Cuda dzieją się po cichuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Okładka

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Agnieszka Pawlik-Regulska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

TEKST Projekt

ISBN 978-83-8079-005-6

Copyright © by Anita Czupryn

Copyright © by Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Moim ukochanym rodzicom

spis treści

Przedmowa

Słowo wstępne

Cztery rozmowy zamiast prologu

Część 1. Jasnogórskie cuda i łaski

Rozdział 1. Cuda i łaski na jasnej górze

Rozdział 2. Cuda i łaski w związku z jasną górą

Rozdział 3. Jasnogórska królowa rodzin. Cuda w rodzinach

Rozdział 4. Cuda i łaski związane z eucharystią

Rozdział 5. Regina poloniae. Matka boża królową polski

Część 2. Strażnik jasnogórskich cudów

Rozmowa z ojcem melchiorem królikiem, kronikarzem jasnej góry

Rozdział 1. Uratowanie

Rozdział 2. Powołanie

Rozdział 3. Pielgrzymowanie

Rozdział 4. Kapłaństwo

Rozdział 5. Na straży jasnogórskich cudów

Trzy rozmowy zamiast epilogu

Od autorki

Wydawnictwo Fronda wyraża głęboką wdzięczność

ojcu doktorowi Arnoldowi Chrapkowskiemu OSPPE,

generałowi zakonu paulinów,

ojcu Marianowi Waligórze OSPPE,

przeorowi klasztoru OO. paulinów na Jasnej Górze

oraz ojcu Melchiorowi Królikowi OSPPE

za wielkoduszną życzliwość i wszechstronną pomoc

przy realizacji niniejszej książki.

przedmowa

„Tyś wielką chlubą naszego narodu”

Jasna Góra to dom – duchowa stolica naszej Ojczyzny. Na przestrzeni dziejów narodu w Częstochowie, na tym świętym miejscu, krzyżują się nasze drogi zarówno te religijne, kulturalne, jak i patriotyczne.

W Królowej Polski mamy niezwykłą Matkę. Jest Ona Hetmanką, potężną Orędowniczką, której kłaniają się koronowane głowy, słońce, księżyc, gwiazdy i świat cały. W chwilach trudnych ufnie chowamy się w fałdy Jej płaszcza, przynosząc nasze osobiste zmagania oraz błagając o wolność, o odnowę duchową narodu. A Ona, Hodegetria, wskazuje na swojego Syna.

Cuda na Jasnej Górze? Dzieją się nieustannie w sercach tysięcy ludzi – pielgrzymów przybywających do Domu Matki. Wielu z nich dzieli się swoimi przeżyciami z kronikarzem Jasnej Góry, o. Melchiorem Królikiem. A są to wzruszające świadectwa o potędze wstawiennictwa Maryi. Tak właśnie powstała Jasnogórska Księga Cudów i Łask.

Nie pytajmy, dlaczego o tych niezwykłych zdarzeniach nie można przeczytać na pierwszych stronach gazet; dlaczego nie słychać o nich w radiu czy w telewizji. Być może w zgiełku tego świata prawdziwe cuda starają się unikać rozgłosu i dzieją się po cichu?

Chcemy sławić naszą Królową, wychwalać Jej dobroć, dawać świadectwo Bożej potęgi i miłosierdzia. I temu właśnie ma służyć książka, którą trzymają Państwo w ręku. Zawiera opisy niezwykłych zdarzeń mających miejsce w życiu zwykłych ludzi, za którymi orędowała Pani Jasnogórska.Ufamy, że historie te wzmocnią wiarę w moc wstawiennictwa Maryi oraz na nowo ukażą Jej żywą obecność w naszym – jak mówił św. Jan Paweł II – Sanktuarium Narodu.

O. Marian Waligóra OSPPE

przeor klasztoru OO. Paulinów na Jasnej Górze

słowo wstępne

Od ponad dwudziestu lat opisuję historie, jakie przydarzają się ludziom, i nader często zdarzało mi się słyszeć od bohaterów moich reportaży czy wywiadów słowa: „To był cud!”. Niektórzy nie omieszkali dodawać: „Ja w cuda nie wierzę, ale tego, co mnie spotkało, nie można wytłumaczyć inaczej”.

Cud. Coś, co trudno objąć rozumem. Coś, co według praw fizyki czy wiedzy naukowej nie powinno mieć miejsca, a jednak się wydarzyło. Coś niemożliwego, a jednak tego doświadczyliśmy. Coś, co – zaryzykuję tę tezę – przydarza się większości z nas, ale nieczęsto o tym mówimy albo spychamy to na dalszy plan. Bo życie, bo praca, bo dziesiątki spraw wymagających naszej reakcji, zaangażowania, opowiedzenia się, załatwienia. Przecież zawsze mamy coś do zrobienia. No i nikt z nas nie chce być posądzonym o utratę zmysłów, prawda?

