Cuda dzieją się po cichuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

16. 2006 rok. Brat Teodor dziękuje za łaski

Ja, brat zakonny Teodor Władysław Nowak, paulin, proszę o umieszczenie w Jasnogórskiej Księdze Cudów i Łask moich podziękowań Matce Bożej Jasnogórskiej za nadzwyczajne łaski, jakich za Jej przyczyną doznałem.

Za uratowanie mi życia podczas okupacji hitlerowskiej, gdy byłem już prowadzony na rozstrzelanie. Cudem mnie uratowała Matka Boża, aby mnie powołać do siebie na Jasną Górę.

Za uratowanie mi życia po wojnie, w okresie działania NKWD i UB. Zostałem zaaresztowany przez UB pod zarzutem napadu na posterunek UB i zabicie funkcjonariuszy. Groziła mi śmierć poprzedzona wyrafinowanymi torturami. I tym razem cudem uniknąłem śmierci, oczyszczając się z niesłusznych zarzutów zmyślonymi argumentami, których nie sprawdzono.

Będąc odpowiedzialnym za nagłośnienie w sanktuarium jasnogórskim przeżyłem tragiczny wprost moment, gdy tuż przed uroczystością złożenia Jasnogórskich Ślubów Narodu (300-lecie Ślubów Królewskich), w sierpniu 1956 roku, stwierdziłem awarię nagłośnienia placu przed szczytem. Sprawdziłem dokładnie główny przewód, kabel nośny i nie stwierdziłem jego uszkodzenia. A jednak nie przekazywał sygnału od wzmacniacza do głośników. Nie miałem wymiennego przewodu, a o kupnie już nie było mowy. Ogarnęła mnie rozpacz, bo przecież taka uroczystość nie mogła się odbyć bez nagłośnienia. Zacząłem błagać Matkę Bożą o ratunek: „Przecież to Twoja sprawa, bo Twoja uroczystość!”. I w tym zmartwieniu zapadłem w sen, a we śnie przyszła odpowiedź. Matka Boża wskazała mi miejsca przerwy w przewodzie. Zerwałem się na nogi i poszedłem sprawdzić. Zaryzykowałem przecięcie izolacji i okazało się, że faktycznie przewód był przerwany. Gorąco dziękowałem Matce Bożej za jej interwencję.

Wreszcie chcę podziękować za fizyczne uzdrowienie z nieznośnego bólu między łopatkami. Niejednokrotnie w nocy leżałem krzyżem w klasztornej kaplicy sąsiadującej z Cudownym Obrazem, błagając o uzdrowienie lub ulgę w nieznośnym cierpieniu. Matka Boża natchnęła mnie, abym to cierpienie ofiarował Jej Synowi, zdając się na Jego wolę. Gdy to uczyniłem, bóle bezpowrotnie ustały i mogłem normalnie pracować.

Jasna Góra, 26 sierpnia 2006 rok

17. 2006 rok. Spojrzeć na swoje życie – i przejrzeć

Pan Bernard ze Szczecina miał kiedyś sokoli wzrok, co w jego pracy, a był pilotem, miało kolosalne znaczenie. Z wiekiem wzrok się osłabił, najpierw przyszło mu nosić okulary do czytania, potem – żeby pracować. W 2002 roku przeszedł zabieg usunięcia skrzydlika prawego oka, następnie lewego. Kolejne próby leczenia wzroku skończyły się fatalnie – zaćmą. W 2006 roku, w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, niemal nie widział już nic na prawe oko, cały obraz zamazywał się. Tego roku, 20 maja, odbywał się VIII Ogólnopolski Kongres Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze. Pan Bernard udał się na kongres, był to jego drugi wyjazd do Częstochowy. Niestety transparentu rozwieszonego na Jasnej Górze witającego uczestników kongresu nie był już w stanie odczytać. Nie widział nawet dużych liter.

Pełen wiary i nadziei w Opatrzność i Miłosierdzie Boże rankiem udałem się do Kaplicy Matki Bożej, by oddać pokłon Najświętszej Pani i Jezusowi przed Cudownym Wizerunkiem. Podczas Mszy Świętej modliłem się z głęboką wiarą i pokorą o łaskę uzdrowienia mojego ducha i ciała. Prosiłem o wstawiennictwo Matkę Jezusa. Kiedy kapłan podniósł do góry Hostię, patrzyłem niewidzącymi oczami i błagałem słowami z Ewangelii: „Pozwól mi dotknąć rąbka Twojej sukni, abym przejrzał”

– zeznawał dwa miesiące później przed jasnogórskim kronikarzem pan Bernard. Po Mszy Świętej znalazł się w Sali Pokutnej. Był tylko on i ukrzyżowany Pan Jezus.

