Ostatni samurajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3. Michał Komar

So­bo­ta, 15 grud­nia 2012, godz. 11.00, ho­tel She­ra­ton, War­sza­wa

Mu­si­my przy­znać, że był mo­ment, w któ­rym po­czu­ły­śmy do Pana złość. Pró­bo­wa­ły­śmy na­mó­wić ge­ne­ra­ła Pe­te­lic­kie­go na spi­sa­nie wspo­mnień, a on na to: „Chęt­nie, ale już je spi­su­je mój przy­ja­ciel”.

Tak, do­szli­śmy do wnio­sku, że trze­ba coś na­pi­sać.

Kto do­szedł?

To była ini­cja­ty­wa Sław­ka, któ­ry uwa­żał, że po­wi­nien dać ja­kieś świa­dec­two. Był już wte­dy poza GROM-em. Wcze­śniej roz­ma­wia­li­śmy na te­mat ja­kichś tek­stów, ale uwa­ża­łem, że jest za wcze­śnie. Sła­wek to zro­zu­miał, bo roz­mo­wa by­ła­by kom­plet­nie ja­ło­wa, gdy­by nie mógł ni­cze­go ujaw­nić. A po­wta­rza­nie ba­na­łów na po­zio­mie pro­ste­go ko­mu­ni­ka­tu pra­so­we­go nie mia­ło­by sen­su.

Ale w książ­ce Grom: siła i ho­nor (Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2010), wy­wia­dzie rze­ce z ge­ne­ra­łem Pe­te­lic­kim, nie ma sło­wa o wa­szej przy­jaź­ni, a była po­noć wiel­ka, i to od szkol­nej ławy.

Tak, to była dłu­ga przy­jaźń. Ale i nie­ła­twa.

Nie spo­tka­ły­śmy jesz­cze roz­mów­cy, któ­ry po­wie­dział­by, że z ge­ne­ra­łem przy­jaź­nić się było ła­two.

Z tego wy­ni­ka, że mó­wię praw­dę (śmiech).

Cho­dzi­li­ście do tej sa­mej szko­ły pod­sta­wo­wej?

Nie. Spo­tka­li­śmy się w pierw­szej kla­sie li­ceum. Wcze­śniej cho­dzi­łem do in­nej szko­ły, Sła­wek cho­dził do Rej­ta­na. Miesz­ka­li­śmy bar­dzo bli­sko sie­bie, więc od­wie­dza­li­śmy się dwa, trzy razy dzien­nie. I ja­koś tak się zło­ży­ło, że usu­nię­to mnie ze szko­ły, do któ­rej cho­dzi­łem, i prze­nio­słem się do szko­ły Sław­ka. Mie­li­śmy więc po­wód, aby za­cie­śnić re­la­cje, choć i tak były bli­skie. Ale od tej chwi­li mo­gli­śmy od siód­mej pięt­na­ście po­dró­żo­wać ra­zem do szko­ły. Pa­mię­tam, że jeź­dzi­li­śmy tram­wa­jem nu­mer 33 lub 33 bis, kom­plet­nie za­pcha­nym. Jeź­dzi­li­śmy na tak zwa­nym cyc­ku…

Czy­li?

Na ze­wnątrz, na zde­rza­ku. Albo… do tej pory drę­twie­ję, uświa­da­mia­jąc so­bie, ja­ki­mi idio­ta­mi by­li­śmy… po dru­giej stro­nie wa­go­nu, za­cze­pie­ni o fra­mu­gi okien. Jak my­śmy to ro­bi­li? Do dzi­siaj nie je­stem w sta­nie tego do­ciec.

Za­nim sta­li­ście się utra­pie­niem war­szaw­skich tram­wa­ja­rzy, ra­zem bie­ga­li­ście po po­dwór­ku?

Pew­nie, że tak, ale, co waż­ne, Sła­wek miał łuk. Był chy­ba mi­strzem albo wi­ce­mi­strzem mło­dzi­ków w strze­la­niu z łuku i dość ocho­czo po­pi­sy­wał się swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi. Pew­ne­go dnia za­pro­sił mnie do domu. Po­ka­zy­wał me­da­le spor­to­we swe­go taty. Jego oj­ciec był wy­śmie­ni­tym strzel­cem, re­pre­zen­tan­tem Pol­ski na igrzy­skach olim­pij­skich. No i tak za­dzierz­gnę­ła się ta na­sza zna­jo­mość, któ­ra póź­niej się roz­wi­ja­ła. Jeź­dzi­li­śmy co­dzien­nie ra­zem do szko­ły, co nas ze sobą jesz­cze bar­dziej zwią­za­ło, po czym obaj ode­szli­śmy z Rej­ta­na.

W któ­rej kla­sie?

Po skoń­cze­niu dzie­wią­tej. Bo w kla­sie dzie­sią­tej i je­de­na­stej by­li­śmy już w szko­le nu­mer 44 na uli­cy Dol­nej.

Dla­cze­go ode­szli­ście z Rej­ta­na? Wy­rzu­ci­li was?

Wy­glą­da na to, że tak.

Za co?

Mnie za idio­tyzm.

A Sła­wek co prze­skro­bał? Po­dob­no wrzu­cił sód do ubi­ka­cji i spo­wo­do­wał wy­buch w mę­skiej to­a­le­cie.

(śmiech) Tak? Nie wiem. Mnie wy­rzu­ci­li. Ale też tro­chę sami że­śmy się wy­co­fa­li. Wie­dzia­łem, że nie po­do­łam wy­so­kie­mu po­zio­mo­wi ma­te­ma­ty­ki w Rej­ta­nie, co zresz­tą póź­niej oka­za­ło się nie­praw­dą. Ale dzi­siaj nie ma to już zna­cze­nia.

Jak się żyło w tam­tym cza­sie w War­sza­wie?

