Tajemnice odporności

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Byłam młoda, obca i niczym nie mogłam się wykazać. Powinnam więc być może przewidzieć, że niektórzy będą wywracać oczami lub wzruszać ramionami, ale mocno mnie to dotykało. Nie pomagał fakt, że zanim zaczęłam pracę na dobre, musiałam pokonać jeszcze sporo barier.

Potrzebowałam środków na badania i pisałam wniosek za wnioskiem. Skapywało po kilka tysięcy od tego czy innego funduszu naukowego, jednak było to zdecydowanie za mało, by sfinansować moje pierwsze badania. Medyczne projekty badawcze kosztują miliony koron, a choroby autoimmunologiczne nie lądują na szczycie listy u osób, które decydują o finansach. W Stanach Zjednoczonych na takie choroby cierpi ponad dwadzieścia milionów ludzi. Dla porównania ze zdiagnozowanym rakiem żyje ich mniej więcej piętnaście milionów. Mimo to władze odpowiedzialne za ochronę zdrowia przeznaczają dziesięć razy więcej pieniędzy na badania nad rakiem niż na badania chorób autoimmunologicznych. Taką samą tendencję obserwuje się w innych krajach.

Zdobycie dla siebie kawałka tego tortu jest trudne nawet dla uznanych profesorów. Dla świeżej i nieznanej badaczki to trochę tak, jak wkroczyć na salę operacyjną w pierwszym dniu studiów i poprosić o skalpel.

Marzenie mogło rozpaść się w pył, zanim jeszcze zaczęła się jego realizacja. Jeśli nie uzyskam środków, nic z tego nie będzie. Spływały kolejne odmowy. Próbowałam nawet we wszystkich firmach farmaceutycznych, które sprzedawały leki hormonalne, wszystkie jednak odmówiły. Czułam się, jakby ktoś nieustannie wysyłał mi drobne komunikaty: Nie nadajesz się. Zapomnij o tym.

I znów ogarnęły mnie wątpliwości. Czy moje marzenie to jedno wielkie urojenie? Kto chciałby dawać pieniądze debiutantce z szalonymi pomysłami, w które nikt naprawdę nie wierzył? Może powinnam się po prostu poddać i skupić na stworzeniu normalnej codzienności w nowej ojczyźnie. Pieniądze dostaje ten, kto się podporządkuje.

Badacze muszą sami się finansować, więc przez pierwsze miesiące pracowałam bez wynagrodzenia. Uzależnienie od utrzymywania mnie przez Robina z czasem stało się uciążliwe. Dyrektor szpitala zauważył, że sytuacja jest trudna i pewnego dnia zabrał mnie do swojego biura.

– Ile potrzebujesz? – Popatrzyłam na niego pytająco.

– Musisz z czegoś żyć – powiedział. – Dostaniesz więc od nas wynagrodzenie dla początkującego.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale zawsze byłam nieskończenie wdzięczna za to wsparcie, jakie otrzymałam w trudnym, początkowym okresie w Betanien Hospital. Nie z powodu pieniędzy, ale dlatego że na tyle mi ufali, by w ten sposób wyciągnąć do mnie rękę. Ułatwiło to wytrzymanie wlokących się w nieskończoność procedur rozpatrywania wniosków o dofinansowanie badań.

Pewnego zimnego, listopadowego dnia byłam na kursie z immunologii. Razem z kilkoma kolegami ze szpitala wyszliśmy podczas przerwy się przewietrzyć. Buchająca z ust para sprawiała, że stojąc i niezobowiązująco rozmawiając przed wejściem, wyglądaliśmy jak palacze bez papierosów. W kieszeni zadzwonił mi telefon.

– Cześć – powiedział Robin. – Dostałaś dziś list.

Słyszałam po głosie, że się uśmiecha. List był od jednej z dużych instytucji finansujących badania naukowe w Norwegii. Przeszły mnie ciarki. Wstrzymałam oddech.

– Dali ci pół miliona koron – powiedział Robin.