Dziwnym trafem – wspominał – przed oczami stanęło mi wtedy całe moje dotychczasowe życie; ten czas, gdy byłem daleko od Boga. Jako pilot samolotu rolniczego przez siedemnaście lat latałem kilka razy w Sudanie, w Iranie i po Europie. Podczas ostatniej akcji w Sudanie w 1991 roku Pan Jezus okazał mi swoje miłosierdzie. Odnalazł mnie na pustyni, przychodząc do mnie w osobie księdza Meksykanina, który zapukał do drzwi naszej kwatery. Kiedy przypominałem sobie moje życie lotnika i wszystkie niebezpieczne sytuacje lotnicze oraz inne zagrożenia w czasie przelotów nad Morzem Śródziemnym, nad pustyniami, nad Związkiem Radzieckim czy swoją pracę w Iranie, stwierdzam z całą stanowczością, że Bóg mnie chronił i ratował z opresji.

Tam, na Jasnej Górze dziękował za wszystkie otrzymane łaski. Kiedy około godziny 14 skończyła się przerwa, zauważył litery na transparencie. Z oczu popłynęły mu łzy radości, dziękczynienia i uwielbienia. Kilka minut później zdjął okulary. Nie były mu już potrzebne. Wszystko widział czysto, wyraźnie.

18. 2008 rok. Matka Boża ratuje nogę Jana

To był ciężki, betonowy blok, ale dopiero kiedy wysunął się z rąk Jana wprost na jego stopę, naprawdę poczuł on jego ciężar. I ból. Ból był nie do opisania. Jan zacisnął tylko zęby, a i tak nie jest pewien, czy nie wrzasnął. Choć przecież mężczyzna nie z takim bólem musi sobie dać radę.

Był 2005 rok i Jan kładł właśnie fundamenty pod budowę garażu. Zlekceważył ból, bo pracy było dużo. Ot, zwykłe stłuczenie, dobrze, że nie całej stopy, tylko małego palca. Da się wytrzymać. Z czasem się zagoi. Tylko że nie chciało się goić. Próbował się leczyć domowymi sposobami, smarował różnymi maściami, ale bez rezultatu. Palec jak bolał, tak bolał, na dodatek wokół zrobił się spory obrzęk, a sam palec też spuchł jak bania. „Chodzić już mogłem wyłącznie na pięcie, mocno utykając. Kładąc się do snu, prawą nogę kładłem na podłodze, wtedy mniej bolało” – zezna potem.

W końcu, po dwóch latach męczarni, w czerwcu 2007 roku udał się do lekarza. Zrobiono prześwietlenie. „Bezwzględna amputacja kończyny. I to do połowy uda” – zawołał lekarz, który oglądał zdjęcie rentgenowskie. Jan znów zacisnął zęby. „Nie ma innego sposobu, jeśli chce pan ratować życie!” – dodał lekarz. „Wahałem się, bo też słyszałem, że ten lekarz często stawia tego typu diagnozy i amputuje, podczas gdy inni lekarze ortopedzi twierdzili, że amputacja nie była konieczna” – zeznał po latach. Ale lekarz wyznaczył już termin amputacji na 15 października. „W tak zwanym międzyczasie leczono mnie laserem w szpitalu. Bezskutecznie”. Wtedy postanowił udać się do innego lekarza, który zaproponował, że może na początek amputuje ten chory palec i zobaczy się, co będzie potem. Do niczego takiego nie doszło.

Matka Boża Jasnogórska mnie uzdrowiła. 1 lutego 2008 roku w zakrystii jasnogórskiej nieznany mi ojciec paulin, widząc moje kalectwo, zalecił, abym udał się przed Cudowny Obraz i prosił Matkę Bożą o uzdrowienie. Tak zrobiłem. Przeszedłem wśród ołtarza na kolanach, przyrzekając przez całe życie codziennie odmawiać różaniec. Kilka dni później nastąpiło całkowite uzdrowienie. Cud naszej ukochanej Matki.

Jan z Częstochowy zgłosił się do kronikarza jasnogórskiego 4 listopada 2013 roku i swoje zeznanie potwierdził katolicką przysięgą oraz własnym podpisem.

19. 2015 rok. Boża interwencja zarówno w wielkich, jak i małych, ludzkich sprawach

Pan Kazimierz z Warszawy ma szęśćdziesiąt pięć lat, ale prowadzi życie mocno aktywne. Kiedy dowiedział się, że 22 sierpnia z kościoła pod wezwaniem Świętego Łukasza Ewangelisty przy ul. Górczewskiej wyjeżdża rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę, natychmiast się zgłosił. Rowerzyści podzielili trasę na etapy; do Częstochowy mieli dotrzeć w pięć dni. Pan Kazimierz wszystkie etapy podróży przejechał, z ufnością się modląc. Odmawiał koronkę, Apel Jasnogórski i różaniec. Powierzał Panu Bogu i Bożej Matce swoją rodzinę, prosił o pokój na świecie, a na koniec o to, aby spełniło się jego pragnienie, by mógł na własnych kolanach obejść dookoła ołtarz i Obraz Matki Bożej. „Pamiętam, że przed laty z mamą, już świętej pamięci, byłem na Jasnej Górze i wtedy razem obeszliśmy Obraz. Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie ów wytarty kolanami marmur” – zeznawał później.

