Trzecia żonaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzecia żona
Trzecia żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Trzecia żona
Audio
Trzecia żona
Audiobook
Czyta Agnieszka Krzysztoń
29,95  20,97 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Teraz

Niektórych po prostu trzeba zabić. I być może ja się do nich zaliczam.

Mój mąż z całą pewnością podziela to zdanie, chociaż w zasadzie ocenia tak większość kobiet. Niewykluczone, że zadawanie się z nim przypłacę życiem.

Tak jak jego pierwsza żona. I druga.

Wszędzie płomienie. Trudno złapać oddech.

Zobaczymy, kto dziś umrze.

Część pierwsza

POCZĄTEK

Jeden

Miałam szesnaście lat. Wsiadłam do autobusu, a wszystko, co ze sobą zabrałam, zmieściło się w plecaku, który ukradłam kuzynce. Porzuciłam malutką ruderę w amfiladzie, gdzie zostało pięcioro moich młodszych braci i sióstr. Pewnie płakali, kiedy zwiałam, tak samo jak rozpaczałam ja, gdy Dee poszła na swoje, ale ich łzy nie zaprzątały mi głowy. Nie mieliśmy prądu i nie zdarzyło się, żebyśmy wszyscy naraz mieli buty. Chciałabym móc powiedzieć, że matka się starała, ale uległa oksytocynce, która stanowiła jedyną rozrywkę w naszym zapyziałym miasteczku, i więcej się z tego nie podniosła.

Byłam wówczas szczupła, z nogami do nieba, miałam zabójcze kości policzkowe i wielkie oczy. Nie dlatego, że podpatrzyłam tę stylówę w piśmie o modzie i pozazdrościłam modelkom, lecz przez to, że nierzadko miewałam parodniowe przerwy między posiłkami. Dżinsy nosiłam dziurawe, a t-shirt tak cienki, że aż przezroczysty. Zimą mogłoby to stanowić problem, ale u nas panował skwar i chodniki buchały żarem, jak gdyby jakiś zły czarownik rzucił urok. Gdy wlokłam się ulicą, mężczyźni obracali za mną głowy, ale do tego akurat byłam przyzwyczajona.

Już wtedy dość wiedziałam o świecie, by rozumieć ryzyko, zdawałam sobie jednak również sprawę, że jeżeli zostanę w Barrettville, skończę jak moja mama – w ciąży w wieku szesnastu lat, rodząc dzieci, na które nie będzie mnie stać, bez innej ucieczki niż narkotyki lub śmierć – więc cały długi rok kradłam drobniaki, aż zebrałam na bilet na autobus w jedną stronę, a kiedy nastała właściwa pora, uciekłam. Wolałam umrzeć na ulicy w Nashville, niż stać się starą babą w wieku lat dwudziestu dziewięciu.

Od dwóch tygodni mieszkałam pod mostem i obserwowałam knajpę Burger Boy. Słyszałam, że wpadał tam czasem człowiek, którego musiałam poznać. Dzieciaki z ulicy znały Dela Mortona. Jeśli przypadniesz mu do gustu, twoje życie się zmieni. Kropka. Postanowiłam wyrwać ten złoty bilet za wszelką cenę.

Myłam gary za parę dolarów wypłacanych pod stołem, więc nie chodziłam głodna, ale wciąż nie miałam gdzie spać, jednak niebawem miało się to zmienić. W tamtych czasach miałam jedynie determinację. Gdyby sama silna wola mogła sprawić, że mi się uda, to moje plany już dawno jaśniałyby na niebie jak neon, który zapewnia: „MARLENA ALTIZER SPEŁNI SWOJE SNY”.

Wydałam parę dolców na zestaw i czekałam, by się przekonać, czy Del Morton się pokaże.

Frytki były tłuste i słone, rozkoszowałam się też każdym kęsem burgera. Kiedy jadłam w ten sposób, posiłek wystarczał prawie na godzinę i maskowało to fakt, że nie mam się dokąd udać. Pracownikom chyba nie przeszkadzało, że zwlekam z jedzeniem. Chłopak, który sprzątał stoły obok mnie, wycierał je dłużej, niż było to konieczne, bo chciał nawiązać kontakt wzrokowy.

