Ostatni samurajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANI­TA CZU­PRYN

DO­RO­TA KO­WAL­SKA

OSTAT­NI

SA­MU­RAJ

ROZ­MO­WY O GE­NE­RA­LE

PE­TE­LIC­KIM

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NA OWCA

WAR­SZA­WA 2013

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne

Mi­ro­sław Gra­bow­ski

Pro­jekt okład­ki

Mag­da Kuc

Zdję­cie na okład­ce

PAP/Le­szek Szy­mań­ski

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

DTP

Mar­cin La­bus

Text co­py­ri­ght © by Ani­ta Czu­pryn, Do­ro­ta Ko­wal­ska

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2013

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca prze­ka­że 1 zł z każ­de­go sprze­da­ne­go eg­zem­pla­rza na rzecz Sto­wa­rzy­sze­nia im. Gen. Sła­wo­mi­ra Pe­te­lic­kie­go

Wy­da­nie I

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

ISBN 978-83-7554-708-5


ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Przedmowa

  1. Janusz Petelicki

  2. Dominika Bandurska

  3. Michał Komar

  4. Gabriel Wróblewski

  5. Aleksander Makowski

  6. Vincent V. Severski

  7. Gromosław Czempiński

  8. Wojciech Brochwicz

  9. Gil 86, były żołnierz GROM-u

  10. Monika Kupczyk

  11. Romuald Szeremietiew

  12. Krystyna Demska-Olbrychska, Daniel Olbrychski

  13. Henryk Socha

  14. Maryla Rodowicz

  15. Paweł Kukiz

  16. Paweł Graś

  17. Agnieszka Petelicka

  Podziękowania

  O autorkach

  Dokumenty

  Fotografie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Szes­na­sty czerw­ca 2012 roku, so­bo­ta. Je­ste­śmy z żoną u przy­ja­ciół na imie­ni­nach. Oko­ło osiem­na­stej dzwo­ni te­le­fon, zer­kam – nu­mer Sław­ka. Wy­cho­dzę, żeby ode­brać, i sły­szę głos zroz­pa­czo­nej Agniesz­ki: „Sła­wek chy­ba po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Co ro­bić?”. „Dzwoń na­tych­miast na sto dwa­na­ście, we­zwij po­go­to­wie ra­tun­ko­we, ja za­wia­do­mię po­li­cję” – mó­wię. Uru­cha­mia­my służ­by, po­wia­da­miam wspól­nych przy­ja­ciół, a po­tem roz­ma­wiam z Agniesz­ką, pró­bu­jąc ją uspo­ko­ić. Szok, re­flek­sja. Wra­ca­ją wspo­mnie­nia. Dla mnie to ko­niec im­pre­zy.

Z ge­ne­ra­łem Sła­wo­mi­rem Pe­te­lic­kim po­zna­li­śmy się w 1992 roku w Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych. Kie­ro­wa­łem wte­dy z ra­mie­nia po­li­cji gru­pą ope­ra­cyj­ną Ma­ra­ton, któ­ra roz­pra­co­wy­wa­ła naj­więk­sze gan­gi w Pol­sce, przy­go­to­wu­jąc stra­te­gię wal­ki z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­wa­ną. Sła­wek for­mo­wał Jed­nost­kę Woj­sko­wą GROM, za­bie­gał o jej wy­po­sa­że­nie, po­zy­cję. Już wte­dy się za­sta­na­wia­li­śmy, jak wy­ko­rzy­stać po­ten­cjał GROM-u w wal­ce z nie­bez­piecz­ny­mi prze­stęp­ca­mi. W 1994 roku jed­nost­ka re­ali­zo­wa­ła już pierw­szą mi­sję za­gra­nicz­ną na Ha­iti.

Szyb­ko przy­pa­dli­śmy so­bie do gu­stu. Obaj całe ży­cie upra­wia­li­śmy ja­kiś sport. Mi­sja stwo­rze­nia eli­tar­nych for­ma­cji, któ­ry­mi mo­gli­by­śmy do­wo­dzić, była na­szym prio­ry­te­tem. Osią­ga­li­śmy suk­ce­sy. Nie by­li­śmy ko­niunk­tu­ral­ni, za­wsze sta­ra­li­śmy się jak naj­le­piej słu­żyć Pol­sce. Ta zna­jo­mość, póź­niej przy­jaźń, trwa­ła po­nad dwa­dzie­ścia lat.

W 1995 roku Sła­wek od­szedł z GROM-u (wy­glą­da­ło to tro­chę dziw­nie, ode­bra­no mu jego uko­cha­ne dziec­ko), ale po­nie­waż był zbyt po­pu­lar­ny, zo­stał peł­no­moc­ni­kiem pre­mie­ra do spraw zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Wów­czas spo­ty­ka­li­śmy się znacz­nie czę­ściej. Ja już kie­ro­wa­łem od­po­wied­nią struk­tu­rą w po­li­cji, a on miał two­rzyć coś po­nadre­sor­to­we­go, jesz­cze szer­sze­go. Nie­ste­ty, nig­dy nie do­stał żad­nych upraw­nień, de­le­ga­cji do dzia­ła­nia i po krót­kim cza­sie zre­zy­gno­wał.

Na szczę­ście po nie­speł­na dwóch la­tach i zmia­nie wła­dzy Sła­wek, ku ogrom­nej ra­do­ści swo­ich żoł­nie­rzy, wró­cił do GROM-u. Da­lej roz­wi­jał jed­nost­kę, któ­ra dzię­ki nie­mu sta­ła się jed­ną z naj­lep­szych w świe­cie. Była za­wsze oto­czo­na nim­bem ta­jem­ni­czo­ści, a służ­ba w niej do tej pory jest ma­rze­niem więk­szo­ści mło­dych męż­czyzn w Pol­sce. W 1998 roku w uzna­niu za­sług otrzy­mał z rąk pre­zy­den­ta Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go sto­pień ge­ne­ra­ła bry­ga­dy, a ban­kiet w pa­ła­cu w He­le­no­wie prze­szedł do hi­sto­rii.

