Miłość na gigancieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anita Scharmach, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Vanesa Munoz/Trevillion Images;

Lario/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978- 83-8169-634-0

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkim,

którzy nie potrafią obojętnie przejść

obok zwierzęcego nieszczęścia.

W szczególności moim dzieciom:

Oliwce, Lilce i Filipowi.

Dziękuję Wam za WIELKIE, wrażliwe serca.

Jestem z Was BARDZO DUMNA!

Mama

Rozdział 1

Być księgową Jacka Nowaka!

Dochodziła szesnasta, co bardzo mnie cieszyło. Szesnasta w biurze zarządcy nieruchomości zwiastuje koniec pracy. Zamknięcie ksiąg rachunkowych, wyciągów bankowych i segregatorów z fakturami. Oznacza też spokój na najbliższe godziny. Praca w księgowości administracji znacznie się różni od klasycznego księgowania. Przez ciągłe wydzwanianie mieszkańców nie można się skupić na sporządzaniu sprawozdań finansowych ani na prawidłowym księgowaniu wyciągów bankowych. Ponadto co księgowa może powiedzieć w sprawie awarii wodociągów? Mieszkańcy często wybierają numer telefonu do księgowości, myśląc, że załatwią wszystko. Tymczasem awarie należy zgłosić do administratora! Czy to takie trudne? Dewiza naszej szefowej brzmi jednak: Bądź miły, dbaj o wspólnotę mieszkaniową i grzecznie odpowiadaj na wszystkie problemy zgłaszane przez mieszkańców.

Z utęsknieniem zerkałam na zegarek. Jeszcze siedem minut. Zamknęłam program księgowy i raz jeszcze zerknęłam do skrzynki odbiorczej. Rany, co to za mail?

Dzień dobry, Szanowna Administracjo,

w pierwszym zdaniu chciałbym zapytać, dlaczego właściciele garaży przy budynku 19 przy ulicy Wspólnej muszą płacić za sprzątanie? Jest to zaliczkowane co miesiąc w kwocie 0,49 groszy za m2, czyli w moim przypadku 11,69 zł. To karygodne, ponieważ nikt tu nie sprząta! Dlaczego więc, Szanowna Administracjo, ja muszę za to płacić???

W załączeniu zdjęcia z okresu 3 tygodni. Jak widać, śmieci urosło, a nie ubyło.

Drugim śmierdzącym tematem jest wiata śmietnikowa, czyli tak zwany syf osiedlowy. Obrazek ten doskonale się nadaje na główne zdjęcie Waszej strony internetowej, a już na pewno powinien trafić do sanepidu. Zamek razem z klamką jest zepsuty od ponad dwóch lat, jeśli nie dłużej; wcześniej śmietnik był zamykany na klucz. Ciekawe, co by było, gdyby taka wiata stała przed biurem Szanownej Administracji? Lumpy zbierające puszkowe złoto i sikające gdzie popadnie, do tego porozrzucane odpady komunalne – brakuje tylko szczurów. A może wcale nie brakuje? Wypadałoby się tym zainteresować i zainwestować w nową, przyjazną dla mieszkańców wiatę, tak jak to wygląda pod pieczą administracji na sąsiednim osiedlu.

Poza tym irytuje mnie podejście do zgłaszanych drobnych spraw mieszkańców – spychologia i brak pomocnej dłoni, brak odpowiedzi na pytania i zasłanianie się białymi chmurkami. Następnym razem będzie wniosek o odszkodowanie i tak do skutku, aż sprawa będzie rozwiązana.

Pozdrawiam Szanowną Administrację.

Z poważaniem,

Jacek Nowak


Kolejny debil, pomyślałam i przesłałam wiadomość do administratora, który zajmuje się budynkiem przy ulicy Wspólnej.

Szesnasta! Uff.

Pakowałam do torby plastikowe pudełko po sałatce i telefon komórkowy, gdy usłyszałam:

– No tak, młodzież zawsze się spieszy.

Pani prezes, wysoka szatynka, wskazała swój zegarek. Zerknęłam. Za trzydzieści sekund szesnasta.

Zanim grzecznie przysiadłam przy swoim stanowisku pracy, posłałam kipiącej ze złości pracodawczyni pełne politowania spojrzenie.

– Pani prezes, jest piątek. Każdy myśli o weekendzie, a nie o problemach osiedlowych.

– Ależ Magdaleno, powinnaś żyć problemami firmy. Pamiętaj: za każdymi drzwiami stoi człowiek!

