Ostatni samurajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wy­ka­zał się Pan dużą prze­ni­kli­wo­ścią.

To były cza­sy, w któ­rych nikt by nie po­my­ślał, że sys­tem może się zmie­nić i mogą być z tego po­wo­du ja­kieś pro­ble­my. Dla nas jed­nak to było nor­mal­ne, że wła­sność jest rze­czą świę­tą. Nie moż­na ni­ko­mu ni­cze­go ode­brać i uda­wać, że jest się wła­ści­cie­lem. Zna­li­śmy cza­sy, kie­dy tak wła­śnie się dzia­ło, że wy­wa­la­no lu­dzi z ich do­mów. Po­my­śle­li­śmy więc, że to w ogó­le nie wcho­dzi w grę. Nasz przy­ja­ciel miał sta­rą mapę, na któ­rej Niem­cy, kie­dy szy­ko­wa­li in­wa­zję na Pol­skę, po­za­zna­cza­li dwo­ry z fol­war­ka­mi, żeby móc się tam za­trzy­mać albo je za­jąć na sie­dzi­bę do­wódz­twa. Jeź­dzi­li­śmy z tą mapą i oglą­da­li­śmy róż­ne ślicz­ne miej­sca. To był też nasz spo­sób na spę­dza­nie wol­ne­go cza­su. W bli­skim od­stę­pie cza­su zna­leź­li­śmy dwa, któ­re nam się spodo­ba­ły. Pierw­szym był wła­śnie ten dom, a dru­gim Grze­bo­wilk w Sie­dlec­kiem. Oba te obiek­ty mia­ły pry­wat­nych wła­ści­cie­li. Kie­dy przy­je­cha­li­śmy tu po raz pierw­szy, ni­ko­go nie za­sta­li­śmy. Wszyst­ko było po­za­my­ka­ne. Dom był tak za­ro­śnię­ty, że nie by­łem w sta­nie go sfo­to­gra­fo­wać. Tu, gdzie te­raz jest ogrom­ny traw­nik, któ­ry kon­ser­wa­tor za­byt­ków ład­nie na­zy­wa sa­lo­nem ogro­do­wym, było miej­sce za­ro­śnię­te trzy­dzie­sto­let­nią drą­go­wi­ną. Grze­bo­wilk też był bar­dzo ład­nym miej­scem. Po­cząt­ko­wo ode­bra­no go wła­ści­cie­lom ra­zem z ce­giel­nią, któ­rą po­sia­da­li. W dwo­rze zor­ga­ni­zo­wa­no szko­łę, na­stęp­nie obok wy­bu­do­wa­no „ty­siąc­lat­kę”. Dwór oka­zał się już nie­po­trzeb­ny, więc pań­stwo uzna­ło, że wła­ści­cie­le mogą go so­bie wziąć z po­wro­tem. Wzię­li, ale to już byli mał­żon­ko­wie w star­szym wie­ku i nie bar­dzo wie­dzie­li, co z nim zro­bić. Po­sta­no­wi­li sprze­dać, więc był do­bry mo­ment, żeby ten dwór ku­pić. Ale jed­no­cze­śnie zo­ba­czy­li­śmy to miej­sce, któ­re też było bar­dzo uro­kli­we. Przy­je­cha­li­śmy tu je­sie­nią. Drze­wa wo­kół ko­lo­ro­we, zło­te li­ście, no, zu­peł­nie jak z baj­ki. Okien­ni­ce były za­mknię­te, więc wte­dy nam się wy­da­wa­ło, że w środ­ku dwór nie jest tak bar­dzo zruj­no­wa­ny.

Co za­de­cy­do­wa­ło, że wy­bra­li­ście ten dom?

Przy­je­cha­li­śmy tu po­now­nie, żeby od­na­leźć wła­ści­ciel­kę, star­szą pa­nią, któ­ra prze­pro­wa­dzi­ła się do wy­na­ję­te­go miesz­ka­nia, gdzie spę­dza­ła zimę. Tego dwo­ru nie była już w sta­nie ogrzać. Wcze­śniej, gdy roz­ma­wia­li­śmy z są­sia­da­mi, mó­wi­li nam: „Pani tego nie sprze­da”, tylu tu kup­ców przy­jeż­dża­ło. Szcze­gól­nie po fil­mie Noce i dnie było spo­re za­in­te­re­so­wa­nie tym miej­scem.

No tak, bo to prze­cież w tym dwor­ku miesz­ka­li fil­mo­wi bo­ha­te­ro­wie, Bar­ba­ra i Bo­gu­mił Nie­chci­co­wie. Jak prze­ko­na­li­ście wła­ści­ciel­kę, aby jed­nak zde­cy­do­wa­ła się go sprze­dać wła­śnie wam?

Kie­dyś tym do­mem in­te­re­so­wał się ksiądz re­demp­to­ry­sta, któ­ry chciał tu zro­bić zbór, ale nie miał pie­nię­dzy. Wła­ści­ciel­ka była oso­bą wie­rzą­cą, wo­la­ła po­cze­kać, aż on te pie­nią­dze zdo­bę­dzie. I tak to trwa­ło. Ona nie była za­in­te­re­so­wa­na, aby sprze­dać to ko­muś, kto nie za­gwa­ran­to­wał­by temu miej­scu ja­kiejś hi­sto­rii. Tak to ro­zu­mia­łem. Kie­dy spo­tka­li­śmy się z nią po raz pierw­szy, dro­gę do jej ser­ca otwo­rzy­ło nam chy­ba to, że przy­je­cha­li­śmy z Mar­cin­kiem na rę­kach. Nasz naj­star­szy syn miał wte­dy dwa lat­ka. Wła­ści­ciel­ka za­py­ta­ła: „Co by­ście chcie­li tu­taj ro­bić?”. Od­po­wie­dzie­li­śmy: „Chcie­li­by­śmy tu żyć. Chcie­li­by­śmy, żeby to był nasz dom”. Ona, prze­ślicz­na sta­ru­szecz­ka, po­pa­trzy­ła na nas do­bry­mi, ja­sny­mi ocza­mi i po­wie­dzia­ła: „Tak? To ja wam to sprze­dam”.