We wrze­śniu 1999 roku, kie­dy wy­wo­ła­no sztucz­ną afe­rę wo­kół rze­ko­mych nie­pra­wi­dło­wo­ści w GROM-ie, po­cie­sza­łem Sław­ka: „Nie przej­muj się, ja kil­ka ta­kich za­wi­ro­wań już prze­ży­łem”. Wie­rzy­łem w jego uczci­wość. Sła­wek był czło­wie­kiem z pa­sją, pew­nym swo­jej mi­sji, pa­trio­tą, a nie ja­kimś hochsz­ta­ple­rem.

W 2001 roku na moim ban­kie­cie ge­ne­ral­skim był jed­nym z go­ści ho­no­ro­wych, mimo iż nie­któ­rym mi­ni­strom mo­gło się to nie po­do­bać. Sła­wek funk­cjo­no­wał już wte­dy w biz­ne­sie, ja by­łem za­stęp­cą ko­men­dan­ta głów­ne­go po­li­cji i kie­ro­wa­łem pra­cą ca­łej po­li­cji kry­mi­nal­nej. Do­syć re­gu­lar­nie spo­ty­ka­li­śmy się w gro­nie sze­fów służb i mi­ni­strów. Roz­ma­wia­li­śmy o spra­wach bie­żą­cych, za­gro­że­niach dla bez­pie­czeń­stwa go­spo­dar­cze­go, pa­to­lo­giach w ży­ciu pu­blicz­nym. Póź­niej każ­dy na swo­im od­cin­ku pró­bo­wał coś ro­bić. Po pew­nym cza­sie nie­któ­re me­dia na­zwa­ły nas „gru­pą trzy­ma­ją­cą wła­dzę”, choć nig­dy ta­kich za­pę­dów nie mie­li­śmy.

W 2006 roku, kie­dy po raz trze­ci zo­sta­łem od­wo­ła­ny ze sta­no­wi­ska (za brak dys­po­zy­cyj­no­ści po­li­tycz­nej) i zde­cy­do­wa­łem się odejść ze służ­by, pierw­szy za­pro­po­no­wał mi po­moc Sła­wek. Po­wie­dział: „Przyjdź do nas, je­steś wo­jow­ni­kiem, masz gło­wę na kar­ku, pen­sję bę­dziesz miał jak ko­men­dant głów­ny”. Mak­sy­ma, iż praw­dzi­wych przy­ja­ciół po­zna­je się w bie­dzie, zno­wu oka­za­ła się słusz­na.

Biz­nes w spół­ce chy­ba nie naj­le­piej mu się udał, ale w tym cza­sie bar­dzo dużo ener­gii Sła­wek po­świę­cał na za­pew­nia­nie za­jęć żoł­nie­rzom, któ­rzy opusz­cza­li GROM. Roz­krę­cił fun­da­cję, dbał o to, aby prze­cho­dzą­cy na eme­ry­tu­rę mie­li do­dat­ko­wą uczci­wą pra­cę. Nie­mal do koń­ca pro­wa­dził pro­jek­ty, w któ­rych chciał wy­ko­rzy­stać umie­jęt­no­ści swo­ich lu­dzi. Zde­cy­do­wa­nie le­piej ra­dził so­bie póź­niej jako do­rad­ca stra­te­gicz­ny w Ernst & Young, dzia­ła­jąc w ob­sza­rach zwią­za­nych z bez­pie­czeń­stwem i woj­sko­wo­ścią. Czę­sto po­świę­ca­li­śmy dłu­gie wie­czo­ry na dys­ku­sje w gro­nie eks­per­tów i przy­ja­ciół. Był or­ga­ni­za­to­rem tych spo­tkań, du­szą to­wa­rzy­stwa. Za­wsze zaj­mo­wał jed­no­znacz­ne sta­no­wi­sko, cza­sa­mi zbyt ra­dy­kal­ne. W ostat­nich la­tach ten ra­dy­ka­lizm po­glą­dów gło­sił w prze­sy­ła­nych wszyst­kim zna­jo­mym SMS-ach – to pew­nie nie­któ­rych tro­chę do nie­go zra­zi­ło, ale przy­ja­cie­le po­zo­sta­li.

 

Ni­niej­sza pu­bli­ka­cja to wspo­mnie­nia człon­ków ro­dzi­ny oraz in­nych osób, któ­re ge­ne­ra­ła Sła­wo­mi­ra Pe­te­lic­kie­go zna­ły naj­le­piej. A przy­ja­ciół i zna­jo­mych miał ty­sią­ce. W Pol­sce i za gra­ni­cą. Wśród ar­ty­stów, po­li­ty­ków, lu­dzi biz­ne­su, w służ­bach. Trud­no zna­leźć dru­gą tak barw­ną i twór­czą po­stać. Po­zo­sta­nie w na­szej pa­mię­ci na za­wsze.

Ge­ne­rał Adam Ra­pac­ki

1. Janusz Petelicki

Po­nie­dzia­łek, 21 stycz­nia 2013, godz. 16.30, dwór na Ma­zow­szu

Dla­cze­go za­trzy­mu­je Pan sa­mo­chód?

Miesz­kam tu dwa­dzie­ścia pięć lat i ro­bię to za każ­dym ra­zem, kie­dy do­jeż­dżam do domu. Pięk­ne miej­sce, praw­da?

(Już w domu, w du­żym sa­lo­nie z ogrom­ną cho­in­ką, Ja­nusz Pe­te­lic­ki bły­ska­wicz­nie roz­pa­la ogień w dwóch ko­min­kach. Sia­da­my przy dłu­gim drew­nia­nym sto­le).

