Ostatni samurajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pe­te­lic­ki słu­żył wów­czas tej sa­mej Pol­sce, z któ­rej Pan mu­siał wy­je­chać, otrzy­maw­szy bi­let w jed­ną stro­nę. Nie ro­bił mu Pan z tego ty­tu­łu żad­nych uwag?

Prze­cież to mój ko­le­ga z chmur­ne­go dzie­ciń­stwa! Co mnie ob­cho­dzi, co on robi?! To w ogó­le nie ma nic do rze­czy. Sła­wek po­szedł na pra­wo, za­wzię­ty był z nie­go fa­cet, całe ży­cie chciał być kimś wiel­kim, kimś z wy­wia­du. Dla mnie to mo­gła być dzie­ci­na­da, ot, ka­pi­tan Kloss na tro­pie to­wa­rzy­sza Klu­ski, ale on o tym ma­rzył. Pa­mię­tam, jak pierw­szy raz je­chał na pla­ców­kę do Ame­ry­ki, to były lata sie­dem­dzie­sią­te. Wpu­ści­li mnie do Pol­ski, bo mu­sia­łem wziąć udział w pro­ce­sie o cór­kę Agniesz­kę. Sła­wek się aku­rat że­nił i wy­bie­rał do USA na trze­cie­go kon­su­la. Nie­ste­ty, jego mał­żeń­stwo się nie utrzy­ma­ło. W od­róż­nie­niu od Sław­ka jego żona Ma­ryl­ka była opa­no­wa­nym, spo­koj­nym czło­wie­kiem. Sła­wek był rap­tus i wi­dział tyl­ko dwa ko­lo­ry: bia­ły i czar­ny. Py­ta­łem go: „Sław­ku, a co jest po­środ­ku, mię­dzy tym bia­łym a czar­nym?”. „Czoł­gi!” – od­po­wia­dał grom­ko (śmiech).

Wie­dział Pan wte­dy, że był szpie­giem?

Wia­do­mo było już na stu­diach, że Sła­wek pcha się do ta­kiej ro­bo­ty. On tego na­wet przed ni­kim nie ukry­wał. Wia­do­mo było, że wcze­śniej czy póź­niej to osią­gnie. To był jego mo­tor, on tak chciał.

Wróć­my do tego spo­tka­nia po la­tach w am­ba­sa­dzie pol­skiej w Sztok­hol­mie. Co Pan ro­bił na tym przy­ję­ciu?

Do am­ba­sa­dy się nie pcha­łem (śmiech). To już ra­czej am­ba­sa­da usi­ło­wa­ła za­bie­gać o nas, emi­gran­tów z 1968 roku. Po­wo­li za­czy­na­ły się inne cza­sy. Do świa­do­mo­ści lu­dzi do­cie­rał fakt, że po­zba­wia­nie lu­dzi oby­wa­tel­stwa za po­cho­dze­nie było prze­ja­wem an­ty­se­mi­ty­zmu. A to pla­ma na ho­no­rze na­ro­du. Ta­kich rze­czy się nie robi.

Od­zy­skał Pan pol­skie oby­wa­tel­stwo?

Nie sta­ra­łem się o to.

Jaką po­zy­cję miał Pan w la­tach osiem­dzie­sią­tych w Sztok­hol­mie?