Pani prezes. Kobieta sukcesu – za wszelką cenę. Sama problemy firmy zamyka w swoim gabinecie punkt szesnasta, a mnie każe myśleć o wiacie śmietnikowej lokatora z ulicy Wspólnej.

Kiedy tylko zniknęła za drzwiami, wstałam zza biurka. A gdy odgłos jej obcasów stał się ledwo słyszalny, na palcach pospieszyłam w kierunku wyjścia.

Na zewnątrz było cudownie! Wiosna odurzała swoim zapachem, a ćwierkanie ptaków mogłabym sobie ustawić jako dźwięk dzwonka w telefonie. Wszystko budziło się do życia. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.

Wtedy usłyszałam pisk opon.

– Magdaleno, uważaj, jak idziesz! Mogłam cię przejechać! – Zrzędliwy ton szefowej do złudzenia przypominał głos pewnej posłanki.

Serio? Przy takiej prędkości miałabym czas odskoczyć, pomyślałam. Na szczęście szlaban właśnie się otworzył i musiała wyjechać z parkingu. Zdążyłam tylko pod nosem życzyć jej miłego weekendu, ale już mnie nie usłyszała. Zawrotną prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę kierowała się w kierunku centrum miasta. O tak, szefowa była mistrzem kierownicy! Nie zdarzyło się jej złamać przepisów. Nigdy. Mijający ją kierowcy często pozdrawiali ją środkowym palcem. Za kółkiem świeciła przykładem. Raz miałam okazję osobiście się o tym przekonać, kiedy podwoziła mnie pod dom. Była okropna burza, a ona akurat musiała odwiedzić swoją mamę. A że mama mieszkała ulicę obok mnie… Inni kierowcy oglądali się za nami, a ja myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mało tego: na trasie minęły nas dwa autobusy tej samej linii. Droga do domu zajęła nam pięćdziesiąt pięć minut, podczas gdy normalnie wystarczyłoby trzydzieści. Wliczając korki. Niebo nad nami toczyło walkę; grzmoty ogłuszały, a pioruny świeciły złowrogo. Wszystkie jakby się umówiły, by celować w taflę morza. Nad Gdynią zebrały się ciemne chmury, które wcale nie zapowiadały końca tej walki. Byłam nawet wdzięczna szefowej za to, że mogę sucha dostać się do domu – pomimo sporego poślizgu.

Dzisiaj nie spieszyłam się do domu. Pogoda była znakomita. Słońce mocno grzało, choć była dopiero druga połowa kwietnia. Okoliczne kwiaciarki sprzedawały pęki żonkili i tulipanów. Kupiłam dziesięć tych ostatnich – w różnych kolorach. Dziesięć dowodów na prawdziwą wiosnę. Nawet tłok w autobusie nie był dla mnie problemem. Przeciwnie, mogłabym wszystkich pasażerów obdarzyć pozytywną energią. No, prawie wszystkich. Jednemu panu, zamiast pozytywnej energii, stanowczo potrzebna była kąpiel. Śmierdziało od niego na odległość, a czarna otoczka pod paznokciami sugerowała, że dawno nie widział mydła. Widziałam, jak znaczna część pasażerów odwraca głowę i przełyka ślinę, tłumiąc odruch wymiotny, jednak mój nos był zanurzony w kolorowym pęku wiosny. Miałam wrażenie, że wywącham cały zapach tulipanów i do domu przyniosę tylko bezwonne badyle. Tak jednak się nie stało. Kwiaty, choć nieco zmęczone, wysiadły z autobusu razem ze mną. Po drodze kupiłam jeszcze butelkę białego chardonnay w pobliskim markecie, licząc na to, że nie wypiję jej sama. Miałam nadzieję, że moja kochana siostra kolejny raz mnie nie wystawi.

Gdy wyszłam ze sklepu, zadzwonił mój telefon. Troszkę potrwało, zanim znalazłam go w przepastnej torbie.

Kasia. W samą porę, pomyślałam.

– Madzia, tak jak się umawiałyśmy? Dwudziesta?

– Tak, siostra. Właśnie się zbliżam do domu. Jak będziesz miała ochotę, to przyjdź szybciej.