Pań­ski brat, ge­ne­rał Pe­te­lic­ki, czę­sto by­wał w tym dwor­ku?

Od­wie­dzał nas. Z tym że dwór nie ro­bił na nim spe­cjal­ne­go wra­że­nia. Sła­wek brał to za pe­wien ro­dzaj mo­je­go dzi­wac­twa. By­li­śmy bar­dzo od sie­bie róż­ni.

Pod ja­kim wzglę­dem?

Mie­li­śmy inne za­in­te­re­so­wa­nia. Tak się na­wet nie­daw­no nad tym za­sta­na­wia­łem i po­my­śla­łem so­bie, że wzię­li­śmy zu­peł­nie róż­ne rze­czy z na­sze­go taty. Bo nasz tato bar­dzo ko­chał przy­ro­dę, las, zwie­rzę­ta, wszyst­ko, co jest zwią­za­ne z na­tu­rą. A jed­no­cze­śnie był wo­jow­ni­kiem. No tak, wo­jow­ni­kiem…

Woj­sko­wym, my­śli­wym…

Ale to my­śli­stwo i ten las, wszyst­ko to, co jest zwią­za­ne z przy­ro­dą, odzie­dzi­czy­łem ja. Na­to­miast tę wo­jacz­kę, wo­jow­ni­czość i wszyst­ko inne, co się z tym wią­że, wziął Sła­wek. No, tak śmiesz­nie się zło­ży­ło.

A co do­sta­li­ście w spad­ku po ma­mie?

My­ślę, że dużo. Mama jest oso­bą sza­le­nie cie­płą, do­brą, two­rzą­cą dom. Dom to mama, czy też mama – to dom. Nasz był wie­lo­po­ko­le­nio­wy. Miesz­ka­li­śmy z dziad­ka­mi – ro­dzi­ca­mi mamy. Uro­dzi­li­śmy się w domu przy uli­cy Ol­szew­skiej, obok Pu­ław­skiej, na Gór­nym Mo­ko­to­wie. Ro­dzi­ce miesz­ka­li u dziad­ków, póź­niej dziad­ko­wie od­da­li to miesz­ka­nie woj­sku i w ra­mach tego ro­dzi­ce do­sta­li więk­sze, jako służ­bo­we, woj­sko­we. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wszy­scy na Dol­ny Mo­ko­tów, pra­wie na Czer­nia­ków. To był tak zwa­ny Do­łek. Tak się na to miej­sce mó­wi­ło w War­sza­wie. Mia­łem wte­dy chy­ba pięć lat, w każ­dym ra­zie nie cho­dzi­łem jesz­cze do szko­ły.

Mie­li­ście z bra­tem wspól­ny po­kój?

Nie. Mię­dzy nami było sie­dem lat róż­ni­cy. To dużo. Kie­dy ja mia­łem dzie­sięć lat, to Sła­wek miał już sie­dem­na­ście.

Pan był jesz­cze kaj­tek, a on na­le­żał już do ka­wa­ler­ki.

Wła­śnie, to była taka sy­tu­acja. Trud­no więc było mieć wspól­ne za­in­te­re­so­wa­nia. Zwłasz­cza gdy się ich nie mia­ło.

Pierw­szy ob­raz za­pa­mię­ta­ny z dzie­ciń­stwa, jaki się Panu ko­ja­rzy z bra­tem?

Sła­wek bar­dzo ład­nie ry­so­wał. Pa­mię­tam jego ry­sun­ki w ze­szy­tach. To były za­wsze mi­li­ta­ria. Pi­sto­le­ty, noże, łuki, wszyst­ko jed­no co, ale zwią­za­ne z wal­ką i kul­tem cia­ła. Od­kąd pa­mię­tam, tre­no­wał. Wte­dy nie moż­na było ku­pić sprzę­tu tre­nin­go­we­go, więc do róż­nych ćwi­czeń uży­wał na przy­kład mamy drew­nia­nej de­ski do pra­so­wa­nia. Świet­nie rzu­cał no­żem. Mu­siał się tego oczy­wi­ście na­uczyć, ła­miąc ko­lej­ne noże my­śliw­skie ojca. Pa­mię­tam tę po­dzio­ba­ną, po­dziu­ra­wio­ną z dru­giej stro­ny de­skę do pra­so­wa­nia, w któ­rą rzu­cał. Ale nie tyl­ko w nią. W miesz­ka­niu na Par­ko­wej mie­li­śmy po­dwój­ne drzwi, prze­szklo­ne. Li­stwa prze­dzie­la­ją­ca szy­by była wą­ska. Sła­wek przez całą dłu­gość po­ko­ju umiał tak tra­fić no­żem w tę li­stwę, że nie wy­bił szy­by. Ja wy­bi­łem (śmiech).

Star­szy brat był opie­kuń­czy czy ra­czej Pana ty­ra­ni­zo­wał?

Nie lał mnie. Spe­cjal­nie mną nie po­mia­tał. Ja na­to­miast by­łem w nie­go ab­so­lut­nie wpa­trzo­ny. Był moim star­szym bra­tem, cały czas szu­ka­łem z nim kon­tak­tu. Pro­si­łem, żeby mnie wpu­ścił do swo­je­go po­ko­ju, że­bym mógł so­bie u nie­go po­sie­dzieć. A on mnie nie wpusz­czał. Albo wpusz­czał w na­gro­dę, je­śli wy­ko­na­łem ja­kieś po­le­ce­nia, któ­rych nor­mal­nie bym nie wy­ko­nał (śmiech).

Co ta­kie­go strasz­ne­go mu­siał Pan ro­bić?