Cał­kiem nie­złą. Szyb­ko ją zdo­by­łem. Ku­po­wa­li­śmy z bra­tem Ma­ria­nem ka­wiar­nię po ka­wiar­ni, ku­po­wa­li­śmy pie­kar­nie, ho­tel, za­trud­nia­li­śmy oko­ło set­ki lu­dzi. Wszyst­kie te lo­ka­le mie­ści­ły się w cen­trum Sztok­hol­mu. W tam­tych la­tach moja po­zy­cja eko­no­micz­na była po­rów­ny­wal­na z ży­ciem kre­zu­sa. Dziś je­stem już na eme­ry­tu­rze, już mnie biz­ne­sy mało in­te­re­su­ją. Ale w tam­tym cza­sie i am­ba­sa­da, i kon­su­lat za­czy­na­ły kom­bi­no­wać, aby nas do sie­bie przy­cią­gnąć. W koń­cu by­li­śmy naj­wier­niej­szą pu­bli­ką. Być może znaj­do­wa­li się wśród nas lu­dzie, któ­rzy wy­jeż­dża­jąc z Pol­ski, trza­snę­li drzwia­mi. Ale nie ser­cem. Ser­ca nie da się za­mknąć. No i czu­li­śmy już to inne na­sta­wie­nie. Kon­su­lem ge­ne­ral­nym był wte­dy Wi­told Ryb­czyń­ski, zaj­mo­wał się Po­lo­nią, spor­tem, wcze­śniej był na pla­ców­ce w Lon­dy­nie i z Wiel­kiej Bry­ta­nii przy­wiózł ów świe­ży po­wiew. Czu­ło się, że jest in­a­czej. Wiał już nowy wiatr, tyl­ko nie wszy­scy wie­dzie­li skąd. Po­li­tycz­ne za­gryw­ki nig­dy nie in­te­re­so­wa­ły Sław­ka tak, jak in­te­re­so­wa­ło go szpie­go­stwo. Przy­po­mnia­ła mi się taka hi­sto­ria. To już było na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kie­dy tro­chę wspo­ma­ga­łem Erics­so­na, któ­ry jako do­staw­ca pierw­szych te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, głów­nie dla woj­ska i służb, od­niósł w Pol­sce suk­ces. Z tej oka­zji Erics­son wy­dał przy­ję­cie. Z wiel­ką pom­pą. W Zam­ku Kró­lew­skim, ban­kiet taki, że gło­wa boli. I wy­obraź­cie so­bie – spo­ty­kam tam Sław­ka. By­li­śmy za­pro­sze­ni z zu­peł­nie in­ne­go klu­cza, bo ja przez Szwe­dów. Ba­lan­ga się roz­krę­ca, ale Sła­wek za­wsze był czuj­ny. Wy­pi­jał wpraw­dzie duże ilo­ści piwa, ale sam też był duży i piwo szyb­ko przez nie­go prze­pły­wa­ło. Bo kie­dy już ru­szał na moc­niej­sze al­ko­ho­le, to róż­nie by­wa­ło. Ale wte­dy spo­ty­kam go na przy­ję­ciu, sto­imy w gru­pie: wi­ce­mi­ni­ster Zdzi­sław Skor­ża, ge­ne­rał Ga­wor od bez­pie­czeń­stwa, jesz­cze je­den wi­ce­mi­ni­ster, Sła­wek i ja. Wszyst­kie chło­pa­ki jak dzia­ła – na­wa­lo­ne. I za­czy­na Sła­wek, lek­ko obu­rzo­nym to­nem, zwra­ca­jąc się do de­cy­den­tów: „W swo­im cza­sie, jak pra­co­wa­łem u was…”. Zna­czą­co za­wie­sza głos. To były, wie­cie, ta­kie jego za­gryw­ki. I koń­czy, wska­zu­jąc na mnie: „To ka­za­li­ście mi ska­pe­ro­wać tego oto mo­je­go przy­ja­cie­la”. Wtrą­ca się Skor­ża i przy­po­mi­na: „Sła­wek, ty cią­gle je­steś w służ­bie”. Ten re­agu­je na­tych­miast: „Ale nie w wa­szej!”. A po­tem za­raz zwra­ca się do mnie: „Wró­bel, a pa­mię­tasz, jak że­śmy wte­dy po Sztok­hol­mie cho­dzi­li? Jak od knaj­py do knaj­py wę­dro­wa­li­śmy? Cały czas mie­li­śmy za sobą ogon”. Od­po­wia­dam: „No, pa­mię­tam. Pa­mię­tam, bo to ja pła­ci­łem wszyst­kie ra­chun­ki”. Ha, ha, ha, chłop­cy się śmie­ją. A Pe­te­lic­ki wspo­mi­na: „Pi­li­śmy całą noc, ogo­ny za nami się wlo­kły, i szwedz­ki, i pol­ski wy­wiad. I co? Na ko­niec na­pi­sa­łem: «Wró­blew­ski, al­ko­ho­lik, pa­plu­ła-ga­du­ła, nie na­da­je się do współ­pra­cy»” (śmiech). Fak­tycz­nie miał za za­da­nie mnie zwer­bo­wać. No, ale na­ma­wia­nie mnie do współ­pra­cy by­ło­by ab­so­lut­nie czymś po­ni­żej jego god­no­ści.

Nie utoż­sa­miał się ze służ­bą PRL-u?

Wy­wia­dów w tam­tych cza­sach było spo­ro i każ­dy czym in­nym się zaj­mo­wał. Nie za­wsze jed­nak mia­ło to coś wspól­ne­go z ube­cją. Sła­wek do ta­kie­go nie na­le­żał. Nie­waż­ne, kto co ro­bił, je­śli nie był le­wym sprze­daw­czy­kiem, do­no­si­cie­lem, skur­wy­sy­nem, któ­ry po­tra­fi wy­krę­cić nu­mer naj­bliż­szym przy­ja­cio­łom, skła­da­jąc na nich do­nos i po­bie­ra­jąc za to pie­nią­dze. Dziś od czci i wia­ry od­że­gnu­ją Ry­szar­da Ka­pu­ściń­skie­go, mó­wią, że gdy­by nie współ­pra­co­wał, toby nig­dy nie wy­je­chał. Jak ktoś zna tam­te cza­sy, to jest dla nie­go ja­sne, że by nie wy­je­chał. A Ka­pu­ściń­ski to prze­cież jed­no z naj­wy­bit­niej­szych piór dzien­ni­kar­skich Eu­ro­py i świa­ta. I gdy­by nie wy­je­chał, to ani Ce­sarz by nie po­wstał, ani Im­pe­rium.

Jaki był Pe­te­lic­ki? Też by­wa­ły chwi­le, kie­dy pod­no­sił Panu ci­śnie­nie?