I miał jeszcze jedno, też w sumie niewielkie, choć dla niego bardzo ważne pragnienie, z jakim jechał. Wiedział, że tego dnia na Jasnej Górze będzie również jego córka Katarzyna, która podobnie jak on wybrała się na rowerową pielgrzymkę, ale z Towarzystwem Historycznym z kościoła Świętej Anny. „Jakby to było miło się tam spotkać” – myślał. „Jakie to byłoby wspaniałe, aby i to moje pragnienie się spełniło”.

26 sierpnia, w święto Najświętszej Maryi Panny Jasnogórskiej, przed południem na wzgórzu Jasnej Góry była Msza. Uczestniczyły w niej nieprzebrane wprost tłumy ludzi. Do Częstochowy tego dnia zjechało mnóstwo pielgrzymów. Pan Kazimierz nieśmiało wspomniał organizatorowi o swoim pragnieniu obejścia Obrazu na kolanach. „Nie, nie, to niemożliwe, bo wie pan, od razu po Mszy Świętej musimy spotkać się na parkingu, tam już będzie podstawiony transport, trzeba zapakować rowery i wracamy prosto do Warszawy” – odpowiedział organizator. Pan Kazimierz ze smutkiem przyjął tę wiadomość, ale co zrobić. Jak trzeba, to trzeba. Buntować się nie miał zamiaru. Gdy jednak po Mszy Świętej uczestnicy rowerowej pielgrzymki wyjątkowo sprawnie załadowali swoje pojazdy, usłyszeli, że mają jeszcze półtorej godziny wolnego. „Szybko namówiłem jeszcze dwóch kolegów, Mariana i Kazimierza, zwierzając im się ze swojego pragnienia i wróciliśmy do Kaplicy” – opowie później.

Kolejka do Obrazu była niemożliwie długa, wiła się i zakręcała aż na dziedziniec. Modląc się, pan Kazimierz obszedł na kolanach Obraz, dziękując za to Matce Bożej, jak również za ogromną radość, jaka się wtedy w nim zrodziła. „Z Kaplicy jest kilka wyjść” – opowiadał potem pan Kazimierz. „Ja chciałem iść na prawo, a kolega chciał pójść nawą, na lewo. Pociągnął mnie za sobą. I wtedy spełniło się moje drugie pragnienie, bo spotkałem córkę Katarzynę”. Wzruszające było spotkanie córki i ojca na jasnogórskim dziedzińcu. Zwłaszcza, że jak się potem okazało, prawie niemożliwe do zrealizowania. Bo co by było gdyby pan Kazimierz wyszedł, jak planował, prawym wyjściem? Albo co by było, gdyby Kasia nie zajęła się podczas Mszy Świętej kobietą, która nagle zasłabła i wcześniej przyszła odwiedzić Matkę Bożą w Kaplicy?

 

Dla pana Kazimierza spełnienie tych drobnych przecież pragnień, ale cudownych przez to, że mimo początkowych przeciwności, jednak mogły się wydarzyć, jest ważnym znakiem. Świadczy bowiem o tym, że interwencję Boga i działanie Matki Bożej widać zarówno w dużych sprawach, jak również w tych zwyczajnych, małych. Zeznanie spisane zostało na Jasnej Górze 3 maja 2016 roku.

20. 2016 rok. Kręgosłup oficera

Oficerowie powinni chodzić wyprostowani jak struny, tak przynajmniej uważał pan Jerzy, rocznik 1940, podpułkownik z Pruszkowa, i tak też zawsze się trzymał. Kiedy jednak w 2014 roku zachorował na nowotwór prostaty, to choć został z niego całkowicie wyleczony, ból przemieścił się w inne okolice jego ciała, obejmując również kręgosłup. A to spowodowało mocne pochylenie całej sylwetki. „Jakbym był garbaty” – złościł się były oficer szkoły lotniczej w Dęblinie, wykładowca matematyki. Chciał chodzić wyprostowany, jak na oficera przystało, ale ból na to nie pozwalał i powinien się z tym pogodzić. „Czyżby?” – pomyślał, kiedy w Radiu Jasnogórskim usłyszał raz audycję o uzdrowieniach, jakie mają miejsce na Jasnej Górze.