War­sza­wa była mniej­sza. Nie było tylu sa­mo­cho­dów, były przede wszyst­kim tram­wa­je. Nie­kie­dy tro­lej­bu­sy na głów­nej li­nii w Ale­jach Ujaz­dow­skich. Pięk­ny sprzęt. Cho­dzi­li­śmy ku­po­wać chleb do pie­kar­ni na uli­cę Ta­trzań­ską, w cen­trum Czer­nia­ko­wa. Miesz­kał tam Grze­siuk, pa­mię­tam zresz­tą pana Grze­siu­ka z lat pięć­dzie­sią­tych. Ale w ru­inach bu­dyn­ku na uli­cy wów­czas Pod­cho­rą­żych rzą­dził pan Mi­rek, któ­ry han­dlo­wał ki­szo­ną ka­pu­stą i oran­ża­dą: taką lep­ką, czer­wo­ną. Tam też ku­po­wa­li­śmy wodę so­do­wą w sy­fo­nach.

Pysz­na była, praw­da? A na ro­gach ulic kró­lo­wa­ły sa­tu­ra­to­ry, pa­mię­ta Pan?

Po­ja­wia­ły się la­tem na rogu Pod­cho­rą­żych, czy­li dzi­siaj Ga­ga­ri­na, i Bel­we­der­skiej. Tam stał sa­tu­ra­tor z dwo­ma so­ka­mi. Bo były dwa soki. Wte­dy wszyst­ko było w dwóch ka­te­go­riach: było ma­sło w opa­ko­wa­niu nie­bie­skim i ma­sło w czer­wo­nym, wód­ka – z na­lep­ką nie­bie­ską i czer­wo­ną, na­wet jaja – nie­bie­skie i czer­wo­ne. Nie­bie­skie to chy­ba były wap­nia­ki, czer­wo­ne – świe­że. Ale wra­ca­jąc do na­szych spa­ce­rów… szli­śmy naj­pierw wy­mie­nić sy­fo­ny, a po­tem ru­sza­li­śmy do pie­kar­ni. Chleb był go­rą­cy, ku­po­wa­li­śmy po okrą­głym bo­chen­ku z pięk­ną, spę­ka­ną, brą­zo­wą skór­ką. Za­nim do­szli­śmy do domu, zdą­ży­li­śmy wy­jeść ten chleb i wy­pić wodę so­do­wą. I znów trze­ba było wró­cić i wy­mie­nić sy­fo­ny, i ku­pić chleb.

By­li­ście jak „dzie­ci z Bul­ler­byn”. Tyl­ko że one wra­ca­ły do skle­pu, bo za­po­mnia­ły cze­goś z dłu­giej li­sty za­ku­pów. Co Pan jesz­cze pa­mię­ta z tam­tych cza­sów?

Na przy­kład sku­ter Osa. Wiel­ki sku­ter. Po­sia­dał go nasz ko­le­ga. Zło­śli­wie spusz­cza­li­śmy mu po­wie­trze z kół, bo miał ślicz­ną na­rze­czo­ną i ja się w niej pod­ko­chi­wa­łem. Mi­nę­ło wie­le lat. Parę mie­się­cy temu na­pi­sał do mnie: „Mi­chał, pa­mię­tam, kie­dyś spusz­cza­łeś mi po­wie­trze w sku­te­rze. Te­raz mu­sisz mi się za to od­wdzię­czyć”. Od­wdzię­czy­łem się. Na­pi­sał po­wieść i po­ma­gam mu ją wy­dać. Faj­ne, nie? Po tylu la­tach…

Do­brze się wte­dy w War­sza­wie żyło?

Tak, to były fan­ta­stycz­ne cza­sy.

Nie było In­ter­ne­tu, gier kom­pu­te­ro­wych. Co ro­bi­li chłop­cy w wa­szym wie­ku?

Cho­dzi­li do kina. Naj­czę­ściej do kina Mo­skwa. Mam śmier­tel­ny żal do władz War­sza­wy, że tego kina już nie ma. Swo­ją dro­gą wła­ści­ciel za­cho­wał się jak by­dlak, bo zła­mał umo­wę. Cho­dzi­li­śmy też do kina Sto­li­ca, gdzie dzi­siaj mie­ści się pięk­na Fil­mo­te­ka Na­ro­do­wa. Było kino Przo­dow­nik na Pu­ław­skiej i kino na Czer­nia­ko­wie, przy rogu Chełm­skiej…

Na ja­kie fil­my cho­dzi­li­ście?

Na wszyst­kie. Były fil­my fran­cu­skie, były fil­my ro­syj­skie, nie­któ­re zna­ko­mi­te, prze­cież Lecą żu­ra­wie to kla­sy­ka.

Ko­cha­li­ście się w gwiaz­dach fil­mo­wych?

Chy­ba nie.

Dziew­czy­ny mia­ły ze­szy­ci­ki, w któ­re so­bie wkle­ja­ły zdję­cia gwiazd.

O tak! Mia­ły ze­szy­ci­ki, w któ­re wkle­ja­ły zdję­cia wy­cię­te z ty­go­dni­ka „Film”. Wy­mie­nia­ły się na­wet tymi zdję­cia­mi. Ale to dziew­czy­ny! Zdję­cia gwiazd znaj­do­wa­ły się tak­że na od­wrot­nej stro­nie lu­ste­rek. Star­si od nas mło­dzień­cy no­si­li w kie­sze­niach ta­kie lu­ster­ka i grze­bie­nie. Zdu­mie­wa­ją­ce! Mnó­stwo sprzę­tów znik­nę­ło od tam­tej pory. Bo któ­ry męż­czy­zna nosi te­raz przy so­bie grze­bień? Kto nosi lu­ster­ko? Kto pa­mię­ta o sprzę­cie, któ­ry stał kie­dyś w każ­dym urzę­dzie…

O splu­wacz­ce?

No oczy­wi­ście! Te wszyst­kie sprzę­ty znik­nę­ły. Ale wra­ca­jąc do kina, bo to waż­ny te­mat, ko­niecz­nie mu­szę jesz­cze wspo­mnieć o we­ster­nach. Było ich strasz­nie dużo. Cho­ciaż­by Ostat­nia wal­ka Apa­cza czy Win­che­ster 73.