Nie mógł mi pomóc w najmniejszym stopniu, więc nie zwracałam na niego w ogóle uwagi. Wtedy do środka weszła Jenny Song. Ta dziewczyna pomogła mi znaleźć obecną dziuplę. Była młodsza, ale miała więcej doświadczenia w życiu na ulicy.

– Udało się? – spytała.

Pokręciłam głową.

– Jeszcze nie.

Była niewiarygodnie piękna, już w wieku czternastu lat. Miała długie czarne włosy, delikatne rysy twarzy i jasnobrązowe oczy lśniące jak topazy.

– Supermarket wywalił właśnie przeterminowane produkty. Mam dla nas parę dobrych rzeczy.

– Zostawiłam ci pół burgera i trochę frytek. – Przesunęłam jedzenie w jej stronę, a ona rzuciła mi uśmiech, który zawsze buzował we mnie jak jakaś luksusowa mineralka.

Kiedy Jenny zjadła, musiałyśmy przestać się guzdrać. Poszła do łazienki, a ja pomału skierowałam się do drzwi. Niewiele brakowało, a zderzyłabym się z człowiekiem w zmiętym garniturze. Miał zaczerwienione policzki, co najmniej dwudniowy zarost na brodzie, a na głowie – słomkową panamę.

Del Morton. No nareszcie.

Obiecałam Jenny, że jeżeli nakłonię go, by podpisał ze mną umowę, ją też w to wciągnę. Jakoś.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pomyślałam.

Otaksował mnie spojrzeniem w sposób, do którego przywykłam bardziej, niż powinnam, tyle że w jego bladych oczach brakowało tej szczególnej iskierki; raczej tak ogólnie mnie zlustrował. Zatrzymał na chwilę wzrok na moim wypchanym plecaku.

– Uciekłaś z domu – powiedział zamiast „przepraszam”.

– Co to za ucieczka. Zresztą nie twój interes. – Skinęłam do niego głową, przechodząc i udając obojętność. Opinie, jakie słyszałam o Mortonie, nie sugerowały, że lubi macać. Jednak obłapiano mnie już tyle razy, że z góry zakładałam, iż poczuję jego rękę na tyłku.

On jednak powstrzymał mnie słowami:

– Pozwól, że postawię ci colę. Być może mamy o czym pogadać.

Uśmiechnęłam się i poszłam za nim do stolika. Usiadłam i czekałam, a on podszedł do lady. Dla mnie kupił colę, a dla siebie tylko kawę, taką dużą, czarną i gorącą. Pił ją potężnymi łykami pomimo upalnej pogody. Zwyczajne dziewczyny pewnie nie ucięłyby sobie takiej pogawędki ze starszym mężczyzną, ale ich matki zapewne je przed wszystkim ostrzegały, podczas gdy moja mama, odkąd pamiętam, opowiadała, żeby zawsze chwytać rękę, która ma pieniądze. Sączyłam colę, delektując się przypływem cukru.

– Przepraszam – powiedział. – Jestem w trasie od ośmiu godzin.

Faktycznie wyglądał, jakby sporo pojeździł po wertepach.

– Czego chcesz?

– Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Del Morton. – Wyjął z portfela wizytówkę i przesunął ją po stole.

Było na niej napisane „UMAX” – tak nazywała się jego firma – a poniżej „Del Morton, agent talentów”. Poza tym na wizytówce widniały namiary na niego, w tym numer komórkowy. Rzecz jasna słyszałam o komórkach, ale nie znałam nikogo, kto by coś takiego posiadał. Musiał nieźle zarabiać.

– Czym się zajmuje agent talentów?

Oczywiście dobrze wiedziałam, ale mężczyźni lubią myśleć, że mogą nas czegoś nauczyć. Dotarłam aż tutaj, patrząc niewinnie i robiąc zdziwioną minę. W tej chwili Jenny wyszła z toalety. Zatrzymała się na końcu wykafelkowanego korytarza przy bocznych drzwiach i uniosła brwi, bezgłośnie zadając pytanie.

Niedostrzegalnym skinieniem głowy potwierdziłam: tak, to ten.

– Doskonałe pytanie. Najprostsza odpowiedź jest taka, że wyszukuję fotogenicznych młodych ludzi i znajduję im pracę w modelingu.