15 stycznia 2016 roku wybrał się w podróż do Częstochowy. Dotarł na Jasną Górę. Wszedł do Kaplicy Matki Bożej. Stanął przed Cudownym Obrazem. Boleśnie zgięty i pochylony modlił się o uzdrowienie. Wziął udział w adoracji Najświętszego Sakramentu. Z każdą chwilą rosło w nim wewnętrzne przekonanie, że został wysłuchany. Już wychodząc z Jasnej Góry, poczuł się o niebo lepiej. Dwie godziny później ból wyciszył się zupełnie. Pan Jerzy znów mógł się wyprostować. I tak jest do dzisiaj. „Matka Boża wezwała mnie do siebie przez audycję ojca Melchiora Królika” – oznajmił jasnogórskiemu kronikarzowi.

rozdział 2. cuda i łaski w związku z jasną górą

Gdziekolwiek obecna jest Maryja, tam obfituje łaska

i tam dokonuje się uzdrowienie ciała i duszy.

Jan Paweł II

1. 1939 rok. Ślub do końca życia

To była jedna z tych sytuacji, o których mówi się, że są bez wyjścia. Pawła Jakimowicza, żołnierza Września, czekała pewna śmierć. Wpadł w niemiecki kocioł. W krytycznym momencie jego myśli zwracają się do Matki Bożej: „Matko Boża Jasnogórska, Królowo Polski, ratuj, a ja ślubuję Ci coroczną pielgrzymkę na Jasną Górę do końca moich dni”. Został uratowany.

Był już w podeszłym wieku, ciężko chorował, sił nie miał, kiedy córka powiedziała mu: „Tato. Czuj się już zwolniony z tej przysięgi. Już nie możesz uczestniczyć w pielgrzymce”. „Ślubowałem do końca życia i muszę ten ślub wypełnić” – powiedział. Po spowiedzi na Jasnej Górze spotkał się z jasnogórskim kronikarzem. „Proszę ojca, to już pewnie moja ostatnia pielgrzymka do Matki Bożej, ślubowana we wrześniu 1939 roku. Proszę napisać, że ocaliła mi życie”. Rzeczywiście, była to jego ostatnia pielgrzymka.

2. 1941 rok. Matka Boża wskazuje drogę do domu

Ojciec mój, Kamil K., jesienią 1939 roku jechał pociągiem na trasie Białystok–Warszawa. Miał zamiar dojechać do Krakowa, aby odwieźć do domu szesnastoletniego kuzyna. Do Krakowa nie dojechali. W Małkini wszyscy pasażerowie zostali zaaresztowani przez Sowietów, wśród nich ojciec i kuzyn. Upchnięto ich do bydlęcych wagonów i przewieziono, jak się później okazało, do więzienia w Grodnie. Tam ich rozdzielono; nigdy się już nie zobaczyli. Kuzyna prawdopodobnie rozstrzelano. Ratunkiem i pocieszeniem mojego ojca w więziennej celi była modlitwa: Pod Twoją Obronę.

Po osiemnastu miesiącach, kiedy Niemcy zaatakowali Grodno i więzienie zostało zbombardowane, odzyskał wolność. Nadarzyła się okazja do ucieczki. Wraz z kolegą z Białegostoku zaczęli iść w stronę domu. Szli nocami, w ciągu dnia ukrywając się na cmentarzach, w kościołach, lasach czy u gospodarzy. Pewnego razu w czasie odpoczynku w stogu chrustu przygotowanego na opał ojciec zdrzemnął się i przyśniła mu się Matka Boża Częstochowska trzymająca w lewej ręce Pana Jezusa, jak na Cudownym Obrazie, a prawą dłonią kilkakrotnie wykonywała ruch w określonym kierunku. Po obudzeniu się ojciec dokładnie pamiętał sen i kierunek, jaki wskazywała. Opowiedział o tym koledze. Obaj uznali, że to jest znak, trzeba iść w tym kierunku.

Nie uszli jednak daleko, bo okazało się, że są na linii niemiecko-rosyjskiego frontu. Zatrzymał ich rosyjski patrol, zostali doprowadzeni do sztabu. Ojciec wymyślił wtedy legendę: wracają z pracy na kolei, mieszkali w barakach, które podczas działań wojennych spłonęły, razem z dokumentami. Oficer, który ich przesłuchiwał, uwierzył w tę wersję, puścił ich wolno, a nawet wskazał, którędy mają iść dalej, żeby nie wpaść w ręce Niemców.

Idąc dalej, ojciec z kolegą wpadli w ręce niemieckiego patrolu. Znów doprowadzono ich do sztabu i poddano przesłuchaniom. Tam również postanowiono puścić ich wolno, a oficer, który ich przesłuchiwał, wskazał kierunek, w którym mają iść, aby nie wpaść w ręce Sowietów. Dzięki temu szczęśliwie dotarli do swoich domów.