Przy­szły ge­ne­rał tak bar­dzo in­te­re­so­wał się In­dia­na­mi?

Nie.

Strze­lał jed­nak z łuku, więc pew­nie coś dla sie­bie w tych fil­mach od­naj­dy­wał.

Je­śli cho­dzi o łucz­nic­two, to była do­bra dys­cy­pli­na spor­to­wa. Nie wiem tego na pew­no, ale my­ślę, że oj­ciec za­chę­cał go do upra­wia­nia łucz­nic­twa. Sła­wek miał nie­sa­mo­wi­te oko. Na­praw­dę był wiel­kim strzel­cem. Tre­no­wał i osią­gał bar­dzo ład­ne wy­ni­ki. A co oprócz kina i spor­tu? Słu­cha­li­śmy płyt. Tak się zło­ży­ło, że w Rej­ta­nie była gieł­da pły­to­wa. Więc do­stęp do płyt, i to na­wet ta­kich, któ­re do­pie­ro co za­ję­ły pierw­sze miej­sce na Top 20, był ła­twiej­szy. Słu­cha­li­śmy Ra­dia Lu­xem­bo­urg. Oczy­wi­ście słu­cha­li­śmy go w każ­dą nie­dziel­ną noc, żeby się do­wie­dzieć, ja­kie utwo­ry są na Top 20. To było strasz­nie waż­ne, bo w po­nie­dzia­łek moż­na się było po­pi­sać tą zna­jo­mo­ścią w szko­le. No i były dziew­czę­ta! Sła­wek się pro­wa­dzał z bar­dzo miłą pa­nien­ką, któ­ra miesz­ka­ła nie­opo­dal. Sta­no­wi­li sta­tecz­ną parę, spa­ce­ru­ją­cą po uli­cy, po po­dwór­ku, ku za­zdro­ści chłop­ców, któ­rzy ta­kich sta­łych pa­nie­nek nie mie­li.

A co to była za dziew­czy­na?

Bar­dzo miła.

Może Kry­sia Szym­czak?

Ja tego nie po­wie­dzia­łem.

To była już taka doj­rza­ła sym­pa­tia?

My­ślę, że tak. Nasz wspól­ny przy­ja­ciel, Zdzi­sio Hof­f­man, też miał taką sta­łą mi­łość. W czwór­kę cza­sa­mi za­da­wa­li szy­ku, pa­ra­do­wa­li przed nami, a my chi­cho­ta­li­śmy, skry­wa­jąc za­zdrość.

Sła­wek miał po­wo­dze­nie u dziew­czyn?

Tak my­ślę. Przy­stoj­ny był.

Mi­łość była waż­na w jego ży­ciu?

O to mnie pro­szę nie py­tać (śmiech). Na pew­no był sen­ty­men­tal­ny.

Jak oka­zy­wał uczu­cia?

Po­tra­fił być czu­ły. I bar­dzo szar­manc­ki, co da­mom za­wsze im­po­no­wa­ło.

Po­znał Pan jego pierw­szą żonę?

Po­zna­li­śmy się w naj­gor­szym mo­men­cie – przy otwar­tej trum­nie Sław­ka.

 

Ale dru­gą żonę Pan znał?

Agniesz­kę zna­łem chy­ba od tego mo­men­tu, kie­dy spo­tka­li się ze Sław­kiem.

Wróć­my jesz­cze do cza­sów szkol­nych. Ja­kim Sła­wek był uczniem? Po­dob­no nie przy­kła­dał się zbyt­nio do na­uki.

My­ślę, że nie­spe­cjal­nie. Ale pa­mię­tam eu­fo­rię, w jaką wpa­dli­śmy, wra­ca­jąc z ma­tu­ry, bo zda­wa­li­śmy ostat­nie ust­ne eg­za­mi­ny tego sa­me­go dnia i o tej sa­mej po­rze. Wra­ca­li­śmy więc do domu w ten pięk­ny dzień czerw­co­wy 1964 roku, pod­śpie­wu­jąc so­bie O mnie się nie martw – prze­bój Kasi Sob­czyk.

Wresz­cie po­czu­li­ście się wol­ni?

Mie­li­śmy po­czu­cie, że sta­ło się coś fan­ta­stycz­ne­go. Moja mama sta­ła na bal­ko­nie, de­ner­wu­jąc się, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Sław­ka ro­dzi­ce też wy­glą­da­li. Na pew­no jego mama, nie­zwy­kłe­go uro­ku pani, też na nie­go cze­ka­ła. Tak, to był pięk­ny dzień!

A sko­ro już Pan wspo­mniał o ro­dzi­cach przy­ja­cie­la… Jaki to był dom?

Bar­dzo miły. Był dzia­dek, oj­ciec mamy – lek­ko ły­sa­wy, z krót­kim wą­si­kiem. Nie­zwy­kle ła­god­ny, spo­koj­ny. Była bab­cia, mama, oj­ciec – taki sprę­ży­sty, i młod­szy brat Sław­ka, Ja­nusz – ła­god­ny i sym­pa­tycz­ny.

Ja­kim na­sto­lat­kiem był Sła­wek Pe­te­lic­ki? Jak go Pan za­pa­mię­tał z tam­te­go okre­su?

Był bar­dzo wraż­li­wy, a za­ra­zem nie­kie­dy agre­syw­ny.

Wda­wał się w bój­ki?

Wda­wał, bo, pod­kre­ślę to jesz­cze raz, na­praw­dę był bar­dzo wraż­li­wym czło­wie­kiem. Miał bar­dzo de­li­kat­ną skó­rę. W związ­ku z tym – to moja opi­nia – każ­de spoj­rze­nie, któ­re od­czy­ty­wał jako nie­chęt­ne lub wro­gie, bu­dzi­ło w nim agre­sję. Efekt był taki, że wda­wał się w bój­ki, nie­kie­dy bar­dzo groź­ne. A po­nie­waż był chłop­cem ro­słym, in­ten­syw­nie ćwi­czył, więc w pew­nym mo­men­cie te bój­ki za­czę­ły mu spra­wiać przy­jem­ność, bo wy­gry­wał. Co wca­le nie eli­mi­no­wa­ło tej wraż­li­wo­ści; był bar­dzo czu­ły na za­czep­kę.