Zo­ba­czy­ła w was przy­szłość tego domu, kon­ty­nu­ację hi­sto­rii?

My­ślę, że tak. Ona nie chcia­ła, żeby był w nim za­jazd czy ho­tel. Pra­gnę­ła, żeby ta jej ro­dzin­na hi­sto­ria da­lej się tu to­czy­ła. Za­pro­si­ła nas do środ­ka. Zo­ba­czy­li­śmy me­ble, książ­ki. We­szli­śmy jak do świa­ta z ba­śni. Dom wy­glą­dał tak, jak­by na chwi­lę ktoś z nie­go wy­szedł, wszyst­ko było jak kie­dyś. Tyl­ko że była też dziu­ra w su­fi­cie i na ten stół, przy któ­rym te­raz sie­dzi­my, lała się woda. Bo to jest stół stąd, trze­ba go było od­re­stau­ro­wać. A my wte­dy jesz­cze wciąż się za­sta­na­wia­li­śmy: któ­ry dom wy­brać? Jeź­dzi­li­śmy to tam, to tu, bo przy­zna­ją pa­nie, że jest to waż­na de­cy­zja w ży­ciu mło­dych lu­dzi. W tym cza­sie ktoś się tu­taj wła­mał i ukradł sześć krze­seł od kom­ple­tu sto­ło­we­go. Strasz­nie się tym zmar­twi­łem. Po­wie­dzia­łem wła­ści­ciel­ce, że po­win­na to ja­koś za­bez­pie­czyć, bo by­ło­by szko­da, gdy­by coś ta­kie­go mia­ło się po­wtó­rzyć. Od­par­ła, że nie ma moż­li­wo­ści, aby to za­bez­pie­czyć, a je­śli ja je mam, to że­bym to zro­bił. Za­mó­wi­łem trans­port, za­pa­ko­wa­łem sta­re me­ble, któ­re tu były, i wy­wio­złem je do przy­ja­cie­la. Za­nim to zro­bi­łem, chcia­łem zo­sta­wić wła­ści­ciel­ce rów­no­war­tość pie­nięż­ną. Żeby była pew­na, że to jej nie prze­pad­nie, bo to prze­cież jesz­cze nie było moje. Po­pa­trzy­ła wte­dy na mnie tymi swo­imi do­bry­mi ocza­mi i po­wie­dzia­ła: „To nie­po­trzeb­ne. Prze­cież my się umó­wi­li­śmy”. Pa­nie so­bie wy­obra­ża­ją? W cza­sach gdy w Pol­sce nie dzia­ły się do­bre rze­czy, ja wy­wo­żę to, co jej zo­sta­ło, a ona mi mówi, że nie chce pie­nię­dzy, bo my się umó­wi­li­śmy. Wró­ci­łem do domu i po­wie­dzia­łem żo­nie: „Wiesz, Aniu, de­cy­zja chy­ba za­pa­dła”. I tak się sta­ło, że tra­fi­li­śmy tu­taj la­tem osiem­dzie­sią­te­go siód­me­go roku. Tu uro­dzi­ły się na­sze młod­sze dzie­ci. Po­wie­dzia­łem żo­nie: „W je­den se­zon wszyst­ko tu na­pra­wię” (śmiech). Jak się po­tem oka­za­ło, mu­sie­li­śmy zro­bić re­mont ka­pi­tal­ny, ro­ze­brać cały dach. Tak jest ze sta­ro­ciem: jak stoi, to stoi, a jak się coś ru­szy, to się oka­zu­je, że pod spodem nic już nie ma, a że się ru­szy­ło, to się za­wa­la. Jesz­cze nie skoń­czy­łem re­mon­tu, a ro­bię go już dwa­dzie­ścia pięć lat. Po­cząt­ko­wo miesz­ka­li­śmy w ofi­cy­nie. Wła­sno­ręcz­nie zbi­łem drzwi. Tak się ro­ze­schły, że wi­dzie­li­śmy wszyst­ko na ze­wnątrz (śmiech).

Kie­dy brat tu Pana od­wie­dzał, to ła­pał od­dech?

Nie by­wał tu czę­sto, bo on in­a­czej od­po­czy­wał. In­a­czej spę­dzał czas. Trak­to­wał nas tro­chę jak skan­sen dzi­wa­ków. Co też było obiek­tem na­szych drwi­nek. Bo wy­obraź­cie so­bie, przy­jeż­dża do nas ko­man­dos i rap­tem oka­zu­je się, że wszyst­ko, co nas ota­cza, jest po­twor­nie nie­bez­piecz­ne. Na przy­kład są ko­nie. Sła­wek ostrze­gał więc syna: „Kac­per­ku, nie pod­chodź do ko­nia”. I Kac­pe­rek nie mógł po­dejść do ko­nia, bo koń jest nie­bez­piecz­ny. A to psy bie­ga­ją, a to staw, to nie­bez­piecz­ne. Sło­wem, za­cho­wy­wał się prze­śmiesz­nie. To nie był jego świat. Mó­wi­li­śmy mu: „Idź na spa­cer, zo­bacz, jak tu ład­nie”. Ob­szedł ga­zon i już był z po­wro­tem. Już po spa­ce­rze. A mógł na­rzu­cić ple­cak z ob­cią­że­niem i po­biec do War­sza­wy i z po­wro­tem, w ta­kiej był for­mie. Jak miał za­da­nie, to je wy­ko­nał, ale spa­cer? Po co miał­by tak so­bie cho­dzić? Co miał­by tu oglą­dać? (śmiech)

Pew­nie uwa­żał, że w przy­ro­dzie nic cie­ka­we­go dla nie­go nie ma.