Był w po­rząd­ku. Być może dla nie­któ­rych osób by­wał mało sym­pa­tycz­ny. Ale my­śmy mie­li po­wią­za­nia z lat mło­dzień­czych, to był inny zwią­zek. Może do­syć wcze­śnie doj­rza­łem do tego, że za­czą­łem za­uwa­żać od­cie­nie sza­ro­ści i wi­dzia­łem, że nie wszyst­ko jest bia­łe i nie wszyst­ko jest czar­ne. On zaś wo­bec przy­ja­ciół za­wsze był pie­kiel­nie w po­rząd­ku. Dwa razy po­kłó­ci­li­śmy się ze Sław­kiem o po­li­ty­kę. Raz o jed­ną ZChN-ówę. Wziął udział w jej kam­pa­nii. Mó­wię: „Mą­dry to ty nig­dy nie by­łeś, więc so­bie po­pie­raj, kogo chcesz. Ale co cię, Sła­wek, za szaj­ba bie­rze, żeby po­pie­rać tę babę?”. A on mi wy­ty­ka, że nie wiem, o czym mó­wię. Na to ja: „Słu­chaj, je­śli ko­bie­ta raz zdra­dza, a zdra­dzi­ła pana pre­zy­den­ta Wa­łę­sę wy­bra­ne­go w de­mo­kra­tycz­nych wy­bo­rach, to zdra­dzi zno­wu. Nie ma, że raz się po­tknę­ła i ko­niec. Jak raz się po­tknę­ła, to bę­dzie się po­ty­kać”.

A dru­gi raz o kogo po­szło?

Już nie pa­mię­tam. Ale za­gryw­ki mie­wał nie­kie­dy idio­tycz­ne. Raz się po­kłó­ci­li­śmy u mnie na wsi, w Sztok­hol­mie. O moją ciot­kę. Mia­łem bo­wiem ciot­kę, Kry­sty­nę Zie­liń­ską, któ­ra wy­szła za mąż za Ja­nu­sza Za­rzyc­kie­go, w la­tach sześć­dzie­sią­tych prze­wod­ni­czą­ce­go Pre­zy­dium Rady Na­ro­do­wej Mia­sta War­sza­wa. A Sła­wek dow­cip­ku­je: „Ta two­ja ciot­ka. Kry­sty­na Zie­liń­ska-Za­żyd­ka”. Mó­wię mu: „To­bie się coś po­pie­przy­ło”. Ale on się upie­ra: „No prze­cież Za­rzyc­ki na­zy­wał się Neu­ge­bau­er i był Ży­dem”. Ręce mi opa­dły i tłu­ma­czę: „Sła­wek, ja nie wiem, cze­go was na tym WUML-u (Wie­czo­ro­wy Uni­wer­sy­tet Mark­si­zmu-Le­ni­ni­zmu) uczą, że wy ta­kie ma­toł­ko­wa­te”. A on da­lej swo­je: „Na sto pro­cent Za­rzyc­ki to Neu­ge­bau­er”. „Tak! – od­po­wia­dam. – Zga­dza się! Tyl­ko mel­du­ję ci, puł­kow­ni­ku, że Neu­ge­bau­ero­wie to była sta­ra szlach­ta au­striac­ka, a wuj Za­rzyc­kie­go był au­striac­kim ge­ne­ra­łem. Neu­ge­bau­er nie ma nic wspól­ne­go z Ży­da­mi. Na­to­miast moja ciot­ka Zie­liń­ska to ro­dzo­na sio­stra mo­jej mat­ki i to ona jest Ży­dów­ką, ośle”. A na to Sła­wek: „Ale ja je­stem prze­ko­na­ny!”. Pro­szę go więc, aby przy­najm­niej o moją ro­dzi­nę się ze mną nie sprze­czał, bo jest tak, jak mu mó­wię. Mi­nął ty­dzień. Przy­cho­dzi do mnie z wiel­ce za­sko­czo­ną miną: „A co do ciot­ki Zie­liń­skiej, to mia­łeś ra­cję”.

Jed­nak po­tra­fił się przy­znać do błę­du!