Miał aż ta­kie po­czu­cie ho­no­ru?

Miał po­czu­cie god­no­ści. „Nie za­cze­piaj mnie, bo do­sta­niesz”, „Nie za­cze­piaj mo­jej ko­le­żan­ki”, „Za­cho­wuj się przy­zwo­icie” – zda­wał się mó­wić. Tak, było w tym ta­kie ele­men­tar­ne po­czu­cie ho­no­ru.

Pa­mię­ta Pan ja­kąś szcze­gól­ną jego bój­kę, ar­cy­nie­bez­piecz­ną?

Opi­sa­łem ją w książ­ce. Po­szli­śmy ze Sław­kiem do te­atru, a tam byli chłop­cy z Pra­gi. Jed­ne­mu z nich Sła­wek strze­lił łba w cza­sie prze­rwy. Po skoń­czo­nym spek­ta­klu wy­cho­dzi­my, a tu stoi ze czter­dzie­stu roz­ju­szo­nych żuli. Oka­za­ło się, że ten pierw­szy cios Sław­ka zo­stał wy­mie­rzo­ny w bra­ta przy­wód­cy.

O Jezu! Nie moż­na było tra­fić go­rzej. Do­sta­li­ście w kość?

Nie, nie do­sta­li­śmy. Mia­łem scy­zo­ryk. Z wy­cią­gnię­tym w ich stro­nę ostrzem, chył­kiem, chył­kiem, wy­co­fa­li­śmy się i uda­ło nam się uciec. Ale była na­gro­da. Po­szli­śmy do zna­jo­mych, tam od­by­wa­ła się pry­wat­ka. Sła­wek po­krwa­wio­ny…

Dziew­czy­ny rzu­ci­ły się pew­nie, żeby mu tę krew z twa­rzy zmy­wać?

O tak, był bo­ha­te­rem tej pry­wat­ki. Ale wra­ca­jąc do cha­rak­te­ru Sław­ka… lu­bił wcho­dzić w star­cia, kie­dy czuł, że nie jest ak­cep­to­wa­ny. Miał jesz­cze jed­ną ce­chę, za któ­rą strasz­nie go lu­bi­łem – nie cier­piał, kie­dy sil­niej­szy pa­stwił się nad słab­szym.

Po­bił ko­goś do­tkli­wie?

Oczy­wi­ście, że tak. Pro­szę pa­mię­tać, że miesz­ka­li­śmy na po­gra­ni­czu Czer­nia­ko­wa. Utrzy­my­wa­ła się tam tra­dy­cja tego miej­sca. Było spo­ro mło­dych lu­dzi za­nie­dba­nych pod wzglę­dem wy­cho­waw­czym. Grup­ki, nie­kie­dy na po­gra­ni­czu pra­wa, nie­kie­dy uwi­kła­ne w ja­kieś małe roz­bo­je, kra­dzie­że. W każ­dym ra­zie krą­ży­li chłop­cy, któ­rzy chcie­li ko­muś przy­ło­żyć. Dla bez­in­te­re­sow­nej przy­jem­no­ści. Two­rzy­ły się w związ­ku z tym roz­ma­ite ko­ali­cje. Jed­na uli­ca szła na dru­gą. Za­sa­da była jed­na: „Temu, kto ob­ra­ził na­sze­go przy­ja­cie­la, trze­ba do­ło­żyć”. Było kil­ka in­cy­den­tów, my­ślę, że groź­nych, kie­dy ktoś ko­goś na trze­cie­go na­pu­ścił. Cze­ka­ło się wte­dy, aż de­li­kwent wyj­dzie ze szko­ły, a de­li­kwent ucie­kał przez okno w to­a­le­cie.

Żad­nej mi­li­cji przy tym nie było?

Pew­nie, że nie! Ni­ko­go nie było. To były po­ra­chun­ki za­ła­twia­ne po­mię­dzy sobą w wa­run­kach da­le­ko idą­cej pry­wat­no­ści.

Za co Pan lu­bił Sław­ka?

Czy za coś się lubi? By­li­śmy dla sie­bie mili, wie­dzie­li­śmy, o co nam cho­dzi.

A o co wam cho­dzi­ło?

Żeby nam było przy­jem­nie. Żeby się cie­szyć tym, co mamy.

Ge­ne­rał opo­wia­dał nam kie­dyś, że to Pana oj­ciec za­ra­ził go mi­ło­ścią do woj­ska. Rze­czy­wi­ście tak było?

Było tak: mój oj­ciec od 1936 roku był na woj­nie. Miał dwa­dzie­ścia sie­dem lat, kie­dy zna­lazł się w Hisz­pa­nii. Słu­żył w ar­mii re­pu­bli­kań­skiej. Kie­dy koń­czył tę woj­nę, miał dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, był do­wód­cą bry­ga­dy cze­sko-bał­kań­skiej i stwo­rzył w niej gru­pę, któ­rą moż­na na­zwać gru­pą wojsk spe­cjal­nych. Taką spe­cjal­ną gru­pę sztur­mo­wą. Po­tem, po upad­ku re­pu­bli­ki, przedarł się do Fran­cji, to już był 1939 rok, i zgło­sił się jako sze­re­go­wiec do I Dy­wi­zji Gre­na­die­rów. W bi­twie pod Dieu­ze zo­stał ran­ny i tu za­czy­na się hi­sto­ria, któ­ra Sław­ko­wi sza­le­nie im­po­no­wa­ła – oj­ciec sześć razy ucie­kał z nie­wo­li nie­miec­kiej. Prze­wę­dro­wał w cza­sie tych ucie­czek całą Eu­ro­pę, za każ­dym ra­zem ktoś go ka­blo­wał. A w 1945 roku ra­zem z gru­pą Ame­ry­ka­nów skradł nie­miec­ką cię­ża­rów­kę i w ten spo­sób przedarł się do Pa­ry­ża. Sław­ka te opo­wie­ści fa­scy­no­wa­ły.

