorowałam się i płakałam, aż woda wystygła. Przestałam tylko dlatego, że nie chciałam uszkodzić sobie skóry. Następnego dnia miałam robotę.

Nie spałam wiele tej nocy, rozdarta między złymi wspomnieniami a marzeniami o odwecie. Jenny wślizgnęła się do mojego łóżka, kiedy usłyszała łkanie, a ja wtuliłam się w nią, wdychając zapach jej truskawkowego szamponu. Ona nie pytała, a ja jej nie powiedziałam. Obie miałyśmy demony, z którymi zmagałyśmy się w ciemnościach.

Po drodze do agencji wstąpiłam do kliniki planowania rodziny. Mówiło się o tej nowej pigułce dzień po, a prędzej szlag mnie trafi, niż skończę jak moja matka z dzieckiem jakiegoś gnoja.

Przyjęli mnie szybko, był to spokojny poranek, a lekarz nie zadawał zbyt wielu pytań. Pewnie nie wyglądałam na skrzywdzoną. Może jednak powinnam się zabrać za aktorstwo. Po godzinie było po wszystkim i poszłam sobie, z pozoru taka sama jak wcześniej. Nauczyłam się jednak czegoś ważnego. W tym biznesie musiałam chronić się sama, bo nikt inny mnie w tym nie wyręczy.

Było trochę gorzej, kiedy pan Morton pochwalił mnie, że tak świetnie się spisałam przy kręceniu teledysku. Byłam ponoć tak fantastyczna, że Bobby Ray osobiście winszował mi szczęścia i przesłał mi ładną premię. Czy to znaczyło, że wiedział, że go nie chciałam, i uznał, że pięćset dolarów to cena za moje milczenie? Gdy pan Morton podał mi czek, zrobiło mi się niedobrze.

– Marleno, nic ci nie jest?

Najgorszy był fakt, że nikogo to nie obchodziło. Nawet gdybym powiedziała panu Mortonowi, co się stało, wcale nie byłam pewna, czy byłby po mojej stronie. Pewnie zastanawiałby się, czy jakoś zachęcałam Bobby’ego Raya, może nawet kazałby mi siedzieć cicho. Poza tą pracą nie miałam nic i nie byłam w stanie się zmusić, żeby poddać pana Mortona próbie. Jak dotąd postępował uczciwie, ale nie ufałam mu aż tak, by puścić parę z gęby. Z doświadczenia wiedziałam, że mężczyźni trzymają się razem.

Kiedyś w Barrettville mama nie chciała, żeby Ernest Ford do nas zaglądał, a ten to nie słyszał, kiedy mówiło się „nie”. Pamiętałam, jak mama krzyczała i płakała, a my, dzieciaki, tuliliśmy się do siebie, bo nie wiedzieliśmy za bardzo, co się dzieje. Później próbowała wsadzić go za kratki, ale szeryf zaklinał się, że tej nocy Ernest Ford był z nim na rybach, i pytał, czy mama jest pewna, bo może po dragach przyśniło jej się coś przykrego?

Raczej nie. Dziewięć miesięcy później urodziła mojego najmłodszego braciszka. Ale Ernest Ford nigdy nie poniósł z tego powodu żadnych konsekwencji, bo w hrabstwie Lee niżej niż zgraja Altizerów nie można było zejść. Szybko pojęłam tę naukę i patrząc na pana Mortona, po prostu nie mogłam wydusić słowa. Przełknęłam więc tylko ślinę i skinęłam głową.

– Wszystko gra, proszę pana.

Kiedy jednak to samo pytanie pięć minut później zadała Pamela, załamałam się. Wyszła z pośpiechem zza lady recepcji i umilkła. Przytuliła mnie jak matka, tylko że Pamela pachniała świeżo i czysto, z lekką nutką lawendy. Mama zawsze cuchnęła potem i czymś, co akurat zjadła.

– Nie będę pytać, jeśli nie jesteś gotowa – powiedziała. – Ale możecie, dziewczęta, zawsze na mnie liczyć, i zrobię wszystko, czego będziecie ode mnie potrzebować.

Jakoś nie mogłam przestać płakać. Nikt nigdy nie powiedział mi czegoś takiego, a ona może nawet nie mówiła szczerze. Ściskałam ją jednak, jakby świat miał zwalić mnie z nóg, gdybym ją puściła.

Później zrobiła mi herbatę i zimny okład pod oczy. Kiedy miałam jechać na zdjęcia do katalogu, po tym, że niedawno rozsypałam się jak garstka piasku, nie było śladu.