Ojciec do końca życia był przekonany, że doznał wówczas szczególnej łaski od Matki Bożej Częstochowskiej. Był głęboko wierzącym człowiekiem, w więzieniu w Grodnie często odmawiał Pod Twoją Obronę.

Historię Kamila K. we wrześniu 1999 roku, po sześćdziesięciu latach od tamtych wydarzeń, opowiedział jasnogórskiemu kronikarzowi jego syn Marian.

3. 1942 rok. Różaniec z chleba

Z zeznania pana Jerzego Junoszy K., złożonego na Jasnej Górze 15 października 2004 roku: niemiecki obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Niewola, cierpienie, śmierć. By nie poddać się bezdennej rozpaczy, więźniowie w swoich modlitwach wciąż zwracali się do Pani z Jasnej Góry.

Pewnego dnia z dwójką więźniów podjęliśmy się wykonania różańca… z chleba. Nie było to łatwe, ponieważ dzienne racje chleba, jaki otrzymywaliśmy, były naprawdę skąpe, a z czasem wręcz głodowe. Jeden z kolegów planował ucieczkę z obozu. Obiecał, że zabierze ze sobą różaniec i dostarczy go na Jasną Górę. Nie mieliśmy pojęcia, czy mu się udało.

Po wyzwoleniu swoje kroki skierowałem do Częstochowy, na Jasną Górę. Gardło mi się ścisnęło z wzruszenia, gdy wśród wotów zobaczyłem nasz różaniec wykonany w obozie.

W Oświęcimiu doświadczyłem dobroci i opieki Matki Bożej, i wciąż jej doświadczam.

4. 1943 rok. Pożyteczne dzieło dla Maryi, Kościoła i Ojczyzny

Był więźniem niemieckiego kombinatu śmierci Auschwitz-Birkenau w okresie od 29 lipca 1943 roku do 28 października 1944 roku. Przeżył gehennę. Kilkakrotnie był o włos od śmierci. Zachorował na gruźlicę płuc. „Matko Boża – modlił się – wiem, że jestem w beznadziejnej sytuacji, ale jeśli mnie uratujesz, ślubuję Ci do końca życia pielgrzymowanie do Ciebie oraz to, że zajmę się pożytecznym dziełem dla Boga, Kościoła i Ojczyzny. Ty wszystko możesz”. Ocalał.

Po wyzwoleniu, w 1946 roku, zamiast na Jasną Górę Zdzisław Arkuszyński pojechał w góry, szlakiem Lenina, by przejść przez Rysy. Omal nie doszło wtedy do tragedii – pośliznął się na kamieniach i spadłby w przepaść. „Matka Boża się upomniała” – zeznał po latach. „Nigdy więcej już nie opuściłem pielgrzymki”.

Jako naoczny świadek holocaustu szczegółowo opisał ludobójstwo Niemców w wydanej w 2005 roku książce Prawo do życia. Pisał:

Widziałem wielotysięczne tłumy ludzi idących drogą między odrutowanym ogrodzeniem obozu – od kolejowej rampy wyładowczej do komór gazowych. Szli na zagładę bez przerwy, dniem i nocą. Widziałem kłębowisko zagazowanych zwłok ludzkich, które wysypały się wskutek źle zamocowanych wrót komory gazowej. Widziałem wyniszczonych głodem i chorobami współwięźniów wywożonych samochodami, a innym razem idących pieszo na śmierć w komorze gazowej, po selekcji, podczas której sam byłem zagrożony „wybraniem” na śmierć przez zagazowanie. Byłem świadkiem zagłady Cyganów na sąsiednim odcinku B/II E. Wraz z wszystkimi więźniami Birkenau oglądałem „przymuszony spektakl” wieszania na szubienicy uciekinierów z obozu lub pomagających w ucieczkach – w celu odstraszenia innych od zamiaru ucieczki. Jesienią 1944 roku sam byłem zagrożony szubienicą z powodu pomocy w ucieczce koledze więźniowi. Na szczęście mojej pomocy nie odkryli hitlerowcy.

Jego dziełem dla Maryi, Kościoła i Ojczyzny była jednak nie tylko ta książka. Jako świadek ludobójstwa nie mógł pogodzić się z masowym unicestwianiem istot ludzkich i traktowaniem ich tak, jakby nie zasługiwali na miano człowieka. Jak opowiadał, wspomnienia „czasów pogardy” odżyły, gdy był już na emeryturze. Wtedy to stał się aktywnym zwolennikiem idei obrony życia dzieci nienarodzonych. Razem z żoną Krystyną podjął indywidualną małżeńską pielgrzymkę do stu sanktuariów Matki Bożej w Polsce w intencji obrony życia dzieci nienarodzonych. W kościele Ducha Świętego w Warszawie małżonkowie odkryli inicjatywę Duchowej Adopcji. Od tego momentu, czyli od 1992 roku, stali się jej gorącymi orędownikami. Owocem były liczne dary i łaski Boże, jakich oboje z żoną doświadczali. A pan Zdzisław ślubu dopełnił – pielgrzymował na Jasną Górę przez sześćdziesiąt cztery lata, zmarł w 2013 roku.