Pan mu opo­wia­dał tę hi­sto­rię?

Nie ja. Nie opo­wia­dam cu­dzych hi­sto­rii. Sła­wek do nas przy­cho­dził i wy­py­ty­wał mo­je­go ojca, a oj­ciec mu zda­wał re­la­cję. Przy czym Sła­wek in­te­re­so­wał się de­ta­la­mi. Py­tał, jak się moż­na prze­do­stać przez okno w wa­go­nie to­wa­ro­wym, żeby otwo­rzyć sko­bel od ze­wnętrz­nej stro­ny. To były roz­mo­wy o cha­rak­te­rze, że tak po­wiem, prak­tycz­nym. Oj­ciec mu na te jego py­ta­nia szcze­gó­ło­wo od­po­wia­dał. Sła­wek fa­scy­no­wał się tym, co dzi­siaj na­zy­wa się woj­ska­mi spe­cjal­ny­mi, a wte­dy na­zy­wa­ło się ko­man­do­sa­mi. Od po­cząt­ku, od­kąd pa­mię­tam, był nimi ocza­ro­wa­ny. Był za­fa­scy­no­wa­ny dzia­ła­nia­mi dy­wer­syj­ny­mi, a przy oka­zji uj­mo­wał go Ja­mes Bond.

Na­praw­dę? Prze­cież wte­dy nie było fil­mów z Ja­me­sem Bon­dem.

Było kil­ka ko­pii, któ­re krą­ży­ły po Pol­sce. W Mi­ni­ster­stwie Obro­ny Na­ro­do­wej była ko­pia i Sła­wek po obej­rze­niu wpadł w za­chwyt.

Zdra­dzi Pan, jak tę ko­pię z mi­ni­ster­stwa za­ła­twi­li­ście?

Ja­koś tak. Po­wiedz­my, że nie pa­mię­tam.

Pań­ski oj­ciec lu­bił Sław­ka Pe­te­lic­kie­go?

Lu­bił. Miał do nie­go cie­pły sto­su­nek.

To on go na­kie­ro­wał na jego przy­szłą ży­cio­wą dro­gę?

Nie. Spy­ta­łem Sław­ka któ­re­goś dnia: „Na co idziesz?”, a on od­po­wie­dział, że na pra­wo. Nie mo­głem uwie­rzyć. „Po co idziesz na pra­wo, jak masz być ko­man­do­sem?” Był strasz­nie za­do­wo­lo­ny, że go wi­dzia­łem jako ko­man­do­sa. Wte­dy był żywy mit ko­man­do­sów. Pro­szę pa­mię­tać, że to był czas sła­wy Dy­wi­zji Po­wietrz­no­de­san­to­wej zor­ga­ni­zo­wa­nej przez ge­ne­ra­ła Ku­ro­pie­skę, z któ­re­go sy­nem by­li­śmy za­przy­jaź­nie­ni, a do­wo­dzo­nej przez ge­ne­ra­ła Roz­łu­bir­skie­go. Nasz przy­ja­ciel Zdzi­sio ko­chał się w Jo­asi Roz­łu­bir­skiej i od cza­su do cza­su w jej miesz­ka­niu od­by­wa­ły się pry­wat­ki. W cza­sie pry­wa­tek oglą­da­li­śmy ko­lek­cję bro­ni ge­ne­ra­ła, bo miał na­praw­dę pięk­ną ko­lek­cję.

Pana przy­ja­ciel też by­wał na tych pry­wat­kach?

Oczy­wi­ście!

Czy­li jed­ni tań­czy­li, a on oglą­dał?

Nie. Wszy­scy­śmy się pod­nie­ca­li tą bro­nią. Była prze­pięk­na: noże ko­man­do­skie z roz­ma­itych epok, pi­sto­le­ty. Wspa­nia­ła ko­lek­cja!

I my­śli Pan, że przy­ja­ciel już wte­dy pod­jął de­cy­zję, że zo­sta­nie ko­man­do­sem?

Nie, my­ślę, że nie. Jego cią­gnę­ło w tę stro­nę, chciał uczest­ni­czyć w ak­cjach spe­cjal­nych, ta­jem­nych. To była taka chło­pię­ca fa­scy­na­cja, a że był do tego do­sko­na­le przy­go­to­wa­ny – sil­ny, ob­da­rzo­ny nie­zwy­kłym re­flek­sem, po­wie­dział­bym zwie­rzę­cym, nie­za­kłó­ca­nym im­pul­sa­mi ze­wnętrz­ny­mi – więc my­ślę, że chciał zna­leźć pole sa­mo­re­ali­za­cji. Niech pa­nie so­bie wy­obra­żą męż­czy­znę wy­spor­to­wa­ne­go, dba­ją­ce­go o kon­dy­cję fi­zycz­ną, za­fa­scy­no­wa­ne­go hi­sto­rią woj­ska, sa­mym woj­skiem, taj­ny­mi ope­ra­cja­mi. Co on miał­by w ży­ciu ro­bić? My­ślę też, że oj­ciec Sław­ka, któ­ry dzia­łał w par­ty­zant­ce, miał wiel­ki wpływ na jego wy­bo­ry.

Sło­wem, przy­szły ge­ne­rał nie miał wyj­ścia?

Po­szedł na pra­wo. Ja go so­bie nie wy­obra­ża­łem jako ad­wo­ka­ta ani jako sę­dzie­go. Jako pro­ku­ra­tor był­by pew­nie oskar­ży­cie­lem wiel­ce ner­wo­wym, bra­ko­wa­ło­by mu cier­pli­wo­ści do pro­wa­dze­nia śledz­twa. Więc być może rze­czy­wi­ście nie miał wyj­ścia. Ale kie­dy stu­dio­wał pra­wo, spo­ty­ka­li­śmy się, cho­dzi­li­śmy na pry­wat­ki, słu­cha­li­śmy płyt… Nie snu­li­śmy da­le­ko­sięż­nych pla­nów.

Był wte­dy ochro­nia­rzem w Hy­bry­dach, praw­da?