Wy­no­si­łem śmie­ci, by­łem grzecz­ny albo po­ży­cza­łem mu for­sę. Na wiecz­ne nie­od­da­nie, jak to wśród bra­ci bywa (śmiech). I wte­dy do­pusz­czał mnie do swo­je­go świa­ta. My­ślę, że re­la­cje mię­dzy nami były ab­so­lut­nie stan­dar­do­we. Ty­po­we.

Pan był grzecz­nym chłop­cem i nig­dy się nie bił?

Jak już się pew­nie pa­nie zo­rien­to­wa­ły, Sła­wek był ma­low­ni­czą po­sta­cią i do­wód­cą od za­wsze. W każ­dym wie­ku miał kil­ku ko­le­gów, któ­ry­mi za­rzą­dzał, i to było oczy­wi­ste. Miał sza­lo­ny ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny. Po­nie­waż był wo­jow­ni­kiem, to te jego naj­pierw dzie­cię­ce, a po­tem mło­dzień­cze rzą­dy i kon­flik­ty były do­syć spek­ta­ku­lar­ne. Co, oczy­wi­ście, przy­pra­wia­ło o zmar­twie­nia mamę – oso­bę miłą, spo­koj­ną, ko­cha­ną. Po­sia­da­nie ta­kie­go ener­gicz­ne­go syn­ka jak Sła­wek cza­sem by­wa­ło dla niej kło­po­tli­we. Dla­te­go mama bar­dzo dba­ła o to, aby dru­gi sy­nek był grzecz­ny, do­bry, spo­koj­ny. Nie­spe­cjal­nie chy­ba jej za­le­ża­ło na tym, aby na­sze świa­ty się sty­ka­ły. Mama prze­ko­ny­wa­ła mnie, że mam taką siłę, że je­śli ko­goś wal­nę, to naj­pew­niej wy­rzą­dzę mu krzyw­dę. Le­piej więc, że­bym tego nie ro­bił. I ja przez ja­kiś czas w to wie­rzy­łem. Da­wa­łem się lać mniej­szym ode mnie, bo my­śla­łem: „Ojej, mama po­wie­dzia­ła, że jak wal­nę, to zro­bię krzyw­dę, więc le­piej niech mnie leją”. Na szczę­ście nasz ko­cha­ny dzia­dek, wi­dząc mnie czę­sto po­obi­ja­ne­go, po­wie­dział mi: „Nie za­cze­piaj, ale jak cie­bie ktoś za­cze­pi, to lej ile wle­zie” – i tak zo­sta­ło. Tę mą­drość prze­ka­za­łem swo­im sy­nom.

Mama nie chcia­ła, aby wcią­gnął Pana awan­tur­ni­czy świat bra­ta?

Mu­szą ją pa­nie zro­zu­mieć. Mia­ła męża, któ­ry ni­ko­mu nie prze­pu­ścił i był wszę­dzie tam, gdzie przy­da­rzył się ja­kiś kon­flikt. Mó­wię tu o na­szym ta­cie – na­wet ma­jąc już osiem­dzie­siąt lat, po­ra­dził so­bie z chu­li­ga­na­mi, gdy na­pa­dli go w par­ku i ob­rzu­ci­li ka­mie­nia­mi…

Pro­si­my o tym opo­wie­dzieć.