Kiedy wczesną wiosną ubiegłego roku otrzymałam od Wydawnictwa Fronda propozycję napisania książki o cudach jasnogórskich, pomyślałam: „Oto kolejne zadanie dziennikarskie”. Szybko okazało się, że to nie jest tylko „zadanie dziennikarskie”. Życie często tworzy własne scenariusze, zupełnie nie licząc się z naszymi planami czy też wyobrażeniami – kto tego nie przeżył, ręka w górę. (Założę się, że niewielu znalazłoby się takich, którzy by tę rękę unieśli). Początkiem tej opowieści jest więc wiosna 2017 roku, która w wymiarze prywatnym nie była łatwa dla mojej rodziny. Oto podczas kontrolnej wizyty lekarskiej mojej mamy doktor wykrył u niej guza. „Rak. Prawdopodobnie” – pospieszył z diagnozą medyk. Nie muszę chyba pisać, jak bardzo ta wiadomość zatrwożyła i przygnębiła całą rodzinę. Mama potwornie się załamała. Akurat wybierałam się na Jasną Górę, kiedy do mnie zadzwoniła. „Pomódl się za mnie przed Cudownym Obrazem Matki Bożej” – poprosiła.

Moi rodzice są bardzo wierzącymi ludźmi. Nie tylko na poziomie deklaracji. Msza Święta w każdą niedzielę i święta, modlitwy różańcowe, pierwsze piątki miesiąca, codzienne modlitwy – dla praktykującego katolika to norma; tak też rodzice starali się wychowywać nas wszystkich – piątkę swoich dzieci. Piszę o tym dlatego, że prośba mojej mamy nie była ot, takim sobie, rzuconym sytuacyjnie zdaniem. Ona wiedziała, o czym mówi. A ja odebrałam to osobiście. Jako zadanie.

Jechałam więc na Jasną Górę z podwójną misją: po pierwsze, stanąć przed Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej z intencją poleconą przez mamę, a po drugie – pragnęłam spotkać się z ojcem Melchiorem Królikiem, jasnogórskim kronikarzem, zwanym Strażnikiem Cudów, który od ponad czterdziestu lat spisuje świadectwa cudów i łask, jakich doznali i doznają ludzie za przyczyną Matki Bożej Jasnogórskiej. Nie wyobrażałam sobie, żeby w książce, jaką planowałam napisać, nie było rozmowy z ojcem Melchiorem, jego opowieści, doświadczeń, refleksji, słowem – jego historii.

Ale. Człowiek może sobie chcieć, może planować, przygotowywać ze szczegółami, jak się zachowa, co powie, a życie – wiadomo. Już na miejscu, stojąc przed furtą klasztoru paulinów na Jasnej Górze, usłyszałam, że ojciec Melchior zmaga się z silną grypą. Gorączka nie pozwala mu wstać z łóżka. Do spotkania nie doszło. O tym, co się wydarzyło tamtego dnia i potem przed Jasnogórskim Obrazem, piszę zarówno w prologu, jak i epilogu, nie ma więc sensu się powtarzać. Przyznać jednak muszę, że praca nad książką, do której podeszłam początkowo z werwą i entuzjazmem, z każdym tygodniem, z każdą wizytą na Jasnej Górze uświadamiała mi, że między propozycją wydawnictwa a jej realizacją rozpościera się wielka przestrzeń nieznośnego uczucia mojej własnej niedoskonałości. Czułam obawę i onieśmielenie – że nie uniosę tematu, że coś zepsuję, że nie podołam, że brakuje mi talentu i pracowitości, bo zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie żmudne zbieranie materiałów i długie godziny w jasnogórskiej bibliotece, więc jak to pogodzić z obowiązkami w redakcji i z życiem w ogóle?

Kiedy jednak zagłębiłam się w kolejne tomy Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask, nieoczekiwanie zamieszczone w nich dokumenty i relacje ludzi stały się dla mnie źródłem wielu wzruszeń; dawały pocieszenie i siłę. Były też źródłem wielu refleksji, nie tylko natury religijnej, ale też socjologicznej czy historycznej. Ponieważ, po pierwsze, z pieczołowicie zbieranych przez ojca Melchiora Królika relacji na temat cudów i łask ujrzałam zbiorowy portret Polaków: to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy, co najbardziej liczy się w naszym życiu i jakim wartościom hołdujemy. Po drugie, w tych relacjach, jak w soczewce, widać historię naszego kraju – to, jak zmieniała się Polska od początków lat XX wieku przez okres II wojny światowej, ponure czasy ustroju totalitarnego i bezwzględnych działań SB po moment transformacji aż do czasów najnowszych, nowoczesnej epoki, która – jak się okazuje – też obciążona jest problemami.