Nie­chęt­nie. Tyl­ko gdy błę­dy były ewi­dent­ne. A jak o nic nie cho­dzi­ło, to nie wi­dział po­wo­du, aby się przy­zna­wać, tyl­ko się sam z sie­bie śmiał. No, ale przez kil­ka­dzie­siąt lat miał tak w gło­wie, bo tak go na­uczy­li. Ten Za­rzyc­ki był kie­dyś wi­ce­mi­ni­strem, sze­fem Głów­ne­go Za­rzą­du Po­li­tycz­ne­go, po­tem był prze­wod­ni­czą­cym mia­sta sto­łecz­ne­go War­sza­wa, w su­mie nie­tu­zin­ko­wa po­stać. Ale on na­praw­dę nie był Ży­dem! Sław­ka zi­ry­to­wa­ło jed­nak to, że go źle na­uczy­li. Nie to, że ja mam ra­cję, tyl­ko: „Jak ja mo­głem po­siąść taką wie­dzę i żyć z nią tyle lat, i dow­cip­ko­wać: Kry­sty­na Zie­liń­ska-Za­żyd­ka, a po­tem oka­za­ło się, że dow­cip był do ni­cze­go”. To o to mu cho­dzi­ło (śmiech). Ale à pro­pos „Za­żyd­ka” opo­wiem inną aneg­do­tę. Wy­obraź­cie so­bie, są Sław­ka uro­dzi­ny. Koń­czy pięć­dzie­siąt lat. Jesz­cze puł­kow­nik, ale w He­le­no­wie robi bal. A może to była mę­ska wód­ka. Na­gle Sła­wek roz­po­czy­na spe­ech. Tak, to mu­sia­ła być mę­ska wód­ka, bo jest gru­pa pięć­dzie­się­ciu chło­pa i żad­nych ko­biet. Wszy­scy piją. Sy­tu­acja jest po­waż­na. Sła­wek wsta­je i mówi: „Chciał­bym wy­pić za swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Za­wsze mo­imi naj­bliż­szy­mi przy­ja­ciół­mi byli Ży­dzi”. Ja pa­trzę po twa­rzach i my­ślę, że już sły­chać dzwo­ny. Za­raz się za­cznie roz­ró­ba. A Sła­wek kon­ty­nu­uje: „I Mi­sio Ko­mar, z któ­rym całe ży­cie gdzieś się tłu­kli­śmy, a jak nas na­pa­dli, to Mi­sio z tyłu mi ple­cy osła­niał. I Ste­fan Mar­ko­wicz – jak trze­ba było, to za mnie ma­te­ma­ty­kę od­ra­biał. No i oczy­wi­ście czło­nek Mos­sa­du – Wró­bel­baum!” – i po­ka­zu­je na mnie pal­cem. Chło­py się za­śmia­ły, a ja wsta­łem i po­wia­dam: „Słu­chaj­cie! Chcia­łem po­dzię­ko­wać na­sze­mu go­spo­da­rzo­wi, któ­re­go zna­my w koń­cu od lat, za cie­płe sło­wa o Mos­sa­dzie”. Pa­trzę po twa­rzach i wi­dzę, że część nie wie, któ­ry­mi drzwia­mi wy­cho­dzić. Ale nic, mó­wię da­lej: „Jest mi tyl­ko bar­dzo przy­kro, że puł­kow­nik Pe­te­lic­ki w wa­szych służ­bach jest tyl­ko puł­kow­ni­kiem, bo u nas, w Mos­sa­dzie, zo­stał już ge­ne­ra­łem. Pij­my zdro­wie ge­ne­ra­ła Pe­tel­bau­ma!”. Dziew­czy­ny, jak to­wa­rzy­stwo za­czę­ło ry­czeć! Ale sły­szę też, że je­den mówi: „No nie, Sła­wek tej znie­wa­gi nie prze­ży­je. Bę­dzie na­pieprz!”. Nie miał ra­cji. Żad­ne­go na­pie­przu nie było. W koń­cu by­li­śmy w gro­nie sa­mych fa­ce­tów, to o co mie­li­śmy się bić? Nie było ko­biet, przed któ­ry­mi trze­ba się po­pi­sy­wać, wcią­gać brzu­chy, ła­do­wać ba­je­ro­wa­nie. A jak nie ma ko­biet, to i nie ma się przed kim wy­głu­piać. Więc po co mie­li­by­śmy się bić? Bez sen­su (śmiech). Jak to kie­dyś pi­sał w „Po­li­ty­ce” Szy­mon Ko­by­liń­ski: „To­wa­rzy­szu, ma­cie ra­cję. Ale po co?”. Wo­le­li­śmy wy­pić jesz­cze raz zdro­wie ge­ne­ra­ła Pe­tel­bau­ma (śmiech).

 

W Sztok­hol­mie wie­dział Pan, jaka jest rze­czy­wi­sta rola Pe­te­lic­kie­go?

Ko­cha­ne, ja nie je­stem w bań­ce po mle­ku cho­wa­ny! Ja wie­dzia­łem, kto osia­da na sta­no­wi­sku pierw­sze­go se­kre­ta­rza am­ba­sa­dy. Wie­dzia­łem, czym się zaj­mu­je pierw­szy se­kre­tarz i że jak je­dzie po in­struk­cje, to na pew­no nie do MSZ-etu.

Jak czę­sto się spo­ty­ka­li­ście, kie­dy był w Szwe­cji?

Zde­cy­do­wa­nie czę­sto. Sław­ka cór­ka, Do­mi­ni­ka, w cza­sie stu­diów do­ra­bia­ła so­bie u mnie w ka­wiar­ni. Po­tem roz­po­czął się taki tro­chę nie­wy­god­ny okres, bo Sła­wek się roz­wo­dził z żoną.

A przy ja­kich oka­zjach spo­ty­ka­li­ście się w Pol­sce?

