Eter

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Eter
Eter
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Eter
Eter
Audiobook
Czyta Jan Marczewski, Monika Chrzanowska
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Marta Lisowska

Redakcja: Anna Pietroń

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

Zdjęcia na okładce

© UfaBizPhoto/Shutterstock

© Aleksandra H. Kossowska/Shutterstock

© by Aniela Wilk

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1938-5

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 1

Grzmiało. Ołowiane chmury kompletnie okryły szczyt Szrenicy i nie mogły zdobyć się na wysiłek, aby dźwignąć się, przeskoczyć przez grań i spłynąć w dolinę na miasteczko. W Czechach od rana lało jak z cebra. Jedna burza goniła drugą, w radiu podawali informacje o lokalnych podtopieniach, uszkodzonych drogach i przerwach w dostawach energii. Cały ten żywioł nie mógł przeleźć przez grzbiet Karkonoszy i wyładowywał swoją frustrację po tamtej stronie.

Mężczyzna niechętnie wyszedł na podwórko i spoglądał w kierunku gór. Szczytów nie było widać. Pierzaste ogony chmur nakładały naturalną cenzurę na wzniesienia. Jak gdyby tam wyżej działo się coś tak ważnego, że żaden człowiek nie mógł tego widzieć. Od czasu do czasu dobiegał do niego odgłos odległych gromów przefiltrowany przez echo i zwielokrotniony w nieskończoność.

Mruknął pod nosem paskudne przekleństwo. Końcówka kwietnia, a temperatura na zewnątrz rzadko podskakiwała powyżej piętnastej kreski. Drzewa zazieleniły się już przed tygodniem, dno lasu porastały kwiaty, wszystko budziło się do życia. A on dalej czuł, że zima nie odpuściła – w wilczej godzinie, tej ostatniej godzinie nocy tuż przed wschodem słońca, niebo wysycało się w zimny odcień granatu, szarówka ustępowała powoli, niespiesznie, zostawiając po sobie cienką warstwę lodu i ściętą na kryształki rosę. Nie lubił wiosny. Dużo lepiej odnajdywał siebie w listopadzie, kiedy człowiek wiedział, że ma przed sobą solidne miesiące depresyjnej ciemności. Kwiecień był głośny i pstrokaty, ale dalej zimny i zdradziecki.

– Zbierasz się ze mną? Jadę do miasta – rzucił głośno w kierunku domu. Kobieta zaczynała działać mu na nerwy. Dobra, musiał przyznać, ta noc była wyjątkowo udana, zabawili się, ona odrobinę za dużo wypiła. On również, w końcu nie odmawiał ani różańca, ani butelki wybornej piętnastoletniej whisky.

Nie usłyszał odpowiedzi.

– Mogę cię podrzucić. Nie będziesz chyba szła na piechotę?

Cisza. Siedem i pół kilometra pod górkę. Nawet gdyby miała kondycję maratończyka, nie dojdzie tam przed wieczorem. Słońce zajdzie za dwie godziny, a biorąc pod uwagę te chmurzyska, ściemni się za godzinę.

Warknął do siebie. Nie lubił takich sytuacji. Było niezręcznie już od południa, kiedy zamiast pożegnać się zaproponowała, że mogą zamówić obiad i jeszcze pogadać. Nie mieli o czym rozmawiać. Wszystko było płytkie, rozmyte, jednorazowe i nienadające się do powtórzenia. Poza tym Dariusz nie chciał niczego więcej. Chodziło tylko o jedną noc, nawet nie zamierzał zapisywać sobie jej numeru telefonu. Jeden raz – a właściwie trzy w nocy, raz rano i jeden nieudany lodzik po śniadaniu – i to wszystko. Krótka bajka, trochę frajdy. Układ między dwójką dorosłych ludzi.

Jak ona miała na imię właściwie? Kasia? Basia?

Nikt nie będzie cierpiał, nikt nie będzie tęsknił, dzwonił. Może kilka razy jeszcze o niej pomyśli.