On po pro­stu nic cie­ka­we­go w niej nie wi­dział. To nie zna­czy jed­nak, że nie by­li­śmy so­bie bli­scy. Przy­po­mnia­ło mi się, że pi­sał na książ­kach bar­dzo ład­ne de­dy­ka­cje, z któ­rych się do­wia­dy­wa­li­śmy, jak on nas ceni i jaki jest z nas dum­ny. Kie­dy prze­czy­ta­łem jed­ną z nich, po­wie­dzia­łem do sy­nów, żar­tu­jąc: „Rany bo­skie, pa­trz­cie no. Stry­jek na­pi­sał ludz­ką mową”. Ale wszy­scy by­li­śmy wzru­sze­ni. Wi­docz­nie jak miał prze­lać my­śli na pa­pier, to wy­cho­dzi­ło z nie­go coś praw­dzi­we­go, z czym się nie zdra­dzał na co dzień. Bo nie był spe­cjal­nie wy­lew­ny. Po­dą­ża­li­śmy swo­imi dro­ga­mi, róż­ni­li­śmy się, ale obaj na­wza­jem by­li­śmy z sie­bie dum­ni. On był czło­wie­kiem za­da­nio­wym. Po­ja­wiał się wte­dy, kie­dy był po­trzeb­ny. A kie­dy nic się nie dzia­ło, to po co miał się po­ja­wiać? Po­mógł wie­lu lu­dziom, wie­dzie­li­śmy o tym. Dla mnie naj­waż­niej­sze było po­czu­cie, że gdy­by mi był po­trzeb­ny, to na pew­no mógł­bym na nie­go li­czyć. On też miał taką świa­do­mość, choć by­li­śmy w tej szczę­śli­wej sy­tu­acji, że nie było ta­kiej po­trze­by.

Jaka re­flek­sja na­ro­dzi­ła się w Panu, gdy do­wie­dział się Pan, że brat nie żyje? Po­my­ślał Pan, że gdy­by wie­dział o jego de­cy­zji, mógł­by mu po­móc, za­po­biec?

Ale ja­kiej de­cy­zji?

De­cy­zji o sa­mo­bój­stwie.

A pa­nie są pew­ne, że on po­peł­nił sa­mo­bój­stwo?

Pro­ku­ra­tu­ra wstęp­nie usta­li­ła, że nie było w jego śmier­ci udzia­łu osób trze­cich.

Aku­rat w tej spra­wie nie cho­dzi o to, co kto my­śli. Cho­dzi o to, aby od­po­wied­nie or­ga­na mo­gły to usta­lić bez wąt­pie­nia. Ale or­ga­na wciąż nie umie­ją tego usta­lić. A spo­sób, w jaki za­bie­ra­ją się do rze­czy, jest dla mnie dziw­ny. I my­ślę, że nie tyl­ko dla mnie. W waż­nych spra­wach li­czy się szyb­kość dzia­ła­nia. A w tym przy­pad­ku nie ma żad­nej szyb­ko­ści. Od sa­me­go po­cząt­ku.

Był week­end, było Euro, szy­ko­wa­li­śmy się na mecz Pol­ska–Cze­chy…

Wie­dzą pa­nie, ja je­stem le­ka­rzem we­te­ry­na­rii. Sie­dzę so­bie tu­taj z pa­nia­mi i roz­ma­wiam. Ale gdy za­dzwo­ni te­le­fon i usły­szę, że jest po­ród u kla­czy, to choć miło nam się bę­dzie roz­ma­wiać, wsią­dę do sa­mo­cho­du i po­ja­dę. Bez wzglę­du na porę. I tak pra­cu­ję przez trzy­dzie­ści pięć lat. Je­że­li ktoś mi opo­wia­da, że ja­kiś pro­ku­ra­tor czy dok­tor, któ­ry wy­ko­nu­je sek­cję, albo pra­cow­nik ABW czy ja­kie­goś in­ne­go or­ga­nu w week­end nie pra­cu­je, bo gło­wa go boli, czy tam co in­ne­go, to mnie to w ogó­le nie tra­fia do prze­ko­na­nia. Jak się ktoś umó­wił za ko­nia, to musi cią­gnąć. Nie ma rady. Na tym po­le­ga pro­fe­sjo­na­lizm. A tu tego nie wi­dzę. Bo week­end, bo Euro, bo mecz z Cze­cha­mi. A ja się do­wia­du­ję, że jesz­cze nie było ba­da­nia ba­li­stycz­ne­go, a tok­sy­ko­lo­gicz­ne do­pie­ro nie­daw­no. Nie chciał­bym się wy­po­wia­dać na ten te­mat. Moje od­czu­cie nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. Już nic nie od­wró­ci tej sy­tu­acji. Sła­wek nie żyje. Ale od usta­le­nia, jak to się sta­ło, po­wi­nien być ktoś, kto jest do tego po­wo­ła­ny. I po­wi­nien przed­sta­wić nie­zbi­te fak­ty, że­by­śmy mo­gli wszy­scy w nie uwie­rzyć czy przy­jąć do wia­do­mo­ści, że tak było. Mą­dra­li, któ­rzy będą opo­wia­dać, że mój brat się za­ła­mał, albo in­nych, mó­wią­cych, że taki twar­dziel, gdzież­by on to zro­bił, jest wie­lu. Każ­dy ma ja­kieś od­czu­cia, ja­kieś zda­nie. Po­trzeb­ne są fak­ty.

 

Co bu­dzi pań­skie wąt­pli­wo­ści w do­tych­czas usta­lo­nych fak­tach?

Jak pa­nie my­ślą, w ja­kiej sy­tu­acji czło­wiek po­dej­mu­je taką de­cy­zję?

Może być ty­sią­ce po­wo­dów.

Wte­dy za­dzwo­ni­ła do mnie Do­mi­ni­ka. Prze­ra­zi­ła mnie ta in­for­ma­cja. Nie wie­dzia­łem, jak ją zwe­ry­fi­ko­wać. Więk­szość lu­dzi nie przy­ję­ła do wia­do­mo­ści, że Sła­wek mógł­by w taki spo­sób za­re­ago­wać. Na co­kol­wiek. Nie wiem. Nie chcę się na ten te­mat wy­po­wia­dać. Bo co nam z od­czuć? Ale ba­da­nie tej spra­wy, zresz­tą nie tyl­ko tej, wie­lu spraw w na­szym kra­ju, od­by­wa się tak, jak się od­by­wa. Dla­te­go, my­ślę, nie bę­dzie­my wie­dzieć, co się sta­ło. Spo­sób pro­wa­dze­nia spraw, opie­sza­ły, po­wol­ny, uwa­run­ko­wa­ny od tego, czy jest so­bo­ta, nie­dzie­la… Dla Sław­ka nie było so­bo­ty ani nie­dzie­li. Było za­da­nie do wy­ko­na­nia, to on i wszy­scy jego lu­dzie to za­da­nie wy­ko­ny­wa­li. A jak się jest urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, to wte­dy może być nie­dzie­la, week­end, mecz, urlop albo nie ma waż­nej pani Zosi i nikt nic nie wie. Nie chcę snuć spi­sko­wych teo­rii.