Poza tym statystka miała rację. Przewidziała, że będę dostawać więcej zleceń, a oferty posypały się tak, że mogłam w nich przebierać. W kilku z nich pokrywano koszty mojego przelotu na plener, co było niesamowicie ekscytujące. Trudno było jednak uciec przed myślą, że to brudne pieniądze. W przyczepie Bobby’ego Raya zapłaciłam wysoką cenę za to, by wspiąć się na wyższy poziom.

Miesiąc później pierwszy raz znalazłam się na okładce – było to regionalne pismo podobne do „YM”[2], nazywało się „Carolina Girl”. Nikomu nie przeszkadzało, że nie pochodzę ani z Karoliny Północnej, ani Południowej, miałam całodniową sesję modową w różnych strojach, z nowymi fryzurami i nawet pozwolili mi powiedzieć, które zdjęcia najbardziej mi się podobają. Do tamtej chwili traktowano mnie z grubsza jak rekwizyt, który pozuje i się uśmiecha. Muszę przyznać, że ta oznaka poważania – może szacunku – była czymś nowym i mile mnie łechtała.

Na tym etapie zarabiałam dla pana Mortona już tyle, że zaczął jeździć ze mną na zdjęcia. Odstraszał różnych gnojów i nawet się nie wychylali. Żałowałam, że wcześniej nie miałam tej osłony, lecz to mnie również czegoś nauczyło. Pieniądze sprawiają, że stajesz się ważniejsza i bardziej nieprzystępna. W tym wieku nie miałam specjalnych aspiracji zawodowych, ale wówczas podjęłam decyzję – muszę stać się bogata albo związać się z kimś, kto jest bogaty. Już wtedy rozumiałam, że moja twarz kiedyś przestanie być popularna.

Tej jesieni sporo się najeździłam po Południu, a moje konto bankowe nabrało rumieńców. Im lepiej mi się powodziło, tym mniej współlokatorki mnie lubiły. Niebawem rzuciłam pracę w myjni, a Dana w ogóle przestała się do mnie odzywać, bo miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, a już słyszała, że na niektóre sesje jest „za stara”.

Im więcej pracowałam, tym rzadziej widywałam Jenny. Nie dostawała tylu ofert, co ja, chociaż właśnie nakręciła reklamę szamponu. Odkąd poznałyśmy się na ulicy, Jenny nie opowiadała o swojej przeszłości zbyt wiele, wiedziałam jednak, że miała białą matkę oraz ojca Chińczyka, który zmarł. Pracowałyśmy we dwójkę na tej samej sesji – robiłyśmy reklamę salonu kosmetycznego do gazet – i odciągnęłam ją od fotografa.

– Mówię ci, nie chcesz zostać z nim sam na sam.

Pilnowanie Jenny weszło mi w nawyk. Nie było mowy, bym pozwoliła jej zapłacić za sukces tę samą cenę, co ja. Kiedy tylko mogłam, czuwałam, podsuwałam szeptem sugestie i powstrzymywałam tych, którzy chcieli ją skrzywdzić.

Podczas naszego następnego zlecenia wykorzystałam pierwszą nadarzającą się okazję – przerwę.

– Jeszcze jedno. Nie zbliżaj się do Bobby’ego Raya Hudgensa. I nie przyjmuj propozycji, w których pomijasz zwykłe castingi. Na pewno będzie ukryty koszt.

Jenny chwyciła mnie pod rękę.

– Dzięki. Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła.

– Nigdy się tego nie dowiesz – powiedziałam miękko.

[2] Amerykańskie czasopismo dla nastolatków (przyp. red.).

Cztery

Tuż przed Bożym Narodzeniem poszłam na casting do epizodycznej roli w jakimś niezależnym filmie. Nie dostałam angażu, zagrał ktoś inny, ale nie wiedzieć czemu pan Morton czekał na mnie z szampanem. Korek wyskoczył z hukiem i polała się biała piana. Oboje wiedzieliśmy, że jestem niepełnoletnia, ale nie tym zaprzątałam sobie głowę.

 

– O co chodzi?

– Gratulacje, Marleno. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że poznałaś Michaela Dursta. Wygląda na to, że zrobiłaś na nim wrażenie i śledzi twoją karierę.

– Naprawdę? Dlaczego to takie ważne? – zapytałam, choć miałam pewne podejrzenia.

– Długa historia, ale dla ciebie ją skrócę: to bogacz… i ważna figura. – Postukał w komputer i otworzył stronę, na której powoli wyświetliło się zdjęcie. – To Michael Durst.