Upadłam na kolana jak piłkarz w szale radości po zdobyciu gola. Robin wciąż paplał po drugiej stronie linii, ale ja już wyłączyłam się z tej rozmowy. Odczuwałam najczystszą radość i ulgę. Mróz zaczął dobierać mi się do kolan. Kilka metrów dalej widziałam zaniepokojone spojrzenia kolegów. Podnios­łam się; zarumieniłam się z wrażenia.

– Dostałam pieniądze – powiedziałam i otrzepałam spodnie. – Pieniądze na rozpoczęcie projektu.

Pedantka i męczydusza

Plan badań zakładał pobranie próbek krwi od dwudziestu pacjentów z RZS i takiej samej liczby osób zdrowych – aby mieć z czym porównywać. Miałam zmierzyć ilość wielu hormonów, a także zmierzyć liczbę różnych molekuł w układzie odpornościowym[1]. Następnie chciałam zobaczyć, czy któreś z tych hormonów wydają się powiązane ze szkodliwą reakcją odpornościową występującą w RZS.

W tym czasie wszystko było dla mnie nowe. Musiałam się dowiedzieć, jakich metod mogę użyć, poznać pułapki, na które muszę uważać, oceny etyczne i zatwierdzenia – przeznaczałam całe dnie i noce na zbieranie danych o metodzie badawczej. W świecie nauki każda droga jest pełna zaułków. Aby donieść ładunek do domu, nie można używać wyboistych skrótów.

Próbki krwi musiałam pobierać w dokładnie określonym czasie i we właściwy sposób. Tylko wtedy można było polegać na wynikach. Jeśli pacjent nie mógł przybyć do szpitala, jechałam do niego do domu. Zdarzyło się, że musiałam przemierzyć w obie strony dwieście kilometrów do Kviteseid tylko po to, by o właściwej godzinie wziąć próbkę. Nie mogłam sobie pozwolić na błędy. Jeśli ktoś zgłosił, że spóźni się o godzinę, biegłam do samochodu. Niedługo potem stałam już, przestępując z nogi na nogę przed drzwiami tej osoby z naczyniami i strzykawkami pod pachą.

W laboratorium byłam prawdziwym utrapieniem. Laboranci musieli obrabiać moje próbki krwi w niesłychanie dokładny sposób, bo w przeciwnym razie nie nadawały się do przechowywania i testowania. W Betanien Hospital nie byli przyzwyczajeni do tego typu próbek, dla których procedury różnią się od stosowanych do prób pobieranych w gabinetach lekarskich. Dlatego przechadzałam się nerwowo po laboratorium ze wzrokiem przyklejonym do bezcennych buteleczek z krwią, tak jakby zbliżało się trzęsienie ziemi.

– Teraz musimy wirować próbki przez dwie minuty – gestykulowałam, gdy sprawy się przeciągały. Jeśli minęła jeszcze minuta, zaczynałam wisieć nad laborantami.

Trzeba jednak dodać, że sama czasami popełniałam błędy. Pierwszą pacjentką w badaniu była Linda. Być może nie miała pewności co do tego, na co się zgodziła, kiedy po raz pierwszy pobierałam od niej krew. Po prostu nie miałam pojęcia o sprzęcie do pobierania próbek. Był zupełnie inny niż ten, do którego się przyzwyczaiłam i nie przetestowałam go wcześniej. Ostatecznie musiałam, nieco sfrustrowana, zapytać, czy nie mógłby tego za mnie zrobić jeden z laborantów. Linda najwyraźniej nie dała się przestraszyć, bo kontynuowała współpracę w badaniu.

Przez lata nawiązałam bliskie relacje z wieloma pacjentami. Ważne jest pamiętanie o tym, kto naprawdę odgrywa główną rolę w twojej pracy. W nauce nie chodzi o sukces czy uznanie dla samego badacza, ale przede wszystkim o pacjentów. A tym zależy przede wszystkim na jednym – możliwości poprawienia stanu ich zdrowia.