Cze­go do­ty­czy­ły Pana ostat­nie roz­mo­wy z bra­tem?

Zdro­wia na­szych ro­dzi­ców. Są już moc­no za­awan­so­wa­ni wie­ko­wo. Tata ma dzie­więć­dzie­siąt sześć lat, a może dzie­więć­dzie­siąt czte­ry, bo mógł skła­mać, żeby w mło­do­ści iść do woj­ska, i się po­sta­rzył (śmiech). Mama w tym roku skoń­czy dzie­więć­dzie­siąt lat. Sła­wek czuł się bar­dzo od­po­wie­dzial­ny za ro­dzi­ców. A że on miesz­kał w War­sza­wie, a ja miesz­kam na wsi, to jemu ła­twiej było ich od­wie­dzać. Roz­ma­wia­li­śmy więc o ro­dzi­cach, o tym, jak wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać, bo za­czy­na­ją się pro­ble­my. Ro­dzi­ce miesz­ka­ją sami.

Nie ma Pan wra­że­nia, że cho­ro­ba ro­dzi­ców mo­gła go przy­bić?

Ale jaka cho­ro­ba? Gdy­by nasi ro­dzi­ce na­gle się roz­cho­ro­wa­li, to mo­gli­by­śmy mieć pro­blem z ich cho­ro­bą. Ale je­że­li ktoś w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat mówi: „Kie­dy mi od­dasz sa­mo­chód, bo mu­szę je­chać na Ma­zu­ry”, to się mar­twi­my, co zro­bić, aby tym sa­mo­cho­dem jed­nak nie je­chał. To są pro­ble­my zwią­za­ne z wie­kiem. Ale to nie jest żad­na tra­ge­dia. Nie oka­za­ło się na­gle, że któ­reś z na­szych ro­dzi­ców jest okrop­nie cho­re. Mu­sie­li­śmy ra­czej prze­wi­dy­wać sy­tu­ację, żeby im po­móc. I to tak Sław­ka prze­ra­zi­ło, że po­szedł do ga­ra­żu i się za­strze­lił? No, nie brnij­my w pa­ra­no­ję. Oczy­wi­ście, że to jest nowe do­świad­cze­nie, nowe wy­zwa­nie, bo przy tak do tej pory spraw­nych ro­dzi­cach ich póź­ny wiek jest pro­ble­mem. Ale kie­dy było się ge­ne­ra­łem, któ­ry mógł jed­nym te­le­fo­nem za­ła­twić wszyst­ko, a tu rap­tem się oka­zu­je, że choć w dal­szym cią­gu jest się ge­ne­ra­łem, to ten te­le­fon już tak samo nie za­dzia­ła, to może być stre­su­ją­ce, praw­da? Jed­nak opo­wie­ści, któ­re się czy­ta, że wy­kry­to u Sław­ka al­zhe­ime­ra i że to tym tak się zde­ner­wo­wał, są oczy­wi­ście bzdu­rą. Wie­my, skąd się ona wzię­ła. Mia­no­wi­cie nasz tata za­czął mieć pro­ble­my z pa­mię­cią, więc po­szli­śmy z nim do po­rad­ni. Tam go za­re­je­stro­wa­no jako puł­kow­ni­ka Pe­te­lic­kie­go. Ktoś mu­siał sprze­dać tę in­for­ma­cję i tak zro­dzi­ła się plot­ka, że Pe­te­lic­ki ma al­zhe­ime­ra. Albo inna, że miał pro­ble­my fi­nan­so­we. Co też jest bzdu­rą, bo z czło­wie­ka bar­dzo ma­jęt­ne­go stał się czło­wie­kiem ma­jęt­nym. Nie jest to taki pro­blem, żeby się z tego po­wo­du za­ła­mać.

Śnił się Panu już po śmier­ci?

Śnił mi się. Ja­kie jest na­stęp­ne py­ta­nie?

Jak się śnił?

Nie brnij­my w to, pro­szę. Bar­dzo prze­ży­łem jego stra­tę. Na­wet nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że może to być aż tak cięż­kie. Stan per­ma­nent­ne­go stra­chu o nie­go po­zwo­lił mi się do tego przy­zwy­cza­ić, bo wie­dzia­łem, że on w za­sa­dzie sta­le jest w ja­kimś nie­bez­pie­czeń­stwie. Cie­szył­bym się, gdy­by kie­dyś w koń­cu po­wie­dział, że zo­sta­nie sto­la­rzem. Ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że to jest jego ży­cie, że taką dro­gę so­bie wy­brał, i sza­no­wa­łem to. Nie­mniej jed­nak nie zmie­nia to fak­tu, że się o nie­go mar­twi­łem. Wie­dzia­łem, że jego pro­fe­sja jest nie­bez­piecz­na. Ba­łem się o nie­go. Dla­cze­go się nie od­zy­wa, dla­cze­go choć­by nie mówi ma­mie: „Niech ten Ja­nu­szek do mnie za­dzwo­ni”. Wte­dy był­bym spo­koj­ny, że u nie­go wszyst­ko w po­rząd­ku, a ja… Do­bra tam, je­stem ten młod­szy i mu­szę za­dzwo­nić.

Kie­dy Pan my­śli o bra­cie, to za czym naj­bar­dziej tę­sk­ni?

Tę­sk­nię za nim. Po pro­stu.

2. Dominika Bandurska

Pią­tek, 1 mar­ca 2013, godz. 16.00, piz­ze­ria Po­si­ta­no, War­sza­wa

W tej piz­ze­rii spo­ty­ka­ła się Pani z tatą?