– Ach, spotkałam go, kiedy wychodziłam kiedyś z pańskiego biura.

– Serio? Cóż, polecił cię do udziału w targach w Niemczech.

– Jakich targach? – Nie znałam się za bardzo na haute-couture, ale nawet ja się domyślałam, że nie będzie to Fashion Week.

– Bielizna. Odbędą się w lutym, więc musisz wystąpić o wydanie paszportu w trybie przyspieszonym. Złóż wniosek na poczcie, tylko zdjęcie wywołaj sobie w drogerii, żeby było prędzej.

Pan Morton wygonił mnie ze swojego biura, a ja, nieco zamroczona, poszłam spełnić jego polecenia. Dopiero później, kiedy już miałam zdjęcie, uiściłam wszystkie opłaty i wypełniłam wszelakie formularze, wydało mi się to osobliwe. Rozmawiałam z Michaelem Durstem raptem przez minutę, dlaczego więc życzył sobie, żebym pozowała w niemieckiej bieliźnie? Było w tym coś dziwnego, ale pan Morton tak się podekscytował, że uznałam, iż to na pewno fantastyczna okazja.

Może będę kiedyś brała udział w prawdziwych pokazach mody, a moja twarz znajdzie się w „Vogue’u”? Gdyby ktoś z Barrettville to zobaczył, dopiero by się zdziwił.

Z perspektywy czasu widzę, że to był punkt zwrotny. Gdybym odmówiła i nie pojechała do Niemiec, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Wybrałam drogę, która wydawała się najładniejsza, ale wówczas nie wiedziałam, że niebo nad nią jaśnieje, bo szlak tak naprawdę stoi w ogniu.

*

Kiedy szykowałam się do pierwszej podróży za ocean, nie zwracałam uwagi na współlokatorki, nawet na Jenny, z którą czasem spałyśmy w jednym łóżku, gdy któraś z nas miała zły sen.

Przycupnęła na krawędzi mojego łóżka, gdy się pakowałam.

– Nie wrócisz tu już, prawda?

– Pewnie nie. Sama rozumiesz, że tak musi być.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Nie przypuszczałam jednak, że będzie to takie bolesne. Trzymamy się razem od tak dawna i nie wiem, czy sobie bez ciebie poradzę.

– Musisz – stwierdziłam stanowczo. – Tak samo jak ja. Przetrwamy to, będę pisać. I dzwonić.

– Świadomość, że to konieczne, niczego mi nie ułatwia. Uciekłam od ojczyma, bo wiedziałam, że pewnego dnia zrobi coś, po czym się nie pozbieram. Boję się o ciebie, Marleno. Mam złe przeczucia.

Usiadłam na łóżku obok niej. Nigdy nie wypytywałam o jej przeszłość, ale wyglądało na to, że ją w przeszłości również spotkało zło – zło, którego powrót przewidywała. W Barrettville była kobieta, na którą wszyscy mówili Babcia June. Stawiała tarota i jakimś sposobem zawsze wiedziała, że ktoś się urodzi, umrze albo spotka kogoś okropne nieszczęście. Ludzie chodzili do niej cichaczem po czary i uroki, a także po ludową antykoncepcję. Widywałam osoby, które przechodziły na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć jej rzekomo rzucającego zły urok spojrzenia, a w Kentucky napatrzyłam się na dziwne rzeczy. Nie miałam więc zamiaru odmawiać Jenny tego rodzaju talentu, zwłaszcza że ta intuicja utrzymała ją przy życiu.

Położyłam rękę na jej dłoni, a ona podniosła wzrok zaskoczona.

– Powiedzmy, że to prawda i masz o co się martwić. Jestem twarda. Umiem sobie radzić. I nie zapomnę o tobie, słowo. Skończymy to razem, tak samo jak zaczęłyśmy.

Splotła palce z moimi.

– Obiecujesz? Dana mówiła…

– Dana jest zła, bo wygląda na więcej niż dwadzieścia sześć lat. Zawsze będziemy razem. To najszczersze słowa w moim życiu.

Wówczas Jenny mnie przytuliła, a jej uścisk był inny niż wszystkich moich sióstr, które opuściłam. Uwielbiałam jej jedwabiste włosy, słodki, miodowy zapach skóry. Po prysznicu używałyśmy tego samego balsamu, ale na niej pachniał jakoś ładniej. Pogłaskałam jej włosy, a ona do mnie przylgnęła. Czasami miałam wrażenie, że Jenny się we mnie buja, ale nie miałam pewności. Tej nocy spałyśmy razem w moim łóżku, przytulone do siebie. Wykradłam się przed świtem z poczuciem, że opuszczam kochankę, ale musiałam zdążyć na samolot.