Przy oka­zji ban­kie­tów, ja­kie Sła­wek or­ga­ni­zo­wał. Wszyst­kie od­by­wa­ły się w He­le­no­wie. Aha, z tym He­le­no­wem było tak, że ja tam jeź­dzi­łem jesz­cze za cza­sów, kie­dy mój wu­jek Za­rzyc­ki był ge­ne­ra­łem. Zna­łem więc do­brze to miej­sce, wie­dzia­łem, gdzie co jest, gdzie znaj­du­ją się po­ko­je, i mó­wi­łem Sław­ko­wi: „Cie­bie tu jesz­cze na ko­ry­tarz nie wpusz­cza­li, jak ja tu przy­jeż­dża­łem”. No, ta­ki­mi głu­pi­mi żar­ci­ka­mi się ra­czy­li­śmy. Za­pra­szał też na przy­ję­cia w swo­im trzy­po­ko­jo­wym służ­bo­wym miesz­ka­niu na Pod­cho­rą­żych. Były prze­uro­cze. By­wa­li na nich mi­ni­ster Mil­cza­now­ski, Ja­nusz Za­or­ski, Ju­rek Sta­rak… I pa­trzy­łem wte­dy na Sław­ka, my­śląc so­bie: „Taki dziel­ny fa­cet. Stwo­rzył GROM. Jest ge­ne­ra­łem i do­ro­bił się tyl­ko trzech po­koi w miesz­ka­niu służ­bo­wym”. Dla­te­go uwa­żam, że mi­ni­ster „Swe­te­rek”, od­bie­ra­jąc Sław­ko­wi GROM, z eko­no­micz­ne­go punk­tu wi­dze­nia zro­bił mu, pew­nie nie­chcą­cy, wiel­ką przy­słu­gę. Bo fi­nan­so­wo Sła­wek do tej pory był goły. A tu nowa żona, nowe dziec­ko w służ­bo­wym miesz­ka­niu, któ­re w każ­dej chwi­li mogą mu za­brać, i je­dy­ny luk­sus to służ­bo­wy kie­row­ca. Na­praw­dę był goły i we­so­ły, bo nig­dy nie dbał o ko­rzy­ści.

Nig­dy? W mło­do­ści też?

W mło­do­ści waż­ne było, żeby mieć mar­ko­we dżin­sy, a nie z płót­na ża­glo­we­go, czy ko­szul­kę polo. Ale na tym to się koń­czy­ło. A on po służ­bie dy­plo­ma­tycz­nej, twór­ca GROM-u, z nie­sa­mo­wi­ty­mi kon­tak­ta­mi na ca­łym świe­cie, i tyl­ko trzy po­ko­iki służ­bo­we? Jesz­cze raz po­wtó­rzę, że je­śli cho­dzi o za­bez­pie­cza­nie so­bie za­ple­cza ma­te­rial­ne­go, to Sła­wek był ostat­ni. Kie­dy już od­szedł z GROM-u, spo­tka­li­śmy się w Ła­zien­kach i po­ra­dzi­łem mu: „Za­re­je­struj fir­mę GROM. Ty miej tę na­zwę”. I wte­dy za­re­je­stro­wał fir­mę, któ­ra po­tem prze­kształ­ci­ła się w fun­da­cję.

Co ta fir­ma mia­ła­by w pań­skim za­mie­rze­niu ro­bić?

Ko­cha­ne! Fir­ma o na­zwie GROM może ro­bić wszyst­ko, to na­zwa jest istot­na. „Istot­ne jest to, że to two­ja fir­ma GROM. Tyś to stwa­rzał, więc to trzy­maj”. W kor­po­ra­cjach, w ja­kich póź­niej za­czął pra­co­wać, na­resz­cie do­stał od­po­wied­nie wa­run­ki. Nie py­ta­łem go, ile za­ra­bia, ale wresz­cie na­brał po­wie­trza w płu­ca. Na­gle za­czął za­ra­biać jak nig­dy wcze­śniej. Nowe miesz­ka­nie spła­cił szyb­ciut­ko. Ale dziś so­bie my­ślę, że mu­siał czuć się nie­wy­obra­żal­nie sa­mot­ny. Bo to nie­praw­do­po­dob­ne, co zro­bił. Żeby zde­cy­do­wać się na taki krok?! Sta­ram się to ra­cjo­na­li­zo­wać, ale nie mogę uwie­rzyć w jego śmierć. Oprócz odej­ścia mo­ich ro­dzi­ców nie pa­mię­tam, żeby czy­je­kol­wiek odej­ście tak mnie do­tknę­ło. Nie by­łem w sta­nie w to uwie­rzyć. Jak to się sta­ło, że tak pie­kiel­nie zdol­ny fa­cet jak on był taki sa­mot­ny. Zu­peł­nie prze­ra­ża­ją­ce. Te­raz wszy­scy będą się wy­mą­drzać, cho­ro­ba szpie­ga, to, tam­to. Ogar­nia mnie bez­brzeż­ny smu­tek, kie­dy o tym wszyst­kim my­ślę. Sła­wek był moim bli­skim ko­le­gą. Ale oka­za­ło się, że nie był moim przy­ja­cie­lem, bo gdy było mu źle, nie po­tra­fił do mnie za­dzwo­nić i po­wie­dzieć: „Wró­bel, przy­jeż­dżaj”. Prze­cież był­bym u nie­go już na­stęp­ne­go dnia. Tak samo jak przy­le­cia­łem na po­grzeb.