Nie ochro­nia­rzem. Był bram­ka­rzem. Sta­no­wi­sko wiel­ce uprzy­wi­le­jo­wa­ne, bo bram­karz mógł czło­wie­ka wpu­ścić do środ­ka lub nie. Wte­dy też była se­lek­cja. Po­nad­to na tej bram­ce dzia­ły się dziw­ne rze­czy.

To zna­czy?

Dziw­ne po pro­stu, i tyle.

Jak do­stał tę po­sa­dę?

To jest ta­jem­ni­ca, któ­rą mu­szą pa­nie zba­dać.

Pan nie wie, jak ją do­stał?

Wiem, ale nie po­wiem.

Dla­cze­go?

Nie po­wiem i już. Nie­daw­no pod­szedł do mnie na pew­nym spo­tka­niu to­wa­rzy­skim dżen­tel­men star­szy nie­co ode mnie i po­wie­dział: „Słu­chaj, gdy­byś chciał wie­dzieć, dla­cze­go za­de­cy­do­wa­li­śmy o tym, że Sła­wek bę­dzie bram­ka­rzem w Hy­bry­dach, to przyjdź, po­roz­ma­wia­my”.

Po­szedł Pan na to spo­tka­nie?

Nie.

A ja­kie ko­rzy­ści pły­nę­ły z tego, że ktoś stał na bram­ce w Hy­bry­dach?

Po­czu­cie wła­dzy.

Da­wa­ło się ła­pów­ki bram­ka­rzom?

Sła­wek ich nie brał, ale byli tam lu­dzie, któ­rzy z tego ko­rzy­sta­li. To było lu­kra­tyw­ne za­ję­cie. Bi­let kosz­to­wał osiem albo dzie­sięć zło­tych, już nie pa­mię­tam…

A dru­gie tyle trze­ba było dać bram­ka­rzo­wi?

No, mniej wię­cej tak wy­cho­dzi­ło. Przed Hy­bry­da­mi dość sys­te­ma­tycz­nie od­by­wa­ły się bój­ki. Pa­mię­tam bój­kę Sław­ka z ja­kimś zna­nym za­pa­śni­kiem. Śmie­ję się dzi­siaj, bo tro­chę to było in­fan­tyl­ne. By­łem człon­kiem sek­cji fil­mo­wej Hy­bryd, więc mia­łem wstęp wol­ny, ale po mar­cu 1968 roku ode­bra­no mi le­gi­ty­ma­cję i prze­sta­łem tam cho­dzić. Wie­dzia­łem jed­nak, że Sła­wek stoi na bram­ce.

Na stu­diach cały czas by­li­ście ze sobą tak bli­sko?

Do mniej wię­cej ostat­nie­go roku.

Co się póź­niej sta­ło?

Za­wie­si­li­śmy zna­jo­mość na dłu­gie lata.

Po­róż­ni­ły was po­glą­dy?

Wie­dzia­łem, że Sła­wek w 1969 roku wcho­dzi do MSW, a to była in­sty­tu­cja, któ­ra sta­ra­ła się mi do­ku­czyć. Zresz­tą sku­tecz­nie, zo­sta­łem na przy­kład usu­nię­ty ze stu­diów. Nie było obiek­tyw­nych wa­run­ków do dal­sze­go utrzy­my­wa­nia zna­jo­mo­ści.

Miał Pan żal do przy­ja­cie­la, że po­szedł do MSW?

Nie. Nie roz­pa­try­wał­bym tego w ka­te­go­rii żalu. By­li­śmy do­ro­sły­mi ludź­mi. Każ­dy z nas wy­brał wła­sną dro­gę.

Jak dłu­go nie roz­ma­wia­li­ście ze sobą?

Dwa­dzie­ścia dwa lata.

Aż się skoń­czy­ła ko­mu­na, po pro­stu. Pana do­tknę­ły re­stryk­cje. Nie chciał Pan wy­je­chać z kra­ju?

A po co?

Wie­lu chcia­ło.

Ja nie.

I przez te dwa­dzie­ścia dwa lata ani razu się nie spo­tka­li­ście?

Raz je­den wi­dzie­li­śmy się w Ale­jach Ujaz­dow­skich, na wy­so­ko­ści SPA­TiF-u. Pu­ści­li­śmy do sie­bie oko, i tyle.

Nie in­te­re­so­wa­ło Pana, co robi przy­ja­ciel?

Wie­dzia­łem, co robi. Świat jest mały.

Jak to się sta­ło, że po dwu­dzie­stu dwóch la­tach za­czę­li­ście ze sobą roz­ma­wiać? To jed­nak szmat cza­su.

Było to tak, że na przy­ję­ciu w am­ba­sa­dzie jed­ne­go z kra­jów za­chod­nich w 1991 roku wi­ta­łem się z mi­ni­strem Je­rzym Zi­mow­skim i z sze­fem UOP-u An­drze­jem Mil­cza­now­skim. Na­gle zza ich ple­ców wy­chy­lił się Sła­wek. Zi­mow­ski mówi: „Słu­chaj, czy ty znasz puł­kow­ni­ka Pe­te­lic­kie­go?”. Pan Mil­cza­now­ski stał po jed­nej stro­nie, pan Zi­mow­ski po dru­giej, a my ze Sław­kiem sta­li­śmy twa­rzą w twarz w od­le­gło­ści dwóch me­trów od sie­bie. Sła­wek, sły­sząc to py­ta­nie, po­twor­nie się na­je­żył. „Tak, znam” – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. Uśmiech­ną­łem się, po­de­szli­śmy do sie­bie i się uści­ska­li­śmy. Wie­dzia­łem, że prze­szedł we­ry­fi­ka­cję.

 

Prze­cież we­ry­fi­ka­cji nie prze­cho­dził.

Prze­cho­dził.

Nie prze­szedł!

Prze­szedł. Zja­wił się u mi­ni­stra Krzysz­to­fa Ko­złow­skie­go, zło­żył pro­jekt. Mi­ni­ster obej­rzał pro­jekt, tecz­kę Sław­ka i uznał, że po­wi­nien mu zle­cić or­ga­ni­za­cję jed­nost­ki an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej.