Sia­dy­wa­li­śmy przy sto­li­ku tam, w holu, przy fon­tan­nie. Choć za­mi­ło­wa­nie do piz­zy już mi prze­szło (śmiech). Ale tak, rze­czy­wi­ście, by­wa­łam tu­taj z tatą. Zwy­kle uma­wia­li­śmy się pod­czas mo­jej prze­rwy na lunch. Wy­ska­ki­wa­łam na chwi­lę z pra­cy, żeby się z nim spo­tkać, po­roz­ma­wiać.

Oj­ciec do koń­ca trak­to­wał Pa­nią jak małą có­recz­kę? Dzwo­nił i py­tał, czy nie za­po­mnia­ła Pani wło­żyć czap­ki, bo mróz?

Nie, tata wi­dział zmia­ny, ja­kie we mnie za­cho­dzą. Szcze­gól­nie pod ko­niec ży­cia za­uwa­żył, że są spra­wy, w któ­rych mogę mu po­móc, coś za­ła­twić, pójść do urzę­du. Był pod wra­że­niem, że to wszyst­ko po­tra­fię. Z uwa­gą mnie słu­chał, cza­sem się ra­dził. W spo­sób na­tu­ral­ny przy­jął do wia­do­mo­ści, że je­stem już do­ro­sła i mogę mu cza­sem coś pod­po­wie­dzieć, po­cie­szyć go, po­móc.

Czu­ła Pani, że się o Pa­nią mar­twi?

Wy­da­je mi się, że nie miał po­wo­dów, aby się o mnie mar­twić. Był za­do­wo­lo­ny z tego, jak mi się w ży­ciu ukła­da. Pew­nie był za­tro­ska­ny, gdy wy­da­rza­ły się ja­kieś rze­czy na­głe i przy­kre. Ale w ostat­nim okre­sie ży­cia nie miał po­wo­dów do zmar­twień, zwłasz­cza je­śli o mnie cho­dzi.

Zwy­kle oj­co­wie bacz­nie pil­nu­ją swo­ich có­re­czek, a kie­dy na ho­ry­zon­cie po­ja­wia się ja­kiś kon­ku­rent, to są prze­ko­na­ni, że nie jest ich wart.

Mój tata taki nie był. Nie prze­ga­niał mo­ich sym­pa­tii, ale je­śli były kło­po­ty, to za­wsze mo­głam się do nie­go zwró­cić. Nie było na szczę­ście ta­kich sy­tu­acji, abym mu­sia­ła na­sy­łać tatę na ko­le­gę. Kie­dy jed­nak zda­rza­ło mi się pła­kać z po­wo­du mi­ło­sne­go za­wo­du, za­wsze był przy mnie. Za­wsze wy­słu­chi­wał mo­ich ża­lów. Kie­dy gło­śno chli­pa­łam mu w słu­chaw­kę, przy­jeż­dżał, żeby mnie po­cie­szać i re­ani­mo­wać. Nig­dy się nie zda­rzy­ło, by po­wie­dział: „Ten chło­pak? Nie wy­obra­żam so­bie, że­byś z nim była”. To mnie zo­sta­wiał de­cy­zję.

A my so­bie nie wy­obra­ża­my, że moż­na z oj­cem roz­ma­wiać o swo­ich sym­pa­tiach i zwie­rzać mu się ze swo­ich mi­ło­ści. Wszyst­ko Pani mó­wi­ła ta­cie?

Nie wszyst­ko. Ale za­wsze wie­dzia­łam, że to nie są dla nie­go te­ma­ty tabu i że nig­dy nie spo­tka mnie z jego stro­ny nic nie­mi­łe­go ani nie bę­dzie pró­bo­wał mną kie­ro­wać. Po pro­stu – je­śli mia­łam ocho­tę, to mu opo­wia­da­łam. Kie­dy przy­tra­fi­ło mi się coś przy­kre­go, też mu o tym mó­wi­łam. Do­kład­nie pa­mię­tam dzień, kie­dy pła­ka­łam, roz­ma­wia­jąc z nim przez te­le­fon, bo do­świad­czy­łam cze­goś nie­przy­jem­ne­go. Rzu­cił wszyst­ko, na­tych­miast wsiadł do sa­mo­cho­du i przy­je­chał do mnie, żeby za­pła­ka­ne dziec­ko… no, bo by­łam jesz­cze dziec­kiem, mia­łam pew­nie pięt­na­ście lat… usta­wić do pio­nu, przy­tu­lić, po­cie­szyć. Nie za­cho­wa­ły mi się w pa­mię­ci sło­wa, ja­ki­mi mnie wte­dy ra­to­wał, ale my­ślę, że mu­siał po­wie­dzieć: „Có­recz­ko, nie martw się, bo zdro­wie jest naj­waż­niej­sze” (śmiech). Za­wsze tak mó­wił.

Dla do­ro­słej Do­mi­ni­ki miał chy­ba wię­cej cza­su niż dla zu­peł­nie jesz­cze ma­łe­go dziec­ka?

Nie do koń­ca. Tata za­wsze był. I ja wie­dzia­łam, że w mo­men­tach awa­ryj­nych mogę się do nie­go zwró­cić. Nie było tak, że jest nie­do­stęp­ny, nie moż­na mu prze­szka­dzać, bo ma bar­dzo, bar­dzo waż­ne spra­wy na gło­wie. Da­wał mi od­czuć, że moje drob­ne pro­ble­my też są dla nie­go waż­ne. Był czło­wie­kiem na awa­ryj­ne sy­tu­acje. Co­dzien­ny kon­takt może nie był tak in­ten­syw­ny, ale kie­dy nad­cho­dzi­ły naj­mniej­sze na­wet kło­po­ty, to mia­łam pew­ność, że on mnie nig­dy w żad­nej po­trze­bie nie zo­sta­wi. Kie­dy coś się dzia­ło, to pierw­sza myśl, jaka po­ja­wia­ła się w mo­jej gło­wie, brzmia­ła: „Za­dzwo­nię do taty”.

A kie­dy był w domu, już po pra­cy, co ra­zem ro­bi­li­ście?