Oj­ciec wy­brał się na prze­bież­kę z Par­ko­wej przez Ła­zien­ki. Wbie­gał po scho­dach pro­wa­dzą­cych do Zam­ku Ujaz­dow­skie­go, kie­dy za­ata­ko­wa­li go chu­li­ga­ni, ob­rzu­ca­jąc pi­gu­ła­mi z ka­mie­nia­mi. To była gru­pa agre­syw­nych gnoj­ków. Tata wy­co­fał się, ale nie na­zy­wał­by się Pe­te­lic­ki, gdy­by cał­ko­wi­cie ustą­pił. Cof­nął się więc na tyle, żeby go nie wi­dzie­li. Upa­trzył so­bie naj­bar­dziej agre­syw­ne­go z nich i kie­dy grup­ka się roz­dzie­li­ła, do­padł go w przej­ściu pod­ziem­nym na pla­cu Na Roz­dro­żu. Pod­szedł do nie­go i mówi: „No i co, ko­leż­ko?”. Tam­ten od­parł: „Spa­daj, dzia­dek, bo jak cię pal­nę, to ci zęby wy­le­cą”. Oj­ciec go zła­pał (do­brze, że nie udu­sił), obez­wład­nił i wy­pro­wa­dził na po­stój tak­só­wek. Pod­szedł do tak­sów­ka­rza, po­pro­sił o we­zwa­nie po­li­cji. Przy­je­cha­ła po­li­cja, oj­ciec się przed­sta­wił, po­wie­dział, że jest in­wa­li­dą wo­jen­nym (śmiech) i że zo­stał na­pad­nię­ty. Jed­no­cze­śnie cały czas trzy­mał tego ło­bu­za. Po­li­cja go za­bra­ła, po­in­stru­owaw­szy ojca, że musi zło­żyć ze­zna­nie. Jed­nak już na ko­men­dzie, gdy zo­ba­czył, że ten jego ło­buz jest przy­ku­ty kaj­dan­ka­mi do ka­lo­ry­fe­ra, za­czął go ża­ło­wać. Cha­rak­ter miał gwał­tow­ny, mimo to nie chciał ni­ko­mu zro­bić krzyw­dy. Jak już tego ło­bu­za upo­ko­rzył, to zro­bi­ło mu się go szko­da. Bo może on nie jest taki zły, może to tyl­ko jed­no­ra­zo­wy wy­głup, może za­słu­gu­je na szan­sę? Ale ofi­cer spraw­dził chu­li­ga­na i oka­za­ło się, że to dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni sil­ny męż­czy­zna i że był już no­to­wa­ny. Więc ofi­cer za­py­tał ojca: „Jak się panu uda­ło ta­kie­go dra­nia za­trzy­mać?”. Tata od­po­wie­dział: „Tak mnie zde­ner­wo­wał, że wszyst­ko mi się przy­po­mnia­ło” (śmiech). A kie­dy już wy­cho­dził z ko­men­dy, to zwró­cił się jesz­cze do tego chu­li­ga­na i z sa­tys­fak­cją po­wie­dział: „I co, syn­ku? Dzia­dek cię przy­pro­wa­dził?”. Tata był okrop­nie za­dzior­ny. Przez dłu­gie lata sta­no­wił dla nas pro­blem. Mar­twi­li­śmy się o nie­go, bo był prze­cież co­raz star­szy. A dziw­nym tra­fem tego ro­dza­ju sy­tu­acje się po­wta­rza­ły. Raz mama wy­sła­ła go po za­ku­py do skle­pu przy Ga­ga­ri­na, to oka­za­ło się, że ktoś tam wy­bił szy­bę, ukradł ra­dio, a jak prze­bie­gał koło taty, to przy­pad­kiem za­wa­dził o jego nogę. Oj­ciec mu ją oczy­wi­ście pod­sta­wił i zło­dziej wy­wa­lił się z tym ra­diem. Oj­ciec wró­cił do domu i mówi tak: „Już go mia­łem! Ale za­miast chwy­cić go za łeb, to pod­nio­słem ra­dio, któ­re upu­ścił, a on zwiał” (śmiech). A to zno­wu na Ma­zu­rach ban­dy­ci za­in­sce­ni­zo­wa­li wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Oj­ciec zo­ba­czył auto przo­dem w ro­wie, dwóch, zda­wa­ło­by się, prze­ra­żo­nych pa­sa­że­rów w środ­ku. Za­trzy­mał się, a wte­dy oni go na­pa­dli. Zdą­żył wsko­czyć z po­wro­tem do sa­mo­cho­du i za­mknąć za sobą drzwi, ale je­den z ban­dy­tów otwo­rzył drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra. Oj­ciec kop­nął go w czo­ło z taką siłą, że tam­ten wy­padł na ze­wnątrz. Wy­obra­ża­ją so­bie pa­nie? Ale my ze Sław­kiem bez prze­rwy się mar­twi­li­śmy, że ktoś w koń­cu zro­bi ojcu krzyw­dę. Pro­si­li­śmy go: „Tato, czy ty mógł­byś choć raz cze­goś nie za­uwa­żyć albo po­pro­sić ko­goś o po­moc?”. Ale taki wła­śnie był nasz tata.

Mama nie chcia­ła więc trze­cie­go wo­jow­ni­ka?

Po tej dy­gre­sji wra­cam do wąt­ku z mamą – otóż ma­jąc ta­kie­go męża i ta­kie­go star­sze­go syn­ka, dba­ła, żeby przy­najm­niej młod­szy syn był grzecz­ny. De­ner­wo­wa­ła się. To był Czer­nia­ków. Kon­flik­ty, ja­kie tam wy­bu­cha­ły, skut­ko­wa­ły zwy­kle ja­kąś roz­ró­bą i nie mu­sia­ły się do­brze skoń­czyć.

Zda­rza­ło się, że brat mu­siał Pana bro­nić?

Sław­ka tak się wszy­scy bali, że kie­dy się do­wie­dzie­li, że je­stem jego bra­tem, to nikt mnie nie ty­kał. Tak więc nie mia­łem oka­zji się wy­ka­zać (śmiech).

Pan ge­ne­rał opo­wia­dał nam, że to dzia­dek mu wy­tłu­ma­czył, aby nie szedł w ło­bu­zer­kę.

Nasz dzia­dek był chy­ba naj­lep­szym czło­wie­kiem, ja­kie­go po­zna­łem. Pra­co­wi­ty, mą­dry, do­bry, cie­pły, ma­ją­cy same za­le­ty. Był oso­bą, na któ­rą się cze­ka­ło. Pra­co­wał na dwóch eta­tach, w Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej i w Te­le­ko­mie, i bar­dzo póź­no wra­cał do domu. Był in­ży­nie­rem, kon­ser­wo­wał, ob­słu­gi­wał i wy­my­ślał urzą­dze­nia te­le­gra­ficz­ne. A kie­dy wra­cał, to re­pe­ro­wał ze­gar­ki. Na­uczył się tego w cza­sie oku­pa­cji, a że miał zdol­no­ści tech­nicz­ne, to żeby prze­żyć, re­pe­ro­wał je są­sia­dom i tak mu zo­sta­ło. Cze­ka­li­śmy więc na nie­go, żeby się z nim spo­tkać, a on za­wsze miał dla nas czas. Za­wsze mo­gli­śmy z nim po­ga­dać. To było dla nas bar­dzo waż­ne. A że kie­dyś jesz­cze upra­wiał za­pa­sy, a w cza­sie oku­pa­cji pro­du­ko­wał rów­nież broń, to Sław­ko­wi do­dat­ko­wo im­po­no­wał. Bo mu im­po­no­wa­ło wszyst­ko, co było zwią­za­ne z kul­tem cia­ła, z wal­ką.

Z ry­wa­li­za­cją też?