– Kociaku, grzeję samochód. Streszczaj się, błagam – zajęczał.

Bezpieczny „Kociak” to gwarancja niewyjścia na dupka – przecież prędzej by sobie język odgryzł, niż zapytał teraz, jak ma na imię. Mógł się pieprzyć z laskami na jedną noc, ale dupkiem nigdy nie będzie. Wolał więc zdrobnienie niż zapytanie po tej całej nocy, jak miała na imię, bo zapomniał gdzieś między jednym szybkim numerkiem pod prysznicem, a następnym w łóżku.

Pomyślał, że może kobieta myszkuje po jego domu. Może jest złodziejką? Uśmiechnął się na tę myśl. Jeśli byłaby to prawda, chętnie przyłączyłby się do poszukiwań czegoś wartościowego. Niczego nie mogła tam znaleźć, nie miał nic, co warto by wynieść, a tym samym narazić się na jego gniew. Maszynopisy, pierwsze wydania powieści, kilka białych kruków – Kociak nie wyglądała mu na taką, która doceniłaby wartość woluminów. Komórkę miał przy sobie, portfel też. Laptop miał przed sobą już siódmy rok, więc jego wartość była właściwie żadna.

Wsiadł do jeepa, przekręcił odrobinę kluczyk w stacyjce, żeby silnik miał chwilę na nagrzanie się. Kontrolki na kokpicie rozjarzyły się wściekle chyba każdą możliwą barwą. Zmarszczył brwi – będzie musiał wykopać fundusze na naprawę samochodu spod ziemi. Ale nie teraz. Nie dziś. Było to jednak nieuniknione i niedługo nie będzie już mógł zagłuszyć tych wszystkich dziwnych dźwięków podczas jazdy, które brzmiały wyjątkowo drogo.

Od strony Wrocławia nadciągała kolejna chmura. Ta była cięższa, ciemniejsza, pełna deszczu. Wiatr ucichł, więc może chmurzysko przyniesie też jakieś gradobicie? Dawno nie było w jego życiu kataklizmu – miał za sobą solidne pięć lat spokoju, odkąd sprowadził się w tę dziurę świata. Bieszczady były przereklamowane – pomieszkiwało tam zbyt wielu znudzonych warszawiaków, pseudoartystów, niespełnionych i spełnionych twórców. Tłoczno. Na dodatek Instagram zalewał potok identycznych bieszczadzkich zdjęć. Dlatego lepsze były Sudety, Karkonosze. I Izery zaraz za miedzą, mały krajowy biegun zimna, mała Syberia. Otrząsnął się z pogodowych rozmyślań.

Kociak wyszła z jego domu. Chaty – tak, to była górska chata odkupiona przed dekadą za śmieszne pieniądze. Totalnie przerobiona według trendów na „nowoczesną” stodołę, czyli ascetyczną bryłę czarnego drewna i olbrzymich okien. To było w czasach, w których miał jeszcze jakieś fundusze i mógł pozwolić sobie na kaprys wybierania aranżacji domu z katalogów stołecznych architektów. Potem wszystko z wolna się pochrzaniło, jak nieuniknione pikowanie w dół. Coraz ciemniej, coraz duszniej. Dziczał z każdym kolejnym tygodniem wszechogarniającej go pustki.

Miała niebieski płaszczyk i buty na płaskim obcasie. Niska blondynka. Podobno w zeszłym roku obroniła magistra – tyle o niej wiedział. Pracowała na etacie w korporacji. Teraz świętowała awans dobrej koleżanki z działu. Była złą przyjaciółką, bo namówienie jej na wspólną noc zajęło mu mniej więcej pół godziny. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia pięć to maksimum, jakie mógł jej dać, przy dobrych wiatrach może dwadzieścia osiem. Mówiła, że jest z Warszawy, co bezpośrednio nie definiowało jej wieku, jednak korpożycie potrafiło zdziałać cuda.

– Przepraszam, musiałam się ogarnąć. Dzięki, że czekałeś.

– Nie ma sprawy.