5. 1943 rok. Świadectwo profesora Antoniego Jackowskiego

Antoni Jackowski, twórca Zakładu Geografii Religii na Uniwersytecie Jagiellońskim, wybitny znawca tego przedmiotu, wielokrotnie publicznie powtarzał, że ma za co być wdzięcznym Matce Bożej Częstochowskiej. Uratowała życie zarówno jemu, jak i jego rodzinie. Oto świadectwo, jakie znalazło się w zbiorach Archiwum Jasnogórskiego.

Działo się to w niewielkiej miejscowości Olsztyn pod Jasną Górą. Moja rodzina ukrywała się tam podczas wojny. Niemcy poszukiwali mojego ojca, więc w Olsztynie zamieszkaliśmy pod panieńskim nazwiskiem mojej mamy.

Przyszły profesor w 1943 roku bardzo poważnie zachorował na gruźlicę kości. W tym czasie była to choroba nieuleczalna.

Przyjeżdżał do mnie pan doktor Jaroń z Częstochowy. Pewnego dnia widząc u mnie wysoką gorączkę, powiedział do mamy: „W ciągu doby pani syn zakończy życie”. Mama uznała, że jedyna siła, która może mnie utrzymać przy życiu, to jest siła Boska, a właściwie pomoc Matki Bożej. Przy łóżku ustawiła ikonę Matki Bożej Częstochowskiej i zapaliła świecę. Sprzed czasów wojny mieliśmy jeszcze wodę z Lourdes, którą mama przywiozła z pielgrzymki. Dała mi ją do picia, uklękła i modliła się. Rano, jak pamiętam, świeczka dalej się paliła, a mama dała mi kolejny łyk wody z Lourdes. Fizycznie była wymęczona, ale z jej twarzy emanował spokój. „Jestem pewna, że Matka Boża mnie wysłuchała” – powiedziała.

I rzeczywiście tak się stało. Bardzo wysoka gorączka dochodząca do końca skali termometru zaczęła spadać. Mama znów zadzwoniła po lekarza. Przyjechał i stwierdził: „Stała się rzecz niesamowita. Według ówczesnej wiedzy lekarskiej, dostępnych środków farmakologicznych (o które przecież w czasie wojny było szczególnie trudno) chłopiec nie powinienem już żyć”.

Tuż po moim wyzdrowieniu pojechaliśmy z pielgrzymką dziękczynną na Jasną Górę. Dług wdzięczności zaciągnięty wówczas u Matki Bożej spłacam moją działalnością naukową. To jest moje wotum. W swojej twórczości naukowej staram się szczególnie dużo miejsca poświęcać Jasnej Górze.

Nadzwyczajnej opieki Matki Bożej doświadczyli również rodzice Antoniego Jackowskiego. Ojciec przed wojną był ambasadorem w Belgii, w 1939 roku wrócił do swojego majątku pod Gnieznem. Gestapowcy w tym czasie szli od majątku do majątku i rozstrzeliwali polskich ziemian. Doszli i do niego. Odczytano mu wyrok śmierci i powiedziano, że egzekucja nastąpi rano.

W nocy gestapowski oficer rozmawiał z ojcem, zainteresowany, skąd on tak świetnie zna język niemiecki. Ojciec odpowiedział, że studiował w Lipsku. Co za traf! Niemiecki oficer właśnie z tego miasta pochodził. „Gdzie pan w Lipsku mieszkał?” – indagował. Kiedy usłyszał adres i nazwisko kobiety, u której mieszkał późniejszy ambasador w Belgii, osłupiał. Okazało się bowiem, że ta kobieta była rodzoną siostrą matki niemieckiego oficera. Niemiec pomyślał, że to nie może być przypadek. Kierowany ludzkim odruchem powiedział wtedy: „Proszę pana, za sześć godzin wraz z całą moją ekipą wyjadę coś załatwić do Gniezna. Wrócę rano”. Dał mojemu ojcu czas – sześć godzin – na to, aby zniknął. Ojciec przyjechał wówczas do Olsztyna, ale pamiętam, że długo wtedy przebywał na Jasnej Górze, dziękując za ocalenie

– wspominał profesor Jackowski.