 

Po każdej podróży z Częstochowy wracałam do Warszawy, do domu i siadałam do komputera z myślą, że zadanie jest trudne i wielowymiarowe. Ale przecież się podjęłam! Furda tam, obawy! Nie ma co rozdzierać nad tym szat i deliberować. Trzeba po prostu wziąć się do roboty. I tak z początkowego chaosu w mojej głowie i sercu zaczęła układać się książka, którą teraz trzymacie Państwo w ręku.

Składa się ona z dwóch integralnych części – pierwsza przedstawia cuda i łaski, począwszy od XX wieku do czasów nam współczesnych, jakie wydarzyły się na Jasnej Górze, w związku z Jasną Górą, w związku z opieką Matki Bożej, jaką roztacza nad rodzinami, w związku z Eucharystią oraz te, których doświadczyliśmy jako naród od zarania dziejów.

Część druga zawiera moją rozmowę z ojcem Melchiorem. Byłam, jak to dziennikarka, wścibska i ciekawa, interesowało mnie, jak to jest przebywać, tak jak ojciec Melchior, w przestrzeni cudów. A potem, nieoczekiwanie, sama się w niej znalazłam, otoczona historiami ludzi, w których to historiach przeglądałam się jak w lustrze. Nawiasem mówiąc, cud, jakiego doznała pani Janina Lach, a który został przeze mnie opisany, zostanie w mojej pamięci na całe życie. Ludzie, o których piszę, choć często przedstawieni jedynie za pomocą inicjałów, są prawdziwi. Historie, które się wydarzyły, są prawdziwe. Ale nade wszystko prawda, jaką starałam się tu zawrzeć, wyraża jedno: wiele jest dowodów na to, że cuda wciąż się wydarzają.

Pisanie książki to przede wszystkim, przepraszam za bezpośredniość – ból tyłka i samotność. Wie o tym każdy, kto się tym zajmuje, i nie ma takiej siły, która by to zmieniła. Ale też wszyscy piszący wiedzą, że pisanie oznacza również ogromną przyjemność, rozbudzanie niezmierzonych pokładów wewnętrznej radości, zwłaszcza kiedy opisuje się historie, które za każdym razem kończą się szczęśliwie. A – jak wskazuje tytuł – w tej książce opisane są naprawdę cudowne historie, które odmieniły bohaterów i nadały sens ich życiu. To pewnie dlatego po latach pisania o zbrodniach i polityce, która czasami bywa bardziej brutalna niż najgorsza niegodziwość, tak pięknie pisało mi się o jasnogórskich cudach.

W tym radosnym wysiłku pisania miałam wokół siebie, na szczęście, wielu pomocników. Zatem – czas na podziękowania. Proszę o wybaczenie, że nie wymienię wszystkich, bo lista byłaby niepomiernie długa; skupię się więc na tych drogich mi osobach, które w tym czasie mi towarzyszyły.

I tak, wszystko, co w tej książce jest duchowo najlepsze, zawdzięczam – w rzeczywistym, ludzkim wymiarze – ojcu Melchiorowi Królikowi, który nie tylko spotykał się ze mną na wielogodzinne rozmowy, a nawet, bywało, karmił mnie posiłkami przygotowanymi dla zakonników (łazanki z kapustą! – w życiu nie jadłam nic tak wspaniałego!), ale też godzinami poprawiał i uzupełniał moje tekstowe niedoróbki.

Pani Agnieszce Pawlik-Regulskiej dziękuję za pochylenie się nad warstwą językową i drobiazgowe egzekwowanie ode mnie wszelkich merytorycznych i stylistycznych nieścisłości. Jeśli znajdziecie Państwo jakiś błąd, to wiedzcie, że jest to tylko moja wina.

Wydawnictwu Fronda chcę złożyć, obok podziękowań, publiczne oświadczenie: Szanowni Państwo! Oto właśnie wyrzuciłam ze swojego słownika słowo „wydawca” i zastąpiłam je słowem „święty”. Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że trzeba mieć świętą cierpliwość, by z takim spokojem przyjmować moje kolejne prośby o przełożenie terminu oddania tekstu.