Za­sta­na­wia­łem się nad róż­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi, któ­re mie­li­śmy z bra­tem, i do­sze­dłem do wnio­sku, że wie­le rze­czy po­tra­fi­li­śmy ro­bić nie­mal rów­nie do­brze. Strze­la­li­śmy, bo broń była w na­szym domu czymś nor­mal­nym. Oj­ciec upra­wiał strze­lec­two, jeź­dzi­li­śmy więc ze Sław­kiem na strzel­ni­cę i obaj opa­no­wa­li­śmy tę sztu­kę wy­śmie­ni­cie. Ale ja nig­dy nie mia­łem w so­bie cze­goś ta­kie­go jak chęć ry­wa­li­za­cji. Mnie wy­star­czy­ło, że do­brze strze­lam, że umiem rzu­cić no­żem. A Sła­wek mu­siał się spraw­dzać. Mu­siał być naj­lep­szy w tym, co ro­bił. To, my­ślę, też nas róż­ni­ło.

Już w mło­do­ści Pań­ski brat pro­wa­dził tryb ży­cia praw­dzi­we­go twar­dzie­la: wsta­wał o świ­cie, brał zim­ny prysz­nic, har­to­wał się?

Żad­ne­go ran­ne­go wsta­wa­nia! Sła­wek spał tak, że było to aż za­dzi­wia­ją­ce. Zresz­tą to na­sza wspól­na ce­cha. Ostat­nio się za­sta­na­wia­łem, cze­go tak na­praw­dę nie lu­bię w ży­ciu ro­bić. Otóż nie lu­bię wsta­wać rano. Nie cier­pię. I Sła­wek też tego nie cier­piał. Jak tyl­ko mógł, spał do opo­ru. Pa­mię­tam, jak by­li­śmy raz na wa­ka­cjach, może to było w Ju­ra­cie, w ośrod­ku Woj­sko­we­go Domu Wy­po­czyn­ko­we­go. Rano cho­dzi­li­śmy z mamą na śnia­da­nie, a Sła­wek spał. Jemu śnia­da­nie przy­no­si­ło się do dom­ku. Dla nie­go nie było waż­ne, co jest do je­dze­nia, byle tyl­ko mógł się wy­spać. Kie­dyś wra­ca­my ze sto­łów­ki do na­sze­go dom­ku i z da­le­ka wi­dzi­my, że wo­kół nie­go stoi tłum lu­dzi. Me­ble po­wy­sta­wia­ne. Oka­za­ło się, że pę­kła rura i do­mek za­la­ło. Wszyst­ko z nie­go wy­nie­śli, ze Sław­kiem w łóż­ku włącz­nie. Usta­wi­li je pod so­sną (śmiech).

 

Nie obu­dził się?

Na­wet nie drgnął. Póź­niej, jak już sy­tu­acja zo­sta­ła opa­no­wa­na, mama po­pro­si­ła, żeby go śpią­ce­go wnie­śli z po­wro­tem. Tak więc w tym okre­sie Sła­wek nie był czuj­ny (śmiech).

Co roku jeź­dzi­li­ście na wa­ka­cje?

Do­pó­ki Sła­wek nie osią­gnął od­po­wied­nie­go wie­ku, żeby jeź­dzić sa­me­mu. Jako dzie­ci by­wa­li­śmy naj­czę­ściej nad mo­rzem, w Au­gu­sto­wie nad je­zio­rem, a raz po­je­cha­li­śmy do Buł­ga­rii na wcza­sy wy­mien­ne. Po­le­ga­ło to na tym, że dzie­sięć ro­dzin ofi­cer­skich z Buł­ga­rii przy­jeż­dża­ło na dwa ty­go­dnie do Pol­ski, a w za­mian za to dzie­sięć ro­dzin pol­skich ofi­ce­rów je­cha­ło do Buł­ga­rii. Dla Buł­ga­rów to było bar­dzo atrak­cyj­ne, bo oni nig­dzie in­dziej nie mo­gli wy­je­chać. Tak jak i my zresz­tą.

Co z ro­dzin­ne­go domu Pan i brat prze­nie­śli­ście do swo­ich do­mów?

W domu za­wsze była bar­dzo duża cho­in­ka…

…taka jak te­raz stoi u Pań­stwa…

…któ­rą tata przy­wle­kał do domu z Ma­zur. Cho­in­kę za­wsze mie­li­śmy z Ma­zur. Oj­ciec wy­pa­try­wał ją i wy­bie­rał już w le­cie, na­wet nie mu­siał jej spe­cjal­nie ozna­czać. Wy­pra­wa do lasu z na­szym tatą była wiel­ką przy­jem­no­ścią, któ­rej wspo­mnie­nie po­zo­sta­ło mi na całe ży­cie. Z tatą wi­dzia­ło się tyle rze­czy, któ­rych nor­mal­ny czło­wiek nie jest w sta­nie spo­strzec, za­uwa­żyć. To było coś nie­sa­mo­wi­te­go… No więc jak już upa­trzył so­bie tę cho­in­kę, nie po­zy­ski­wał jej w spo­sób bez­praw­ny, tyl­ko uma­wiał się z le­śni­czym, któ­ry od lat był jego ko­le­gą, i ta cho­in­ka na świę­ta do nas przy­jeż­dża­ła. Po­tem, kie­dy już za­ło­ży­li­śmy wła­sne ro­dzi­ny, tato przy­wo­ził trzy cho­in­ki: do domu, dla Sław­ka i dla mnie. Za­wsze duże. I za­wsze było wia­do­mo, że zdą­ży je przy­wieźć na czas. Był po­zy­ski­wa­czem i do­star­czy­cie­lem wszyst­kie­go: za­opa­trze­nia, apro­wi­za­cji. Mama, ba­bu­nia to było do­mo­we cie­peł­ko. Świę­ta za­wsze były bar­dzo ro­dzin­ne, na wi­gi­lię przy­cho­dzi­ło dużo lu­dzi. Przez wie­le lat przy­jeż­dża­ła cio­cia, któ­ra nie mia­ła in­nej ro­dzi­ny, przy­jeż­dża­li wuj­ko­wie. Ze Sław­kiem mie­li­śmy też jed­ne­go wspól­ne­go chrzest­ne­go. Z tym że tak na­praw­dę to był jego chrzest­ny. Był przy­ja­cie­lem mamy z lat mło­dzień­czych. Mó­wi­li­śmy na nie­go „wu­jek Woj­tek”. Te­raz do­pie­ro się do­wia­du­ję, jaki to był dziel­ny czło­wiek. W cza­sie po­wsta­nia war­szaw­skie­go trzy razy prze­pły­wał Wi­słę, prze­no­sząc róż­ne rze­czy. Nig­dy o tym nie opo­wia­dał. Za to za­wsze pa­mię­tał o wszyst­kich uro­czy­sto­ściach Sław­ka: uro­dzi­nach, imie­ni­nach, ko­mu­nii, pierw­szym zę­bie, dru­gim zę­bie – wu­jek Woj­tek za­wsze był. Z ko­lei mój chrzest­ny w ogó­le o mnie nie pa­mię­tał, więc za­zdro­ści­łem Sław­ko­wi jego chrzest­ne­go. Pew­ne­go razu za­py­ta­łem: „Wuj­ku, czy ty nie mógł­byś być i moim chrzest­nym?” (śmiech). Od­po­wie­dział: „Bar­dzo pro­szę!”. I od tej pory pa­mię­tał rów­nież o wszyst­kich mo­ich świę­tach. Przez wie­le lat był nam bar­dzo bli­ski, póź­niej też bli­ski na­szym dzie­ciom. Ale spo­tka­nia ro­dzin­ne to był też po­wód, aby na przy­kład po­kłó­cić się ze sobą. Wie­dzą pa­nie, jak się kil­ku ro­ga­tych spo­tka, to naj­pierw jest cud­nie, a po­tem musi przyjść taki mo­ment, że któ­ryś wy­sta­wia te swo­je rogi, by ko­goś za­cze­pić.