Weszłam do kamienicy. Na parterze powitał mnie zapach stęchlizny, charakterystyczny dla starych budynków. Otworzyłam drzwi mojej kawalerki, a właściwie kawalerki pana Stanisława Maneckiego. Ten starszy człowiek od półtora roku wynajmował mi trzydzieści sześć metrów mojej intymności. Niewiele, ale przynajmniej było mnie stać na mieszkanie w pojedynkę.

Przywitał mnie jak zwykle Maniek, bury krótkowłosy kot z ogonem wiewiórki. Strasznie dziwna kombinacja.

– Cześć, chłopaku. – Pogłaskałam go, czując, jak z lubością ociera się o moją łydkę.

Nalałam wodę do wazonu, dekoracyjnie rozłożyłam w nim kwiaty i ustawiłam na niewielkim stoliku. Później wsypałam karmę do kociej miski, odgrzałam sobie wczorajszą zupę i wzięłam prysznic. Teraz mog­łam czekać na Kaśkę.

Spotykałyśmy się na babski wieczór raz w miesiącu. Jednak od jakiegoś czasu Kasia zwlekała z wizytą. Wspominała coś o kolejnej miłości. Rozumiałam to doskonale, choć nigdy jeszcze nie było mi dane spotkać mojej drugiej połówki. Miłość ma swoje prawa i czas. Pewnie gdybym była zakochana, też wolałabym sączyć wino z ukochanym niż z młodszą siostrą.

W końcu rozległo się pukanie do drzwi.

– Cześć, siostra! – Kasia weszła do mieszkania z dużą torbą spożywczą.

– Zakupy mi zrobiłaś?

– Nie tobie, tylko sobie. Trafiłam na kiermasz książek. Zobacz, jakie perełki!

Wyciągała z siatki książki niczym króliki z magicznego kapelusza. Doprawdy trafiły się jej prawdziwe perełki. Niektóre z tytułów niedawno widziałam na topce w pobliskiej księgarni.

– Mówisz, że kiermasz? Po ile ta? – Wskazałam najnowszą książkę mojego ulubionego pisarza z Opola.

– Akurat Mróz był za dwadzieścia pięć bez grosza – odparła. – Ale reszta po niecałą dychę.

Zakupy Kaśki wyglądały naprawdę imponująco. Gdy ustawiła je na mojej szafce kuchennej, zakryły jej cały tors. Wystawała tylko głowa.

 

Otworzyłam pierwszą z góry i powąchałam. Uwielbiałam ten zapach. Książki mają w sobie coś tajemniczego, nie tylko niosą świetną fabułę, ale pachną, niemal uwodzą swoim zapachem, wołając: Czytaj!

– Co ty masz z tym wąchaniem? – Kasia zabrała mi książkę i wręczyła wino. – Masz, to jest dla ciebie.

– Ale ja kupiłam wino.

– Jedno. Magda, naucz się wreszcie, że jedno wino na dwie głowy to za mało na nocne pogaduchy.

– I tu cię zaskoczę: mam dwa. Drugie dokupiłam po pracy, jak przypomniałam sobie twój żal po ostatnim spotkaniu.

– Żal?

– A kto niemal wykręcał butelkę, chcąc wycisnąć ostatnią kroplę?

W nasz śmiech wtargnął dzwonek do drzwi.

– Spodziewasz się kogoś? – zapytała Kaśka.

– Nie…

Zdziwiona zerknęłam przez wizjer. Za drzwiami stał właściciel mieszkania. Otworzyłam niepewnie.

Mina pana Maneckiego nie wróżyła nic dobrego. W ręku trzymał jakiś dokument.

– Dobry wieczór.

– Dobry wieczór. Czy coś się stało? – Otworzyłam drzwi szerzej, tym samym zapraszając go do środka.

– Nie przeszkadzam? – zapytał na widok Kaśki, nerwowo potrząsającej butelką czerwonego wina.

– Nie, panie Stasiu. Siostra wpadła na babski wieczór. – Uśmiechnęłam się nerwowo.

Maniek podszedł do starszego pana, witając się z nim po kociemu. Po kociemu też zostawił na jego spodniach kilka kocich kłaków, po czym uciekł do kuchni.

– Zapraszam, panie Stanisławie. – Wskazałam drzwi do jedynego pokoju w tym mieszkaniu.

Pan Stanisław spojrzał na mnie nerwowo, zanim usiadł na sofie. Zaczesał dłonią włosy, chociaż jak zawsze były już starannie zaczesane. Kiedyś musiał być bardzo przystojny. Miał męskie rysy twarzy, ładne oczy i pełne usta. Wysoki, postawny i wyraźnie sprawny, choć starcze plamy na dłoniach sugerowały godziwy wiek.