Wyjechał na krętą drogę prowadzącą do miasteczka. Zerowy ruch mimo niedzieli. Święta wielkanocne przypadały na początek miesiąca, wszystkie, nawet najbardziej przedłużane długie weekendy pokończyły się dawno temu. Do sezonu turystycznego jeszcze kilka dni, ale – nie miejmy złudzeń – w tym roku nie można było liczyć na żaden sezon. Firmy upadały, hotelarstwo ledwo pełzało od pierwszego do pierwszego. Gastronomie, te małe i rodzinne, bez zaplecza w kilku punktach w okolicy, upadły. Kto miał olej w głowie, uciekał na Zachód albo do miasta. Tutaj zostali jedynie wariaci i ci, którzy już nie mieli dokąd uciec. Było kilka zrywów i parę weekendów wściek­łych tłumów – ferie to był istny cyrk, kiedy pół kraju wpadło w ten sam dzień na pomysł wdrapania się na nieodległą Śnieżkę. Kiedy impreza w górach wzbierała, on chciał uciec, a że większej głuszy od tej nie mógł sobie wyobrazić, to może kawalerka w stolicy w weekend brzmiałaby jak spokojne miejsce?

 

Latem pewnie coś się ruszy, ale to za mało. Brak sezonu zimą skutecznie wykończył biznes, poza tym ludzie jako społeczeństwo zubożeli na tyle, że nie było już tak popularne wyskakiwać sobie w góry na urlop, weekend czy pod byle jakim pretekstem. Karkonosze pustoszały jeszcze bardziej, stanowiąc z każdym tygodniem coraz mniej przyjazną człowiekowi enklawę.

Nie rozmawiali ze sobą wcale. Kociak przykleiła się do ekranu telefonu, przeciągając palcem po Facebooku na przemian z Instagramem.

– Gdzie cię wysadzić?

Miasteczko trwało, bo życiem nie można było tego nazwać. Na głównym skrzyżowaniu minął kilka samochodów, ale to wszystko. Wszyscy przechodnie byli miejscowymi. Powolna śmierć u progu wiosny. Kociak dalej nie wydała z siebie żadnego dźwięku.

– Gdzie mam cię wysadzić, hmm?

– Widziałam wczoraj Lidla. Może tam?

– Jasne.

Mógłby ją wysadzić nawet tu i teraz. Jej obecność w jego łóżku przed kilkoma godzinami była jeszcze w porządku. Wtedy ją lubił. Teraz jedynie go wkurzała. Zapach perfum, które miała na sobie, drażnił go. Dochodziła prawie szósta, miał jeszcze kilka solidnych godzin zapasu.

Zaparkował auto na parkingu przed marketem. Ten oczywiście był pełny, bo jedyny sklep tej marki w promieniu kilkunastu kilometrów miał swoich stałych fanów.

Naprzeciw niego patrol spisywał jakiś chłopców, najwyżej piętnastoletnich. Odkąd w górach odkryto zwłoki, które zostały zakwalifikowane jako zaginięcia sprzed dwóch lat, zrobiło się nerwowo. Patrole były normą, ale nie działało to najlepiej na public relations Szklarskiej Poręby. Jak tak dalej pójdzie, to pies z kulawą nogą nie przyjdzie tutaj nawet na spacer, a wrony zaczną zawracać w granicach miasteczka.

– Dzięki, Darek, było… – Zawiesiła na nim wesoły wzrok. Miała błękitne oczy pełne iskierek i jasnych plamek. Oczy dziewczyny były dużo młodszej od niej samej. Wyjąwszy obrączkę z portfela, wsunęła ją na palec.

– Było świetnie. Może to kiedyś powtórzymy?

Zdębiał. Czuł się jak pracownik miesiąca – jak wygrany i frajer jednocześnie.

– Ktoś po ciebie przyjedzie? Może poczekać? – zaproponował, nie mogąc opanować wzroku, który powędrował za złotym krążkiem. Nie był w żadnym wypadku osobą, która przejmowałaby się życiem rodzinnym przypadkowej kochanki, ale – do chuja pana – właśnie padł poniekąd ofiarą wyrachowania i skurwysyństwa w najczystszej postaci.