A kie­dy się Pan już kłó­cił z bra­tem, to o co?

To za­le­ży, na któ­rym eta­pie na­sze­go wspól­ne­go ży­cia. W dzie­ciń­stwie by­łem wpa­trzo­ny w nie­go ab­so­lut­nie i cały czas li­czy­łem, że mnie do sie­bie do­pu­ści. Nie mo­głem się więc kłó­cić. Sta­ra­łem się być grzecz­ny. Póź­niej de­ner­wo­wa­ło mnie i draż­ni­ło, że za dłu­go róż­ne rze­czy mi się nie uda­ją. Że on już tyle może, a ja cią­gle nie. Ale na tam­tym eta­pie nie było wła­ści­wie kon­flik­tów. Może o to, że coś po­ży­czył, a nie od­dał, może coś obie­cał, a nie zro­bił. Póź­niej, jak by­li­śmy star­si, to kłó­ci­li­śmy się głów­nie o to, że Sła­wek ma za­wsze ra­cję, a ja je­stem ten młod­szy. To było coś prze­śmiesz­ne­go. Tak dzi­siaj to wi­dzę. Ale wte­dy mnie to draż­ni­ło, do­pro­wa­dza­ło do bia­łej go­rącz­ki. Śmie­szyć mnie za­czę­ło, jak skoń­czy­łem pięć­dzie­siąt­kę. No bo ar­gu­ment, że ja je­stem ten młod­szy, w tym mo­men­cie pa­dał. Sła­wek zwra­cał się na przy­kład do mamy, mó­wiąc: „Dla­cze­go Ja­nu­szek do mnie nie za­dzwo­nił? Prze­cież po­wi­nien był za­dzwo­nić, bo ja je­stem star­szy”. Mama więc na­po­mi­na­ła: „Za­dzwoń do Sła­wecz­ka”. A ja się bu­rzy­łem. „Czy te­le­fo­ny dzia­ła­ją tyl­ko w jed­ną stro­nę? Dla­cze­go miał­bym do nie­go dzwo­nić?”. Mama ugo­do­wo: „On tak bar­dzo by chciał, że­byś do nie­go za­dzwo­nił”. A ja: „Prze­cież wy­star­czy, że po­wie se­kre­tar­ce, aby go ze mną po­łą­czy­ła, albo sam może za­dzwo­nić”. A mama: „Ale wiesz…”. Wie­dzia­łem. Mam za­dzwo­nić, bo je­stem młod­szy. Głów­ne kon­flik­ty wy­ni­ka­ły chy­ba też z tego, że wszy­scy go słu­cha­li, a ja nie. Iry­to­wa­ło go to, że w ogó­le nie był dla mnie ge­ne­ra­łem (śmiech). Bar­dzo go ko­cha­łem, ale nie chcia­łem słu­chać.

W do­mach bywa cza­sem tak, że ktoś przyj­mu­je na sie­bie rolę do­bre­go, a ktoś inny złe­go po­li­cjan­ta. Kogo się bar­dziej ba­li­ście – mamy czy taty?

Ni­ko­go się nie ba­li­śmy. Oj­ciec miał taką pra­cę, że czę­sto go nie było, dużo wy­jeż­dżał. Mama, ba­bu­nia były w domu. Ten dom cały czas funk­cjo­no­wał. Tato mó­wił: „W domu musi być cie­pła kuch­nia”. Nie było to miej­sce, gdzie trze­ba się ko­goś bać, gdzie są na­ka­zy, za­ka­zy, źli i do­brzy po­li­cjan­ci. Nie mu­sie­li­śmy wra­cać o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie. Ro­dzi­ce py­ta­li nas, o któ­rej wró­ci­my, i mu­sie­li­śmy do­trzy­mać sło­wa. Na­to­miast na mnie naj­bar­dziej dys­cy­pli­nu­ją­co dzia­ła­ło to, jak mama mó­wi­ła: „Ale pa­mię­taj, że mam do cie­bie za­ufa­nie”. To było okrop­ne. Okrop­ne. Ale jed­no­cze­śnie cu­dow­ne, dla­te­go że w domu moż­na było wszyst­ko po­wie­dzieć.