Kasia usiadła w fotelu, zakładając nogę na nogę. Czekała, co nowego przyniesie wizyta właściciela.

– Pani Magdo, nie wiem, od czego zacząć… – Pan Stanisław potrząsał dokumentami.

– Najlepiej od początku. – Usiadłam na boku fotela. Dopiero teraz zauważyłam, że Kaśka ma wilgotne włosy. Zastanowiło mnie to.

– Pani Magdo, mam tu wypowiedzenie umowy – wypalił właściciel na jednym tchu.

Zatkało mnie. Właśnie zaczynało mi się układać. Miałam swoje cztery kąty, pracę, kota, dla którego kupiłam nową siatkę zabezpieczającą na balkon… A tu taka informacja!

Kasia spojrzała na mnie, jakby nie dowierzała słowom uroczego, starszego pana. Chociaż teraz wydawał mi się mniej uroczy.

– Ale jak to? – wydukałam.

– Wiem, pani Madziu… wiem, jak to wygląda. – Pan Staś spuścił wzrok. – Wiem, że dba pani o mieszkanko jak nikt inny. I naprawdę bardzo mi przykro. – Wstał i dotknął wielkiego klosza podłogowej lampy. Położył dokumenty na stoliku pod nią. – Mój wnuk wraca z Anglii, nie mam wyjścia.

Aha.

– Ile mam czasu?

– Miesiąc. Kaucję oczywiście pani oddam. – Mówił, nie patrząc na mnie.

– Ludzki pan! – wypaliła moja siostrunia.

Odwrócił się do niej.

– A pani co by zrobiła? To mój wnuk!

– Tak, rozumiem – próbowałam ratować sytuację. – Siostra nie miała nic złego na myśli. Prawda, Kasiu?

Kasia nie odpowiedziała. Kręciła kapciem na czubku stopy, aż spadł na podłogę. Wstała, założyła go z powrotem i wyszła do kuchni. Po chwili usłyszałam, jak otwiera pierwszą butelkę wina.

Maniek ocierał się o nogi pana Maneckiego. Nie wiedział, że ów jegomość właśnie odbiera nam nasz azyl.

– Pomogę pani poszukać czegoś w okolicy. – Pan Stanisław wziął kota na ręce.

– Panie Stasiu, ale tu chodzi o cenę, nie o okolicę. Gdzie ja znajdę tak tanio kawalerkę?

Wbiłam się w fotel. Nie tak miał się zacząć mój weekend. Plan był taki, że pichcimy coś dobrego na kolację, plotkując o nowościach w drogeriach i księgarniach, a potem się upijamy, gadając do rana. W ten sposób miałam uczcić premię bilansową.

– Kasia, nalej i mnie tego wina! – Krzyknęłam do siostry, która wciąż ukrywała się w kuchni, a potem spojrzałam na pana Stasia. – Napije się pan?

Kiwnął głową, ponownie moszcząc się na sofie.

– I jeszcze jedną lampkę! – zawołałam.

Gdy wróciła Kaśka, Maniek zaszył się na parapecie, obserwując naszą trójkę.

***

Pan Stanisław wyszedł po kwadransie. Mieszkał niedaleko, więc specjalnie mnie nie martwiło, że starszy pan po lampce wina opuszcza „moje” mieszkanie po zmroku. Wyjrzałam jednak przez okno, by się upewnić, że idzie prosto.

– Co ty się tak martwisz? – prychnęła Kaśka. – Twój dziadek czy co?

– Gdyby był mój, mogłabym tu zostać. – Opróżniłam kieliszek, obserwując oddalającą się postać. W końcu zamknęłam okno. – W porządku, lampka mu nie zaszkodziła.

– Magda, do cholery! Nie bądź całe życie jak Matka Teresa! Zacznij się martwić o siebie!

– Martwić to ja się będę o ciebie. Dlaczego przyszłaś do mnie z mokrymi włosami?

– Ej, no muszę ci się tłumaczyć?

– Tak. Skoro sama nie potrafisz się o siebie zatroszczyć, musi to zrobić twoja młodsza siostra – warknęłam.

– Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć… – Kasia uzupełniła nasze kieliszki i zaczęła: – Dominik nie pozwolił mi wyjść bez… no wiesz…

– No… nie wiem?