Dorocie Kowalskiej, mojej koleżance z macierzystej redakcji „Polska The Times” i zarazem towarzyszce z wielu placów reporterskich bojów, dziękuję za trzeźwą ocenę moich możliwości w kontekście rzeczywistości. „Nie da się pisać książki o cudach i jednocześnie zajmować się polityką. Weź urlop” – powiedziała. Wzięłam urlop. Dorota, Twoja rada była nieoceniona!

O to, żebym podczas pisania nie umarła śmiercią głodową, dbał mój najmłodszy syn Kacper, przynosząc mi i bezceremonialnie stawiając na biurku, tym biurku, którego centralną część zajmował komputer, własnoręcznie przygotowane, fantastycznie zbilansowane kalorycznie posiłki. Dziękuję synu! Nie tylko nie umarłam, ale też znacznie przybrałam na wadze.

Jestem serdecznie wdzięczna mojej siostrze Agnieszce za to, że gdy przyjechała do mnie z Warmii w odwiedziny i zażądałam, aby zrobiła pierwszą korektę książki, to bez słowa sprzeciwu poprawiała tam, gdzie trzeba, wszystkie „a” na „ą” i tym podobne. A na dodatek zaproponowała cenne propozycje zmian w układzie książki. Siostro – chapeau bas za twoje wyczucie.

Uprzedzając ewentualne pytanie, dla kogo napisałam tę książkę, odpowiadam, że kieruję ją zarówno do tych, którzy w cuda wierzą, jak i do tych, którzy uważają, że cudów nie ma. Kochani, znany to cytat, że są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Cuda się działy, dzieją i dziać będą. A moim zdaniem, zdarzają się one w naszym życiu po to, aby nas przebudzić. Do pięknego, pożytecznego i wartościowego życia.

Warszawa, 19 stycznia 2018

Anita Czupryn

Cztery rozmowy zamiast prologu

1

– Mama?

– Dzień dobry, córeczko. Nie mam dobrych wiadomości.

– Co się stało?

– Lekarz wykrył u mnie guzka w piersi. Podejrzewa raka.

– Mamuś! Podejrzenie to jeszcze nie rak.

– Wszystko na to wskazuje. Dostałam skierowanie na biopsję.

– Kobieta, która urodziła i wykarmiła własną piersią piątkę dzieci, nie może zachorować na raka!

– I tu się mylisz.

– Póki nie ma wyników badań, nie myśl o tym, proszę, w ten sposób.

2

– Proszę Ojca, chciałabym przyjechać na Jasną Górę. Czy Ojciec znajdzie dla mnie czas?

– Nie w najbliższych miesiącach. Przecież wysłałem pani swoje nagrania. Co jeszcze mogę powiedzieć?

– Nagrania to za mało. Potrzebuję jeszcze rozmowy z Ojcem.

– Ale ja już nic więcej nie mam do powiedzenia.

– Ja wiem, że Ojciec ma jeszcze mnóstwo do powiedzenia.

– … (milczenie)

– Jak mogę pisać książkę o cudach jasnogórskich bez poznania Ojca – strażnika tych cudów.

– (westchnienie) No dobrze. Ewa zwyciężyła. Niech pani przyjeżdża.

3

– Szczęść Boże, Ojcze. Jestem już na Jasnej Górze i stoję przy furcie.

– Nie jestem w stanie się z panią zobaczyć. Grypa mnie powaliła.

– Może po południu Ojciec poczuje się lepiej? Ja chętnie poczekam.

– Szczerze mówiąc, bardzo w to wątpię. Mam wysoką gorączkę. Nie mam siły wstać z łóżka. Ale przecież nie przyjechała pani na darmo. Proszę iść do Kaplicy, spotkać się z Matką Bożą, pomodlić się.

4

Przed Cudownym Obrazem.

– Matko Boża… Moja mama…

Myśl, nagła jak świst klingi: „…nie ma raka”.

– Dziękuję.

Coś mi się stało z oczami. Łzy leją się jak strumienie. Głupio tak płakać przy ludziach.

Głupie łzy.

część 1. jasnogórskie cuda i łaski

wybór nadzwyczajnych cudów i łask z lat 1929–2016

na podstawie dokumentów

Archiwum Jasnogórskiego

oraz Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask

rozdział 1. cuda i łaski na jasnej górze

To, co Maryja rozpoczęła w Kanie Galilejskiej kontynuuje w swoich sanktuariach, a przede wszystkim

na Jasnej Górze.