– Nie, nie czekaj. Mąż po mnie wpadnie za kwadrans. Zdążę jeszcze zrobić zakupy – zaświergotała, jak gdyby to było coś naturalnego. Ot, spotkała znajomego i poszli na kawę, a nie na seksualny maraton z nieznajomym poznanym wczoraj za pomocą apki do randkowania.

– Pa, pa miśku! – zaśmiała się i kiedy odpięła pasy bezpieczeństwa, nachyliła się w jego stronę, aby pocałować go w policzek na pożegnanie.

Długo jeszcze gapił się w automatyczne drzwi marketu. Ludzie przelewali się przez konstrukcję ze szkła i metalu, a on nie mógł określić, czy bardziej był dupkiem, czy po prostu sytuacja to na nim wymogła?

Wrócił na główną trasę i odbijając w prawo, zanurzył się w miasteczku. Wolał robić zakupy w małych sklepikach. „U Krysi” albo „U Jadzi” – bez różnicy, ci ludzie nie mieli wesołych wizji na najbliższe miesiące. Wielkopowierzchniowe sklepy wydawały mu się odczłowieczeniem całego regionu. Jedynie te molochy jakoś przetrwają postpandemiczny bałagan, ale on nie miał zamiaru im w tym pomagać.

Zatrzymał jeepa na parkingu, który zwykle o tej porze roku był tak zawalony do ostatniego miejsca, że nie wcisnęłoby się już więcej nawet hulajnogi. Dzisiaj, oprócz pracownicy, nie było tu innych klientów.

Sklepik cuchnął kiszoną kapustą. Wentylacja nad kasą działała przede wszystkim głośno, ale nie był pewien, czy w jakikolwiek sposób skutecznie. Znudzona córka właściciela siedziała za komputerem i z pochyloną głową biła swój kolejny rekord w Candy Crush.

– Cześć, Darek – usłyszał za swoimi plecami.

Zmroziła go na moment ta nagła obecność, facet musiał czaić się między regałami, cichutko wybierając zakupy z listy.

Komisarz Jan Walicki był na emeryturze od dobrych dziesięciu lat, ale cały czas trzymał rękę na pulsie. Nie było mowy, aby jakikolwiek przestępca, nawet kieszonkowiec, chodził po miasteczku, a on by o nim nie wiedział.

Uścisnęli sobie ręce. Jan zawsze miał lekko spoconą i spuchniętą dłoń. Żółte paznokcie i pałeczkowate palce nie wyglądały najlepiej. Podobno chorował od lat na serce.

– Byłeś ostatnio na szlakach? Widziałeś coś nietypowego? – zapytał niby z nonszalancją stary, niby mimochodem i ot tak. Dariusz wiedział, że to gorzej niż przesłuchanie, bo tutaj Jan będzie mógł przyczepić się do każdego zdania i zinterpretować je po swojemu. Słowa, gesty, spojrzenia – ten stary policyjny pies wiedział, jak czytać z ludzi.

Dariusz wzruszył ramionami. Pracownicy Karkonoskiego Parku Narodowego zawsze przed sezonem wypuszczali się w góry, aby naprawiać i konserwować infrastrukturę udogadniającą wędrówki turystom. Zwykle odbywało się to jeszcze wtedy, kiedy tam na górze zima trwała w najlepsze. Brak zabezpieczeń lub poniszczone sprzęty sprawiały, że nie była to bezpieczna robota, w związku z czym nie kwapiło się do niej zbyt wielu chętnych. Wypadki zdarzały się często. W tym roku wszystko się przeciągnęło, a sezon – jeśli w ogóle ruszy – będzie opóźniony. Darek zaciągał się do tej fuchy co roku. Nie był pracownikiem parku, jednak raczej kiepska pensja i brak chętnych sprawiały, że nagle okazywał się idealnym kandydatem. W tym roku było jednak inaczej.