Kiedy realizowałam program badawczy w 2005 roku, poproszono mnie o przedstawienie pracownikom szpitala prezentacji na temat hormonów i układu odpornościowego. W przypominającej stołówkę sali opowiadałam pielęgniarkom i lekarzom o tym, nad czym pracuję. Na ostatniej ilustracji napisałam: „Hormony immunoregulacyjne: przyszłość?”.

„Czy za kilka lat będziemy mogli leczyć choroby autoimmunologiczne, wpływając na układ hormonalny?” Takie pytanie rzuciłam w przestrzeń. Mam nadzieję, że badanie, które prowadzę, kiedyś będzie coś znaczyć dla codzienności pacjentów. Lekarze chcą przede wszystkim dostawać więcej możliwości leczenia, potwierdzały to zaciekawione spojrzenia rzucane z sali.

– Potrzeba na to 10–15 lat – powiedziałam do odzianego na biało zbiorowiska. – A wtedy to nie ja będę prowadzić te badania, zajmie się tym przemysł farmaceutyczny – zakończyłam z uśmiechem. To prawda, lubiłam wielkie marzenia, ale jednocześnie byłam realistką. Istnieją granice tego, co sama mogę zrobić.

Załamanie

„Była to najlepsza i najgorsza z epok” – brzmi najsłynniejsze sformułowanie Karola Dickensa. Mocno się z nim identyfikowałam w ciągu pierwszych szalonych miesięcy badania. Entuzjazm i samotność. Byłam w nowym kraju, uczyłam się nowego języka, pracowałam w nowym szpitalu i nigdy wcześniej nie zajmowałam się tego typu badaniami. Mimo otrzymywania wskazówek z Rikshospitalet w Oslo do większości rzeczy musiałam dojść sama. Hormony i RZS nie były uznawane za pociągający temat badań i nikt z mojego otoczenia nie miał zbyt wiele do powiedzenia w tej dziedzinie. Czasami miałam uczucie, jakbym stała na grani i wołała w rozpaczy o pomoc, wiedząc, że odpowie mi tylko echo.

Presja, stres i samotność związane z wykuwaniem własnego losu odbierały mi siły. Urodziłam drugie dziecko, a większość rodziców wie, jak szalony jest to okres. Codzienność składała się z próbek krwi, nieustannego krzątania się po labo­ratorium, nocy nad książkami o metodzie badawczej, dużych projektów remontowych w domu oraz życia rodzinnego. W środku tego wszystkiego pojawił się niespodziewany gość. Do Porsgrunn przyjechał razem z żoną Roger Bucknall, mój mentor z czasów studenckich w Liverpoolu.

Zawładnął mną niepokój, rzucałam się jak ryba w sieci. Bucknall był jak zwykle uosobieniem przyjazności i z zainteresowaniem pytał o to, czym się zajmuję. Tak bardzo chciałam pokazać, że dobrze sobie radzę, ale zamiast tego niepokoiłam się o to, że z pewnością oczekiwałby o wiele więcej od tej obiecującej studentki z liverpoolskich czasów. Bucknall był przypomnieniem o ryzyku, które podjęłam i o wszystkich możliwościach, które odrzuciłam przez własny upór. Podczas obiadu myśli tańczyły w mojej głowie szalony taniec. Nieustannie wypadałam z toku rozmowy. Robin panował nad sytuacją, najlepiej jak potrafił. To zupełnie okropne – pomyślałam sobie.

– Wszystko w porządku, Anita? – spytał Robin, kiedy się kładliśmy spać. Wyglądał na bardzo zaniepokojonego. Uśmiechnęłam się i zbagatelizowałam sprawę. Oczywiście, że wszystko jest w porządku.

– Miałam dużo pracy – powiedziałam tylko i położyłam głowę na poduszce.

Tej nocy nie spałam. Po dwóch godzinach wstałam i wyszłam do sąsiedniego pokoju. Coś we mnie pękło. Usiadłam na brzegu łóżka, jakby w transie. W głowie nieustannie słyszałam to pytanie: Co ja najlepszego robię? Nie należę do tych, którzy panikują, ale siedziałam tam, łapiąc gwałtownie powietrze i poddając się rozpaczy. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że bez siatki zabezpieczającej wszystko może runąć. Wkrótce miałam otrzymać wyrok. Wyniki pochodzące z próbek krwi pobranych od pacjentów miały pokazać, czy wszystko to na próżno. Przyszły w końcu i były dużym zaskoczeniem, które zmieniło całą przyszłość.