Skąd to wra­że­nie, że Pe­te­lic­ki był sam?

Wie­cie co? Bo jak czło­wie­ka coś gnie­cie, to musi mieć ścia­nę, od któ­rej mógł­by się od­bić. Sła­wek nie miał ni­ko­go ta­kie­go, z kim mógł­by usiąść i wy­rzy­gać swo­je żale.

To re­flek­sja z po­grze­bu?

Nie. Za­nim przy­je­cha­łem ze Szwe­cji na po­grzeb – kie­dy jesz­cze umac­nia­ła się wer­sja, że to jest sa­mo­bój­stwo, a nie ża­den inny nu­mer, co usi­ło­wa­no im­pu­to­wać – to do­sze­dłem do wnio­sku, że je­śli on to zro­bił sam, to zna­czy, że nie miał ni­ko­go tak na­praw­dę bli­skie­go.

Miał żonę, dzie­ci, przy­ja­ciół.

Zro­zum­cie! Sła­wek był fa­ce­tem i miał to do sie­bie, że nig­dy nie mógł oka­zać się sła­by. To była ta jego pie­kiel­na idée fixe, że on jest man, man, man! Nie miał ni­ko­go, ro­zu­mie­cie, ni­ko­go ta­kie­go, z kim mógł­by te swo­je my­śli pod­jąć i kto mógł­by mu po­wie­dzieć: „Sta­ry, ale czy ty nie prze­sa­dzasz?”. Bo kie­dy się jest sa­me­mu z wła­sny­mi my­śla­mi, to… Każ­da z was za­pew­ne prze­ży­ła za­wie­dzio­ną mi­łość czy roz­sta­nie i mia­ła te mo­men­ty: „Jaka ja je­stem nie­szczę­śli­wa!”. Ale mia­ły­ście przy­ja­ciół­kę, do­brą kum­pel­kę, któ­ra po­wie­dzia­ła: „Wy­trzy­maj trzy mie­sią­ce. A po­tem jesz­cze trzy”. I za pół roku znaj­du­je się inny i wte­dy my­śli­cie so­bie: „Co ja, wa­riat­ką by­łam? My­śla­łam, że całe ży­cie będę cier­pieć?”.

Sła­wek do Pana przed śmier­cią nie za­dzwo­nił?

Dzwo­ni­li­śmy, roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon. Ale co to za roz­mo­wa! Gdy się spo­ty­ka­li­śmy, Sła­wek za­wsze mó­wił: „Te­le­fo­ny kła­dzie­my na stół, wy­łą­cza­my i ga­da­my”. No to o czym miał ze mną przez te­le­fon roz­ma­wiać? Co naj­wy­żej py­tał: „Gdzie cię ode­brać, kie­dy przy­jeż­dża­cie?”, tego typu roz­mo­wy to były. Ale kie­dy sie­dzie­li­śmy twa­rzą w twarz, po­ka­zy­wał: „Wyj­mij te­le­fon, wy­łącz”. Ale ja nie mam co wyj­mo­wać – wzru­sza­łem ra­mio­na­mi. „Jak to nie masz?” Nie mam, bo mi się ode­chcia­ło. Po co mam mieć? Je­śli ktoś ma mnie zna­leźć, to znaj­dzie. Ja te­le­fo­nu nie po­trze­bu­ję.

To jak za­pa­mię­tał Pan tę wa­szą ostat­nią roz­mo­wę twa­rzą w twarz?

Kłó­ci­li­śmy się o ja­kieś dro­bia­zgi, jak dwaj kow­bo­je. Zwy­kle gdy mie­li­śmy do roz­wią­za­nia ja­kieś spra­wy, to gra­li­śmy w łap­ki. Nie­ste­ty, to była chy­ba je­dy­na dzie­dzi­na, w któ­rej się nie da­wa­łem, bo we wszyst­kich in­nych on by mi lek­ko do­ło­żył. A tu­taj trzy­ma­łem po­ziom. Jak koń­czy­li­śmy, to za­miast dło­ni mie­li­śmy rów­no czer­wo­ne bef­szty­ki.

Na­praw­dę gra­li­ście w łap­ki?!

Tak! Całe to­wa­rzy­stwo sta­ło i pa­trzy­ło, kto wy­gra. Mu­si­cie zro­zu­mieć, że jak my­śmy się tłu­kli po ła­pach, to się czu­li­śmy, jak­by­śmy zno­wu mie­li po pięt­na­ście–sie­dem­na­ście lat.

No to o czym roz­ma­wia­li­ście?

Na od­wiecz­ny te­mat.

Ko­bie­ty?

Po­patrz no, cho­le­ra, Sher­lock Hol­mes w spód­ni­cy. Ko­bie­ty i seks, wia­do­mo. Jak to dzia­ła, jak to funk­cjo­nu­je, bo każ­dy chło­piec w pew­nym mo­men­cie za­czy­na się nad tym za­sta­na­wiać. Jak czło­wiek był mło­dy, to miał pro­ste hob­by: wsta­wał rano i wi­dział, jak stoi wska­zów­ka, więc szedł za… gło­sem losu (śmiech). Mi­ja­ją lata, mi­ja­ją pio­sen­ki i na­gle ta wska­zów­ka już nie wska­zu­je. Nie są to ła­twe rze­czy.