– Oj siostra, jaka ty głupia jesteś! – Wypiła wino duszkiem. – Kochaliśmy się chyba z milion razy, zanim tu przyszłam. Musiałam więc skorzystać z prysznica.

– Rany Julek, Kasia! – Ja też musiałam się napić. – To może rzeczywiście idź do tego swojego Romea, bo jeszcze ci ucieknie!

– Nie bądź zazdrosna. Ty też wiecznie nie będziesz singielką.

– Nie bądź śmieszna. Mam dopiero dwadzieścia osiem lat. Poza tym nie jestem singielką!

– Czy jeśli coś dotyka twojej nogi w łóżku, to zawsze jest to twoja druga noga? – zapytała Kaśka.

– No… w sumie tak.

– To jesteś singielką, siostra. – Odstawiła pusty kieliszek na stolik i poszła do kuchni.

Westchnęłam smutno i rozejrzałam się po mieszkaniu. Wokół panował porządek. W wazonie stały świeże kwiaty, a na regale równiutko poukładane książki. Duża lampa z abażurem z pchlego targu, patchworkowy fotel… Cholera. Nie dość, że jestem singielką, to w dodatku pedantyczną i uwielbiającą starocie. Jestem żałosna!

– To co robimy do żarcia? – usłyszałam głos mojej siostry.

Weszłam do kuchni i wskazałam lodówkę.

– Zapiekankę. Wszystko jest już przygotowane.

– Widzisz, siostrzyczko, ja mam mokre włosy, a ty masz wszystko poukładane, nawet w lodówce. Może to i lepiej, że ten pan Stach cię stąd wyrzuca. Może tak miało być. – Kasia wyjęła naczynie żaroodporne z zapiekanką makaronową i włożyła je do piekarnika, który włączyłam jeszcze przed jej przybyciem, żeby osiągnął właściwą temperaturę.

– A jeśli już zawsze będę sama? – mruknęłam.

Kaśka się zaśmiała.

– Kochana, przestań gadać głupoty! Chyba za mało wypiłaś! Spójrz na siebie. – Wzięła mnie za ramiona, poprowadziła do przedpokoju i postawiła przed lustrem. – Co widzisz?

– Wysoką, wystrzałową, bystrą trzydziestodwulatkę – odparłam, patrząc na jej odbicie.

– To jasne. A teraz spójrz na siebie.

W srebrnej tafli widziałam drobną blondynkę. Duże okulary na nosie. Włosy spięte w niechlujny kok. Spódnica do kolan i za duży sweter.

– Widzę szarą mysz.

– Magda, ty tak serio? Czy się zgrywasz? – Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, kontynuowała: – Ja widzę fantastyczną blondynkę ze spieprzoną fryzurą, to fakt. Ale fryzurę można szybko zmienić. Spójrz na to. – Zdjęła mi okulary. – Masz piękne, duże brązowe oczy. Uczyń z nich atut! Masz piękne, zmysłowe usta. Uczyń z nich atut! I to, o! – Szturchnęła dłonią mój biust. – Masz piękne, jędrne piersi. Uczyń z nich atut!

– Ty chyba za dużo wypiłaś – obruszyłam się.

– Ależ nie! Chcę ci uświadomić, że jesteś atrakcyjnym prezentem w brzydkim opakowaniu!

W sumie… Jakby się temu dokładnie przyjrzeć. Byłam bardzo podobna do Kasi. Obie miałyśmy oczy po mamie. Kasia była szczupłej budowy, nieco wyższa ode mnie, ale usta, oczy i nos miałyśmy takie same.

– Atrakcyjnym prezentem?

– Tak. – Siostra zaprowadziła mnie z powrotem do kuchni. – Magda, nie możesz całe życie kochać tylko Mańka.

– Ale on mnie kocha, szanuje, przytula…

– Wierz mi, faceci też to robią. Ba, mało tego! Przydają się jeszcze do innych spraw. O seksie nie muszę mówić, bo to już wiesz. Ale ile Dominik mi pomaga w domu! – Kasia rozsiadła się na kuchennym taborecie. – Pamiętasz, jak prosiłam Sławka, żeby mi gniazdko dokręcił albo klamkę wymienił? Wieki całe musiałam mu przypominać…

– Pamiętam, darłaś się na niego non stop.

– Widzisz, a sztuką jest, żeby kobieta krzyczała w łóżku, a nie poza nim! Aaaa! Dociera?

– Kaśka, ty jesteś nimfomanką! – Otworzyłam drugie wino.