 

Jednak aby zanalizować wyniki, najpierw musiałam zrozumieć układ odpornościowy. Poznać zasady funkcjonowania tej armii, którą mamy w sobie i powody jej sypania się raz na jakiś czas.

Ciało w stanie wojny

Układ odpornościowy ma niezwykłą zdolność do chronienia

nas przed infekcjami dzięki umiejętności zabijania

mikroorganizmów chorobotwórczych. Moc ta może działać

jak obosieczny miecz. Jeśli umiejętność zwalczania

zakażeń uderzy w złym kierunku, konsekwencje dla ciała

mogą być całkowicie wyniszczające.

William E. Paul w książce Immunity

Układ odpornościowy składa się z komórek, które mają do wykonania różne funkcje. Wylęgarnią tych komórek jest szpik znajdujący się wewnątrz kości. Tutaj na świat przychodzą zarówno czerwone, jak i białe ciałka krwi. Bardzo dużo się tu dzieje. W każdej sekundzie szpik produkuje ponad dwa miliony czerwonych ciałek krwi, które przenoszą tlen w organizmie. Do tego mamy miliardy białych ciałek, które są nieustannie wymieniane na nowe. Właśnie te białe ciałka są komórkami układu odpornościowego.

Komórki odpornościowe to żołnierze naszego ciała, którzy chronią nas przed atakami. Klasycznym agresorem jest bakteria. Paciorkowiec typu A to sprawca zdecydowanie najczęstszych infekcji, jakie nam grożą. Powoduje różne choroby, takie jak zapalenie gardła i liszajec zakaźny. Bakteria ta przypomina sznur pereł, a do ciała dostaje się przez płyny ustrojowe lub kontakt ze skórą. Układ odpornościowy woli zatrzymywać wrogów już w drzwiach, jeśli jednak się przez nie przebiją, trzeba będzie uniemożliwić im rozprzestrzenianie się. Paciorkowce muszą przekroczyć zaawansowane przeszkody i przeżyć wiele śmiertelnych ataków, aby inwazja się powiodła.

Ciało jest jak kraj, w którym wojsko broni granic przed agresją. Pierwszą przeszkodą jest mur graniczny, zewnętrzna tarcza oddzielająca nas od środowiska. Można pomyśleć, że najważniejszym murem jest skóra, stanowi ona jednak zaledwie niewielką część powierzchni, która wymaga ochrony. Największym obszarem są błony śluzowe pokrywające układ trawienny, oddechowy oraz organy płciowe. Jeśli rozłożymy skórę na płasko, zajmie dwa metry kwadratowe, podczas gdy wewnętrzne powierzchnie błon śluzowych przykryłyby ich mniej więcej czterysta.

Śluz, ślina i łzy spłukują nieproszonych gości. Zdarza się jednak, że paciorkowiec nie da się zatrzymać i prześlizgnie się przez te pierwsze przeszkody. Po drugiej stronie czekają wojska ochrony pogranicza.

Wojska obrony terytorialnej

Pogranicznicy muszą rozpoznać, kto jest niebezpiecznym wrogiem, a kto przyjacielem, którego można przepuścić. Ważne dla życia substancje pochodzące z jedzenia i napojów również są elementami obcymi. Zjedzenie hamburgera czy jabłka nie powinno wywołać wojny w pełnej skali. Dlatego ważne jest posiadanie inteligentnych służb ochrony pogranicza.

Najbardziej znanym strażnikiem jest makrofag. „Makro” oznacza duży, podczas gdy „fag” pochodzi od greckiego słowa oznaczającego jedzenie. Jest to więc wielki pożeracz. Dla paciorkowca, który przeskoczył przez graniczny mur, makrofagowy potwór musi być przerażającym widokiem. Wyciąga ramiona i wpycha w siebie bakterię jak prawdziwy przysmak. Wewnątrz paciorkowiec otrzymuje trujący koktajl, który go zabija. Jako strażnicy funkcjonuje wiele komórek pomagających makrofagom w pracy. Do tego dochodzi cała armada śmiertelnie groźnych białek, stanowiących ważną część sił wczesnego reagowania – jest to tak zwany układ dopełniacza.