Prze­ży­wał to?

Ża­den z nas nie pusz­czał far­by, tyl­ko wy­jeż­dża­li­śmy ze sta­ry­mi, dur­ny­mi żar­ta­mi. Ale to był je­den z do­ro­słych te­ma­tów, któ­re się trą­ca­ło. Oczy­wi­ście było ho, ho, ho, wy­śmie­ni­cie, wy­śmie­ni­cie. Tyl­ko kie­dy ostat­ni raz? Raz w zi­mie, raz w le­cie? (śmiech) Po sześć­dzie­siąt­ce to prze­sta­je już być głów­nym hob­by, a po­nie­waż dla Sław­ka i dla mnie to było naj­waż­niej­sze, na­szym hob­by sta­ło się „jak to się robi” (śmiech). Opo­wia­da­łem wam, jak Sła­wek, bę­dąc w li­ceum, po­szedł do pie­lę­gniar­ki?

Jesz­cze nie.

Zja­wił się w jej ga­bi­ne­cie, skar­żąc się, że ma kło­po­ty z in­tym­ną czę­ścią cia­ła. Ka­za­ła mu roz­piąć roz­po­rek, oglą­da, marsz­czy brwi, w koń­cu mówi: „Nie wi­dzę żad­ne­go pro­ble­mu”. A on na to: „Ale ład­na sztu­ka, nie?” (śmiech). No, taki z nie­go był dow­cip­niś! Wy­my­ślił żart tyl­ko po to, aby pie­lę­gniar­ka się za­czer­wie­ni­ła.

No tak. Mie­li­ście się jesz­cze spo­tkać w czerw­cu 2012 roku, ale już się nie uda­ło?

Była pre­mie­ra sztu­ki Edu­ka­cja Rity z Pio­trem Fron­czew­skim i Mał­go­rza­tą So­chą. Sła­wek nie przy­szedł. W za­stęp­stwie przy­szła jego żona Agniesz­ka z sy­nem. Dla­cze­go? Dla­cze­go, dla­cze­go? Gdy­bym ja wte­dy wie­dział, że coś się dzie­je! Że jabł­ko jest nad­gry­zio­ne! Po­tem za­czą­łem śle­dzić te jego spra­wy, wy­stą­pie­nia. Tu temu się na­ra­ził, tu tam­te­mu. Tu ta­kie gad­ki, tu inne. By­łem od tego da­le­ko. Mnie cała ta po­li­ty­ka ani pa­rzy, ani zię­bi. Nie czu­ję tego.

Żyje Pan w in­nym świe­cie.

Zu­peł­nie! Sło­nim­ski na­pi­sał kie­dyś coś ta­kie­go ład­ne­go: „Plu­nąć by na to wszyst­ko i za­trza­snąć drzwi / Od tych na­szych cho­ler­nych he­ro­icz­nych cza­sów. / Szko­da może tyl­ko ostat­nich już po­god­nych dni, / ma­zur­skich je­zior, nie­bo­row­skich la­sów. / Lecz nie­mę­ska to spra­wa scho­dzić z pola bi­tew…”. Więc tak na po­waż­nie – Sła­wek nie umiał zejść. Ci, co wspi­na­ją się po dra­bi­nie, nie za­sta­na­wia­ją się, jak cięż­kie może być scho­dze­nie. Wi­docz­nie nie umiał scho­dzić, nie było obok nie­go ko­goś, kto by po­wie­dział: „Ży­cie się jesz­cze nie koń­czy, nie dzi­siaj, nie ju­tro, chwi­lecz­kę!”.

Za­uwa­żył Pan, że był ostat­nio w kiep­skiej kon­dy­cji, że coś się z nim dzia­ło?

Ja­koś tego nie wy­czu­łem. Miał do­brą chwi­lę, zre­pe­ro­wał so­bie zęby – inny uśmiech, inny wdzięk. Więc ra­czej od­bie­ra­łem, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. W tym okre­sie nie cho­dzi­li­śmy już na wie­lo­go­dzin­ne spa­ce­ry. Były to tyl­ko tak zwa­ne ban­kie­to­we rau­ty, na któ­rych cią­gle pa­da­ły sło­wa: „Tak, tak, ko­niecz­nie mu­si­my się spo­tkać”. Je­śli je­dli­śmy ra­zem obiad, to też nie sami. Nie za­uwa­ży­łem. Nic nie za­uwa­ży­łem! Krzysz­tof, nasz wspól­ny przy­ja­ciel, omi­nął, nie za­uwa­żył. Maj­tas, nas wspól­ny przy­ja­ciel, przy­jeż­dżał z Ka­na­dy, omi­nął, nie za­uwa­żył. Ale to nie jest ta­kie pro­ste! Je­śli nie trzy­masz się z kimś nie­ustan­nie, nie idziesz i nie ga­dasz, je­śli nie masz z dru­gą oso­bą sta­łe­go kon­tak­tu, to gdzieś pusz­cza­ją te lej­ce. An­drzej Bo­nar­ski na­pi­sał kie­dyś taką książ­kę – Sy­tu­acja ma ra­cję. I sy­tu­acja ma ra­cję! Je­śli nie mamy szan­sy być z czło­wie­kiem, to się gu­bi­my. Po­go­dzi­łem się z my­ślą, że on to zro­bił. Wiem, że so­bie nie wy­ba­czę bra­ku czuj­no­ści, bo mia­łem za­wsze taką siłę, aby Sław­ko­wi po­wie­dzieć: „Idzie­my te­raz na spa­cer, za­kła­daj ka­losz­ki, idzie­my i ga­da­my”. Nie wy­czu­łem, nie wy­czu­łem! Gruch­nę­ło, jak było już za póź­no…