– Nie. Nie wychodziłem w góry. Musiałem ściągnąć człowieka z Wrocławia do naprawy nadajnika, prawie tydzień się z tym jebałem – wyznał głosem pozbawionym skruchy. Nie kłamał – awaria nadajnika była upierdliwa bardziej niż wrzód na tyłku.

W tym roku nie poszedł czyścić szlaków. W tym roku wszystko na jego liście było na odległych pozycjach, miał jakby rok wyjęty z życiorysu, rok stagnacji i bezczynności. Trzydziesty ósmy rok jego życia był beznadziejnie bezowocny i – tutaj nie miał większych złudzeń – kolejne też nie zapowiadały się jakoś spektakularnie. Będzie parszywiał coraz bardziej z każdym miesiącem, za dziesięć lat przyplącze się alkoholizm, a potem choroba wieńcowa, rak lub cukrzyca.

– Tydzień temu odnaleziono dziewczynę. Zaginęła w okolicach Wielunia.

– Stara sprawa?

– Zaginięcie zgłoszono siedem lat temu. Teraz ktoś znajduje ją na drodze do Śnieżnych Kotłów – syknął stary spod sumiastego, pożółkłego wąsa. Kręcił głową w teatralny sposób, był kompletnie rozmontowany. – To zupełnie bez sensu.

Przynajmniej tłok będzie mniejszy, pomyślał gorzko Dariusz. Fatalna opinia umierającego miasteczka, a teraz przecież jeszcze ludzie zaczną gadać. Jan podniósł na niego wodnisty wzrok i zmrużył oczy.

– To zostaje między nami, dobrze? Żadnych akcji z sianiem paniki wśród ludności. Mówię ci, żebyś nie dowiedział się od kogoś innego. Nie chcę plotek, spekulacji ani biedaśledztwa w wykonaniu amatorów.

– Nie powiem słowa w eterze – zapewnił go. Co mógł więcej zrobić? Ostatnie, czego mu było trzeba, to zarzut o utrudnianie śledztwa, jeśli w ogóle ktoś się śledztwa podejmie. Ciało, które znaleziono wcześniej, również należące do zaginionej przed laty dziewczyny, zakwalifikowano jako zaginięcie, wypadek lub samobójstwo. Nie będzie śledztwa, bo i nie było śladów przestępstwa. Ale wyobraźnia działała.

– Czy ta dziewczyna… nie znaleziono nic, co może świadczyć, że to morderstwo, prawda?

– Zaginięcie. Żadnych śladów, tak jak mówisz. Ale ja wiem, że to nie jest możliwe, że nagle wszyscy samobójcy z ostatnich lat wpadają tutaj, aby wyzionąć ducha. I jakimś cudem wszyscy nagle odnajdują się na przestrzeni kilku tygodni – na końcu Jan podniósł niepotrzebnie głos.

Ekspedientka spojrzała na nich karcącym, wyniosłym wzrokiem i pokiwała głową. No tak, przecież nie wypada przeszkadzać. Wszystko musi zachować pozory normalności, więc w spożywczaku ma być cicho, a na Orlenie nieopodal można wkurwiać się na zimnego hot doga. Sacrum i profanum w odwiecznie ustalonych ramach. Między słoikami z majonezem kieleckim a płatkami śniadaniowymi należało zachowywać nadobną, kościelną ciszę.

Rozdzwonił się dzwoneczek nad drzwiami, które pchnął rosły chłopak. Może miał szesnaście, najwyżej osiemnaście lat. Za nim weszło jeszcze dwóch bardzo podobnych kubek w kubek – te same wielkie kurtki w krzykliwych kolorach, czapki z idiotycznie dużymi daszkami. Byli szczupli, wysocy, głośni i śmiało mogliby założyć Klub Trądziku Młodzieńczego w Stopniu Zaawansowanym. Do tego maseczki zawieszone na uchu lub opinające gardło, zsunięte z twarzy.