Jeśli to nie wystarczy, strażnicy wzywają pomoc, wysyłając do krwi sygnały alarmowe. Tam teren patrolują niezliczeni żołnierze, których nazywamy granulocytami obojętnochłonnymi (neutrofilami). Ludzkie ciało wytwarza ich codziennie mniej więcej sto miliardów. Kiedy odbiorą sygnał alarmowy, szybko reagują i rzucają się na pole bitwy. Podobnie jak makrofagi, pożerają wroga, ale jeszcze skuteczniej. Robią nawet swoją własną sieć, którą chwytają i zabijają bakterie. Gdyby ci żołnierze panoszyli się po ciele przez dłuższy czas, byłoby to groźne dla naszego życia. Dlatego nie żyją długo. Umierają po kilku dniach od narodzin.

Istnieje wiele typów strażników granicznych i żołnierzy, a każdy z nich pełni różne funkcje. Cel jest jednak ten sam – szybkie zareagowanie obroną o szerokim spektrum. Ci żołnierze szybkiego reagowania stanowią wrodzony układ odpornościowy. Duże jego części są już na miejscu, gdy przychodzimy na świat. To wojska obrony terytorialnej ciała, które szybko się mobilizują, ale nie mają najbardziej zaawansowanej broni. Tego typu mechanizmy obronne znajdujemy u wszystkich roś­lin i zwierząt, jest to prastary system. Prawdopodobnie zbliżone mechanizmy występowały w pierwszych na świecie organizmach wielokomórkowych.

W książce How the Immune System Works znalazłam świetny przykład na to, jak ważna jest błyskawiczna odpowiedź sił szybkiego reagowania. Bakteria jest w stanie nieustannie się dzielić, tworząc nowe. W ten sposób ciągle podwaja się ich liczba. To tak jak w legendzie o szachownicy, której wynalazca prosi swojego władcę o wynagrodzenie za tę wspaniałą grę. Chciałby dostać jedno ziarnko ryżu za pierwsze pole na szachownicy, dwa za następne, potem cztery, osiem, szesnaście i tak dalej. A więc za każde następne pole dwa razy więcej niż za poprzednie. Szachownica ma sześćdziesiąt cztery pola, a wynalazca dostaje górę ryżu większą niż Mount Everest. Uświadamia to potęgę wzrostu opierającego się na podwajaniu.

U bakterii rozród odbywa się w taki sam sposób. Jeśli pojedynczy egzemplarz wniknie do ciała i dzieli się co pół godziny, w ciągu doby bakterii będzie już sto bilionów. Ciało zostanie zalane bakteriami. Bez wrodzonego układu odpornościowego nie przetrwalibyśmy długo.

Oddziały wojsk obrony terytorialnej wykańczają wielu agresywnych wrogów, co powoduje zatrzymanie reakcji odpornościowej. Co się jednak stanie, jeżeli uparty paciorkowiec przebije się przez pierwszą linię oporu? Na szczęście czeka na niego wtedy cała armia specjalnych żołnierzy.

Siły elitarne

W wyniku ewolucji powstały wyspecjalizowane siły obronne, które nazywamy odpornością nabytą. Są to specjalni żołnierze ciała. Układ ten nie jest wrodzony, jest to coś, co ciało trenuje w dzieciństwie i młodości.