– Pieprzysz. – Takiej reakcji należało się spodziewać. Gdybym się wcześniej nie przygotowała, podeszłabym do tej propozycji sceptycznie. Ja jednak przecież o nią zabiegałam, desperacko jej pragnąc, więc teraz z trudem panowałam nad euforią.

– Jeśli mi nie wierzysz, odejdź. Prawie skończyłem kawę, a za czterdzieści minut mam spotkanie. – Jednak w jego oczach błyszczał głód. Skoro okazuję niechęć, muszę pewnie jawić się jako lepsze znalezisko.

– Może zapytam jeszcze o parę spraw – powiedziałam.

– Takich jak?

– Jaką pracę znajdujesz?

Zamiast odpowiadać, z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął złożoną kartkę.

– Na tej ulotce są dwie nasze modelki.

Była to reklama, jaką można zobaczyć na przystanku autobusowym albo słupie telefonicznym, promująca wyprzedaż w sklepie sportowym. Wszyscy modele byli wystrojeni, jakby zaraz mieli zacząć grę w tenisa czy golfa.

– Co jeszcze?

– Umieszczaliśmy ludzi w pokazach w galeriach handlowych oraz lokalnych katalogach, także w paru reklamach w miejscowej telewizji. Nie obiecuję, że będziesz sławna, ale z taką twarzą dasz radę trochę zarobić, może tyle, by starczyło na studia.

W Barrettville studia byłyby niemożliwe; nie powiedziałam mu, że skończyłam edukację po gimnazjum. Ludzie z moich rodzinnych stron rodzili się w wannach, a nie pod szczęśliwymi gwiazdami, ale może ja odmienię swój los. Skinęłam wtedy na Jenny.

– Jeśli podpiszesz ze mną umowę, musisz wziąć również Jenny. Jest jeszcze ładniejsza ode mnie.

Zmierzył ją wzrokiem tak samo jak mnie i przekrzywił głowę z wyrazem zamyślenia.

– Rzadko tak robię, ale dobra. Umowa stoi. Czy to znaczy, że się zgadzasz?

Pokiwałam głową, a Jenny podskoczyła obok mnie na siedzeniu. Wyruszałyśmy w drogę.

– To co będzie najpierw?

– Przede wszystkim każę wam naprawić zęby. Potem zrobimy trochę zdjęć i porozsyłamy parę portretów, dodamy was do portfolio naszej firmy.

– Powiedz tylko, dokąd mam iść – odparłam.

Na wizytówce, którą mi dał, nie było adresu, więc wziął ją z powrotem i zapisał go na odwrocie.

– Jak się nazywasz? Panna…?

– Altizer – odpowiedziałam. – Mów do mnie Marlena. A to Jenny Song.

– Miło was obie poznać. Myślę, że możemy cię wylansować, używając twojego imienia. Brzmi tak klasycznie.

– Przynajmniej mama tak sądziła. – Nie zamierzałam wyliczać, w jak wielu kwestiach się myliła. Może w sprawie mojego imienia akurat miała rację.

 

Del Morton chwilę się zastanawiał, a potem spytał Jenny:

– Panno Song, czy oprócz amerykańskiego nazwiska i imienia masz też chińskie?

– Song Li-hua. Skąd takie pytanie?

– Ładnie brzmi. Pomyślałem, że łatwiej cię wypromuję na Wschodzie, jeśli będziesz miała chińskie imię.

– Mogę pracować pod dowolnym z nich – oznajmiła.

Skinął głową i powiedział:

– Skontaktuję się z wami. Jeżeli potrzebujecie noclegu, zapisałem wam numer menedżerki biura. Często się zgadza, by kandydatki spały u niej w gościnnym pokoju, zanim oficjalnie podpiszą kontrakt i przydzielimy im łóżko w jednym z mieszkań, które wynajmujemy dla naszych modelek.

– Zapewniacie zakwaterowanie i wyżywienie? – O tym nie słyszałam.

Morton pokręcił głową, a tylko stukanie stopą zdradzało jego zniecierpliwienie.

– Nie płacę rachunków, ale podpisałem umowę najmu. Może się okazać, że będziecie spały w szafie, ale wiesz już, że nie obiecuję wielkiego splendoru. Modeling to trudna i konkurencyjna branża. Powinnyście to wiedzieć od samego początku.

Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, a on dopił kawę i wstał. Obietnica świetlanej przyszłości – ładnych, równych zębów, dzięki którym będę mogła się uśmiechać, nie zaciskając ust, jakbym znała jakiś sekret – te zmiany otworzą przede mną tak wiele drzwi. Jakimś cudem Jenny i ja aż do jego wyjścia zachowałyśmy spokój, a potem zaczęłyśmy skakać i wrzeszczeć na samym środku burgerowni.

– Wierzyć się nie chce, że to się udało. – Obejmowała mnie mocno i ciasno, a ja odwzajemniłam uścisk.

– Trzeba zadzwonić do tej menedżerki biura. Nie musimy wracać do dziupli, skoro mamy lepszą opcję. – Pociągnęłam Jenny w stronę telefonu na monety, ale zdałam sobie sprawę, że nie mam dość pieniędzy. Jenny dołożyła jednak dziesięć centów.

Sygnał rozbrzmiał dwukrotnie, a potem odezwał się kobiecy głos:

– Halo, tu Pamela.

– Dzień dobry. Trochę to dziwnie brzmi, ale Del Morton właśnie dał nam swoją wizytówkę oraz pani numer. Mówił, że może zgodzi się pani przenocować nas przez parę dni. Zaproponował, żebyśmy podpisały umowę z UMAX-em…

– Pan Morton właśnie do mnie dzwonił. Lubi przygarniać przybłędy – powiedziała. – Musicie jednak być piękne, bo na byle co nie traci czasu.

– Dziękuję. – Uznałam, że to stosowna odpowiedź.

– Domyślam się, że jesteście oszołomione, to wszystko może się wydawać dosyć ryzykowne, ale u mnie w domu jest prawdopodobnie bezpieczniej niż tam, gdzie obecnie pomieszkujecie.

Jenny i ja sypiałyśmy na zmianę, więc kobieta się nie pomyliła.

– Jestem gotowa. Poda nam pani adres? – Wyjęłam z plecaka długopis oraz skrawek papieru i zanotowałam informacje, a potem je powtórzyłam.

– Dziękuję. Niedługo będziemy.

– To parę mil – stwierdziła Jenny, kiedy się rozłączyłam. – Naprawdę to zrobimy?

Skinęłam głową stanowczo i wzięłam ją za rękę.

– Odkąd się spotkałyśmy, praktycznie o niczym innym nie rozmawiałyśmy. Słyszałaś, co spotkało Dee… Nie możemy teraz zrezygnować. Wchodzisz w to na całego?

W odpowiedzi Jenny pociągnęła mnie w stronę drzwi.

Dwa

Tej nocy spałyśmy u Pameli Morgan. Była kobietą w średnim wieku, jedną z tych ze skłonnością do matkowania, miała kasztanowate włosy i serdeczny uśmiech. W jej pokoju gościnnym było duże łóżko, więc Jenny i ja spałyśmy razem. Żadnej z nas to nie przeszkadzało, poza tym bosko było wziąć prysznic zamiast myć się w umywalce na stacji benzynowej.

Zgodnie z obietnicą Pameli jej dwupokojowy bungalow był czysty i bezpieczny. Może kiedyś była zamężna, ale teraz nie miała nikogo. Rankiem zawiozła nas do UMAX-u, żebyśmy podpisały umowy.

Del Morton nie kłamał.

Kiedy złożyłyśmy podpisy, zawiózł mnie do ortodonty, gdzie założono mi aparat, który spłacałam na raty – niewielkie kwoty potrącane były z każdego zlecenia na modeling. Nie była to praca na czerwonym dywanie, a chociaż nie trafiłyśmy z Jenny do niczyjej szafy, to wiodłyśmy skromne życie – szóstka dziewczyn w dwupokojowym mieszkaniu. Miałyśmy piętrowe łóżka jak na letnim obozie, ale nie było źle. Im więcej nas tam mieszkało, tym niższe miałyśmy opłaty za czynsz oraz media, zresztą kilka z nas często wyjeżdżało na sesje fotograficzne.