Jego mama przed wojną była śpiewaczką, występowała jako Maria Modrakowska. W 1944 roku Niemcy zajęli centrum Olsztyna, a Jackowscy musieliśmy opuścić dom, w którym mieszkali. Kiedy się przenieśli, w mieszkaniu zjawił się niemiecki oficer SA [Oddziałów Szturmowych NSDAP – przyp. red.] słynący z rozstrzeliwania Żydów i Rosjan (w Olsztynie był rosyjski obóz jeniecki). „Chcę rozmawiać z Frau Modrakowską” – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. Maria Jackowska spodziewała się najgorszego. Blada na twarzy pożegnała się na wszelki wypadek z domownikami, wyszła do Niemca. „Zajęliśmy dom, w którym pani mieszkała, a w kufrach znalazłem afisze z pani koncertów. Chciałem tylko powiedzieć, że przed wojną byłem na pani koncercie w Paryżu, bo zainteresowało mnie to, że w stolicy Francji Schuberta po niemiecku śpiewa Polka” – powiedział Niemiec.

 

Okazało się, że ten niemiecki oficer był przed wojną profesorem fortepianu w konserwatorium berlińskim. Zapytał: „Dlaczego jako mężatka używa pani panieńskiego nazwiska?”.

Moja mama szczerze odpowiedziała, że gestapo poszukuje jej męża. „Proszę pani, tak wielka artystka może być spokojna” – odparł na to Niemiec.

Od tej pory do końca wojny rodzina Jackowskich nie była już niepokojona przez Niemców, a ich dom stał się enklawą dla partyzantów i ukrywających się warszawskich powstańców.

W podziękowaniu za cudowne ocalenie rodziców Antoniego Jackowskiego i jego samego cała rodzina już po wojnie odbyła pielgrzymkę na Jasną Górę. Jako wotum dziękczynne za łaski otrzymane przez wstawiennictwo Matki Bożej ofiarowali wielki złoty łańcuch szambelana papieskiego, który był dziadkiem profesora Antoniego Jackowskiego.

6. 1944 rok. Niemieccy żandarmi tracą wzrok

Za bagaż służyły mu dwie torby, w których ukryty był trotyl i zapalniki do granatów przykryte z wierzchu dewocjonaliami, obrazkami. W kieszeni, co – o czym sam dobrze wiedział – rozsądne nie było, trzymał adresy i nazwiska kontaktowe. Włodzimierz Kędziora z Mrągowa w czasie wojny był partyzantem w Kowlu. Jechał pociągiem, który zatrzymali niemieccy żandarmi. Zaczęli dokładnie przeszukiwać cały skład, wagon po wagonie, idąc szpalerem, metodycznie z dwóch końców składu pociągu jednocześnie. Przeprowadzano szczegółowe rewizje. Wyrzucano wszystko z toreb, do góry dnem wywracano walizki. Widać było, że szukają czegoś konkretnego. Może tego, co wiózł on sam? A jeżeli tak, to kto zdradził? A jeżeli wpadnie, to w ręce Niemców dostaną się też nazwiska kolegów, które ma zapisane na kartce. „Żandarmi coraz bliżej! Co robić?!” – przemykały mu przez rozognioną głowę rozpaczliwe myśli. „Matko Jasnogórska, Królowo Polski! Ratuj! Uciekam się pod Twoją obronę i przyrzekam, że do końca życia będę do Ciebie pielgrzymował, jeśli mnie teraz z tego wyciągniesz i uratujesz tych, których adresy mam przy sobie” – zawołał w myśli. I już niemieccy żandarmi są przy nim, już twardo żądają, aby otworzył swoje bagaże, pokazał, co ma w torbach. Zajrzeli w jedną, zajrzeli w drugą. A potem razem z jego torbami pchnęli go w miejsce, gdzie stali ci wszyscy, którzy poddani już zostali kontroli. Niemcy idąc dalej, znów rozpruwali tobołki, wywlekali walizki, sprawdzając wszystkich i wszystko z pedantyczną drobiazgowością. Włodzimierz Kędziora nie miał wątpliwości, że Matka Boża przyjęła jego ślub. I dopełnił go. Od 1945 roku aż do samej śmierci rokrocznie pielgrzymował na Jasną Górę.

7. 1945 rok. Matka Boża ratuje Zofię przed gwałtem

Miała dwadzieścia lat, gdy nadszedł lipiec 1945 roku. Żołnierze Armii Czerwonej po zwycięstwie wracali z Niemiec. Ale jak wracali! To był czas masowych gwałtów rozzuchwalonych czerwonoarmistów, okrutnej przemocy, jaką stosowali wobec polskich kobiet.