Jeśli paciorkowiec przeniknie przez granicę, wiele komórek układu odpornościowego zaczyna bić na alarm. Odsłaniają twarz paciorkowca i się oddalają. Wskazują cel żołnierzom, mówiąc: „Tak wygląda nieprzyjaciel!”. Intruz, który powoduje reakcję układu odpornościowego, nazywa się antygenem. W tym przypadku antygenem jest twarz paciorkowca. Ci specjalni żołnierze dzielą się ogólnie na dwie różne grupy: limfocyty T i limfocyty B. Są tak wyspecjalizowani, że atakują wyłącznie wroga, do którego rozpoznawania zostali wyszkoleni. W przyrodzie występuje niezliczona liczba antygenów – bakterie, wirusy, pasożyty i inne paskudztwa. Ciało ćwiczy tych żołnierzy w rozpoznawaniu każdego z nich. Tylko w ten sposób można zapewnić obronę przed wszelkimi możliwymi zagrożeniami.

Mówiąc w uproszczeniu, istnieją limfocyty T i limfocyty B dla wszystkich możliwych intruzów występujących na Ziemi, a nawet na Marsie, gdybyśmy kiedykolwiek tam dotarli. W ciągu ludzkiego życia do ciała wniknie tak naprawdę jedynie drobny ułamek tych wrogów. Oznacza to, że znakomita większość specjalnych żołnierzy nigdy nie spotka swojego antygenu i przez całe życie pozostanie nieaktywna. To tak jak Superman, który niestrudzenie lata wokół, nigdy nie spotykając Lexa Luthora.

W każdej chwili mamy w ciele około trzystu miliardów limfocytów T i trzech miliardów limfocytów B. Zaledwie mikroskopijna ich liczba jest wyćwiczona do rozpoznawania paciorkowca. Jest ich więc zbyt mało, by odeprzeć atak, muszą zatem wyciągnąć asa z rękawa. Kiedy posłańcy znajdą odpowiednie limfocyty T lub B, dzieje się coś niezwykłego. Zabójcy paciorkowców rozpoczynają masową produkcję wiernych kopii samych siebie. W krótkim czasie mobilizowana jest armia klonów, z których każdy potrafi wywęszyć paciorkowca. W ciągu niecałego tygodnia każdy limfocyt potrafi wytworzyć tysiące swoich kopii. Potem ruszają one na wojnę.

Limfocyty T i B działają na różne sposoby. Kiedy wrogiem jest bakteria, na przykład paciorkowiec, do ataku przystępują przede wszystkim limfocyty B. Produkują one broń, którą nazywamy przeciwciałami. Przeciwciała funkcjonują jak psy gończe wypuszczone w kierunku celu, do którego atakowania są wyszkolone. Gdy znajdą paciorkowiec, przyczepiają się do niego. Następnie wzywają inne komórki, które zabijają bakterię, albo też biorą wroga w niewolę i unieszkodliwiają go.

Limfocyty T występują natomiast w wielu odmianach. Jedna z grup to szwadron śmierci, który atakuje zakażone komórki i zabija je. Wirusy atakują w inny sposób niż bakterie. Muszą przechwycić jedną z komórek ciała, aby następnie zmusić ją do produkowania wielu kopii wirusa. Szwadron śmierci potrafi wykryć, że komórka została przejęta przez wirus, a następnie wyeliminować ją. Z tego względu te limfocyty T mają ogromne znaczenie dla uniemożliwiania rozprzestrzeniania się wirusów.

Dodatkowo mamy grupę, która otrzymała nazwę limfocytów Th – pomocniczych. Pełnią one funkcję kapitanów, którzy wydają rozkazy i pomagają innym komórkom układu odpornościowego w koordynowaniu ataku. Jeśli komórki te nie funkcjonują, dzieje się źle. Przykładem jest choroba AIDS, w której wirus HIV niszczy te pomocnicze limfocyty. Bez leczenia pacjent umiera, ponieważ cały układ odpornościowy się rozpada.

Ostatnią grupą są limfocyty regulatorowe. Dbają one o to, by armia nie przesadziła z intensywnością ataku, między innymi hamują nadmierne reakcje przeciwzapalną i nadwrażliwości. Jak korpus pokoju przybywają i wołają, że niebezpieczeństwo minęło i pora zakończyć walkę. Bez nich wojna może wymknąć się spod kontroli. Limfocyty T odgrywają absolutnie najważniejszą rolę w hamowaniu chorób autoimmunologicznych.