Starsze dziewczyny wytłumaczyły Jenny i mnie, co i jak. Wyjaśniły, którzy fotografowie to zawodowcy, a które zlecenia sobie odpuścić, bo firma chciała płacić barterem. Czyli dostałybyśmy ciuchy zamiast gotówki. Większość z nas miała dodatkową pracę, żeby zdobyć pieniądze na rachunki, a jednocześnie kombinowałyśmy, jak wylansować nasze twarze. Byłam za młoda, by pracować jako hostessa na imprezach jak Dana i Stephanie. Wendy i Alexis pracowały na pół etatu jako recepcjonistki, ale ja nie miałam odpowiednich umiejętności. Zatrudniłyśmy się więc z Jenny w myjni samochodowej. Nie miałyśmy do roboty zbyt wiele – głównie stałyśmy w krótkich spodenkach oraz crop topach, trzymając tabliczki z napisem „Promocja” i „Gorący wosk”, ale dzięki temu miałyśmy na opłaty. Gdy jesień przeszła w zimę, zrobiło się znacznie ciężej.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, zaczęłam się uczyć do egzaminu General Educational Development[1] – ekwiwalentu ukończenia liceum. Otworzyłam też pierwszy rachunek w banku, bo kiedy byłam niepełnoletnia, bywało ciężko i chcąc nie chcąc, musiałam zawsze używać gotówki. Zdmuchując świeczki w towarzystwie Jenny, westchnęłam z ulgą, bo już nikt nie mógł odesłać mnie z powrotem do Kentucky.

Nic nie przychodziło bez walki, ale miałam poczucie, że robię postępy, zwłaszcza gdy zdjęto mi aparat. Miałam proste ząbki, które obiecał mi pan Morton, a kiedy je porządnie wyczyszczono, miałam wrażenie, że zamknęłam jakiś rozdział. Dorastając, nie odżywiałam się prawidłowo, więc musieli mi kilka zębów wyrwać, a tu i ówdzie wstawić implanty, ale mój uśmiech wcale tego nie zdradzał.

I wtedy dopisało mi szczęście.

Zespół rockabilly zobaczył mnie na ulotce reklamującej sklep z meblami i chcieli, żebym wystąpiła w ich teledysku. Niektóre modelki z agencji szkoliły się w tańcu, inne uczyły się aktorstwa. Kiedy pan Morton zaoferował mi to zlecenie, zmartwiłam się. Nie miałam doświadczenia w niczym tego rodzaju.

Wyśmiał mnie.

– Marlena, nie ma w tym nic trudnego. Pozujesz, zarzucasz włosami, wydymasz wargi. Nie oglądałaś nigdy MTV?

– Nie bardzo.

– To siadaj i rób rozeznanie rynku. – Włączył telewizor i ustawił kanał z teledyskami. – Moim zdaniem szybko załapiesz, o co w tym chodzi.

Nie mylił się.

Szybko dostrzegłam schemat, o którym mówił pan Morton, i zauważyłam, że dziewczyny w wideoklipach w ogóle się nie odzywają. Doszłam do wniosku, że dam radę. Wychodząc z biura, niemal wpadłam na wysokiego mężczyznę w garniturze uszytym na miarę – niekoniecznie przystojnego, lecz szczupłego, z brązowymi włosami i jasnobłękitnymi oczami. Było to moje pierwsze spotkanie z Michaelem Durstem.

To również stanowiło element planu. Jego zaciekawienie rozbudziłam zapewne tym, że się do niego nie przymilałam. Już wtedy pojawiał się na łamach plotkarskich czasopism, a w gazetach biznesowych opisywano jego udane inwestycje w nieruchomości.

Podtrzymał mnie, kładąc dłonie na moich ramionach.

– Nic pani nie jest?

– Wszystko w porządku, dziękuję. Niestety pana Mortona nie ma.

Ściągnął brwi i zerknął na kosztownie wyglądający zegarek, by sprawdzić godzinę.

– Jestem z nim umówiony. Recepcjonistka mówiła, że mogę wejść.

– Pewnie wkrótce się zjawi. Dobranoc panu.

– Ciekawy akcent – rzekł z uśmiechem.

Nie zatrzymywał mnie dłużej, a ja pognałam korytarzem i przez niewielką poczekalnię, gdzie siedziała Pamela, czytając reportaż o jakimś morderstwie.

– Załatwione? – Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.

Czasami nas niańczyła, zadając pytania w rodzaju „Zażywasz pigułki regularnie?” albo „Jadłaś dziś coś oprócz selera?”. Dzisiaj jednak rzuciła jedynie zmartwione spojrzenie w głąb korytarza.