Pan Morton czekał na mnie na dole. Zaparkował przy chodniku. Opierał się o samochód, nie zważając na rosę, która nadal pokrywała karoserię.

– Gotowa, by podbić świat?

– Mniej więcej – odparłam.

Roześmiał się, jakbym żartowała, i wrzucił moją walizkę do bagażnika.

– Może już wiesz, ale pan Durst będzie w Niemczech w interesach. Jeżeli się spotkacie, porządnie mu podziękuj.

Kiedy pan Morton odpalał silnik, bacznie mu się przyglądałam, ale nic nie zdradzało, że chodziło mu o coś więcej niż podziękowanie słowne, więc nieco się rozluźniłam.

– Tak zrobię. Ale… naprawdę może pan ze mną tak jechać? – Nie chciałam mówić, że pozostałe dziewczyny mają mi za złe to specjalne traktowanie, ale była to prawda.

– Nie chodzi tylko o ciebie. Muszę nawiązać kontakty, podziałać tu i ówdzie, więc nic się nie przejmuj. Kiedy zaczniesz więcej zarabiać, pomyślę nad zatrudnieniem ci menedżera.

Szczerze powiem, że słabo się orientowałam, co to znaczy, ale widziałam zdjęcia celebrytów podróżujących z całą świtą. Nie sądziłam, żebym kiedyś miała osiągnąć taki poziom, i przestałam myśleć o tej propozycji, zanim zaparkowaliśmy pod lotniskiem w Nashville. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam z kraju i pewnie bałabym się podróży, gdyby pan Morton wysłał mnie samą. Przeprowadził mnie przez całą procedurę jak porządny pies pasterski, podgryzając mi kopytka, gdy za bardzo się ociągałam.

Kiedy wreszcie czekaliśmy przy bramce, jakieś pół godziny przed pierwszym lotem, podszedł do mnie chłopak, spłoszony jak króliczek. Miał piegi i wielkie przednie zęby, więc porównanie było trafne.

– Występowałaś w wideoklipie Bobby’ego Raya Hudgensa i Mad Misfits, prawda? Nie mogę uwierzyć, że spotkałem kogoś sławnego.

Pokryła mnie gęsia skórka, a uśmiech zamarł mi na twarzy. Przez jakieś dziesięć sekund było mi miło, że ktoś mnie rozpoznał, a potem przypomniało mi się, że nawet najjaśniejsze płomienie rzucają cień.

– To byłam ja – odparłam cicho.

Pan Morton stał kawałek dalej i rozmawiał przez telefon. Nie mógł pomóc.

Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy, że chciałabym, by sobie poszedł.

– Jeżeli to nie kłopot, czy mogłabyś to podpisać?

„To”, czyli jego kartę pokładową. Podpisałam się starannie, ale pismo wyglądało infantylnie. Chłopakowi chyba to nie przeszkadzało.

– Dziękuję. Od tej pory będę twoim największym fanem!

Powrót pana Mortona odegnał mojego wielbiciela, który popędził w stronę pobliskiej bramki.

– Naprzykrzał ci się?

Tak – pomyślałam.

– Nie – odparłam.

– Przyzwyczaisz się do tego, że ludzie cię zaczepiają. Trzeba umieć tak to rozegrać, żeby nie trwoniąc zbyt wiele czasu, sprawić, że poczują się zauważeni.

*

Berlin bardzo mnie zaskoczył. W porównaniu ze zgiełkiem panującym w Nashville oraz Chicago tamtejsze lotnisko było niewielkie i stosunkowo ciche. Ledwie parę kroków dzieliło nas od odprawy granicznej do wyjścia, gdzie czekała limuzyna marki Mercedes. Szofer otworzył mi drzwi, a pan Morton skinął mu głową z aprobatą. Wślizgnęłam się na tylne siedzenie, drżąc i marząc o cieplejszym płaszczu.

– Jedziemy prosto do hotelu wysadzić Marlenę, a potem proszę mnie zawieźć na pierwsze spotkanie.

– Tak, proszę pana.

Nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać po Niemczech, ale Berlin sprawiał wrażenie bardzo praktycznego miasta, kanciastego i uprzemysłowionego. Podczas jazdy nie miałam czego podziwiać. Na niebie wisiały ciężkie, różowawe chmury, chłodne i rozświetlone blaskiem zimowego poranka. Wylecieliśmy o ósmej rano, byliśmy w drodze przez czternaście godzin, a teraz była piąta rano. Pierwszy raz straciłam w ten sposób cały dzień.

