Ziemi tej nie opuściszTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Mapa

Część pierwsza. Droga do domu i w nieznane

Rozdział 1. Niechętna strażniczka

Rozdział 2. Niełatwy sojusz

Rozdział 3. Przeklęta rzeka

Rozdział 4. Nieprzyjemna niespodzianka

Rozdział 5. Pająki beeba

Rozdział 6. Wędrowiec Równin

Rozdział 7. Pierwsza Calnianka za Matką Wodą

Rozdział 8. Przejażdżka

Rozdział 9. Nad jeziorem

Rozdział 10. Trzeba powstrzymać Chippaminkę

Rozdział 11. Bizoni żołnierze

Rozdział 12. Mokre głowy

Rozdział 13. Wodospad

Rozdział 14. Narkotyki są niezdrowe

Rozdział 15. Przez Ojca Wodę

Rozdział 16. Rządy Chippaminki

Część druga. Pająki Badlandów

Rozdział 1. W głąb Badlandów

Rozdział 2. Skały jak ptaki

Rozdział 3. Marsz ku zwycięstwu

Rozdział 4. Urocze więzienie

Rozdział 5. Grzechokonda

Rozdział 6. Finnbogi Nieustraszony

Rozdział 7. Pieśń

Rozdział 8. Atak calnijskiej armii

Rozdział 9. Spotkanie, opowieść i śmierć

Rozdział 10. Próba ucieczki

Rozdział 11. Bitwa na arenie

Rozdział 12. Po drugiej stronie

Część trzecia. Ku Lśniącym Górom

Rozdział 1. Pogoń

Rozdział 2. Finnbogi Gołąb

Rozdział 3. Nadzy mężczyźni i owslańska śmierć

Rozdział 4. Królewskie jaszczury

Rozdział 5. Pod górkę

Rozdział 6. Chłód

Rozdział 7. Zielone Plemię

Rozdział 8. Huzia na Bobroczłeka!

Rozdział 9. Pocałunek i potwór

Rozdział 10. Orli Czub

Rozdział 11. Wiszące klify

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka



Dla Jasmine i Napy

Część pierwsza

Droga do domu i w nieznane


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Rozdział 1
Niechętna strażniczka

Luby Zefir była całkiem pewna, że jej strażniczka, Caliska Kojot, ją zabije.

Wędrowały przez gęste, tętniące życiem lasy i rozległe trawiaste równiny, gdzie powietrze drżało od bzyczenia owadów i gdzie pyszniły się w słońcu różowe, niebieskie i żółte kwiaty. Im piękniej było wokoło, tym bardziej pogarszał się humor Caliski. Otwierała usta tylko po to, by zelżyć Luby, nie pomagała rozbijać obozu ani gotować i notorycznie zapominała smarować jej ran maściami, które zostawił jej czarnoksiężnik Yoki Choppa. Gdy już Caliska zbierała się w sobie, by rzucić okiem na swoją pacjentkę, jej palce mocniej zaciskały się na trzonku toporka, a twarz krzywiła się, tak jak krzywi się twarz rodzica, gdy jego latorośl po raz trzeci tego dnia butami nanosi łajna do chaty.

Ale Luby współczuła Calisce. Sofi Tornado, dowódczyni owslanek, obiecała, że wybaczy jej zdradę, jeśli tylko dostarczy Luby całą i zdrową do Calnii. Gdyby Luby wróciła niecała lub niezdrowa, Caliska miała zostać zabita i zjedzona, co było równoznaczne z unicestwieniem jej duszy.

Sofi może i wybaczy Calisce, ale nigdy nie zapomni jej zdrady, więc jej pozycja wśród owslanek ulegnie znacznemu osłabieniu. Może byłoby lepiej, gdyby porzuciła Luby w dziczy i ruszyła na południe, by za sprawą swoich nadzwyczajnych zdolności bojowych wywalczyć sobie miejsce w gwardii przybocznej któregoś cesarza z dżungli. Jeśli zostawi Luby przy życiu, pozostałe wojowniczki znajdą Caliskę po śladach. A zatem sprawa jest jasna: Luby musi zginąć. Każdy bezwzględny zabójca podjąłby taką decyzję na miejscu Caliski, a ona była najbezwzględniejsza i najbardziej zabójcza z nich wszystkich.

Teraz, sześć dni po tym, jak zbuntowane owslanki przyłożyły jej w łeb podczas błyskawicznie stłumionego zamachu na Sofi Tornado, Luby prawie już wróciła do zdrowia. Ale nie przyznawała się do tego przed Caliską. Przeciwnie, udawała otępiałą, by strażniczka uznała ją za łatwiejszy cel. Luby niemalże odczuła zawód, gdy zorientowała się, że druga wojowniczka się na to nabrała. Jak zwykle wlokła się za Caliską, która ani myślała cackać się z poturbowaną jeszcze Luby. Minęła zakręt leśnego traktu i znalazła Caliskę czekającą na nią z toporkami w rękach.