– Pan Durst przyszedł przed czasem. Zadzwonię do Dela jeszcze raz.

Durst to był VIP – typ, któremu nie należało kazać czekać. Może chciał zarezerwować całą grupkę modelek, co oznaczałoby, że pan Morton nie mógł sobie pozwolić na to, by go zirytować. Tak czy owak, nie było to moje zmartwienie. Odpowiednia koordynacja czasowa to klucz do sukcesu, a ja musiałam nałożyć jeszcze maseczkę i porządnie się wyspać przed jutrzejszym filmowaniem.

*

Plan filmowy zorganizowano na wynajętym od jakiegoś farmera ugorze, gdzie zakontraktowana firma rozstawiła prywatne wesołe miasteczko. Uważałam to za niewiarygodną stratę pieniędzy. Nazwożono nawet statystów, którzy szwendali się tu i tam, jakby bawili się jak nigdy w życiu, nie zwracając specjalnie uwagi na zespół, który był zbyt sławny jak na taką scenę.

Zabiegany łysol złapał mnie, jak tylko przyjechałam.

– Czy agent wytłumaczył ci, o co chodzi?

– Mniej więcej. – Zapewne nie takiej odpowiedzi pragnął, czego dowiódł, wciskając mi w dłonie jakieś papiery.

– Przeczytaj to. Byle szybko.

„To” stanowiło ramowy zarys „fabuły”, którą chcieli przedstawić: prosta dziewczyna z prowincji udaje się na festyn, zakochuje w ambitnym muzyku, a potem rozstają się po jednej cudownej nocy. W dalszej części wideoklipu starszą wersję mnie miał zagrać ktoś inny – kobietka po trzydziestce z nastoletnią córką, podobną do gitarzysty, który był już wtedy szalenie popularny. Nie znałam się na teledyskach, ale pomysł wydawał mi się niezły, choć może nieco ckliwy, zwłaszcza kiedy przeczytałam tekst piosenki.

Nie byłam może zbytnio wyedukowana, ale dobrze wiedziałam, jak się czuła ta kobieta, bo widziałam to uczucie w oczach mojej mamy niejeden raz. A przelotny żal znanego mężczyzny? Żółć stanęła mi w gardle, bo był on niczym w porównaniu ze zmaganiami kobiety, która zdecydowała się wychować dziecko samotnie, a nie stać jej było na ten wybór. Nie mogło się też równać z uczuciami jej córki.

Westchnęłam, zmięłam kartkę i dałam się zapędzić na makijaż, który robiono w namiocie. Nie czułam entuzjazmu na myśl o roli wieśniary w opcji dymanie na pożegnanie, ale pan Morton urwałby mi głowę, gdybym zrezygnowała z tak osobistego powodu. Zrobili mi makijaż i zapletli włosy w dwa luźne warkocze. Chyba celowali w klimat seksownej córki rolnika, bo musiałam założyć obcięte dżinsy i czerwoną koszulę w kratkę, związaną pod biustem.

Pogoda była ładna – typowe lato na Południu. Wystarczyło nam naturalnego światła, by nakręcić sceny na jarmarku w ciągu jednego dnia. Ekipa biegała jak opętana, a ja nie wiedziałam, co mam robić, więc czekałam. Nie miałam przyczepy, w odróżnieniu od Bobby’ego Raya Hudgensa, głównego wokalisty. Moim zdaniem był za stary, by zabawiać się z laską na festynie, ale kiedy reżyser dawał mi wytyczne, trzymałam język za zębami.

Nie powiedziałabym, że wspaniała ze mnie aktorka, ale zaskoczyło mnie, jak łatwo było dać się ponieść, stać się tą naiwną dziewczyną, która spojrzała w oczy przystojnemu łajdakowi z gitarą. Stanęłam na palcach, żeby widzieć coś nad głowami innych dziewczyn. Nie było tego w wytycznych reżysera, ale kręcili dalej. Reżyser nie przerwał też, gdy Bobby Ray wyciągnął mnie z tłumu. Weszłam na scenę, potykając się, nieśmiała i podekscytowana. Nie tańczyłam, lecz przywarłam do niego i wtuliłam w niego twarz – później ten gest miał się stać jednym z moich znaków rozpoznawczych. Masa zdjęć podkreślających moje włosy, linię mojej szyi, łuki pleców.