Wpadli do dziewczyny, nie na zakupy. Zrobiło się gwarno, któryś z nich wyjątkowo mocno przeklinał basowym głosem. Dziewucha śmiała się jak potłuczona, piszcząc o tym, jak to wczoraj było dobrze, a Maryśka się najebała. Życie.

– Chłopakom zależy, żeby sprawa nie wyciekła do mediów. Nie tak jak jesienią, rozumiesz? – Głos Jana był jednostajny, zmęczony.

Dariusz kiwnął głową, ale jego spojrzenie nadal było skupione na grupce chłopaków. Znał dwóch, a przynajmniej ich kiedyś widział. Ten ostatni nie miał górnej trójki, a mimo to żywo i często się śmiał, bo maseczkę traktował jako element ozdobny brody, a nie jakąkolwiek ochronę. Parszywa, bezmyślna młodzież.

– Jakie ze mnie media? – zakpił sam z siebie.

– Srakie – warknął tamten. – Liczę, że będziesz coś wiedział.

Kiwnął głową. Prędzej by zgodził się zjeżdżać gołą dupą po nieheblowanej desce, niż brać udział w śledztwie. Szczęściem emerytowany funkcjonariusz Jan Walicki nigdy w swoim życiu nie wpadł na to, aby poszukać neofity chociażby na Wikipedii. Nie miał pojęcia o jego przeszłości. Darek nie miał zamiaru wyprowadzać go z tej błogiej niewiedzy, odczuwał za to coraz większą potrzebę urzędowej zmiany nazwiska.

No i nie było śledztwa. Były tylko stare trupy.

Reszta zakupów obyła się bez uciążliwej obecności Jana. Darek czuł się rozbity, wytrącony z równowagi – zarówno przez Kociaka, jak i przez wiadomość o kolejnych zwłokach. Wzrok byłego funkcjonariusza był jak pijawka albo swędząca wysypka – nie dawał o sobie zapomnieć, przeszkadzał, kotwiczył się gdzieś w świadomości na drugim planie. Jan był osobą twardo stąpającą po ziemi, ale gdyby Dariusz powiedział mu, że w magiczny sposób sprawa zniknęła, że żadnych trupów nie było, a to wszystko to tylko jakiś chochlik – wycałowałby go jak syna. Nikt nie chciał smrodu we własnym domu, a tym właśnie były trupy – smrodem, który jeszcze długo będzie się unosić nad Szklarską.

Ruszył w kierunku domu, pakując wcześniej papierową torbę z zakupami do bagażnika.

Na skrzyżowaniu minął SUV-a, w którym na miejscu pasażera siedziała Kociak. Śmiała się z mężem, jak gdyby nigdy nic, dużo gestykulując. Poczuł się jeszcze gorzej. Jak męska kurwa. Czy to on parszywiał, czy cały świat miał jakiś problem ze sobą?

Po powrocie do domu skasował Tindera. Siódmy raz wyrzucał apkę, bo miał kaca moralnego po spotkaniach z kobietami. Pewnie za miesiąc znów ściągnie i tak będzie się huśtał na linie utkanej z chuci i wyrzutów sumienia: góra, dół, góra, dół – do usranej śmierci, zaprogramowany przez biologię i nauczony humanizmu przez wredne życie. O ileż łatwiej by było, gdyby mógł urodzić się chamem, chamem pozostać i jako cham umrzeć. Błoga szczęśliwa egzystencja bez ucieczek, dramatów i beznadziei codzienności.

Błagał wszystkich znanych sobie bogów, aby nikt więcej nie zawracał mu dupy. Musiał się uspokoić, przestać wewnętrznie dygotać, przestać pozwalać sobie na komfort używania sumienia. To zostawało czasem na języku i miało posmak goryczy lub wymiocin.

Grzmiało. Potężnie i już całkiem blisko. Zanim za­mknął za sobą drzwi domu, uderzyły w niego pierwsze potężne podmuchy wiatru. Ten przed burzą zwykle był wyjątkowo ciepły, jakby odrealniony. Wzniesione podmuchem tumany kurzu uderzyły wściekle w fasadę budynku. Po chwili pierwsze wielkie krople deszczu dosięgły ziemi. W żarówkach zamrugało światło.