W cza­sach mo­je­go dzie­ciń­stwa nie­czę­sto by­wał w domu; dużo pra­co­wał. Ale gdy miesz­ka­li­śmy w Szwe­cji, tego wspól­nie spę­dza­ne­go cza­su było już wię­cej. Obo­je – i tu pew­nie pa­nie za­sko­czę – pa­sjo­no­wa­li­śmy się węd­kar­stwem. Bar­dzo lu­bi­łam jeź­dzić z tatą na ryby. Cza­sa­mi to­wa­rzy­szy­ła nam pani am­ba­sa­dor Ma­ria Re­gent-Le­cho­wicz. Jeź­dzi­li­śmy nad je­zio­ra w oko­li­cach Sztok­hol­mu, w bar­dzo uro­kli­we za­kąt­ki. Mój tata miał węd­kę z ko­ło­wrot­kiem, pani am­ba­sa­dor też za­bie­ra­ła ze sobą kil­ka wę­dek i z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem sta­ra­li się zło­wić coś du­że­go, kon­kret­ne­go, na przy­kład szczu­pa­ka. Oni mie­li spe­cja­li­stycz­ny sprzęt, a ja – zwy­kły pla­sti­ko­wy ki­ja­szek, bez ko­ło­wrot­ka, z żył­ką, spła­wi­kiem i ha­czy­kiem. Sie­dzia­łam na brze­gu, mo­cząc ten ki­jek w je­zio­rze, a gdy ryby nie chcia­ły brać, to stu­ka­łam węd­ką w wodę. I wte­dy za­czy­na­ły brać. Zwy­kle więc to ja mia­łam naj­wię­cej ryb w wia­der­ku, ale mo­je­go tatę naj­bar­dziej ba­wił ten mo­ment, kie­dy po za­koń­cze­niu węd­ko­wa­nia po­chy­la­łam się nad wia­drem peł­nym ryb i po­dej­mo­wa­łam de­cy­zję, że nie bę­dzie­my ich za­bi­jać. Po czym – na oczach prze­ra­żo­nej pani am­ba­sa­dor – wrzu­ca­łam je z po­wro­tem do je­zio­ra. Tak na­praw­dę prze­cież nie ło­wi­łam ich na ko­la­cję i my­ślę, że tata też by się tego nie pod­jął. Nie na­uczy­łam się więc opra­wia­nia ryb, bo nie to było ce­lem. Nie cho­dzi­ło o zdo­by­wa­nie po­ży­wie­nia, ale o wspól­nie spę­dza­ny czas, żeby po­sie­dzieć, po­roz­ma­wiać, po­być na ło­nie przy­ro­dy, któ­ra w Szwe­cji jest bar­dzo pięk­na.

Po­siedź­my jesz­cze chwi­lę nad tym szwedz­kim je­zio­rem…

No wła­śnie, bo, praw­dę mó­wiąc… te­raz znów tam je­stem.

Tak­że i nas prze­nio­sła Pani w to miej­sce. Oj­ciec nad­ra­biał wte­dy ten czas, kie­dy go z Pa­nią nie było? Był cie­kaw, co się wy­da­rzy­ło, roz­ma­wia­li­ście o co­dzien­nych spra­wach, szko­le, ko­le­żan­kach?

Tata był z mo­imi spra­wa­mi na bie­żą­co, ale ja by­łam dość spe­cy­ficz­nym dziec­kiem – nad­zwy­czaj skry­tym, do tego stop­nia, że uwa­ża­łam, iż ro­dzi­ce sami po­win­ni się wszyst­kie­go do­my­ślić. Stąd też czę­sto po­tem wspo­mi­na­li­śmy z tatą, że łą­czy­ła nas więź te­le­pa­tycz­na. Mam na to przy­kład. Zda­rzy­ło się raz, że tata po­je­chał do Mal­mö, a ja wie­dzia­łam, że kie­dy wró­ci, to przy­wie­zie mi pre­zent. Oczy­wi­ście nie zdra­dzi­łam mu, o czym naj­bar­dziej ma­rzę, ale bar­dzo in­ten­syw­nie my­śla­łam o tym przez cały ten czas. A ma­rzy­łam o pu­deł­ku z przy­bo­ra­mi do ma­gicz­nych sztu­czek. Nie­ty­po­wy pre­zent, praw­da? Nie po­wie­dzia­łam o tym ni­ko­mu, na­wet ma­mie, więc o żad­nych prze­cie­kach nie mo­gło być mowy. Tata wró­cił i… miał dla mnie to ma­gicz­ne pu­deł­ko. Zro­bi­łam wiel­kie oczy: „Jak to? Skąd wie­dzia­łeś? O tym ma­rzy­łam!”. Od­po­wie­dział: „Te­le­pa­tia, có­recz­ko”. Mu­sia­ło tak być. Nie znam in­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia. Z tatą łą­czy­ła mnie bar­dzo sil­na więź, choć jego czas nie był nie­li­mi­to­wa­ny. Ale czę­sto oglą­da­li­śmy ra­zem fil­my, o nin­ja czy z Bru­ce’em Lee. Bar­dzo to lu­bi­łam, no i mo­głam się po­tem po­pi­sać przed ko­le­ga­mi w szko­le, że je wszyst­kie znam (śmiech).

 

W Szwe­cji wszyst­ko było prze­cież dla Pani nowe.

Do Szwe­cji przy­je­cha­łam jako nie­speł­na sze­ścio­lat­ka. Był li­sto­pad, ma­ka­brycz­ny mie­siąc. Ale ja bar­dzo się cie­szy­łam z tego przy­jaz­du, po­nie­waż od dziec­ka by­łam mi­ło­śnicz­ką ba­na­nów, a moi ro­dzi­ce po­wie­dzie­li mi, że je­dzie­my do miej­sca, gdzie bę­dzie tyle ba­na­nów, ile tyl­ko będę chcia­ła (śmiech). Szwe­cja więc ja­wi­ła mi się jako kraj, w któ­rym ro­sną pal­my. Wy­obra­ża­łam so­bie na­wet mu­rzyń­skie dzie­ci, wśród nich Mu­rzyn­ka Bam­bo. Miej­sce oka­za­ło się jed­nak zu­peł­nie inne (śmiech). Ale pierw­sze kro­ki w Sztok­hol­mie skie­ro­wa­ły­śmy z mamą – bo przy­je­cha­ły­śmy przed tatą – do skle­pu spo­żyw­cze­go, po ba­na­ny (śmiech).