– Tam zaraz nimfomanką. Jak kobieta co pięć minut myśli o seksie, to od razu nimfomanka. A jak facet co pięć minut myśli o seksie, to po prostu jest facetem! – Zabrała mi butelkę i łyknęła z gwinta.

– Wiesz, pani Jadzia, moja koleżanka z pracy, mówi to samo.

– To znaczy?

– No, że facet musi dać kobiecie wszystko w łóżku, a nie w sklepie. A pani Jadzia jest przed emeryturą i wie, co mówi! – Zabrałam siostrze butelkę. – Jest tuż przed sześćdziesiątką, ale figury może jej pozazdrościć niejedna nastolatka. – Dolałam wina do jeszcze nie całkiem pustego kieliszka. – A ze swoim mężem jest już trzydzieści lat!

– Trzydzieści? Mój hemoroid ma tyle. – Kaśka się zaśmiała, już lekko wstawiona. – Mądra kobieta! Widzisz, zadaje kłam księgowym.

– Że niby jak?

– Łamie stereotyp, zgodnie z którym księgowa to gruba baba z denkami od słoika na nosie.

– Co? – ze śmiechu nie mogłam powstrzymać łez.

– No gruba okularnica z nosem w księgach. A Jadzia to laska!

I wtedy to się stało – pod Kaśką złamał się taboret, a właściwie jego jedna noga. Moja siostra runęła na podłogę, w ostatniej chwili chwytając się stolika. Ze śmiechu nie mogłam się opanować. Chichrałam się tak, że przypomniałam sobie o swoich mięśniach brzucha.

– Widzisz! – zawołałam przez łzy. – To na pewno duch jakiejś grubej zmarłej księgowej w okularach! Licz się ze słowami!

Maniek przyszedł do kuchni zainteresowany naszą nadzwyczajną żywotnością. Dawno nie słyszał tu tyle szczęścia. Zazwyczaj po pracy siadamy razem w fotelu. Kot słucha radia, a ja czytam książkę. Z początku przeszkadzała mi ta forma wypoczynku, bo nie mogłam się skupić na lekturze, ale Maniek tak bardzo przyzwyczaił się do włączonego odbiornika, że nie miałam serca odmówić mu tej przyjemności. Zasypiał, wtulony we mnie, słuchając jazzu, a moja książka zwykle lądowała na podłodze z niezaznaczoną stroną. Kolejnego dnia zawsze szukałam miejsca, w którym przerwałam czytanie, i wracałam kilka stron do przodu, żeby sobie wszystko przypomnieć.

Kiedy Kasia pozbierała się z podłogi i zebrała myśli, stwierdziła, że koniecznie musi skorzystać z łazienki, bo albo się posikała, albo wylądowała w czymś mokrym. Na szczęście – choć czy na pewno? – okazało się, że na podłodze była kałuża wody. Pralka znowu przeciekała! Kolejny wydatek… A może już nie? Może sprawię sobie do nowego mieszkania nową pralkę? Bo nowy taboret sprawię sobie na pewno, tego nie da się już uratować.

– Podasz mi moją torbę? – zawołała Kasia z łazienki.

Rozejrzałam się po niewielkim przedpokoju. Torba leżała w kącie. Zabrałam ją i przekazałam siostrze.

Za chwilę Kaśka wyłoniła się z łazienki. Miała na sobie piżamkę w kolorowe serduszka.

– O, jak słodko. – Zaśmiałam się. – Nie przypominasz już nimfomanki.

– Nie bądź taka mądra. Całe szczęście, że u ciebie śpię. Przecież nie mogłabym wrócić do domu w czymś podobnym do tego. – Wskazała moją spódnicę.

– Rzeczywiście, całe szczęście. – Zrobiło mi się troszkę przykro, choć zdawałam sobie sprawę, że nie potrafię dobrać stroju ani do figury, ani do pory roku, ani do obowiązującej mody. Mało tego, zrozumienie różnicy pomiędzy sukienką a spódnicą zajęło mi kilka dobrych lat!

Wkrótce siedziałyśmy na mojej niewielkiej sofie z talerzami pełnymi makaronowej zapiekanki. Zamiast wina piłyśmy jednak herbatę. Miałam rację – półtorej butelki wina na dwie drobne kobiety to aż nadto.

– A tak na serio, siostra, to jaki jest ten Dominik? – zapytałam.

Kasia spojrzała na mnie z politowaniem.