– Pewnie chcesz znów jeść, co? – zapaplał do psa, który nie odstępował go na krok, odkąd wysiadł z samochodu.

Rasowy owczarek alzacki. Czarny jak smoła. Był jedyną żywą istotą, którą oglądał codziennie. Dariusz nie przepadał za ludźmi, a ludzie – nie bez słuszności – nie przepadali za nim. Jeśli coś musiał załatwić, robił to szybko, możliwie nie angażując się. Kobiety jedynie przez aplikację i na jeden raz, przyjaciół w okolicy nie miał, co najwyżej znał osoby, które znać wypadało. Uchodził za mruka, odludka i dziwaka. Ciężko pracował na taką opinię.

 

Rambo – pies – był lepszy od ludzi. Nie osądzał, nie oceniał, nic nawet nie mówił. Jeśli coś dla niego miał, to jedynie psie, bezgraniczne oddanie czworonoga względem swojego pana. Darek nasypał mu od serca suchej karmy do metalowej michy.

Przy dobrych wiatrach zakupy wystarczą mu na tydzień, więc przez ten cały czas nie będzie musiał zaglądać do miasta, o ile nie wydarzy się nic niespodziewanego. Nie przewidywał. Tyle, co pojedzie do tartaku na robotę, ale to samo w sobie nie stanowiło problemu – lubił tę pracę. Fizyczna orka pomagała mu nie myśleć o problemach. Kiedy padał ze zmęczenia, odnajdywał spokój ducha. Na samą myśl o tym uśmiechał się. Jego życie w końcu wpadło, po latach burz, na spokojne tory. Czuł spokój, spełnienie i absolutny brak problemów.

Przez kuchenne okno widział, jak na zewnątrz rozgrywa się mały pogodowy dramat. Jeśli po czeskiej stronie od rana były podtopienia i uszkodzenia infrastruktury przez nawałnice, to Polska lada moment nie będzie gorsza od swojego sąsiada.

Tym bardziej zdziwił się, widząc białego SUV-a, który brnął szosą i zaraz skręcił w posesję obok. Ki diabeł? Stara Maciejczykowa zeszła z tego świata trzy lata temu, od tego czasu jej dom postanowił popaść w ruinę. Nie było nikogo, kto po śmierci staruszki zająłby się budynkiem i posesją. A tutaj nagle samochód?

Darek czuł pod skórą, że nie zwiastuje to nic dobrego. Stara jako sąsiadka była całkiem bezproblemowa – głucha, ledwo łaziła. Serdeczna z natury, więc nie wpieprzała nosa w to, co robił u siebie.

Nie lubił sąsiadów. Jakichkolwiek. Ani ludzi, również jakichkolwiek.

Spojrzał na zegarek. Do pracy miał jeszcze kilka solidnych godzin. Aktywność poza domem odpadała, a do samego radia być może w ogóle nie dojedzie, jeśli znów – jak przed rokiem – błoto zaleje drogę i odetnie część miasteczka od świata. Mieszkanie na końcu cywilizacji miało swoje nieodparte uroki, ale zdecydowanie częściej było to po prostu bagno.

Intrygował go dom naprzeciwko. I to nie w sposób pozytywny. Dariusz nie lubił zmian w swoim życiu. Już nie. Dobiegał czterdziestki i wybrał samodzielnie, mając na uwadze wszelkie za i przeciw, tryb życia pustelnika. Nowe sąsiedztwo to jak zagłuszenie jego ostoi, kij w mrowisku albo drzazga w palcu – upierdliwa obecność czegoś lub kogoś, kogo się nie spodziewał, a już na pewno nie chciał.

Jego wzrok sam uciekał w tamtą stronę.

O dziewiątej wyszedł do pracy, obrzucając sąsiadujące mury raczej nienawistnym spojrzeniem.