Ostatni samurajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

No oczy­wi­ście! Mamy wy­bór mię­dzy śmier­cią dwu­stu nie­win­nych osób znaj­du­ją­cych się na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu a kil­ku­dzie­się­cio­ma ty­sią­ca­mi na sta­dio­nie plus te dwie­ście. Pra­wo po­zo­sta­wia tu nie­wiel­ki mar­gi­nes. New­ral­gicz­nym pro­ble­mem jest pod­ję­cie de­cy­zji. Sła­wek zda­wał sie­bie spra­wę, że w pew­nych sy­tu­acjach bę­dzie mu­siał ta­kie de­cy­zje po­dej­mo­wać. Że cza­sa­mi w polu ra­że­nia mogą się po­ja­wić ko­bie­ty i dzie­ci. Nie­win­ne isto­ty. To tyl­ko po­zo­ry, że de­cy­zja w ta­kich mo­men­tach ma cha­rak­ter wy­łącz­nie woj­sko­wy, tak­tycz­ny. Nie! Tam wcho­dzi i pra­wo, i ety­ka. Nie da się od tego uciec.

Ge­ne­rał nie miał z tym pro­ble­mu?

Zda­wał so­bie spra­wę z tych dy­le­ma­tów.

Po tych dwu­dzie­stu dwóch la­tach wa­sze­go od­po­czyn­ku od sie­bie za­uwa­żył Pan, że przy­ja­ciel się zmie­nił?

Był siwy.

To aku­rat wie­my, ale in­te­re­su­je nas, co w nim zo­sta­ło z tego daw­ne­go chło­pa­ka?

Wszyst­ko. Tyle że był siwy. Si­wi­zna o czymś świad­czy.

Wie­rzył w spra­wie­dli­wość?

Każ­dy wie­rzy w spra­wie­dli­wość.

Ostat­ni okres jego ży­cia był chy­ba dla nie­go cięż­ki?

Bar­dzo.

Spo­ty­ka­li­ście się wte­dy czę­sto?

Czę­sto.

I co mó­wił?

Był za­wie­dzio­ny. Miał po­czu­cie, że czas pły­nie. Prze­ży­wał to do­syć dra­ma­tycz­nie. Zwłasz­cza że nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, że wszy­scy idzie­my w tym sa­mym kie­run­ku…

To chy­ba je­dy­na spra­wie­dli­wość świa­ta.

No wła­śnie. Sła­wek był jed­nak roz­ża­lo­ny tym, że już nie jest w tej służ­bie.

A tym, że nie jest za­pra­sza­ny do stu­diów te­le­wi­zyj­nych jako gwiaz­da?

Gwiaz­dą był cały czas. Ale na­gle zo­ba­czył, że ci, któ­rzy do tej pory ota­cza­li go sza­cun­kiem i rzu­ca­li mu się w ra­mio­na, za­czę­li się rzu­cać w ra­mio­na ko­muś in­ne­mu. My­ślę, że każ­de­go, kto coś trwa­łe­go zbu­do­wał, taka sy­tu­acja może za­bo­leć.

I co mu Pan wte­dy mó­wił?

Żeby się nie przej­mo­wał.

Co go tak na­praw­dę za­bo­la­ło: że na­gle Pa­weł Graś, jego, jak uwa­żał, pro­te­go­wa­ny, zo­stał rzecz­ni­kiem rzą­du, z któ­re­go li­nią on prze­stał się zga­dzać?

To się chy­ba za­czę­ło od tego, że ja­kiś po­li­tyk pod­czas świę­ta GROM-u nie wy­mie­nił jego na­zwi­ska. Nie uho­no­ro­wał twór­cy jed­nost­ki. Ra­dzi­łem Sław­ko­wi, żeby nie wcho­dził w kon­flik­ty z ludź­mi, któ­rzy go lu­bią, ale nie­ko­niecz­nie mu­szą przez cały czas mó­wić: „GROM zo­stał zbu­do­wa­ny przez Pe­te­lic­kie­go”. Ale Sła­wek miał po­czu­cie, że jest od­su­wa­ny na bok, że nie pa­mię­ta się o jego za­słu­gach, więc się de­ner­wo­wał.

Może był zbyt­nio nar­cy­stycz­ny?

Każ­dy z nas jest nar­cy­stycz­ny. Je­śli ktoś jest prze­ko­na­ny, i słusz­nie, o swo­ich osią­gnię­ciach, bo ogrom­nie dużo zro­bił w spra­wie GROM-u, co po­twier­dza­ją jego prze­ło­że­ni, przy­ja­cie­le, pod­wład­ni, to ma pra­wo być dum­ny. Sła­wek cały czas dzia­łał. Wie­dział, że musi za­pew­nić tej jed­no­st­ce naj­lep­sze wa­run­ki – naj­lep­sze buty, naj­lep­sze sza­li­ki, naj­lep­sze rę­ka­wicz­ki. A wszyst­ko to musi wy­wal­czyć! Że musi wy­wal­czyć miesz­ka­nia. Nie dzi­wię się jego wście­kło­ści na tych prze­ło­żo­nych, któ­rzy nie uła­twia­li mu ży­cia, kie­dy bu­do­wał jed­nost­kę. Ro­zu­miem, że lu­dzie po­świę­ca­ją­cy ży­cie, ry­zy­ku­ją­cy je nie­mal co­dzien­nie, za­rów­no w trak­cie ćwi­czeń, jak i po­tem, w sy­tu­acjach wo­jen­nych, mu­szą gdzieś miesz­kać. Mu­szą mieć swo­je miesz­ka­nia, mu­szą mieć swo­je ro­dzi­ny. Z per­spek­ty­wy try­bu­ny ho­no­ro­wej ge­ne­rał stoi i sa­lu­tu­je. Jest dum­ny z żoł­nie­rzy, bo wszyst­ko wy­glą­da fan­ta­stycz­nie: or­kie­stra gra, sza­ble błysz­czą. Jest zja­wi­sko­wo. Ale tam są prze­cież zwy­kli lu­dzie ze swo­imi po­trze­ba­mi, pro­ble­ma­mi, a siłą Sław­ka było to, że on to do koń­ca ro­zu­miał. Zda­wał so­bie spra­wę, że ży­cie to nie tyl­ko de­fi­la­da, nie tyl­ko ak­cja, nie tyl­ko ćwi­cze­nia. Ale i co­dzien­ność.