– Jest jak każdy inny facet. Rzuca skarpety koło łóżka, pierdzi przy oglądaniu telewizji i drapie się po dupie, kiedy zagląda do lodówki. Ale jest mój. Rozumiesz? – Odłożyła talerz. – Wieczorem zasypiam przy nim, a gdy się budzę, pyta, czy wolę kawę czy herbatę.

 

– I co wolisz?

– Rano wolę, żeby nikt nic do mnie nie mówił. Chcę się wyspać. Ale kiedy on pyta, to nie ma znaczenia.

– Wiesz, jesteś z nim zaledwie dwa miesiące. Motyle w brzuchu, te sprawy. – Tak, byłam nieco zazdrosna o pierdzenie faceta przed telewizorem.

– Myślisz, że nie wiem? Magda, mam trzydzieści dwa lata i niejedną przygodę za sobą! Ale wiem też, że czas działa na moją niekorzyść. I jeśli teraz nie znajdę kandydata na męża, to podzielę twój status i wspólnie stworzymy nową rodową tradycję.

– A w dodatku nie będzie nam dane przekazać jej kolejnym pokoleniom – zauważyłam rzeczowo.

– A kto powiedział, że nie? Że niby jak zajdę w ciążę, to od razu muszę za mąż wychodzić? – zapytała zdziwiona Kasia. – Idę po to wino, bo czasem nie mogę cię słuchać.

Wyszła do kuchni i po chwili wróciła z nową butelką wina i końcówką poprzedniej. Dopiła resztkę trunku i odstawiła pustą butelkę na dokumenty pozostawione przez pana Stasia.

– Że też my mamy tych samych rodziców – westchnęła. – Jak ty się uchowałaś? Ej, a może ciągle jeszcze jesteś dziewicą? – Spojrzała na mnie czujnie.

Zaczerwieniłam się jak burak. Odłożyłam swój talerz i wybiegłam do kuchni.

Po chwili Kasia stanęła za mną i pogłaskała mnie po plecach.

– Magda, przepraszam… – powiedziała zdławionym głosem.

– Czy to wstyd? – zapytałam, nie odwracając się do niej.

– Wstyd? W życiu! Raczej podziw! W tych czasach utrzymać wianek przez dwadzieścia osiem lat? Wiesz, ja zawsze się śmieję, że jak przez miesiąc nie mam faceta, to znów jestem dziewicą. – Moja siostra desperacko próbowała ratować pogarszającą się atmosferę.

– Ale ja chcę to zrobić dopiero po ślubie… – szepnęłam.

– Czyim? Bo chyba nie swoim! Jak będziesz chciała zrobić to po ślubie, to facet każe ci przyjść do niego po ślubie, rozumiesz?

Milczałam.

– Magda – Kaśka odwróciła mnie do siebie – szanuję to i wierzę, że może ci się udać. Ale w dzisiejszych czasach nie trzeba wychodzić za mąż, bo zaszło się w ciążę. W ogóle nie trzeba wychodzić za mąż. Skoro jest ci dobrze samej, po co to psuć?

– Wiesz, czasem to nawet się zastanawiam, co zrobię, jak po ślubie nie będzie mi się podobało. – Spojrzałam siostrze w oczy.

– Uff… Już się zaczynałam o ciebie martwić. Wszystkiego trzeba spróbować. – Delikatnie pchnęła mnie w stronę pokoju, po drodze zgarniając z szafki korkociąg.

Po chwili znów miałyśmy pełne kieliszki, a Kasia wesoło wznosiła toast:

– Pijemy nasze zdrowie. Kto nam zabroni!

– Kasia, czy Dominik jest tym właściwym? – zapytałam, upijając łyk.

– Tego nie wiem i do końca życia się nie dowiem, jak nie spróbuję. – Ona też przechyliła swój kieliszek. – Ale wiem na pewno, że seks jest dla ludzi. Rany, czuję się, jakbym rozmawiała z nastolatką, a nie z dorosłą kobietą! Jesteś bardzo zakompleksiona. Musimy to zmienić. Oczywiście zaraz po tym, jak wyleczymy kaca!

***

Obudziłam się, czując bezwładny ciężar na twarzy. Dopiero gdy zdjęłam ze swojej głowy ramię Kasi, zdołałam otworzyć oczy. Przez chwilę jednak czułam się jak dzwonnik z Notre Dame – z opuszczoną, sklejoną powieką. Usiadłam ostrożnie, żeby nie obudzić siostry, i rozejrzałam się po pokoju.