Mi­ni­ster Ko­złow­ski uznał, że nie ma w tej tecz­ce ni­cze­go, co by ge­ne­ra­ła dys­kwa­li­fi­ko­wa­ło?

Tego nie wiem. Wiem, co po­sta­no­wił. Ufam jego mą­dro­ści.

Przy­ja­ciel mó­wił Panu, że chce taką jed­nost­kę stwo­rzyć?

Nie, ale o tym wie­dzia­łem. Od koń­ca lat sie­dem­dzie­sią­tych sie­dzia­łem nad spra­wa­mi zwią­za­ny­mi z ter­ro­ry­zmem. Mia­łem chy­ba naj­bo­gat­szą bi­blio­te­kę do­ty­czą­cą tego pro­ble­mu. Uwa­ża­łem, że ter­ro­ryzm bę­dzie na­ra­stał. Na­pi­sa­łem dość ob­szer­ną książ­kę na ten te­mat, któ­ra wy­szła u nas „pod pod­ło­gą”, a po­tem zo­sta­ła wy­da­na w Pa­ry­żu. I z nie­któ­rych wzmia­nek, roz­mów, a może ra­czej po­je­dyn­czych słów rzu­ca­nych pół­gęb­kiem zo­rien­to­wa­łem się, że Sła­wek krą­ży wo­kół ta­kiej pro­ble­ma­ty­ki. A sko­ro krą­ży, to nie robi tego bez­in­te­re­sow­nie. Szyb­ko zro­zu­mia­łem, że jest coś na rze­czy. No i tuż przed ope­ra­cją na Ha­iti, kie­dy po raz pierw­szy po­ja­wi­ła się w pra­sie in­for­ma­cja o pol­skiej jed­no­st­ce spe­cjal­nej, spo­tka­łem się ze Sław­kiem. Zu­peł­nie przy­pad­ko­wo. Za­czą­łem go wy­py­ty­wać o roz­ma­ite spra­wy zwią­za­ne z tą te­ma­ty­ką. Im bar­dziej py­ta­łem, tym bar­dziej mil­czał, więc po­my­śla­łem, że tra­fi­łem w dzie­siąt­kę. Po­tem w „Ży­ciu War­sza­wy” opu­bli­ko­wa­no słyn­ne zdję­cie fa­ce­tów w ciem­nych oku­la­rach na pły­cie lot­ni­ska…

Ge­ne­rał Pe­te­lic­ki ka­zał im te oku­la­ry za­ło­żyć.

Z dwóch po­wo­dów: przede wszyst­kim żeby unik­nąć iden­ty­fi­ka­cji. Poza tym po to, żeby za­dać szy­ku. Sła­wek na­praw­dę uwiel­biał za­da­wać szy­ku. Miał w so­bie coś ze wspa­nia­łe­go pa­wia, któ­ry roz­po­ście­ra pió­ra. A woj­sko ma to do sie­bie, że dzię­ki musz­trze, mun­du­rom po­zwa­la być pięk­nym pa­wiem. Uwiel­biam ten ele­ment woj­ska. Jest nie­zmier­nie sym­pa­tycz­ny.

Wró­ci­li­ście więc do swo­jej daw­nej przy­jaź­ni?

Ona już była inna, siłą rze­czy. Ja mia­łem za sobą wła­sne do­świad­cze­nia. On miał swo­je. O tych do­świad­cze­niach nie roz­ma­wia­li­śmy.

Jak­by tych dwu­dzie­stu dwóch lat w ogó­le nie było?

Ja wie­dzia­łem swo­je, on wie­dział swo­je. Nie­kie­dy do­cho­dzi­ło do spięć.

O czym roz­ma­wia­li­ście?

O pły­tach, fil­mach, przed­sta­wie­niach te­atral­nych, o pa­nien­kach, o na­szych dzie­ciach i wnu­kach.

Ja­koś trud­no uwie­rzyć, że nie roz­ma­wia­li­ście o tak waż­nym okre­sie swo­je­go do­ro­słe­go ży­cia. To był czas, któ­ry głę­bo­ko was po­dzie­lił, je­śli cho­dzi o wy­bo­ry ży­cio­we. I prze­szli­ście nad tym, ot tak, do po­rząd­ku dzien­ne­go?

Po­wrót do tego był­by chy­ba dla obu stron bar­dzo nie­wy­god­ny. Do­szli­śmy do wnio­sku, że po­nie­waż nie moż­na in­a­czej – za­po­mnieć się nie da, a trze­ba żyć da­lej – mu­si­my prze­rzu­cić most. I my­śmy go prze­rzu­ci­li.

Ale za­dra w ser­cu zo­sta­ła?

Nie. Nie było też po­wo­du, aby na te te­ma­ty roz­ma­wiać. Po­wiem pa­niom, dla­cze­go tego po­wo­du nie wi­dzia­łem. Ile lat będę jesz­cze żył? Dzie­sięć, pięt­na­ście góra. W związ­ku z tym mam so­bie za­tru­wać ży­cie ta­ki­mi spra­wa­mi? To czy­sto he­do­ni­stycz­na i ego­istycz­na po­sta­wa, wiem. Ale czy mam so­bie za­tru­wać ży­cie do koń­ca i roz­trzą­sać, dla­cze­go tak się sta­ło? Nie! Więc na­wet je­śli za­dra w ser­cu jest, to nie ma co o niej mó­wić.

Kie­dy za­czę­li­ście się przy­jaź­nić po daw­ne­mu, spo­ty­kać na whi­sky czy wi­nie?

Na whi­sky. Chy­ba w roku 1991. Po tym spo­tka­niu w am­ba­sa­dzie, kie­dy rzu­ci­li­śmy się so­bie w ra­mio­na, były uro­dzi­ny jed­ne­go z na­szych ko­le­gów szkol­nych i spo­tka­li­śmy się na tej im­pre­zie. To były hucz­ne uro­dzi­ny. Przy­by­ły same gwiaz­dy, wte­dy nie uży­wa­no jesz­cze na­zwy „ce­le­bry­ci”. Znów sta­nę­li­śmy obok sie­bie, za­czę­li­śmy roz­ma­wiać i umó­wi­li­śmy się na na­stęp­ny dzień, żeby po­ga­dać.