Jan Paweł II

1. 1929 rok. Największy cud pierwszej połowy

XX wieku – uzdrowienie Michała Bartosiaka

Słychać go było z daleka. Potworny hałas robiły te jego drewniane klepki. Klekotały, furkotały, szurały, wzbijając tumany kurzu, kiedy tak szedł-czołgał się-pełzł, na siedząco, spodem ciała przylegając do ziemi, z niewiarygodnie wściekłą siłą odpychając się za ich pomocą rękami i wlokąc za sobą bezwładne kończyny. Dziwnie było na niego patrzeć. Choć po prawdzie mieszkańcy Gostynina niespecjalnie chcieli go oglądać. „Bartosiak!” – wołali między sobą ostrzegawczo i już czmychali, jeden z drugim, kryjąc się po domach, furtki zatrzaskując, drzwi i okiennice na wszelki wypadek ryglując.

Michał Bartosiak, lat pięćdziesiąt dwa, nie był dobrym człowiekiem – niestety. Nawet przypadkowy kontakt z nim mógł zaowocować gorzką nieprzyjemnością, ludzie woleli go więc unikać. A bo to mało razy słyszeli jego bluźnierstwa, szyderstwa, mało razy przechwalał się swoimi niemoralnymi wyczynami? Mało razy kpił z wiary i kościoła, socjalistą się w poczuciu pychy i wyższości nazywając? Mało razy awantury wszczynał takie, że stróże prawa musieli przyjeżdżać i go uciszać?

Siostry służki Maryi, które w Gostyninie prowadziły przytułek dla starców, chorych i kalek wszelkiej maści (utrzymywany z pieniędzy powiatu), z jednym tylko Bartosiakiem miały prawdziwą zgryzotę i krzyż pański. Istna gehenna. Można bowiem litować się nad kaleką, można kalece współczuć, ale jak współczuć komuś, kto wspiął się na ołtarzyk w kaplicy po to tylko, by na niego napaskudzić? Nie, z Bartosiakiem, z jego bezbożną zawziętością, nikt nie chciał mieć nic wspólnego. Niedobry, złośliwy, zbuntowany, zły. Zasady wyznawał wywrotowe, kpiąc ze wszystkiego, co święte. A jeszcze tej energii, pewnie diabelskiej, miał tyle, że wszędzie go było pełno.

Czy zawsze taki był? Nie zastanawiano się nad jego przeszłością, bo wystarczyło, że teraźniejszość zdominował swoją osobą aż nadto. Od prawie dwóch lat bytował w gostynińskim zakładzie, ale skąd przybył? dlaczego nie może chodzić? – niespecjalnie to ludzi obchodziło. Kalectwo powstało pewnie w wyniku niemoralnego prowadzenia się. Zresztą. Sam się tym chełpił. Może gdyby wiedzieli o tym, co rzeczywiście przydarzyło mu się przed laty, mieliby więcej wyrozumienia dla jego paskudnego charakteru?

Nie chwalił się swoimi losami. Rok 1920, kiedy był w pełni sprawny, a życie jawiło mu się pełnią możliwości, ponieważ wyemigrował z targanej kryzysami ekonomicznymi Polski za chlebem, zdawał mu się teraz, w roku 1929, tak odległy jak epoka żelaza.

W Lotaryngii, do której po długiej, męczącej podróży dotarł, docenili jego pracowitość i niewiarygodną siłę. Ha! Nawet kolegów pozyskał o poglądach na owe czasy nowoczesnych. „Precz z klerem!” – głosili. „Śmierć burżuazyjnym panom!” – wołali. No i pracy było w bród. Najmował się Bartosiak do ciężkich robót w polu u zasobnych gospodarzy, w końcu na roli dobrze się znał, a i krzepą niezgorszą mógł się pochwalić. Płacili dobrze, utrzymanie niczego sobie, przyszłość jawiła się świetliście. Aż do tamtego dnia w lipcu; gorąc był okrutny, początek żniw. Schylił się po kosę i… pamięta tylko jaskrawy błysk bólu w boku po potężnym ciosie, jaki z nagła otrzymał. Co to było? Ktoś go uderzył? Obrócił głowę – nikogo. Bez sił padł na ziemię. Jego ciałem targały dreszcze, a w środku czuł, jak żołądek wywija kozła. Zanim nadbiegli pracujący nieopodal ludzie, stracił przytomność. Cucono go kilka godzin, a kiedy w końcu otworzył oczy, nic już nie było takie jak przedtem.