Nie de­ner­wo­wa­ła Pana ta nadak­tyw­ność przy­ja­cie­la i fakt, że w agre­syw­ny spo­sób za­czął ata­ko­wać rząd?

Mó­wi­łem mu, że to nie­po­trzeb­ne. Ale to jego za­cho­wa­nie wy­ni­ka­ło z tego – tak mi się wy­da­je – że szu­kał miej­sca dla sie­bie w mo­men­cie, w któ­rym po­czuł się sam. Szu­kał tego miej­sca w ję­zy­ku peł­nym emo­cji. Po­dam pa­niom przy­kład: wy­po­wia­dał się bar­dzo ne­ga­tyw­nie o ja­kimś na­szym wspól­nym zna­jo­mym, o któ­rym aku­rat wie­dzia­łem, że sprzy­ja mu z ca­łych sił. Mó­wię raz: „Sła­wek, po co? Po co go ata­ku­jesz?”. Sła­wek od­dzwo­nił do mnie trzy dni póź­niej i mówi: „Wiesz, spo­tka­łem się z nim i się po­go­dzi­li­śmy”. Ale dwa ty­go­dnie póź­niej znów wró­cił do swo­jej śpiew­ki: „Wiesz, to jed­nak jest pa­lant”. Był więc roz­ża­lo­ny, roz­chwia­ny psy­chicz­nie, zde­ner­wo­wa­ny.

Ale Pan był jego przy­ja­cie­lem! Nie roz­ma­wiał Pan z nim?

Sta­ra­łem się go uspo­ka­jać. On mi przy­zna­wał ra­cję, a po­tem po­czuł na so­bie ja­kieś nie­przy­jem­ne spoj­rze­nie i…

…i wy­cho­dził z nie­go chło­pak z Czer­nia­ko­wa?

Nie cho­dzi o to, że chło­pak z Czer­nia­ko­wa, nie. Wy­cho­dzi­ła z nie­go ta jego wraż­li­wość.

Ostat­nio prze­stał ata­ko­wać.

Tak, prze­stał wy­sy­łać SMS-y. Za­cho­ro­wa­li jego ro­dzi­ce. Była też spra­wa żoł­nie­rza, któ­re­go Sła­wek chciał usy­no­wić. Ten żoł­nierz stra­cił ręce. Ale nie wiem, jak się skoń­czy­ła. Wspo­mi­nał mi tyl­ko, że chce to zro­bić.

Był przy­bi­ty?

Ro­ze­dr­ga­ny.

Kie­dy do­wie­dział się Pan o jego śmier­ci…

By­łem prze­ra­żo­ny. Nie­wie­lu przy­ja­ciół zo­sta­ło mi w ży­ciu.

Prze­szło Panu choć raz przez myśl, że mógł­by zro­bić coś ta­kie­go?

A kto z góry bie­rze pod uwa­gę ta­kie roz­wią­za­nie? By­łem aku­rat w to­wa­rzy­stwie lu­dzi, któ­rzy go zna­ją. Je­den z nich po­pa­trzył na ko­mór­kę, prze­czy­tał SMS-a i po­wie­dział, co się sta­ło. Usia­dłem. Zła­pa­łem za te­le­fon, za­dzwo­ni­łem do Woj­cie­cha Bro­chwi­cza i on tę wia­do­mość po­twier­dził.

Roz­ma­wia­li­ście z przy­ja­cie­lem o spra­wach eg­zy­sten­cjal­nych?

Wie­lo­krot­nie. Ale cho­dzi pa­niom pew­nie o te­mat śmier­ci?

Wła­śnie.

Roz­ma­wia­li­śmy o ła­two­ści za­bi­ja­nia. Dwa mie­sią­ce przed Sław­ka odej­ściem obej­rze­li­śmy ja­kiś film, któ­ry go in­te­re­so­wał z po­wo­du od­nie­sień do jed­no­stek spe­cjal­nych. I mó­wi­li­śmy o tym, jak ła­two jest za­bić bez­kar­nie.

A o tym, jak to jest za­bić sa­me­go sie­bie?

Roz­ma­wia­li­śmy o sa­mo­bój­stwie w kon­tek­ście tego, że cza­sa­mi są sy­tu­acje, kie­dy ta­kie wyj­ście bie­rze się pod uwa­gę. Mało tego – nie ma in­ne­go wyj­ścia.

Cze­go Panu bra­ku­je te­raz, po jego śmier­ci?

Do­brze by­ło­by usiąść i po­ga­dać.

Kie­dy pa­trzy Pan z per­spek­ty­wy cza­su, jako przy­ja­ciel jesz­cze z lat szkol­nych – wy­da­rzy­ło się coś w jego mło­dzień­czym ży­ciu, co ufor­mo­wa­ło tę ścież­kę ży­cio­wą?

Nie, nie są­dzę. Było parę ele­men­tów, któ­re pew­nie wpły­nę­ły na taką, a nie inną jego de­cy­zję. Jego fa­scy­na­cje, at­mos­fe­ra cza­su, pew­nie i opo­wie­ści mo­je­go ojca. To wszyst­ko skła­da­ło się na to, jaką wy­brał dro­gę. Zro­bił coś, o czym ma­rzył. I tu ro­dzi się py­ta­nie: co zro­bić, kie­dy zdo­bę­dzie się już wszyst­kie szczy­ty w Hi­ma­la­jach? Co zro­bić?

No wła­śnie, co?

Niech pa­nie się same do­my­ślą. Na­gle jest pust­ka.

Trze­ba odejść?

Nie wiem. Każ­dy wy­bie­ra sam.

Ale ten mo­ment, kie­dy czło­wiek stoi na szczy­cie i wi­dzi tyl­ko prze­paść, trwa kil­ka mi­nut. Po­tem zwy­kle po­ja­wia­ją się nowe wy­zwa­nia.

Ale kie­dy ma się po­czu­cie, że nie bę­dzie się mo­gło zdo­być tych ko­lej­nych szczy­tów? Albo kie­dy się tych ko­lej­nych szczy­tów nie wi­dzi, bo są tak da­le­ko, że już nie star­czy siły, aby do nich dojść?