O czym?

O ni­czym. Po­ga­dać po pro­stu.

Mamy wra­że­nie, że lu­dzie z tam­tych cza­sów dziś jesz­cze bar­dziej trzy­ma­ją się sie­bie.

To chy­ba na­tu­ral­ne. Świat się zmie­nił. I spo­ro lu­dzi od­czu­wa tę zmia­nę. Nie mó­wię o trans­for­ma­cjach po­li­tycz­nych, ale cy­wi­li­za­cyj­nych. Dziś te im­pul­sy z ze­wnątrz wy­da­ją się wro­gie. Ja nie mam z tym pro­ble­mu, może dla­te­go, że je­stem w sta­łym kon­tak­cie z mło­dy­mi ludź­mi. Ale dla wie­lu z nas, lu­dzi z tam­tych cza­sów, ten świat jest mało bez­piecz­ny. Jest nie­zna­ny, zbyt róż­no­rod­ny.

Ale ge­ne­rał Pe­te­lic­ki świet­nie się w tym no­wym świe­cie od­na­lazł. Po­tra­fił ko­rzy­stać z no­wo­cze­snej tech­ni­ki.

Ależ tak! Jego ten pro­blem nie do­ty­czył. Dzię­ki kon­tak­tom z mło­dy­mi żoł­nie­rza­mi. Ja z ko­lei mam stu­den­tów, je­stem więc wol­ny od tego stra­chu i na­wet za­ska­ku­ję ich tym, że nie­kie­dy by­wam młod­szy od nich.

Tyle że w pew­nym mo­men­cie ge­ne­rał jed­nak prze­stał so­bie ra­dzić.

Tak, za­czę­ły się jego pierw­sze kło­po­ty. To był okres, kie­dy Sła­wek od­szedł już z GROM-u, a na­stęp­nie zo­stał po­wo­ła­ny na peł­no­moc­ni­ka do zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Wte­dy spo­ty­ka­li­śmy się bar­dzo czę­sto. Wi­dzia­łem, jak na­ra­sta w nim iry­ta­cja. Zde­ner­wo­wa­nie z po­wo­du nie­moż­no­ści prze­bi­cia się nie tyle przez struk­tu­ry biu­ro­kra­tycz­ne, ile przez struk­tu­ry, któ­re były za­rzą­dza­ne przez nie­chęt­nych mu lu­dzi.

Ta iry­ta­cja za­czę­ła się wła­śnie wte­dy?

Za­czę­ła się znacz­nie wcze­śniej. Sła­wek na­praw­dę po­świę­cił się w stu pro­cen­tach bu­do­wie GROM-u. Na­praw­dę w stu pro­cen­tach!

Dzie­ło jego ży­cia?

Miał po­czu­cie, i słusz­nie, że to dzie­ło jego ży­cia. Nie po­mnik Pe­te­lic­kie­go, ale coś, co może być nie­zmier­nie uży­tecz­ne. Waż­ny jest w tym wszyst­kim ele­ment ho­no­ru ofi­ce­ra, ho­no­ru żoł­nie­rza. Miał świa­do­mość, że bu­du­je coś, co bę­dzie po­ręcz­nym in­stru­men­tem pań­stwa. Je­śli pa­nie py­ta­ją, o czym roz­ma­wia­li­śmy, to roz­ma­wia­li­śmy wła­śnie o tym. Bio­rąc w na­wias tam­te sta­re spra­wy. Roz­ma­wia­li­śmy o tym, że jest pań­stwo, któ­re­mu trze­ba słu­żyć, któ­re musi być wy­po­sa­żo­ne w sku­tecz­ne in­stru­men­ty ochro­ny wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa.

Roz­ma­wia­li­ście o tym, że z cza­sem siły tej jed­nost­ki mogą bać się rzą­dzą­cy? Mogą czuć się za­gro­że­ni?

Roz­wa­ża­li­śmy roz­ma­ite aspek­ty dzia­ła­nia tego typu jed­nost­ki. Opo­wia­da­jąc so­bie róż­ne rze­czy, do­cie­ra­jąc do do­stęp­nych in­for­ma­cji, ana­li­zu­jąc, w ja­kiej mie­rze ta­kie gru­py są sku­tecz­ne, w ja­kich wa­run­kach po­li­tycz­nych po­win­ny dzia­łać, co ozna­cza cy­wil­na kon­tro­la nad nimi. Wcho­dzi­li­śmy w pro­ble­my na­tu­ry etycz­no-praw­nej. Prze­cież jed­nost­ka kontr­ter­ro­ry­stycz­na słu­ży do li­kwi­da­cji.

A lu­dzie w niej to ma­szy­ny do za­bi­ja­nia?

Do eli­mi­na­cji prze­ciw­ni­ka… Ale tak, ro­bią to lu­dzie, a nie ma­szy­ny.

Ład­niej brzmi. Jak ge­ne­rał ra­dził so­bie z tymi dy­le­ma­ta­mi?

Pew­nie spra­wy były dla nie­go oczy­wi­ste. Na po­zio­mie ope­ra­cyj­nym, kie­dy ta­kie jed­nost­ki są two­rzo­ne, wszyst­ko jest pro­ste. Ale za­wsze po­ja­wia się re­flek­sja etycz­na. To ta­kie wy­bo­ry jak ze złych pod­ręcz­ni­ków. Co zro­bić z sa­mo­lo­tem pa­sa­żer­skim, któ­ry zo­stał po­rwa­ny, a ter­ro­ry­ści gro­żą, że ude­rzą nim w wy­peł­nio­ny sta­dion w War­sza­wie?

Ze­strze­lić sa­mo­lot, naj­le­piej nad oce­anem albo nad wy­lud­nio­ną oko­li­cą.