Trzy miesiące w szpitalu w alzackim Ruffach, kolejne w Colmar. Prześwietlenia, naświetlania, masaże. Najnowocześniejsze terapie. I nic. Jego tak sprawne do tej pory nogi nawet nie drgnęły. Ani czucia, ani krążenia w nich nie było. Lekarze w końcu się poddali. „Dolne kończyny całkowicie dotknięte paraliżem. Nigdy już nie odzyska w nich władzy” – z takim wyrokiem po porozumieniu, jakie nastąpiło między rządami francuskim i polskim, w 1927 roku odesłano go do granicy niemiecko-polskiej. W Zbąszynie czekali na niego dwaj felczerzy, Nowakowski i Reszke, z poleceniem, by odwieźć go do szpitala w Gdańsku. Tam, po tygodniowym pobycie, w trakcie którego lekarze orzekli trwałe inwalidztwo, znani mu już felczerzy odtransportowali go tu, do Gostynina, miasta powiatowego na Mazowszu, dumnego ze swojego dworca i otwartej niedawno linii kolejowej łączącej Płock z Kutnem. Tylko co mu po tym? Umieszczono go w przytułku przy ulicy św. Floriana, popularnie zwanej Floriańską. Żegnajcie marzenia o wyśnionym życiu, witaj w świecie kalek i niedołęgów. Potwierdził to żydowski felczer o nazwisku Akawiec, który poproszony przez siostry zakonne jeszcze raz bezskutecznie kłuł mu odnóża. „Nogi miał sztywne i zupełnie martwe. Kropli krwi trudno się było w nich dopatrzeć, czucia żadnego nie miał” – zapisano. To wtedy odwrócił się od Boga.

Stąd nic dziwnego, że siostra przełożona Irena Nestorowiczówna w liście do ojca Piusa Przeździeckiego po wydarzeniach, jakie nastąpiły, a o jakich będzie tu jeszcze mowa, nie wystawiła mu na początku pochlebnej opinii. „Zachowanie Bartosiaka przez cały czas pobytu w przytułku było jak najgorsze: uważał się za zdeklarowanego socjalistę, bluźnił, szydził z rzeczy najświętszych i niejednokrotnie takie wyprawiał awantury, że trzeba było wzywać policję. Słowem był postrachem dla całego zakładu” – pisała siostra przełożona.

 

Kiedy więc w kwietniu 1929 roku ni stąd ni zowąd Michał Bartosiak poprosił o książeczkę do nabożeństwa, o różaniec, osłupiałe siostry zakonne powiedziały: „Nie!”. Bo to wiadomo, jakich plugastw jeszcze chciałby dokonać? Jakich obrzydliwości i bezeceństw narobić? „Zmieniłem się!” – wołał, zapewniając, w piersi się bijąc. „Odbyłem spowiedź wielkanocną!” Nie dały wiary jego słowom.

Mieszkańcy znów usłyszeli klekot jego drewnianych klepek, jak z furią przemierzał gostyniński trakt prosto na targ. Jakież zdziwienie (pomieszane z lekką grozą i niedowierzaniem) wzbudził, domagając się zakupu modlitewnika i przebierając w paciorkach różańców. „Proszę siostry, ja chcę się poprawić. Ja chcę swoje życie stanowczo odmienić” – z mocą zwierzał się Irenie Nestorowiczównie. „Czy można mu wierzyć?” – zastanawiała się bogobojna zakonnica. Ale z dnia na dzień, w świetle tego, co później nastąpiło, jego zmiana stawała się coraz bardziej widoczna. „Od kwietnia żył świątobliwie, usiłując naprawić dawne zgorszenie i budując wszystkich swym przykładem” – pisała później siostra zakonna. Łatwiej jednak się zmienić, niż do swojej zmiany przekonać innych. Na Bartosiaka nadal patrzono podejrzliwie, czekając, z której strony może spaść na Bogu ducha winnego człowieka obelga, jaką to impertynencją obdarzyć może tym razem.

Pewnego razu Michał Bartosiak obudził się z błogim zachwytem. Wszystkim wokół powtarzał, że przyśniła mu się Matka Boża. Zapraszała go do Częstochowy, obiecywała uzdrowienie. Uchwycił się tego snu tak desperacko, jak tonący chwyta się brzytwy. Rozpoczął post – dwa razy w tygodniu żywił się jedynie chlebem i wodą. „Ja muszę, ja muszę na Jasną Górę! Wrócę uzdrowiony!” – wołał, żebrząc o pieniądze na podróż. Jego determinacja otworzyła serca i kieszenie co bardziej czułych i wrażliwych, zwłaszcza żony starosty, która nawróconemu nie poskąpiła grosza, obiecując, że kupi mu bilet do Częstochowy, wystawiony na starostwo powiatowe.