Rzadko występujący zespół IPEX ilustruje to, jak źle mogą potoczyć się sprawy, gdy limfocyty regulatorowe nie działają. Schorzenie to dotyka wyłącznie chłopców, a wynika z mutacji genu odpowiedzialnego za normalny rozwój tych komórek. U chłopców z IPEX limfocyty regulatorowe nie działają tak, jak powinny, a efektem jest cały szereg chorób autoimmunologicznych. Jeśli dziecko nie będzie leczone, zazwyczaj umiera w ciągu dwóch lat.

Takie dramatyczne efekty źle funkcjonującego korpusu pokoju mówią nieco o tym, jak ważne jest hamowanie reakcji autoimmunologicznych. Jest to również powodem tego, że siły specjalne muszą przejść mordercze szkolenie w akademii wojskowej, bo stawką jest życie.

Obóz szkoleniowy

Specjalni żołnierze mogą wpaść w szał i atakować własne ciało. Jest to cena, którą płacimy za posiadanie limfocytów T i B, potrafiących rozpoznawać wszelkich możliwych intruzów. Związana z tym nieuchronnie olbrzymia zmienność sprawia, że niektóre z nich mogą zostać źle zaprogramowane – w taki sposób, że atakują nasze własne ciało. Aby tego uniknąć, limfocyty muszą przejść gruntowne szkolenie. Trening odbywa się w grasicy i szpiku kostnym, od których limfocyty wzięły swoje nazwy. T – thymus (grasica) – to niewielki organ znajdujący się za mostkiem. B – bone marrow (szpik kostny) – znajduje się w kościach długich.

Końcowy egzamin sił specjalnych odbywa się na strzelnicy. Pewnie widziałeś w telewizji, jak trenują żołnierze: przechodzą z pomieszczenia do pomieszczenia, gdzie regularnie pojawiają się kartonowe figury przedstawiające różne postacie – od terrorystów i partyzantów po ludzi starszych i dzieci. Chodzi więc o strzelanie do odpowiednich celów. Mniej więcej tak samo wygląda egzamin komórek odpornościowych. Tyle tylko, że zamiast kartonowych figur babć i dzieci podstawia się własne komórki i cząsteczki ciała.

Egzamin zdają wyłącznie ci żołnierze, którzy precyzyjnymi strzałami trafiają we wrogów, a więc w groźne bakterie, wirusy i innych niebezpiecznych intruzów. Ci, którzy podczas szkolenia trafiają każdą kulą między oczy figury paciorkowca, to ci sami specjalni żołnierze, którzy ruszają na wojnę, kiedy paciorkowce rzeczywiście zaatakują.

 

Te natomiast z limfocytów T i B, które strzelają do własnych komórek lub cząsteczek, oblewają ten egzamin. Prawda jest nieco bardziej brutalna – zostają zlikwidowane. To dosłownie mordercze szkolenie. Ciało pozbywa się tych komórek odpornościowych, które mogą je atakować. Nazywa się to selekcją negatywną i jest najważniejszym mechanizmem pozwalającym uniknąć reakcji autoimmunologicznych.

Mimo ostrego reżimu część kiepskich żołnierzy potrafi wymknąć się z obozu i ujść z życiem. Dlatego właśnie istnieje więcej mechanizmów zabezpieczających przed reakcjami auto­immunologicznymi, na przykład kontrola prowadzona przez regulatorowe limfocyty T. Wszystkie te kontrolne funkcje istnieją po to, by żołnierze nie atakowali własnych obywateli. W języku fachowym nazywa się to tolerancją immunologiczną.

Kontrola ta może jednak zawodzić, co często prowadzi do zawalenia się komunikacji w armii. Żołnierze otrzymują rozkazy, których nigdy nie powinni dostać.