Gdzie za­miesz­ka­li­ście w Sztok­hol­mie?

W dość spe­cy­ficz­nym miej­scu. Było to ogrom­ne blo­ko­wi­sko skła­da­ją­ce się z kil­ku­na­stu wie­żow­ców. Miesz­ka­li tam głów­nie imi­gran­ci. Ży­łam więc w bar­dzo mię­dzy­na­ro­do­wym śro­do­wi­sku i tak na­praw­dę Szwe­dów mia­łam w kla­sie tyl­ko kil­ko­ro.

Pani tata za­an­ga­żo­wał się w urzą­dza­nie domu, przy­bi­jał pół­ki w Pani po­ko­ju?

Nie. Tata nig­dy nie zaj­mo­wał się ta­ki­mi spra­wa­mi. To mama była spe­cja­list­ką od wszel­kich do­mo­wych ro­bót. Mama umie zro­bić wszyst­ko. My­ślę, że idę w jej śla­dy, bo jak wi­dzę kar­ton z Ikei z me­bla­mi do skrę­ce­nia, to nie ma ta­kiej siły, któ­ra by mnie po­wstrzy­ma­ła przed ich zmon­to­wa­niem. Mąż może mi co naj­wy­żej asy­sto­wać (śmiech). To mam po ma­mie.

A co po ta­cie?

Je­stem do nie­go po­dob­na. Ko­lo­ry­stycz­nie. Moja mama ma ciem­ne wło­sy, ciem­ne oczy, a ja je­stem blon­dyn­ką z ja­sny­mi ocza­mi. My­ślę też, że po ta­cie odzie­dzi­czy­łam wie­le war­to­ści. W na­szym domu bar­dzo waż­na była uczci­wość. Moc­ne prze­ko­na­nie, że nie za­bie­ra się ni­ko­mu tego, co do nie­go na­le­ży. Mam też po­dob­ny do taty cha­rak­ter – cza­sa­mi wy­bu­cho­wy. Mie­wam chęć, by po­wie­dzieć lu­dziom praw­dę w oczy, co – jak zo­rien­to­wa­łam się w szko­le – zwy­kle jest nie­opła­cal­ne. Cza­sa­mi mia­łam z tego po­wo­du kło­po­ty. Z wie­kiem się to zmie­nia i – jak mi się wy­da­je – po­wo­li za­tra­cam tę ce­chę, ale…

… jest Pani upar­ta?

Tak my­ślę. Je­śli mi na czymś za­le­ży, wte­dy po­tra­fię do swo­je­go po­my­słu prze­ko­nać in­nych.

W Szwe­cji w wol­ne dni jeź­dzi­ła Pani z tatą tyl­ko na ryby czy były też inne wy­ciecz­ki?

Całą ro­dzi­ną cho­dzi­li­śmy na grzy­by. To też, my­ślę, nie jest ogól­nie zna­ną roz­ryw­ką mo­je­go taty. Mama zna­ła miej­sca, gdzie tych grzy­bów było w bród i gdzie ro­sły naj­więk­sze, a trze­ba za­zna­czyć, że wie­dza o tego typu miej­scach była w am­ba­sa­dzie wy­jąt­ko­wo chro­nio­na. Moż­na było o nich po­wie­dzieć do­pie­ro wte­dy, gdy wy­jeż­dża­ło się do Pol­ski (śmiech). Zbie­ra­li­śmy bo­ro­wi­ki, koź­la­ki, kur­ki. Grzy­bów było za­trzę­sie­nie, bo lud­no­ści tam mało, a la­sów wie­le. Pa­mię­tam, jak tata doj­rzał raz na skra­ju prze­pa­ści dwa gi­gan­tycz­ne praw­dziw­ki. Mu­siał je zdo­być, więc nie­omal z na­ra­że­niem ży­cia wspiął się po skar­pie, żeby ze­rwać te ol­brzy­my. Mama su­szy­ła na­sze zbio­ry i uży­wa­ła ich do róż­nych po­traw. Na przy­kład do zupy grzy­bo­wej na świę­ta. Moja mama wspa­nia­le go­tu­je.

Ale były też i ta­kie świę­ta w Szwe­cji, któ­re spę­dzi­ła Pani tyl­ko z tatą. I tu na­wią­że­my do słyn­nej bo­żo­na­ro­dze­nio­wej piz­zy. Jak to było?

Mama mu­sia­ła wy­je­chać do Pol­ski w spra­wach ro­dzin­nych. Przy­go­to­wa­ła nam wszyst­kie tra­dy­cyj­ne po­tra­wy wi­gi­lij­ne i świą­tecz­ne, część za­mro­zi­ła. A ja wpa­dłam na po­mysł, że w Wi­gi­lię ko­niecz­nie mu­szę zjeść piz­zę. „Skąd my weź­mie­my te­raz piz­zę? Prze­cież wszyst­ko jest po­za­my­ka­ne!” – wpadł w po­płoch tata. Ale za­raz zde­cy­do­wał: „No do­brze, wsia­da­my do sa­mo­cho­du i je­dzie­my szu­kać piz­zy”. Krą­ży­li­śmy po ca­łym Sztok­hol­mie. Wjeż­dża­li­śmy w naj­węż­sze ulicz­ki. Wy­sia­da­li­śmy z sa­mo­cho­du i scho­dzi­li­śmy do przejść pod­ziem­nych, bo tam też były róż­ne lo­ka­le, skle­py, ka­wiar­nie, otwar­te na­wet w świę­ta. Par­ko­wa­li­śmy w naj­róż­niej­szych miej­scach, szu­ka­jąc piz­ze­rii. Nie pa­mię­tam, jak dłu­go to trwa­ło, ale mu­sia­ło upły­nąć spo­ro cza­su, za­nim się w koń­cu pod­da­li­śmy. Zmę­cze­ni i zre­zy­gno­wa­ni wró­ci­li­śmy do domu i już wjeż­dża­li­śmy do ga­ra­żu, kie­dy mi­gnął nam neon piz­ze­rii, któ­ra mie­ści­ła się do­kład­nie na­prze­ciw­ko na­sze­go blo­ku (śmiech). Po­szli­śmy spraw­dzić, czy jest otwar­ta. Oczy­wi­ście była; być może wy­ni­ka­ło to z tej wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści osie­dla, bo nie wszy­scy jego miesz­kań­cy mu­sie­li ob­cho­dzić Boże Na­ro­dze­nie. I zja­dłam tę piz­zę. Do tej pory ją pa­mię­tam, wi­dzę te przy­pra­wy, te zio­ła, ja­ki­mi była po­sy­pa­na. Zwy­kła mar­ga­ri­ta, ale dla mnie wy­jąt­ko­wo pysz­na. To była Wi­gi­lia inna od wszyst­kich.