Idąc tym to­kiem my­śle­nia, wszy­scy po­win­ni­śmy któ­re­goś dnia ze sobą skoń­czyć. Ale prze­cież ży­cie nie jest jed­no­wy­mia­ro­we, ma róż­ne płasz­czy­zny, na ka­rie­rze za­wo­do­wej się nie koń­czy…

Na tym po­le­ga zło­żo­ność na­sze­go ży­cia. Wie­my, że trze­ba, że na­le­ży, lecz ja­koś nam się to nie uda­je…

Nie ma siły?

Cza­sa­mi nie ma siły. Cza­sa­mi jest jej zbyt wie­le. Nie­kie­dy na­cho­dzi nas złość. In­nym ra­zem roz­go­ry­cze­nie. Jesz­cze in­nym gniew. Nie mamy jed­nej re­cep­ty ani na ży­cie, ani na śmierć.

Chy­ba że jest się Ja­me­sem Bon­dem.

Ja­mes Bond też któ­re­goś dnia sta­nie na roz­dro­żu. I być może się­gnie po pi­sto­let.

4. Gabriel Wróblewski

Śro­da, 2 stycz­nia 2013, godz. 11.00, apar­ta­ment przy uli­cy Gór­skie­go, War­sza­wa

Pró­bu­jąc jak naj­peł­niej po­znać losy ge­ne­ra­ła Pe­te­lic­kie­go, mu­si­my przy­znać, że co rusz na­po­ty­ka­my oso­bli­wych lu­dzi. Pan – szwedz­ki biz­nes­men pol­skie­go po­cho­dze­nia, mi­lio­ner – też się wpi­su­je w tę szcze­gól­ną gru­pę jego zna­jo­mych. Co was po­łą­czy­ło?

Naj­pierw to, że mój oj­ciec był puł­kow­ni­kiem i oj­ciec Sław­ka też był puł­kow­ni­kiem. A za­tem w dzie­ciń­stwie re­la­cje mię­dzy nami były ja­sne. Zna­łem Sław­ka od dwu­na­ste­go roku ży­cia. Z tym że ja by­łem z Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia, z „Domu bez Kan­tów”, i nie zna­li­śmy się ze szko­ły. Szko­łę pod­sta­wo­wą roz­po­czy­na­łem przy Ko­per­ni­ka. Wy­rzu­ci­li mnie. Po­sze­dłem na Bed­nar­ską – to samo. Po­tem cho­dzi­łem na Ma­zo­wiec­ką, by wró­cić do Ko­per­ni­ka, a w koń­cu za­li­czy­łem ko­lej­ną szko­łę. W War­sza­wie nie ma miej­sca, przez któ­re bym się nie prze­czoł­gał (śmiech).

 

Za co tak Pana wy­rzu­ca­no?

Za do­bre za­cho­wa­nie (śmiech).

Ta­kim był Pan ło­bu­zem?

Ja­kim ło­bu­zem? By­łem w jed­nej kla­sie z Jur­kiem Ze­lni­kiem. Zna­my się nie­mal od uro­dze­nia, je­ste­śmy z tego sa­me­go po­dwór­ka i po­tra­fi­li­śmy roz­ło­żyć lek­cje w każ­dej kla­sie. Dzia­ła­li­śmy na uczniów i na­uczy­cie­li w zu­peł­nie fa­tal­ny spo­sób. Wy­star­czy­ły dwa na­sze ude­rze­nia, by nas… jak by to po­wie­dzieć…

Usu­nąć.

Moja mama usi­ło­wa­ła nas roz­dzie­lić, wie­rząc, że jak nie bę­dzie­my z Jur­kiem ra­zem, to skie­ru­je­my swo­je kro­ki ku cze­muś po­ży­tecz­ne­mu. Ale Ha­li­na Ze­lni­ko­wa, wi­dząc dzia­ła­nia mamy, mó­wi­ła: „Je­śli Zo­sia prze­no­si Ga­bry­sia do in­nej szko­ły, to ona pew­nie wie le­piej” – i po­dej­mo­wa­ła de­cy­zję, że też prze­nie­sie do tej szko­ły Jur­ka. I wszyst­ko za­czy­na­ło się na nowo, ko­lej­na kla­sa pę­ka­ła od na­szej ak­tyw­no­ści.

Co­ście ta­kie­go ro­bi­li? Aż tak bar­dzo prze­szka­dza­li­ście na­uczy­cie­lom w pro­wa­dze­niu lek­cji?

Dla na­uczy­cie­li to były nie­wąt­pli­wie trud­ne sy­tu­acje. Raz jed­na z na­szych na­uczy­cie­lek nie wy­trzy­ma­ła. „Albo w tej kla­sie zo­sta­ją Wró­blew­ski i Ze­lnik, albo ja” – orze­kła ka­te­go­rycz­nie. Ju­rek wstał i pal­nął: „Ja zo­sta­ję”. Na­wia­sem mó­wiąc, ta na­sza na­uczy­ciel­ka awan­so­wa­ła po­tem na ku­ra­to­ra, a na­stęp­nie do­sta­ła no­mi­na­cję na wi­ce­mi­ni­stra. A ja z Jur­kiem do dziś je­stem w nie­ustan­nie cie­płych sto­sun­kach. Na­wet wczo­raj ze sobą roz­ma­wia­li­śmy.

Ak­tor­skie śro­do­wi­sko za­wsze było Panu bli­skie.

To był przy­pa­dek. Mój star­szy brat Ma­rian był asy­sten­tem Je­rze­go Ka­wa­le­ro­wi­cza przy fil­mie Fa­ra­on. Pan Je­rzy chciał do ty­tu­ło­wej roli wziąć Włod­ka Pres­sa, też chło­pa­ka z na­sze­go po­dwór­ka. To było moc­ne po­dwór­ko. I w pew­nym mo­men­cie Ma­rian za­su­ge­ro­wał: „Pa­nie Je­rzy, mam dla pana świet­ne­go kan­dy­da­ta, jest na pierw­szym roku stu­diów”. Jak pan Ka­wa­le­ro­wicz zo­ba­czył dzie­więt­na­sto­let­nie­go Jur­ka Ze­lni­ka, a ten jesz­cze się przed nim ro­ze­brał, to już było wia­do­mo, kto do­sta­nie rolę Ram­ze­sa. Ju­rek to nie­by­wa­ły przy­stoj­nia­cha. Od nie­go ład­niej­szy był tyl­ko jego oj­ciec. O tak, oj­ciec Jur­ka był ab­so­lut­nie pięk­ny.