Wszędzie walały się brudne naczynia. Maniek raczył się resztkami z jednego z talerzy. Wstałam i na palcach poszłam do kuchni. W przedpokoju zerknęłam w lustro i stanęłam jak wryta. Wczoraj wieczorem widziałam w nim szarą mysz, dzisiaj – obraz nędzy i rozpaczy.

Nastawiłam wodę na kawę, posprzątałam butelki po winie, poznosiłam do zlewu brudne naczynia i uchyliłam okno w pokoju. Zapach strawionego alkoholu, jaki się w nim unosił, kojarzył mi się z meliną, choć nigdy nie byłam w takim miejscu.

Kiedy woda zaczęła bulgotać, zalałam mieloną kawę. Zapach był zniewalający. Maniek zawsze towarzyszył mi przy porannej kawie, dziś jednak siedział na parapecie i korzystał z porannych promieni wiosennego słońca. Ruch jego ogona wyraźnie sugerował, że coś jest za oknem. Podeszłam bliżej. Oprócz dwóch srok skubiących skórkę od chleba zobaczyłam przechodzącą z gracją kicię. Maniek wariował na jej widok. Stuknęłam w szybę, płosząc ptactwo i psując całą zabawę kastratowi, bo kicia też uciekła.

Usiadłam na pralce. Skoro już mi się nie przyda, może chociaż posłużyć jako punkt obserwacyjny. Sąsiedzi właśnie wracali z psami z porannego spaceru, a pan Witek, jak zwykle w sobotę, niósł z piekarni świeże bułki. Pani Lusia szykowała się do pierwszych wiosennych prac w ogródku, a jej niepełnosprawny syn obserwował ją z okna. Ciężko mi będzie się z nimi rozstawać. Mimo że okolicę zamieszkiwali w większości starsi ludzie, czułam się tu znakomicie. Bezpiecznie. Tutaj jakby czas się zatrzymał. Nie było tego biegu, pogoni za pieniądzem, nie było nerwów, stresu. Każdy się do siebie uśmiechał i wszyscy ze sobą rozmawiali. Na przykład wiedziałam, że syn pani Lusi uwielbia zapach bzu, choć rzadko wychodził na zewnątrz. Wiedziałam, że pani Zosia podkochuje się w sąsiedzie z naprzeciwka. A tenże sąsiad specjalnie adoptował psa z pobliskiego schroniska, aby móc częściej wystawać pod oknem pani Zosi. Cudowni ludzie! Pomyśleć, że już za miesiąc nie będę obserwowała zalotów leciwych „nastolatków”. Nie zobaczę już uśmiechu na twarzy syna pani Lusi, kiedy powącha gałązkę bzu z maminego ogródka. Na samą tę myśl robiło mi się przykro.

– Co tak siedzisz, siostra? – Na dźwięk głosu Kasi, która bezszelestnie weszła do kuchni, aż podskoczyłam. – Nie bój się, daj łyk. – Wzięła ode mnie kubek, ale zaraz prychnęła z obrzydzeniem. – Fuj! Fusiara? Nie masz rozpuszczalnej?

– Mam, w szafce nad zlewem. – Pociągnęłam nosem.

– Co ty, płaczesz?

– Nie, tylko się wzruszyłam. – Wytarłam nos w rękaw.

– Oj kochana, my to nie tylko na zakupy pójdziemy, ale jeszcze do poradni. Ty masz kłopoty z emocjami!

– Nie mam kłopotów z emocjami. Po prostu żal mi się stąd wyprowadzać. – Rozchyliłam firankę, żeby pokazać siostrze uroczy obrazek za oknem. Pani Zosia właśnie witała się ze swoim adoratorem.

– Pięknie. Tylko to też nie jest małżeństwo – skomentowała.

Zasłoniłam okno. Na wszystko miała odpowiedź. W dodatku, cholera, znowu miała rację.

– Dobra! – zawołała z nową energię. – Jemy śniadanie, ogarniamy chatę i idziemy na shopping. Przy okazji kupimy gazetę i przejrzymy ogłoszenia o najmie lokali.

– Gazetę? Przecież wszystko jest w internecie. – Chciałam być mądrzejsza.

– Jasne. Taka pani Zosia, chcąc wynająć mieszkanie, wrzuci anons do netu. Oj siostra, siostra…

Cholera jasna. Znowu miała rację.