Zofia pasła krowę na łące, gdy nagle, niczym duch, pojawił się przy niej taki właśnie ruski gieroj. Już majstruje przy pasku spodni, już je zsuwa. Jego zachowanie nie pozostawiało żadnych wątpliwości, dla Zofii jasne było, jakie ma on zamiary. Obróciła głowę, w oddali zobaczyła dziewczynę pracującą w polu. Zerwała się do ucieczki, ale chwycił ją od tyłu i niczym szmacianą lalkę rzucił w pole rosnącego bobu.

Rozpoczęła się walka. Ja byłam młodą, silną dziewczyną, biłam się z nim na równi. I głośno wzywałam: „Matko Boża, ratuj! Matko Boża! Pomocy!”. Zaczęłam słabnąć, kiedy sołdat usiadł mi na brzuchu i pięściami bił po twarzy, po oczach, z wściekłością krzycząc: „A na ty Maty Bożu, a na ty!”

– zeznawała po latach Zofia.

Twarz miała już całą we krwi, nos rozbity i wrażenie, że nawet z oczu leje się jej krew. Ręce omdlewały, już nie miała sił się mocować, kiedy nagle zorientowała się, że jej napastnik znieruchomiał. Na moment przestał ją bić, odwrócił głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje za jego plecami. A to kobieta z pola pobiegła po pomoc do młodszego chłopaka, który pracował po sąsiedzku. Ten chwycił grudę ziemi i rzucił ją w plecy ruskiego sołdata.

To był ten moment! Zofia resztkami sił zrzuciła z siebie rosyjskiego żołnierza; zaplątał się we własne spodnie. Znów zerwała się na nogi, chce biec, ale już wie, że sił jej nie starczy. „Byle do żyta!” – myśli. Pada na kolana i na czworaka czołga się do pola, które okaże się jej ocaleniem. Znika gwałcicielowi z oczu. Zofia swoje świadectwo zakończyła słowami: „Tak Matka Boża ratuje swoje dzieci”.

8. 1946 rok. Zakonnik dziękuje za cud

Bogu niech będą dzięki za prawie pięćdziesiąt lat kapłaństwa. Tyle już lat jestem daleko od rodzinnych stron, jednak ciągle zachwycam się tamtym krajobrazem, a gdy tylko mam możliwość odwiedzenia braci, najbliższych i kiedy na Wszystkich Świętych klękam przy grobie moich rodziców, wtedy wracają wspomnienia, zarówno niedawne, jak i te z lat dzieciństwa.

Odkąd ojciec mój, Paweł, przed śmiercią wyjawił mi pewną tajemnicę, dziecięce wspomnienia jawią mi się już w zgoła innym świetle. Nadal są piękne, ale też refleksyjne. Dziś pragnę podziękować Matce Bożej Jasnogórskiej za cud uzdrowienia, jakiego doznałem w dzieciństwie.

Oto, co przekazał mi mój tata: kiedy miałem cztery, może pięć lat, wypadłem z okna budującego się domu wprost na kamienie, jakie pod oknem zgromadzono. Rana głowy była na tyle poważna, że tata zawiózł mnie do szpitala w Nowym Sączu. Mimo długotrwałego leczenia stan zdrowia się pogarszał, a rana się nie goiła. Lekarz w końcu powiedział: „Proszę zabrać dziecko do domu, gdyż stan jest beznadziejny. On już jest przeznaczony do trumny”.

Biorąc pod uwagę zdanie lekarza, tata zabrał mnie do domu, a po drodze kupił małą trumienkę. Mama, gdy zobaczyła na wozie trumnę, zemdlała. Gdy przyszła do siebie, to całą rodziną, wszyscy na kolanach przed obrazem Matki Bożej modlili się o moje zdrowie.

Tylko ciocia Rózia wyłamała się z tej wspólnej modlitwy. Postanowiła, że po ratunek pójdzie do zielarza mieszkającego dwie wioski dalej. Kilometr od domu, widząc, że mój stan jest tak kiepski, że do zielarza może nie zdążyć mnie donieść, zatrzymała się przy przydrożnej kapliczce, przy której w maju cała wioska gromadziła się na śpiew i litanię do Matki Bożej, a w czerwcu do Najświętszego Serca Jezusowego.

Weszła do jej wnętrza i przy obrazie Matki Bożej Jasnogórskiej prosiła o cud życia i łaskę zdrowia dla mnie. Mówiła mi po latach: „Zawierzyłam cię Matce Bożej i prosiłam Ją, abyś został Jej kapłanem”. W tej intencji modliła się nieustannie. Jak i cała rodzina.

Od tamtych wydarzeń upłynęło wiele lat. Trumienkę, w jakiej miałem być pochowany, mama wykorzystała do karmienia prosiąt. A ja dzisiaj po kilkudziesięciu latach daję świadectwo swojego uzdrowienia.

ojciec Jan G.

9. 1967 rok. Skuteczna ochrona

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?