Jakoż okazja do wyjazdu trafiła się przednia: parafia w Gostyninie przygotowywała się na jasnogórski odpust Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Cóż z tego, kiedy myśl o zabraniu wcześniejszego obrazoburcy skutecznie zamknęła Bartosiakowi plan na wspólną podróż. Na pielgrzymkę w towarzystwie Bartosiaka nie zgodzili się ani organizator pielgrzymki, ksiądz Jan Sobol, ani siostra przełożona przytułku, Irena Nestorowiczówna. „Takich jak ty, Szwedów, Matka Boska już raz widziała i więcej nie chce widzieć” – usłyszał.

13 sierpnia 1929 roku o świcie Bartosiak był jednak na dworcu – przywiozła go zamówiona wprzódy dorożka. Zdumieni pielgrzymi ujrzeli kalekę, jak siedzi na torach. „Pojedziecie, ale po moim trupie!” – oświadczył dobitnie. Nie było wyjścia – trzeba było go znieść z torów i wnieść do pociągu. W podróży do Skierniewic Bartosiakiem opiekował się ksiądz Arendzikowski, następnie zaś służba kolejowa, która musiała go wnosić i wynosić z wagonów.

Do Częstochowy pielgrzymka z Gostynina dotarła tego samego dnia o godzinie 21.30. „Idźcie do Matki Bożej, tam się spotkamy” – pożegnał pielgrzymów. Sam wyruszył kilka godzin później. Niektóre źródła podają, że o godzinie 3.30 i czołgał się dwie i pół godziny. Inne mówią, że te 1800 metrów z dworca na Jasną Górę, niemiłosiernie klekocząc klepkami, przebył w czasie czterech godzin. Jakaż to musiała być wędrówka, okupiona trudem, zdartymi rękami, potem i krwią!

Najważniejsze, że zdążył na poranną Mszę (w środę, 14 sierpnia, w przeddzień święta Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny), jaka jest odprawiana w Kaplicy Matki Bożej. Bartosiak mimo obecności licznych pielgrzymów znalazł miejsce i legł na posadzce Kaplicy. Żarliwie modlił się o uzdrowienie. Minęła jedna Msza, rozpoczęła się kolejna, a on nawet nie zmienił pozycji. Drugą Mszę Świętą zwaną sekundarią, o godzinie siódmej, odprawiał młody wikariusz Gracjan Matysiak z parafii Odolanów archidiecezji poznańskiej. Nagle podczas Podniesienia, kiedy zgromadzeni w Kaplicy pielgrzymi wstawali z kolan, Bartosiak usłyszał w głowie wyraźne słowo: „Wstań”. Poczuł, jak nieznana siła chwyta go z tyłu za ramiona. I podniósł się, i stanął. Relacje innych świadków mówią z kolei, że w tym momencie ciało Bartosiaka wstrząsnęło się całe, rzemienie, którymi przywiązał sobie klepki nagle poluźniły się, mężczyzna powstał i zakrzyknął: „Jestem uzdrowiony! Stoję! Stoję na swoich nogach!”.

Rumor się zrobił wielki i wielkie było poruszenie, co zeznał później młody duchowny, który cudu co prawda nie zobaczył, jako że Mszę odprawiało się wówczas przodem do ołtarza, ale słyszał, co się za jego plecami dzieje. „Cud!” „Cud!” – niosło się po Kaplicy z jednych do drugich ust, każdy chciał też dotknąć Bartosiaka, chwycić choć rąbek jego koszuli niczym żywą relikwię. Zaraz też co przytomniejsi chwycili mężczyznę i umykając przed rozmodlonym, podekscytowanym tłumem, zaprowadzili go do zakrystii, bojąc się, że spragnieni cudu ludzie rozszarpią uzdrowionego na kawałki.

W zakrystii Bartosiak szczypał się po udach, patrząc szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, nie mogąc dojść do siebie z przejęcia. Przykucał, wstawał, robił przysiady, podskakiwał, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę Matka Boża wejrzała na niego i naprawdę go uzdrowiła. Sprowadzony na miejsce lekarz potwierdził zupełne i trwałe uzdrowienie Michała Bartosiaka. Drewniane klepki, które tyle hałasu i złych emocji budziły w Gostyninie, zostawił na Jasnej Górze jako wotum dla Matki Bożej.