– Widziałam niedźwiedzia. – Kojot wpatrywała się w leśną gęstwinę. – Chyba poszedł tam, a potem... – Zduszony krzyk wyrwał się z jej ust: – Uważaj! Za tobą!

Luby obróciła się, jakby rzeczywiście uwierzyła w ten stary numer, a potem przypadła do ziemi. Rychło w czas, bo nad jej głową przeleciał ze świstem toporek. Zeskoczyła ze ścieżki i stanęła na ugiętych nogach. Bez trudu uchyliła się przed drugim toporkiem, który śmignął dwa cale od jej twarzy, po czym przeturlała się na bok i dała nura w zarośla, bezgłośnie jak zefir, od którego wzięło się jej przezwisko.

Caliska umiała miotać swoimi toporkami z nadzwyczajną siłą i celnością, ale Luby była mistrzynią podstępu. W odpowiednim otoczeniu umiejętność ukrycia się i ataku z zaskoczenia górowała nad siłą i precyzją, a trudno o bardziej odpowiednie otoczenie niż środek lasu. Caliska zmarnowała swoją szansę. Drugiej nie będzie.

Kojot podniosła broń z ziemi, nie odrywając wzroku od miejsca, gdzie zniknęła w gęstwinie ranna wojowniczka.

– Myślisz, że Sofi cię kocha? Nie rozśmieszaj mnie! – krzyknęła. – Wykorzystywała cię tylko. Pewnie jest już z kimś innym. Pewnie z Palomą. Ona jest nie tylko piękniejsza od ciebie, ale też...

Nie musisz tak krzyczeć, jestem bliżej, niż ci się wydaje, pomyślała Luby, zeskakując z drzewa. Caliska obróciła się. Luby cięła ją po masywnym karku swoim obsydianowym mieczem o klindze w kształcie sierpa księżyca, drugim zaś, bliźniaczo podobnym, po odkrytym brzuchu. Następnie błyskawicznie schowała się w krzakach i bezszelestnie odeszła kilka kroków w las, podczas gdy umierająca Caliska, bezskutecznie usiłując podążyć za nią, niemrawo zamachnęła się bronią.

 

Kojot złamała rozkaz Sofi, karą za to była egzekucja i unicestwienie duszy. Luby powinna więc rozpalić ogień kryształem Innowaka, upiec Caliskę na wolnym ogniu i zjeść kęs jej ciała. Ale ponieważ była przyjaciółka zaszła z nią tak daleko, Luby rozpaliła ognisko normalnie, a zamiast posilić się jej ciałem, spaliła zwłoki i na pożegnanie uroniła łzę.


Uporawszy się z Caliską, Luby ruszyła na południe. Łuk zarzuciła na plecy, dwa obsydianowe miecze zawiesiła na biodrach. Na ramieniu niosła skórzaną torbę z bukłakiem z wodą i alchemicznymi suplementami oraz leczniczymi maściami, które Yoki Choppa powierzył zdrajczyni.

Przeszła tego dnia szmat drogi, a nazajutrz jeszcze więcej. Spodziewała się, że lada moment napotka pozostałe owslanki, które powinny już wracać do stolicy po wyrżnięciu w pień grzyboludów. Ale wojowniczek jak nie było, tak nie było. Luby zaczęła się zastanawiać, co też mogło im się przydarzyć. Czy starły się z silniejszym przeciwnikiem? Czy padły ofiarą jakiegoś podstępu?

Ale ponieważ czarne myśli psuły jej radość z podróży, odepchnęła je na bok i uznała po prostu, że najwidoczniej przyjaciółki zawędrowały nieco dalej, niż zamierzały. Ich zwierzyna łowna musiała uciec daleko na zachód. Sofi Tornado, Paloma Widłoróg, Sitsi Pustułka i pozostałe dziewczęta na pewno już dawno dogoniły swoje ofiary, unicestwiły je, a potem ruszyły do Calnii drogą odbijającą na zachód. Tam Luby na nie zaczeka.

Obudziwszy się następnego dnia rano, zjadła śniadanie i przeciągnęła się po kociemu. Czuła, że w pełni wróciła do formy sprzed urazu, że w jej ciele buzuje moc. Wiedziała, że gdyby chciała, mogłaby dobiec do Calnii jeszcze dzisiaj.

Ale nie chciała.

Dorastając w Calnii i będąc później pełnoprawną owslanką, Luby Zefir nigdy nie miała za wiele czasu dla siebie. Teraz więc szła powoli okrężną drogą, by cieszyć oczy widokiem małych pagórków, odkryć jakiś urokliwy wodospad lub strawić chwilę na to, na co tylko przyjdzie jej ochota. Wmawiała sobie, że mitręży, bo czeka na pozostałe kobiety, choć przecież wiedziała, że nie o to chodzi. Wędrując sama przez świat, była tak szczęśliwa jak jeszcze nigdy.