Nie zje­dli­ście po­traw przy­go­to­wa­nych przez mamę?

Tata na pew­no je zjadł po po­wro­cie do domu, bo nie prze­pa­dał za piz­zą. Wo­lał tra­dy­cyj­ne da­nia.

A po­tem przy­szedł Świę­ty Mi­ko­łaj?

Mi­ko­łaj? To jest przy­kry te­mat (śmiech).

Jak to?

Tata mnie raz za­py­tał: „Ty wie­rzysz w Mi­ko­ła­ja?! Prze­cież Mi­ko­ła­ja nie ma”. Pa­mię­tam swo­ją roz­pacz, kie­dy po­zba­wił mnie tej ilu­zji. Prze­ży­łam trau­mę. Ale tata uwa­żał, że tego ro­dza­ju rze­czy na­le­ży pro­sto­wać. Bo dla nie­go było to nie­praw­dą, nie­szcze­ro­ścią, nie chciał, abym w niej tkwi­ła. Po­dob­nie było, kie­dy oglą­da­łam w te­le­wi­zji ja­kieś sztucz­ki ma­gicz­ne, cyr­ko­we. Tata spoj­rzał na ekran i po­wie­dział: „Buj­da. Prze­cież tak na­praw­dę oni nie cza­ru­ją”. A dla mnie to było strasz­ne (śmiech).

Tata nie czy­tał Pani w dzie­ciń­stwie ba­jek o kra­sno­lud­kach?

Czy­tał mi ba­śnie bra­ci Grimm. Były do­sta­tecz­nie okrut­ne (śmiech). Uwiel­bia­łam je. Mia­łam pięk­ne wy­da­nie. Ale to był krót­ki okres, bo szyb­ko na­uczy­łam się czy­tać i póź­niej czy­ta­łam już sama. Głów­nie jed­nak to mama czy­ta­ła mi ksią­żecz­ki z se­rii „Po­czy­taj mi, mamo”.

Wie­dzia­ła Pani, czym w Szwe­cji zaj­mu­je się oj­ciec?

My­śla­łam, że jest dy­plo­ma­tą. Miał ład­ny ga­bi­net w am­ba­sa­dzie. Ta pla­ców­ka mie­ści­ła się w uro­czym sta­rym bu­dyn­ku. Pa­mię­tam, że kie­dy się do nie­go wcho­dzi­ło, to na wprost wej­ścia były pięk­ne drew­nia­ne scho­dy. Nie wiem, czy tak było na­praw­dę, czy pa­mięć mie­sza mi się z wy­obraź­nią. Ale za­pa­mię­ta­łam, że było tam dość mrocz­nie, scho­dy pro­wa­dzi­ły na górę, a tata miał ga­bi­net na ty­łach, na sa­mym koń­cu bu­dyn­ku, w ja­kimś ta­kim za­ka­mar­ku. Był to nie­du­ży po­ko­ik z bal­ko­ni­kiem, któ­ry wy­cho­dził na we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec am­ba­sa­dy. Tata sie­dział w tym po­ko­iku i coś pi­sał – taki ob­ra­zek ko­ja­rzy­łam wów­czas z jego pra­cą. Cza­sa­mi mnie tam za­bie­rał. Miał taką spe­cjal­ną pla­ste­li­nę, któ­rą pie­czę­to­wał drzwi, gdy je za­my­kał, żeby było wia­do­mo, że nikt tam tym­cza­sem nie wcho­dził. Nie dzi­wi­ło mnie to, bo w nie­któ­rych urzę­dach czy biu­rach też moż­na spo­tkać ta­kie pie­czę­cie na drzwiach.

To kie­dy się Pani do­wie­dzia­ła, że jest ofi­ce­rem wy­wia­du?

Nie tak szyb­ko. W Szwe­cji po ze­rów­ce po­szłam do zwy­kłej re­jo­no­wej pod­sta­wów­ki, w któ­rej uczy­łam się od pierw­szej do czwar­tej kla­sy. Mia­łam dzie­sięć lat, gdy wró­ci­li­śmy do Pol­ski. A że je­stem okrop­nym ła­su­chem i na do­da­tek trud­no było przede mną coś ukryć, szu­ka­łam w domu cze­goś słod­kie­go. Szpe­ra­łam wszę­dzie. Wdra­py­wa­łam się na­wet na szaf­ki, na któ­rych sta­ły mie­dzia­ne garn­ki, i ma­ca­łam ręką, czy przy­pad­kiem ro­dzi­ce nie ukry­li tam przede mną cze­ko­la­dy albo cu­kier­ków. Ale za­miast słod­ko­ści wy­ma­ca­łam do­ku­men­ty. Były dziw­ne. W środ­ku zdję­cia mo­je­go taty, ale róż­ne na­zwi­ska. Po­my­śla­łam so­bie wte­dy: albo jest prze­stęp­cą, albo Ja­me­sem Bon­dem. Oczy­wi­ście ni­ko­mu nie pu­ści­łam pary z ust. Ujaw­ni­łam to wie­le lat póź­niej, chy­ba w czerw­cu 2000 roku, kie­dy z tatą i dziad­kiem udzie­la­li­śmy wy­wia­du „Two­je­mu Sty­lo­wi”. Tata bar­dzo śmiał się z tej hi­sto­rii.