Wszyst­ko mó­wi­li­ście ro­dzi­com?

Wszyst­ko mó­wi­li­śmy. I choć­by­śmy zro­bi­li nie wiem co, to je­śli ro­dzi­ce o tym wie­dzie­li, sta­wa­li po na­szej stro­nie. Naj­gor­szą rze­czą by­ła­by utra­ta za­ufa­nia, gdy­by­śmy ich oszu­ka­li czy coś waż­ne­go ukry­li. Wie­dzie­li­śmy, jak trud­no by­ło­by to od­bu­do­wać. Nie na­uczy­li­śmy się kła­mać… Ale mia­łem mó­wić o Sław­ku.

Wła­śnie.

Jak już wspo­mnia­łem, Sła­wek był przy­wód­cą. Za­wsze miał gru­pę, któ­rej prze­wo­dził. Był atrak­cyj­ny, wy­spor­to­wa­ny, miał wie­le umie­jęt­no­ści.

Był Pan wte­dy dum­ny, że ma ta­kie­go bra­ta?

Za­wsze by­łem dum­ny z tego, że w ogó­le mam bra­ta. Jak się ko­goś ko­cha, to tak na­praw­dę nie jest waż­ne, czy on jest naj­wspa­nial­szy i naj­sil­niej­szy, tyl­ko się ko­cha. Nie­daw­no się za­sta­na­wia­łem, co by było, gdy­by ge­ne­rał Pe­te­lic­ki na­gle przy­szedł do mnie i po­wie­dział: „Wiesz co, rzu­ci­łem to wszyst­ko i te­raz zo­sta­nę sto­la­rzem”. Od­po­wie­dział­bym mu: „Su­per, ale faj­nie wy­my­śli­łeś”. A w du­chu bym po­my­ślał: „No, może będę się mniej de­ner­wo­wał, wie­dząc, że jest sto­la­rzem”. Dla mnie nie mia­ło zna­cze­nia, czy on jest ge­ne­ra­łem, czy kimś in­nym. I my­ślę, że dla lu­dzi, dla któ­rych ktoś jest waż­ny, też nie ma zna­cze­nia, kim on jest.

Kie­dy był Pan chłop­cem, chciał go Pan na­śla­do­wać. Co Panu w nim im­po­no­wa­ło?

Wszyst­ko mi im­po­no­wa­ło w star­szym bra­cie. Był atrak­cyj­ny, miał wie­lu zna­jo­mych, wszy­scy mó­wi­li o nim: „O, to ten, ktoś waż­ny”. Przy­cho­dzi­ły do nie­go ko­le­żan­ki, bar­dzo ład­ne, i wszyst­kie po­wta­rza­ły, że jest taki ślicz­ny. A mnie też cza­sem mó­wi­ły, że je­stem faj­ny (śmiech). W dzie­ciń­stwie nie by­li­śmy do sie­bie tak bar­dzo po­dob­ni ze­wnętrz­nie, ja by­łem bar­dziej ku­dła­ty. Ale z wie­kiem, zwłasz­cza jak już za­czę­li­śmy si­wieć, po­do­bień­stwo sta­wa­ło się ude­rza­ją­ce. Oj­ciec, któ­ry był spor­tow­cem, chciał, by ża­den z nas nie po­szedł w jego śla­dy. Strze­la­li­śmy co praw­da obaj, ale oj­ciec wo­lał, że­by­śmy nie strze­la­li spor­to­wo. Chciał, by­śmy się uczy­li. Miał oka­zję zo­ba­czyć, jak sy­no­wie jego ko­le­gów, któ­rzy wcho­dzą w sport, nie są w sta­nie po­go­dzić tego z na­uką. Zo­sta­wia­ją szko­łę, za­czy­na­ją upra­wiać sport wy­czy­no­wo, do­brze im idzie, ale po­tem zda­rza się, że coś jest nie tak i nie mają do cze­go wró­cić, a na szko­łę jest już za póź­no. My­ślę, że to mia­ło sens, że­by­śmy nie po­świę­ci­li się spor­to­wi jak oj­ciec. Z nim sa­mym było in­a­czej – upra­wiał sport, bę­dąc jed­no­cze­śnie ofi­ce­rem. Był za­wod­ni­kiem Le­gii i ta jego pra­ca ze spor­tem nie ko­li­do­wa­ła.

Ro­dzi­ce su­ge­ro­wa­li, czym po­win­ni­ście się za­jąć w przy­szło­ści? Mama pro­po­no­wa­ła na przy­kład: „Ja­nusz, ty zo­stań we­te­ry­na­rzem”?

Mó­wi­my tu o eta­pie szko­ły śred­niej, stu­dia to przy­szłość. Ro­dzi­ce chcie­li, by­śmy się uczy­li w szko­le śred­niej, bo i tam moż­na było prze­stać się uczyć. Za­wo­dów nam nie wy­bie­ra­li. Ja wie­dzia­łem od po­cząt­ku, że będę pra­co­wał ze zwie­rzę­ta­mi. To nie bu­dzi­ło żad­nej wąt­pli­wo­ści. Za­wsze by­łem chło­pem. Od po­cząt­ku. Jak by­łem ma­lut­ki, to się na chło­pa sty­li­zo­wa­łem. Mu­sia­łem przy­mie­rzać ofi­cer­ki dziad­ka, bo były mniej­sze niż ojca. Tak okrop­nie cią­gnę­ło mnie na wieś, do zwie­rząt. Nie mia­łem spe­cjal­nie dużo wzor­ców – uro­dzi­li­śmy się w War­sza­wie i kon­tak­ty ze wsią były nie­wiel­kie.