Wczesna pora przekładała się na niewielki ruch na ulicach, więc szybko dotarliśmy do małego hoteliku w centrum miasta. Prostokątny i pudełkowaty budynek wyglądał, jakby powstał w latach pięćdziesiątych. Foyer było utrzymane w tonacji pomarańczowo-kremowej, miało wypastowane podłogi oraz gładkie lady. Pan Morton pomógł mi się zameldować, a kiedy już dostałam klucz do pokoju – kartę, którą należało przyłożyć do czytnika – powiedział:

– Odpocznij sobie trochę. Kierowca przyjedzie po ciebie o dwunastej, w południe.

Gdybym była mniej zmęczona, pewnie bym się stresowała pokazem bielizny, ale po pierwszym w życiu locie, i do tego trwającym wiele godzin, miałam ochotę jedynie na prysznic i łóżko. Nastawiłam budzik i spałam przez sześć godzin. Dźwięk alarmu był przeszywający, ale to postawiło mnie na nogi. Odstawiłam się na pierwsze spotkanie z producentem pokazu i zbiegłam na dół do foyer, by poczekać na szofera.

Przyszedł pięć minut przed czasem i pełniąc obowiązki, niewiele się odzywał. Byłam teraz bardziej przytomna, więc kiedy podjeżdżaliśmy pod halę wystawową, poczułam ucisk w żołądku. Budynek zwieńczono kopułą, a w jego ścianach umieszczono masę okien. Pewnie była to nowoczesna architektura. Nic więcej do powiedzenia na jej temat nie miałam.

– Jesteśmy na miejscu, panno Altizer.

– Dziękuję.

W porównaniu z temperaturami, do jakich byłam przyzwyczajona, na zewnątrz panował przenikliwy ziąb, dlatego kierując się strzałkami, pospiesznie podążyłam do budynku. Pan Morton już na mnie czekał. Uśmiechał się szeroko i odzywał serdecznym, donośnym głosem, rozmawiając z kobietą po pięćdziesiątce, która miała jasnoblond włosy i wyraziście błękitne oczy. Wyglądała tak pięknie, ubrana w wąski, czarny kostium, że od razu uznałam ją za projektantkę albo stylistkę.

– Marleno, to Clotilde Weber, prezeska Celestial. Zgodziła się dać ci szansę ze względu na pana Dursta. – Subtelna aluzja była czytelna.

– Dziękuję pani.

– Mów mi, proszę, Clotilde. Obróć się, dziecko.

Zaskoczyła mnie, ale posłuchałam, poruszając się zgodnie z tym, czego mnie nauczono. Projektantka kiwnęła głową z aprobatą.

– Nada się – zwróciła się do pana Mortona. Do mnie powiedziała: – Zmykaj i poznaj wszystkich. Poważną pracę zaczynamy jutro.

Wcześniejszy ucisk w żołądku wcale nie zelżał. Teraz przypominał raczej ściśnięcie imadłem, ale zrobiłam, co mi kazano. Jeszcze zanim doszłam do foyer, dobiegł mnie gwar wielojęzycznych rozmów i od razu poczułam się niepewnie. Przypuszczałam, że trudno będzie mi rozmawiać z tymi ludźmi, a kiedy zerknęłam do środka, utwierdziłam się w tym przekonaniu. Wszystkie modelki w pomieszczeniu wydawały się ode mnie wyższe, piękniejsze i lepiej ubrane. Nawet personel był niesłychanie szykowny, przewyższając standardy, o jakich nawet mi się nie śniło w Barrettville – od ściany do ściany same luksusowe marki, buty za tysiące dolarów oraz torebki tak drogie, że w głowie się nie mieściło, by ktoś mógł je nosić na ramieniu.

– Zdenerwowana? – Usłyszałam męski głos.

Z zaskoczenia niemalże upuściłam własną torebkę, a on zwinnie ją złapał. Kiedy podniósł wzrok, rozpoznałam Michaela Dursta. Pokręciłam szybko głową i sięgnęłam po torebkę. Nie oddał.

– Nie – wymamrotałam. A potem przypomniało mi się: – Dziękuję, że mnie pan polecił do tego pokazu.

Roześmiał się.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Pozwól, że zdradzę ci sekret, panienko. Tajemnica sukcesu tkwi w przekonaniu, że w niczym się nie ustępuje pozostałym. Wiara w siebie może zaprowadzić człowieka dalej, niż można by to sobie wymarzyć.