Gońcy

Limfocyty T i B to wspaniali żołnierze, ale muszą otrzymywać wyraźne rozkazy. Układ odpornościowy dysponuje więc armią gońców, którzy roznoszą informacje po polu bitwy, w ogniu walki. Gońcy ci nazywają się cytokinami. Poza hormonami to właśnie takie cytokiny mierzyłam w moim badaniu. Jedne i drugie są posłańcami przenoszącymi wiadomości z jednego miejsca w ciele do innego. Gdybyśmy żyli w świecie, w którym nie ma możliwości komunikowania się, zapanowałby chaos. Podobnie ciało, by przetrwać, jest całkowicie uzależnione od posłańców.

Hormony produkowane są w gruczołach znajdujących się w ciele i często pokonują duże odległości, by przenieść informacje we właściwe miejsce. Na przykład do organu, który znajduje się w zupełnie innym miejscu niż hormon. Dla cytokin, gońców, praca jest bardziej lokalna. Jeśli siedzę w biurze i mam do przekazania wiadomość koledze pracującemu po drugiej stronie korytarza, nie będę do niego pisać listu, tylko użyję nóg. Jeśli jednak mam skomunikować się z kolegą po fachu w Nowym Jorku, spacer raczej nie będzie pierwszym wyborem. Mówiąc w uproszczeniu, cytokiny wędrują między biurami w miejscu pracy, podczas gdy hormony to e-maile zapewniające komunikację z odbiorcami znajdującymi się dalej.

Kiedy układ odpornościowy walczy z wrogiem, pojawia się stan zapalny. Na polu bitwy dobra komunikacja między komórkami to sprawa życia i śmierci. Dlatego komórki produkują cytokiny, by przekazywać wiadomości innym, znajdującym się w pobliżu komórkom. W obszarze zapalnym roi się od różnych gońców, którzy roznoszą rozkazy do właściwych miejsc. Koordynują wszystko to, co się dzieje.

Komórka odpornościowa komunikuje się poprzez receptory znajdujące się na jej powierzchni. Pełnią one funkcję dziurek od klucza. Dokładnie tak samo, jak listonosz potrzebuje kluczy do skrzynki pocztowej, ci gońcy również mają swoje klucze. Przekazują wiadomości wyłącznie do tych komórek, do których mają klucz. Daje to gwarancję, że informacja dotrze do odpowiedniego adresata.

Cytokiny i hormony pełnią najważniejszą funkcję we wszystkim, co dzieje się w ciele. Dlatego są oczywiście również ważne, gdy zachorujemy. Jeśli chodzi o choroby autoimmunologiczne, cytokiny znajdują się w centrum uwagi naukowców od ostatnich trzech dziesięcioleci. W ciele znajdują się setki różnego typu cytokin, które uruchamiają przeróżne reakcje. W moim badaniu szczególnie ważna była jedna – czynnik martwicy nowotworu, w skrócie TNF.

TNF to najważniejszy goniec w przypadku RZS. Ma kierownicze stanowisko wśród cytokin i steruje ważnymi częściami reakcji zapalnej. W RZS gońcy TNF stali się łobuziakami, którzy biczują układ odpornościowy, by pracował ciężej. Powodują powstawanie stanu zapalnego w miejscach, gdzie nie ma do tego żadnego powodu. U osoby, która była zdrowa, pojawiają się bóle i opuchlizna stawów. TNF zmusza komórki odpornościowe do atakowania w ciągle nowych stawach i RZS się rozszerza.

Ci agresywni chłopcy otrzymują jednak rozkazy z góry. Tego, kto zajmuje najwyższe stanowiska w tej autoimmunologicznej mafii, samego ojca chrzestnego, który pociąga za wszystkie sznurki, nie znamy. Jeśli go znajdziemy, to być może okaże się on decydującym kawałkiem układanki, dzięki któremu znajdziemy przyczynę RZS.

Podsumowując to wszystko: mamy wrodzony układ – wojska obrony terytorialnej – który błyskawicznie reaguje na atak. Kiedy to nie wystarczy, ciało może sięgnąć po siły specjalne, którymi dysponuje – armię specjalnych żołnierzy i bardziej zaawansowaną bronią – limfocyty T i B. Są one szkolone przez okres dzieciństwa i młodości, dzięki czemu układ odpornościowy staje się coraz silniejszy w pierwszych latach życia[2].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?