A Pana świat ak­tor­ski tak cią­gnął, że na­wet oże­nił się Pan z ak­tor­ką, Mał­go­rza­tą Pie­czyń­ską. I to po­dob­no ge­ne­rał Pe­te­lic­ki był świad­kiem na­ro­dzin Pań­skie­go za­uro­cze­nia?

To był nu­mer! Miesz­ka­łem już w Szwe­cji, a Sła­wek był tam pierw­szym se­kre­ta­rzem w am­ba­sa­dzie. Był gru­dzień 1986 roku. W Szwedz­kim In­sty­tu­cie Fil­mo­wym w Sztok­hol­mie mia­ła się od­być pre­mie­ra pol­skie­go fil­mu Je­zio­ro Bo­deń­skie, a na­stęp­nie am­ba­sa­da pla­no­wa­ła ofi­cjal­nie przy­jąć jego twór­ców. Tro­chę po­ma­ga­łem przy or­ga­ni­za­cji wi­zy­ty pol­skiej eki­py fil­mo­wej. Tak się bo­wiem zło­ży­ło, że rów­nież od dziec­ka zna­łem Ja­nu­sza Za­or­skie­go. Ja­nusz za­brał ze sobą do Sztok­hol­mu Mał­go­rza­tę, któ­ra w tym fil­mie gra­ła pięk­ną Fran­cuz­kę – Su­zan­ne. Kie­dy po­ja­wi­łem się na przy­ję­ciu w am­ba­sa­dzie, oka­za­ło się, że Sła­wek już ema­blu­je ślicz­ną ak­tor­kę. A ob­ry­ty był nie­moż­li­wie! „Pani Mał­go­rza­to, sły­sza­łem o pani naj­now­szym fil­mie, któ­ry jesz­cze nie wszedł na ekra­ny. Ale wi­dzia­łem też pa­nią w Ba­ry­to­nie z Za­pa­sie­wi­czem. Po­dzi­wia­łem pani kunszt ak­tor­ski w Te­atrze Po­wszech­nym”. Skur­czy­byk, no! „Wi­dział! – my­ślę so­bie. – W te­atrze! Może by cię wpu­ści­li do te­atru, ale la­lek!”. Tak so­bie we­wnętrz­nie roz­pra­wiam, wku­rzo­ny, no bo je­stem już pół­to­ra roku po roz­wo­dzie, pierw­szy raz wi­dzę Mał­go­rza­tę Pie­czyń­ską i na­tych­miast się w niej za­ko­chu­ję, a on, sku­ba­ny, tak to czu­ję, już mi za­czy­na ro­bić koło pió­ra.

Za­raz, za­raz… Po­ja­wia się w pol­skiej am­ba­sa­dzie w Sztok­hol­mie Mał­go­rza­ta Pie­czyń­ska i obaj za­czy­na­cie do niej sma­lić cho­lew­ki?

Aran­żo­wa­łem jej przy­jazd z re­ży­se­rem Za­or­skim. Nie­ofi­cjal­nie gra­łem więc rolę go­spo­da­rza w Szwedz­kim In­sty­tu­cie Fil­mo­wym. Sła­wek z ko­lei czy­nił ho­no­ry jako pierw­szy se­kre­tarz w am­ba­sa­dzie. No i szlag mnie tra­fiał, że on się tak wy­mą­drzał, zże­ra­ła mnie czy­sta za­zdrość, bo nie wpa­dłem na po­mysł, aby się tak przy­go­to­wać jak on. A on nie dość, że ład­nie się prze­brał, w gra­na­to­wy, w nie­bie­ski, wszyst­ko pod ko­lor oczu, to rzu­cał tymi tek­sta­mi, wska­zu­ją­cy­mi, że wszyst­ko wie, bo a to Je­zio­ro Bo­deń­skie, a to Sta­ni­sław Dy­gat, ho, ho, co za wie­dza! Wi­dzę, że Mał­go­rza­ta pa­trzy w nie­go, jaki jest in­te­li­gent­ny, jaki by­stry, in­te­re­su­je się kul­tu­rą. A ja nie wiem nic! Po­tem mi się przy­znał, że wszyst­ko to wy­kuł przed tą wi­zy­tą. No, w każ­dym ra­zie był pie­kiel­nie przy­go­to­wa­ny. Mu­sia­łem więc prze­jąć ini­cja­ty­wę. Fi­nał był taki, że to ja wy­gra­łem, bo się Mał­go­rza­cie oświad­czy­łem (śmiech).

Za­wsze tak ry­wa­li­zo­wa­li­ście ze sobą?