Zmiana sceny.

Później po występie szaleliśmy na festynie ręka w rękę. Jeździłam na karuzelach, na których robiło mi się niedobrze, a musiałam udawać, że w życiu się tak nie bawiłam. Bobby Ray miał spoconą dłoń, a oczy lśniły mu, jakby był porządnie porobiony. Co dziwne, czułam się z tym całkiem swojsko, bo spędziłam mnóstwo czasu z moją mamą, kiedy nie była w pełni obecna, bo była na haju.

Reżyser nic nie wspomniał o scenie pocałunku, ale Bobby Ray przyparł mnie do namiotu, gdzie można rzucać obręczą, i mocno obślinił, nie skąpiąc języka. Nie mogłam go odpychać, bo to zepsułoby ujęcie – w końcu miałam się kochać w tym dupku – oplotłam więc jego szyję ramionami i nie kopnęłam go, gdy przesunął mi dłonią po udzie. Wysoko. Coraz wyżej. Całował mnie w szyję, a ja ją wygięłam, zamykając oczy, bo dzięki temu wyglądało to, jakby było mi przyjemnie.

 

– Cięcie! – zawołał reżyser.

Bobby Ray miał obie ręce na moich pośladkach i przyciskał mnie do swojego krocza, nie słuchał więc poleceń. Trzeba było kilku technicznych, żeby go odciągnąć. Uśmiechnął się do mnie szelmowsko i odmaszerował, puszczając do mnie oko, jakbyśmy oboje tego chcieli. Jego usta smakowały piwem i papierosami. Gdy tylko mogłam, splunęłam.

Przez cały dzień nie zaproponowali mi nic do jedzenia ani do picia, ale były tam lodówki oraz tak zwany bufet z kanapkami, czipsami, owocami i rozmaitymi przekąskami. Kiedy poszłam w tamtą stronę, ludzie stojący w pobliżu umilkli.

– Cześć – powiedziałam.

Dwie statystki zmierzyły mnie wzrokiem, a potem wyższa z nich zapytała:

– Pieprzysz się z Bobbym Rayem?

– Co?

– Chciałam dostać twoją rolę – poskarżyła się ta druga – ale nie pozwolili mi iść na casting, chociaż nasza agencja jest dużo lepsza niż wasza.

Obie miały idealny akcent z Południa – taki, który kojarzy się z delikatnymi pięknościami i kotylionami, a nie wsiokami z zadupia. Zdawałam sobie z tego sprawę, więc starałam się mówić jak reporterzy przekazujący doniesienia z Atlanty. Średnio mi się to jednak udawało, a kiedy się złościłam, mój akcent tylko się nasilał.

– A niby czemu to ma być mój problem?

Dziewczyny się zaśmiały. Właśnie dlatego przestałam chodzić do szkoły. Nienawidziłam, gdy ludzie spoglądali na mnie z góry. Zamiast wziąć coś do jedzenia, odmaszerowałam i schowałam się w namiocie do makijażu, a tam jedna z wizażystek uprzejmie przyniosła mi butelkę wody. Siedziałam tam do zmroku, kiedy musieli nakręcić scenę pożegnania na malowniczym polu, na tle rozgwieżdżonego nieba i kolorowych, wirujących karuzeli.

Do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele kłopotów nastręcza filmowanie w nocy – ile to wymaga pracy i bieganiny. Byłam zmęczona po długim dniu i smutna po utarczce z tamtymi dziewczynami, więc wiele nie było mi trzeba i rozpłakałam się, kiedy Bobby Ray puścił moją dłoń, wsiadł do swojego poobijanego vana i odjechał, zostawiając mnie na polnej drodze samotnie i po ciemku. Zbliżenie twarzy Marleny we łzach. Płakałam po cichu, tak jak kiedyś w domu, bo jeżeli narobiłam hałasu, dostawałam lanie.

Reżyser był zachwycony.

– Jedno ujęcie, Marleno! Moim zdaniem masz przed sobą przyszłość. Bobby Ray czeka na ciebie w przyczepie. Chce osobiście ci podziękować za ciężką pracę.

[1] General Educational Development (GED) – amerykański egzamin, uznawany za odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej (przyp. red.).