Cze­go Panu bra­ku­je w związ­ku z odej­ściem ge­ne­ra­ła?

 

Że nie ma ta­kie­go cho­ler­ne­go ze­gar­ka, któ­ry cof­nął­by czas. Tych pięt­na­stu mi­nut roz­mo­wy mi bra­ku­je. Przy­pusz­czam, że dał­bym so­bie radę, nie w tym sen­sie, że bym go prze­ko­nał, bo je­stem spryt­niej­szy czy mą­drzej­szy, ale na­mó­wił­bym go, że­by­śmy po­je­cha­li na dwa ty­go­dnie na Ka­na­ry. Po­wie­dział­bym mu, że zro­bi­my so­bie taki wy­pad tre­nin­go­wy, że mu­si­my po­być tro­chę gdzie in­dziej. W cią­gu dwóch ty­go­dni da­li­by­śmy so­bie radę. Kłó­ci­li­by­śmy się i kłó­ci­li, ale by­ło­by do­brze.

Ge­ne­rał przej­mo­wał się tatą, któ­ry po­dob­no cho­ro­wał. Wie­dział Pan o tym?

Tatą? Da­lej świet­nie wy­glą­da. Tata za­wsze był ko­zak, wiel­ki łow­czy pol­skie­go woj­ska, a mat­ka za­wsze była ta z ser­cem. Mama Sław­ka była na po­grze­bie bia­ła i prze­zro­czy­sta jak per­ga­min. Skła­da­łem jej kon­do­len­cje, a ona za­py­ta­ła: „Ga­bryś, dla­cze­go, dla­cze­go?”. Co po­wie­dzieć mat­ce? Nie zna­la­złem słów. Nie twier­dzę, że miesz­ka­jąc w Pol­sce, miał­bym więk­szą szan­sę, ale tego mi naj­bar­dziej żal, że nie od­by­li­śmy tych kil­ku mi­nut roz­mo­wy. Może gdy­bym za­mie­nił z nim parę słów, to­bym wie­dział, co chce zro­bić. Łu­dzę się, bo tego nig­dy się nie wie. Tak, tego nig­dy się nie wie. Jak ktoś idzie i ku­le­je, to wi­dzisz, że chy­ba go noga boli, praw­da? Tak jest z no­ga­mi. Znacz­nie go­rzej jest ze stro­ną psy­chicz­ną. Na ze­wnątrz się uśmie­chasz, nie wi­dać wal­ki. Tu nie ku­le­jesz, czę­sto ni­cze­go nie wi­dać.

Może za­ła­ma­ło go to, że nie miał kon­kret­ne­go za­ję­cia, pra­cy, a ży­cie eme­ry­ta nie było dla nie­go atrak­cyj­ne?

Brak pra­cy na pew­no nig­dy nie po­ma­ga. Po­że­gnał się z po­rząd­nym źró­dłem do­cho­du, bo, umów­my się, pen­sja ge­ne­ral­ska w po­rów­na­niu z pie­niędz­mi za­ra­bia­ny­mi w ta­kiej fir­mie, w ja­kiej pra­co­wał ostat­nio, to nie­wie­le. Ale Sła­wek na­praw­dę nig­dy nie przy­wią­zy­wał wagi do szma­lu, do za­ra­bia­nia. Tym się róż­ni­li­śmy i za­wsze to w nim po­dzi­wia­łem, bo po­dzi­wia się za­zwy­czaj te rze­czy, któ­rych sa­me­mu się nie ma. Dla mnie jed­nym z bo­gów był Mi­das, a Sła­wek za­wsze miał go w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. O, mieć ja­kąś broń, to tak! Wy­słał taką na­sze­mu sy­no­wi Vic­to­ro­wi, bo ten był w nim ab­so­lut­nie za­ko­cha­ny. Vic­tor ma wszyst­kie od­zna­ki, któ­re mu Sła­wek dał. Sła­wek z ko­lei za­wsze mógł się po­chwa­lić ja­kimś szty­le­tem, ale nie ma­rzył o no­wym ze­gar­ku czy gar­ni­tu­rze. Nig­dy nie był gro­szo­ro­bem.

Był pod ja­kąś ży­cio­wą pre­sją?

To naj­więk­sze cho­ler­stwo, że nie umie się scho­dzić z pola bi­twy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?