Od dzie­ciń­stwa. Zna­li­śmy się z róż­nych bó­jek. Ja z ko­le­ga­mi ob­sta­wia­łem dół Po­wi­śla, a Sła­wek – Czer­nia­ko­wa. Nie bi­li­śmy się nig­dy in­a­czej niż pię­ścia­mi. To były gów­niar­skie tłucz­ki. Moja gru­pa na­zy­wa­ła się Głów­ny Za­rząd Po­li­tycz­ny „Dom bez Kan­tów”, a Sła­wek prze­wo­dził gru­pie spod Spa­ce­ro­wej. To było ol­brzy­mie osie­dle. On trzy­mał się z Mi­cha­łem Ko­ma­rem, z któ­rym też je­stem w cie­płej za­ży­ło­ści, i ze Ste­fa­nem Mar­ko­wi­czem, któ­ry nie bił się nig­dy. Szcze­rze mó­wiąc, był tro­chę cia­po­wa­ty. Ale za to no­sił mia­no ma­te­ma­tycz­ne­go ge­niu­sza. Był też Pi­ko­lo, Zdzi­siek Hof­f­man, sło­wem, nie­zła to była gran­da. Wszyst­kich nas łą­czy­ło też coś jesz­cze. Otóż mu­si­cie wie­dzieć, że od razu po woj­nie nasi ro­dzi­ce przy­jeż­dża­li do War­sza­wy i pierw­szą rze­czą, jaką za­czę­li ro­bić, to były dzie­ci. Po­wiedz­my so­bie szcze­rze, że jesz­cze nie wie­dzie­li, co ro­bią (śmiech). I my wszy­scy je­ste­śmy wła­śnie z tego sa­me­go cza­su: Ze­lnik – uro­dzo­ny czter­na­ste­go wrze­śnia 1945 roku, Sła­wek – wrze­sień 1946, ja – luty 1946, Mi­chał Ko­mar z tego sa­me­go roku i Oleń­ka Frysz­man też. My je­ste­śmy po­ko­le­nie tak zwa­ne­go pierw­sze­go ude­rze­nia. I to nie­omal do­słow­nie. Mój tata zja­wił się w War­sza­wie dwu­dzie­ste­go ósme­go maja 1945 roku. I ja po­ja­wi­łem się na świe­cie dwu­dzie­ste­go ósme­go lu­te­go, dzie­więć mie­się­cy, jak pod li­nij­kę! Nie było więc tak, że ro­dzi­ce zaj­mo­wa­li się wi­ta­niem no­we­go sys­te­mu, ma­sze­ru­jąc z cho­rą­gwia­mi. Odło­ży­li cho­rą­gwie, aby za­jąć się czymś zu­peł­nie in­nym (śmiech). Na­le­że­li­śmy więc do pierw­sze­go mio­tu mło­dzie­ży i ich za­chwy­co­nych ro­dzi­ców, uszczę­śli­wio­nych tym, że te­raz bę­dzie nowa Pol­ska, nowe cuda. Już było po woj­nie, po tej strasz­li­wej wo­jen­nej mę­czar­ni. By­li­śmy dzieć­mi szczę­śli­wo­ści, głów­nym po­wo­jen­nym ude­rze­niem mi­ło­ści. Tak, to było ude­rze­nie mi­ło­ści. O, tuż za ro­giem tego apar­ta­men­tow­ca miesz­ka­ła na­sza ko­le­żan­ka Oleń­ka Frysz­man. In­te­li­gent­na i oczy­ta­na. Raz po­wie­dzia­ła Sław­ko­wi – przy­znał to zresz­tą w jed­nym z wy­wia­dów – „Sła­wek, ty je­steś taki ład­ny, taki sym­pa­tycz­ny, ale je­steś taki głu­pi, bo nic nie czy­tasz”. Oleń­ka, na­sza ró­wie­śni­ca, dzi­siaj jest or­dy­na­to­rem, le­ka­rzem uro­lo­gii w Lon­dy­nie, na­le­ży do czwar­te­go po­ko­le­nia uro­lo­gów. Jej oj­ciec, dok­tor Je­rzy Frysz­man, był or­dy­na­to­rem Szpi­ta­la Bie­lań­skie­go, za­ło­żył Pol­skie To­wa­rzy­stwo Uro­lo­gicz­ne. Mama – Ire­na, z domu Le­wicz, też le­karz, była prze­uro­czą oso­bą, a jed­no­cze­śnie pod­puł­kow­ni­kiem Woj­ska Pol­skie­go. Do Oleń­ki cho­dzi­li­śmy ze Sław­kiem na pry­wat­ki. Był rok 1959, za­pew­ne ro­dzi­ce pań jesz­cze się wte­dy nie zna­li, kie­dy my u Oleń­ki słu­cha­li­śmy Dia­ny Pau­la Anki, bo o Be­atle­sach też jesz­cze wte­dy nikt nie sły­szał. Miesz­ka­nie Oleń­ki li­czy­ło trzy po­ko­je z kuch­nią, przy czym w jed­nym po­ko­ju pro­fe­sor urzą­dził ga­bi­net, w któ­rym przyj­mo­wał pry­wat­nie pa­cjen­tów. Oleń­ka, je­dy­nacz­ka, da­lej ma to miesz­ka­nie, wy­ku­pi­ła je póź­niej po ro­dzi­cach.

Był al­ko­hol na tych pry­wat­kach?

No tak! Dla­te­go mię­dzy in­ny­mi Oleń­ka zdo­by­ła so­bie wśród nas nie­sa­mo­wi­tą po­pu­lar­ność, bo jej oj­ciec był or­dy­na­to­rem, a do or­dy­na­to­ra nie wy­pa­da­ło przyjść in­a­czej niż z do­wo­dem wdzięcz­no­ści. To, co oj­ciec Oleń­ki miał w sza­fie… Co ja mó­wię, to nie była sza­fa, to był paw­lacz, to było coś ta­kie­go, na co pa­trzy­li­śmy z nad­zwy­czaj­ną ra­do­ścią. Tego, co się w niej znaj­do­wa­ło, nie wi­dzia­ło się w skle­pach mo­no­po­lo­wych. A jej sta­ry to miał i nig­dy nie wie­dział, ile ma. To nie było mar­nych dzie­sięć fla­szek. Nie było dwa­dzie­ścia, nie było pięć­dzie­siąt! Pół­ki ugi­na­ły się od al­ko­ho­lu. I nig­dy się nie do­wie­dział, ile­śmy mu wy­pi­li. Pi­li­śmy bez­kar­nie, bo ro­dzi­ce Oleń­ki wy­pi­ja­li może je­den kie­li­szek, i to od wiel­kie­go dzwo­nu. Oleń­ka była uro­kli­wą, dow­cip­ną, faj­ną ko­le­żan­ką i mia­ła jesz­cze jed­ną za­le­tę: jej ro­dzi­ce czę­sto wy­jeż­dża­li na róż­ne sym­po­zja, któ­re trwa­ły dłu­żej niż je­den dzień. Zo­sta­wia­li jej cha­tę za­opa­trzo­ną w coś, cze­go wte­dy w War­sza­wie się nie piło. To u Oleń­ki pierw­szy raz spró­bo­wa­li­śmy whi­sky. Nie sma­ko­wa­ła mi. Sław­ko­wi też nie.

Ale nie upi­ja­li­ście się chy­ba i nie de­mo­lo­wa­li­ście miesz­ka­nia?

Nie, no skąd! Peł­na kul­tu­ra. W koń­cu my by­li­śmy chłop­ca­mi z do­brych do­mów, do­brze wy­cho­wa­ny­mi, my­śmy po­tra­fi­li się za­cho­wać. Oczy­wi­ście ściem­nio­ne świa­tło i róż­ne pod­wa­lan­ki też się tam zda­rza­ły.