Według świadków do Gostynina wracał już nie niedołężny kaleka, ale pełną gębą bohater. Wieść o cudzie rozniosła się w mig. Na gostynińskim dworcu Bartosiaka witały tłumy mieszkańców. „Widziałem Bartosiaka wychodzącego z pociągu o własnych siłach. Wychodząc z wagonu, podniósł do góry kapelusz, zaczął nim wymachiwać i wołać głośno: «Jestem zdrowy, chodzę na własnych nogach!»” – relacjonował jeden ze świadków. Żona starosty obiecała Bartosiakowi, że podstawi wóz na stację, jak pielgrzymka powróci z Częstochowy, ale nie wiedziała jeszcze o tym, że wóz okazał się niepotrzebny. Bartosiak pewnym krokiem podszedł do kierowcy, dziękując za fatygę. „Matka Boża przywróciła mi władzę w nogach, dlatego wolę iść pieszo” – poinformował.

Życie znów zajaśniało pełnym blaskiem. Bartosiak o cudzie uzdrowienia opowiadał wszystkim i wszędzie. A ludzie słuchali go z nabożeństwem. Wielu się wtedy nawróciło. Siostra przełożona Irena Nestorowiczówna w liście do paulinów na Jasnej Górze pisała: „Wzruszenie jest nader silne między ludźmi. Wszyscy kalecy wybierają się do Częstochowy, nawet i Żydzi biją się w piersi, mówiąc: «Silny jest Bóg katolicki»”.

O cudzie Bartosiaka dowiedział się niemal cały świat. Pisały o nim gazety polskie, jak „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, „Kuryer Poznański”, oraz prasa zagraniczna z Włoch, Francji czy Stanów Zjednoczonych. Do Gostynina zjeżdżali się ludzie z najdalszych zakątków, aby tylko Bartosiaka zobaczyć na własne oczy. Nawet wyznawcy innych religii, jak protestanci, przechodzili na wiarę katolicką, bo: „Jeśli takie cuda dzieją się w kościele katolickim, to tu jest Bóg prawdziwy!” – mówiono.

Dziekan w Gostyninie co i raz musiał odprawiać nabożeństwa i spraszać spowiedników, bo kto przeczytał o cudzie, jechał zobaczyć uzdrowionego Bartosiaka, a kiedy usłyszał jego przejmującą historię, w te pędy biegł do spowiedzi. Rzec by można – cele cudu zostały osiągnięte, kiedy tak wielu ludzi zwróciło się wtedy ku Panu Bogu. Bartosiak w podziękowaniu za uzdrowienie ufundował przed kościołem świętego Marcina w Gostyninie figurkę Niepokalanej. I bywał na Jasnej Górze. Rok później w Kaplicy Matki Bożej widział Bartosiaka młody wikary Gracjan Matysiak. Bartosiak opowiadał ludziom o wielkim cudzie, jakiego doznał.

W Gostyninie cudownie uzdrowiony mieszkał jeszcze dziesięć lat, potem słuch o nim zaginął. Jedni mówią, że w końcu rozpił się z tej popularności i zmarł, inni, że wyjechał. Jeszcze w 1976 roku, w dniach od 12 do 19 września, kiedy na misjach świętych przed Nawiedzeniem Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej w Gostyninie przebywali ojcowie paulini, jasnogórski kronikarz ojciec Melchior Królik zebrał zeznania od pięćdziesięciu trzech żyjących świadków, którzy Bartosiaka znali i widzieli zarówno przed uzdrowieniem, jak i po nim.

Pamięć o cudzie przetrwała do dziś. Zdaniem ojca Melchiora Królika, kronikarza Jasnej Góry, był to największy, najbardziej spektakularny cud na Jasnej Górze, jaki wydarzył się w pierwszej połowie XX wieku.

2. 1950 rok. Mała Marysia odzyskuje wzrok

Pisnęła przestraszona, ale pielęgniarka już zdążyła wyjąć igłę i zaraz pogładziła dziewczynkę po główce. „Dzielna pacjentka” – oznajmiła. Mama Marysi odetchnęła z ulgą. Już po szczepieniu. Córeczka na ospę nie zachoruje. Teraz szybko do domu, bo roboty huk, nie wiadomo, w co ręce włożyć. „Marysiu, bądź grzeczna, ja cię proszę, bo mamusia musi pracować” – ucałowała główkę dziewczynki, moszcząc ją na kocyku na podłodze. Na chwilę spuściła ją z oczu. No może była to dłuższa chwila. Nagle usłyszała płacz. Marysia siedziała przy misce z wodą, którą jej mama postawiła na podłodze. Wokół nachlapane. Dziewczynka piąstkami tarła oczka i krzyczała w niebogłosy. Całą noc była niespokojna. Kwiliła, dotykała zaczerwienionych, zapuchniętych oczu. Nie ma rady – rano trzeba będzie udać się do lekarza.