Kto by­wał na pry­wat­kach u Oleń­ki?

Ola mia­ła przy­ja­ciół­ki – Elż­bie­tę Hib­ner, Gra­ży­nę Po­te­rań­ską, Ire­nę Gru­dziń­ską. By­wa­ła gru­pa z mo­je­go tech­ni­kum, z Ka­sprza­ka – a w niej Tom­czyk. Skoń­czył po­tem SGPiS, był do­rad­cą mar­szał­ka Bo­row­skie­go. Przy­cho­dził gra­ją­cy na gi­ta­rze Woj­tek Lip­czyk, któ­ry dziś robi me­ta­lo­we cuda, by­wa­li Pio­trek Broj­de, Fre­dek Łusz­czy­na.

Ja­kie wra­że­nie w tym gro­nie ro­bił wów­czas przy­szły ge­ne­rał?

Żad­ne­go. Kto w tam­tym cza­sie ro­bił na kim wra­że­nie! Ot, jesz­cze je­den blon­dy­nek, wi­dać, że ko­za­czek, do bit­ki sko­ry.

O co się bi­li­ście?

Chłop­cy się biją, dla­te­go że ro­sną (śmiech).

Miał Pan z Pe­te­lic­kim ta­kie spo­tka­nie, je­den na jed­ne­go?

Taki był wła­śnie, praw­dę mó­wiąc, po­czą­tek na­szej przy­jaź­ni. W domu Oleń­ki. Za­czę­ło się od tego, że ja coś szczek­ną­łem, on od­szczek­nął. No to wyjdź­my, mówi, na solo, bo w domu prze­cież nie bę­dzie­my. No, kul­tu­ra, mó­wię. Jak chcesz, to idzie­my na dół. Ze­szli­śmy. Sła­wek nie był wte­dy jesz­cze taki ko­zak, żeby mógł mi spo­koj­nie do­ło­żyć, ale ja­koś nam się to star­cie roz­peł­zło. Chy­ba dla­te­go, że mie­li­śmy ze sobą flasz­kę, i chy­ba to ta flasz­ka zde­cy­do­wa­ła, że zre­zy­gno­wa­li­śmy z bój­ki, wró­ci­li­śmy na górę i pi­li­śmy da­lej.

Czy­li nie szko­ła was łą­czy­ła, ale ży­cie po­zasz­kol­ne.

Tak wła­śnie było! Szko­ły nie uzna­wa­li­śmy za szcze­gól­nie waż­ną. Waż­ny był na przy­kład Klub Po­szu­ki­wa­czy Sprzecz­no­ści, do któ­re­go Sła­wek też do­ska­ki­wał, ale z mniej­szym niż ja en­tu­zja­zmem. W klu­bie było mnó­stwo wol­nych dziew­cząt, któ­re przy­cho­dzi­ły słu­chać mą­drzą­cych się i mą­drych, tych z uni­wer­sy­te­tu, z fi­lo­zo­fii. To był okres doj­rze­wa­nia in­te­lek­tu­al­ne­go. Waż­ne były nie­ustan­ne pry­wat­ki, za­ba­wy lub star­cia na pla­cach za­baw. O, tam rze­czy­wi­ście by­wa­ło ostro. Ale w ruch nie szły pasy, noże, ka­ste­ty, nie. Te na­rzę­dzia nie były nam zna­ne. By­li­śmy gów­nia­rza­mi, szła szer­mier­ka na pię­ści. Jak dziś so­bie o tym my­ślę, to nie wi­dzę w tym nic złe­go. Bi­twa do­bie­ga­ła koń­ca, ocie­ra­li­śmy po­krwa­wio­ne nosy, wy­plu­wa­li­śmy wy­bi­te zęby, ale na­wet nie zło­ści­li­śmy się na sie­bie. Ta­kie po pro­stu było ży­cie. A po­tem, kie­dy uda­ło mi się skoń­czyć tech­ni­kum Ka­sprza­ka, star­to­wa­łem na Po­li­tech­ni­kę. Z przy­czyn tak zwa­nych nie­za­leż­nych nie do­sta­łem się na stu­dia dzien­ne. Wy­po­mnia­łem ojcu: „Tata, punk­tów nie mam żad­nych, bo po­cho­dze­nie do ni­cze­go, żad­ne ro­bot­ni­czo-chłop­skie”. A oj­ciec, któ­ry pra­co­wał w Wy­daw­nic­twie Wie­dzy Woj­sko­wej… mie­ści­ło się na Grzy­bow­skiej… i sy­no­wi win­dziar­ki ze swo­jej pra­cy za­ła­twił, żeby przy­ję­li go na dzien­ne, od­po­wie­dział: „Gdy­by syn win­dziar­ki miał ta­kie wa­run­ki jak ty, toby się na sa­mych piąt­kach do­stał. Ty je­steś ga­moń, to radź so­bie sam”. Zda­wa­łem więc na stu­dia wie­czo­ro­we, na Na­rbut­ta, ale po­tem moja ścież­ka ży­cio­wa dość się skom­pli­ko­wa­ła. Sła­wek po­szedł na pra­wo, a my z moją dziew­czy­ną za­szli­śmy w cią­żę (śmiech). Dwu­dzie­ste­go ósme­go wrze­śnia 1966 roku uro­dzi­ła się moja pier­wo­rod­na cór­ka Agniesz­ka. Za­par­łem się: ko­cham i już, nie mia­łem więc cza­su na ży­cie to­wa­rzy­skie. Mia­łem za to dwa­dzie­ścia lat i sie­dem mie­się­cy, kie­dy zo­sta­łem oj­cem. Co cie­ka­we, gdy koń­czy­łem osiem­na­ście lat, mo­głem wziąć ślub bez żad­nych pro­ble­mów. Ale dwa lata póź­niej zmie­ni­ło się pra­wo i żeby wziąć ślub i na wszyst­kich na­gwiz­dać, mu­sia­łem mieć zgo­dę ro­dzi­ców i sądu.

 

Wcze­śnie roz­po­czął Pan do­ro­słe ży­cie.

Trze­ba też pa­mię­tać o cza­sach, w ja­kich wte­dy przy­szło nam żyć. Dzie­wią­te­go mar­ca 1968 roku aresz­to­wa­no Ada­ma Mich­ni­ka. Adam miesz­kał w jed­nym domu z Włod­kiem Kof­ma­nen, z tym że Kof­man miesz­kał na czwar­tym, a Adam na dru­gim pię­trze. Wło­dek zor­ga­ni­zo­wał pry­wat­kę z ra­cji tego, że obro­nił dy­plom. O ni­czym in­nym się na tym przy­ję­ciu nie mó­wi­ło,

tyl­ko o tym, że Ada­ma zgar­nę­li do ki­cia. Z tego, co wiem, wszy­scy, któ­rzy wte­dy uczest­ni­czy­li w tym spo­tka­niu, byli prze­słu­chi­wa­ni w Pa­ła­cu Mo­stow­skich albo na Ra­ko­wiec­kiej. Wszy­scy prócz dwóch par. Nie za­pro­si­li na ko­men­dę Jan­ka Gede, syna wi­ce­pre­mie­ra i am­ba­sa­do­ra Ta­de­usza Gede, bo Ja­nek był żo­na­ty z Ba­sią, i mnie – bo by­łem żo­na­ty ze swo­ją pierw­szą Mał­go­lą. Na­sze śro­do­wi­sko pod­le­ga­ło in­wi­gi­la­cji, ale my mie­li­śmy już inne kło­po­ty: za­ło­ży­li­śmy wła­sne ro­dzi­ny, uro­dzi­ło się dziec­ko, trze­ba było pła­cić za miesz­ka­nie, ja­koś da­wać so­bie radę. Prze­sze­dłem do in­nej gru­py, in­nej ka­te­go­rii.

I po­sta­no­wi­li­ście wy­je­chać z kra­ju?

Ze swo­ją pierw­szą mał­żon­ką po­my­śle­li­śmy: sko­czy­my za gra­ni­cę, do­ro­bi­my. Ja zresz­tą szyb­ko prze­sze­dłem do pry­wat­nej ini­cja­ty­wy. Za­rzu­ci­łem stu­dia, mia­łem już w War­sza­wie warsz­tat i za­ra­bia­łem wię­cej niż oj­ciec puł­kow­nik.

Nie było Panu szko­da tych stu­diów?

Mia­łem żonę i dziec­ko! Mał­go­la stu­dio­wa­ła, koń­czy­ła re­ży­se­rię dźwię­ku w fil­mie. Ktoś więc mu­siał za­ra­biać. Od jej ro­dzi­ców po­mo­cy nie chcia­łem. Od swo­ich też nie mia­łem naj­mniej­szych po­wo­dów cze­go­kol­wiek brać, bo się po­sta­wi­łem z tym ślu­bem. Mu­sia­łem więc sam za­ro­bić. Kosz­ty odej­ścia od mło­do­ści, chmur­ne­go stu­denc­kie­go ży­cia, za­mie­nia­ją się w kosz­ty wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka. Mu­sisz być do­ro­sły, nie masz wyj­ścia. Żona do­sta­ła za­pro­sze­nie na dar­mo­we sty­pen­dium do Fran­cji, do stu­dia fil­mo­we­go. Ja z ko­lei do­sta­łem za­pro­sze­nie do pra­cy w Szwe­cji. Z tym że żona pasz­port do­sta­ła, a mnie od­mó­wi­li. Wy­kom­bi­no­wa­li­śmy więc spryt­nie, że się roz­wie­dzie­my, na niby. Te­ścio­wie byli ad­wo­ka­ta­mi, spra­wa po­szła gład­ko. Na roz­pra­wę za­miast nas po­szła Mar­ta Przy­bo­ra, cór­ka Je­re­mie­go, któ­ra, na­wia­sem mó­wiąc, była na­szym świad­kiem na ślu­bie. Ze­zna­ła, że po­ży­cia mał­żeń­skie­go mię­dzy nami nie było w ogó­le. A że jest dziec­ko? Cud! Nie ta­kie rze­czy świat wi­dział! Do­sta­li­śmy roz­wód. Miesz­ka­nie, któ­re ku­pi­łem za Że­la­zną Bra­mą, prze­pi­sa­łem już na cór­kę jako za­bez­pie­cze­nie, no i z żoną za­czę­li­śmy de­cy­do­wać, czy bę­dzie­my we Fran­cji, czy w Szwe­cji. W Szwe­cji był już mój młod­szy brat, któ­ry za­gro­ził, że je­śli do nie­go nie przy­je­dzie­my, wy­je­dzie do Izra­ela. To nam się wy­da­wa­ło prze­ra­ża­ją­ce. Tak więc zło­ży­łem wnio­sek o ofi­cjal­ną emi­gra­cję i dzie­sią­te­go lu­te­go wsia­dłem na sta­tek Ma­ry­narz Mi­ga­ła. Trans­por­to­wiec od­cho­dził z No­we­go Por­tu i na nim do­pły­ną­łem do Sztok­hol­mu. Po­tem do­łą­czył do nas star­szy brat.

Od cze­go Pan za­czy­nał w Szwe­cji?

Od sprzą­ta­nia. Dys­po­no­wa­li­śmy nie­wiel­ką sumą pie­nię­dzy, jaką do­sta­wa­li­śmy za na­ukę ję­zy­ka szwedz­kie­go. Z tego moż­na było się już utrzy­mać, choć skrom­nie. Do­ga­da­li­śmy się z bra­tem Ma­ria­nem, że przed po­łu­dniem ja cho­dzę do szko­ły, a po po­łu­dniu pra­cu­ję w dru­kar­ni na tej sa­mej ma­szy­nie, na któ­rej rano pra­co­wał on, za­nim po po­łu­dniu szedł się uczyć. Mie­li­śmy więc je­den pew­ny etat plus do­dat­ko­wo sprzą­ta­nie w dru­kar­ni wie­czo­rem. Nie było źle. Na­ma­wia­li­śmy ro­dzi­ców, aby do nas przy­je­cha­li. Tuż po izra­el­sko-arab­skiej woj­nie sze­ścio­dnio­wej w 1967 roku, kie­dy to ko­mu­ni­stycz­ny blok wschod­ni ze­rwał sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne z Izra­elem, w wy­daw­nic­twie ojca zmie­nił się szef. Przy­szedł nowy, na­zy­wał się Szpi­tel, ale oj­ciec uwa­żał, że na dru­gie musi mieć du­reń. Tak mó­wił. Oj­ciec był sze­fem Bi­blio­te­ki Wie­dzy Woj­sko­wej, któ­ra wy­da­wa­ła hi­sto­rię woj­ska, pa­mięt­ni­ki ge­ne­ra­łów Bra­dleya i Zaj­ce­wa, mar­szał­ka Ko­nie­wa i de Gaul­le’a, Gu­de­ria­na i in­ne­go mar­szał­ka ra­dziec­kie­go. Żeby to wy­dać, trze­ba było upra­wiać swo­isty ta­niec na li­nie, ale ojcu za­le­ża­ło na tym, aby dać żoł­nie­rzom i ofi­ce­rom moż­li­wość in­ne­go spoj­rze­nia, nie tyl­ko tego obo­wią­zu­ją­ce­go ze stro­ny ro­syj­skiej. Jak na­stał Szpi­tel, to wi­ce­mi­ni­strem i sze­fem Głów­ne­go Za­rzą­du Po­li­tycz­ne­go był ge­ne­rał Wła­dy­sław Po­lań­ski. Oj­ciec zwró­cił się do nie­go: „Szpi­tel jest idio­tą, mię­dzy nami nie bę­dzie współ­pra­cy. To nie pój­dzie”. Szły za to nowe cza­ry-mo­cza­ry i Po­lań­ski stwier­dził, że jest za krót­ki na to, aby ojca wes­przeć. I po­ra­dził mu: „Od­daj się do dys­po­zy­cji Głów­ne­go Za­rzą­du Po­li­tycz­ne­go”. Oj­ciec sko­rzy­stał z rady. Za pra­cę po­dzię­ko­wał, pen­sję od­bie­rał i z peł­ny­mi ho­no­ra­mi od­szedł z wy­daw­nic­twa. Wszyst­kie dziew­czy­ny za nim pła­ka­ły, bo sta­ry był ka­wał przy­stoj­nia­ka. Był o tyle nie­szczę­śli­wy, że nie miał za­ję­cia, ale kie­dy przy­szedł słyn­ny rok 1968, wszy­scy go py­ta­li: „Jak tyś, Mi­chał, mógł to prze­wi­dzieć?!”. No bo prze­cież gdy­by nie od­szedł, to w 1968 wy­wa­li­li­by go jako Żyda, z hu­kiem, a tak nie dość, że od­szedł z ho­no­ra­mi, to jesz­cze chle­bo­we miał pła­co­ne. A prze­cież mój oj­ciec, Mi­chał, to nie był spry­tuś, zna­ny był ra­czej jako czło­wiek go­łę­bie­go ser­ca. Ot, o wszyst­kim prze­są­dził przy­pa­dek.

Ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się przy­je­chać do Pana, do Szwe­cji?

Mat­ka prze­ka­za­ła nam wia­do­mość, że z oj­cem jest co­raz go­rzej. Gło­wa za­czy­na mu la­tać, nie chce być dla nas cię­ża­rem i nie przy­je­dzie. Wia­do­mość ta mnie zde­ner­wo­wa­ła. Nie chce przy­je­chać? No to ja mu po­ka­żę, jak ten gó­ral z dow­ci­pu, co to po­sta­no­wił za­pi­sać się do par­tii. Zna­cie ten ka­wał? Py­ta­ją gó­ra­la, dla­cze­go chce być w par­tii, a on mówi: „Moja żona Zoś­ka gzi się z chło­pem w łóż­ku, moja cór­ka Kaś­ka gzi się z dru­gim chło­pem w łóż­ku, to ja se my­ślę: cze­kaj­ta, kur­wy, ja wam więk­sze­go wsty­du na­ro­bię i za­pi­szę się do par­tii”. No więc i ja, jak ten gó­ral, mó­wię ma­mie: „Je­śli nie przy­je­dzie­cie, to się wy­prę ży­do­stwa. Po­wiem, że nie by­łem Ży­dem, nie je­stem Ży­dem, zresz­tą my nig­dy w re­li­gii moj­że­szo­wej wy­cho­wa­ni nie by­li­śmy, gów­no mnie to wszyst­ko ob­cho­dzi, prze­pro­szę się z PRL-em, żeby mi na po­wrót dali oby­wa­tel­stwo pol­skie. I będą mnie po­ka­zy­wać jak mał­pę w klat­ce”. Po­dzia­ła­ło. Rok póź­niej ro­dzi­ce byli już w Szwe­cji. Zdą­ży­li­śmy z brać­mi, pra­cu­jąc we trój­kę, uzbie­rać im na miesz­ka­nie, więc moi ro­dzi­ce mo­gli już w no­wym miesz­ka­niu wbić ten przy­sło­wio­wy gwóźdź w swo­ją ścia­nę. Ale to były też lata prze­rwy w na­szej zna­jo­mo­ści ze Sław­kiem. Kie­dy przy­je­chał do am­ba­sa­dy w Sztok­hol­mie, spo­tka­li­śmy się na przy­ję­ciu. Wpie­nił mnie. Nic nie po­wie­dział, że tu jest. Py­tam więc na­pa­stli­wie: „Ile cza­su tu je­steś? I co, słu­chaw­ki nie mia­łeś siły pod­nieść, żeby do mnie za­dzwo­nić? Masz pie­tra, że się nie od­zy­wasz?”. Uśmiech­nął się i po­wia­da: „Ga­bryś, masz dwie rze­czy do wy­bo­ru. Albo lej mnie w mor­dę, albo się ca­łuj”. Nie chcia­łem go bić na te­re­nie am­ba­sa­dy, więc się uca­ło­wa­li­śmy (śmiech). Przez cały czas jego po­by­tu by­li­śmy w nie­zwy­kle za­ży­łych, cie­płych sto­sun­kach. Wró­ci­ła nam na­sza mło­dość. Co praw­da, już wte­dy mie­li­śmy po te czter­dzie­ści ład­nych parę lat, ale w tym mo­men­cie ży­cia nie­wie­lu ma się kum­pli z dzie­ciń­stwa.