Maszerowała żwawym i pewnym krokiem, bujając w obłokach. Wdychała zapachy lasu, wsłuchiwała się w jego muzykę i nie myślała o niczym i o nikim. Gdy rano ruszała w drogę, myśli i zmartwienia zaprzątały jej umysł, ale gdy przeszła kilka kroków, zagłuszał je subtelny rytm natury. Po kilku milach była już tylko jedną z wielu istot przemierzających ten świat, drobną, lecz ważną częścią wielkiego, skomplikowanego systemu.

Polowała, zbierała owoce leśne, jadła, myła się i spała, przepełniona radosnym spokojem mijających bez pośpiechu dni. Czuła, że mogłaby zanurzyć się w nim, obrócić na bok i po prostu zasnąć.


Przekroczyła granicę calnijskiego imperium czternaście dni od opuszczenia stolicy i siedem dni od zabicia Caliski Kojot. Dopiero teraz dotarło do niej, w jakim hałasie podróżowała. Trajkotanie leśnych zwierząt, ćwierkanie ptaków i szmer poruszanych wiatrem liści i traw zlały się w jej uszach w jednostajny szum. Gdy wyłoniła się z dziczy i ruszyła ścieżką przez wieś, świat pogrążył się w upiornej ciszy.

Luby Zefir była już zdrowa, ale smutna, że tak szybko wróciła do domu.

W oddali skrzył się wierzchołek Góry Słońca. Rolnicy podnosili wzrok od roboty i witali Luby radosnymi okrzykami. Odpowiadała tym samym, nie przypominając sobie, by spotkała kiedyś któregoś z nich. Nie licząc Łabędziej Cesarzowej Ayanny, owslanki cieszyły się największą sławą w całym imperium. Obcy podchodzili do nich na ulicy i zagajali niczym starzy znajomi. Niektórym wojowniczkom ci spoufalający się głupcy działali na nerwy. Jutrzenka, Caliska Kojot i Sadsi Wilczyca nieraz częstowały natrętów kułakami, ale Luby oni nie przeszkadzali – gdyby tak było, skorzystałaby ze swoich zdolności, by uciec lub się schować. Wybijało ją to jednak z rytmu, bo miała kiepską pamięć i nigdy nie była pewna, czy zbliża się do niej przyjaciel z dzieciństwa, czy zupełnie obcy facet.

Jakby w odpowiedzi na jej myśli, z przeciwnej strony drogi nadszedł starzec w chłopskim odzieniu, zatrzymał się i otworzył ramiona w powitalnym geście.

– Luby Zefir! A niech to dunder świśnie! Co robisz tak daleko na północy? Jak się miewasz? Trzeba ci czego?

– Czołem! Nie, wszystko mam. A co u ciebie?

Po co te rozpostarte ramiona? Spodziewa się, że go przytulę, czy jak? Postanowiła sama rozłożyć ręce w geście umiarkowanie serdecznego powitania.

– Nie mogę narzekać – odparł, opuszczając ramiona, najwyraźniej usatysfakcjonowany.

Czy ja go znam?

– A chciałbyś? – odrzekła, starając się wyglądać tak, jakby sama nie miała ani jednego zmartwienia. Gdy tak na niego patrzyła, zaczynał wyglądać znajomo.

– Chciałbym czy nie, narzekać nie zamierzam.

– I dobrze. Jakie wieści z Calnii?

– A długo cię nie było?

– Dwa tygodnie.

– No proszę. W takim razie wieści się nazbierało. I to sporo!

– Na przykład?

– Cesarzowa powiła wczoraj niemowlę. Chłopca!

– Chłopca? Świetnie.

Świetnie? W jakim sensie świetnie? Luby zaczynała żałować, że wyszła z lasu.

– A jużci! W końcu jakieś dobre wieści. A nie w kółko wojna i wojna.

– Jaka wojna?

– Ano, rzeczywiście. Mówiłaś, że nie było cię dwa tygodnie, to skąd miałabyś wiedzieć.

– Wiedzieć o czym?

– Cesarzowa wypowiedziała wojnę Badlandczykom.

– Badlandczykom? Tej zgrai sadystów? Ale czemu?

– A mnie tam wiedzieć. Ale podobno już wszystko gotowe na wojnę. Mówią, że w stolicy zebrała się największa armia na świecie. Musiałem oddać ćwierć zbiorów żołnierzom. Obiecali zapłatę w złocie i kolcach jeżozwierza, ale dotąd żaden się nie pokazał i coś mi się widzi, że już się nie pokaże.

– Wiesz może, gdzie jest reszta owslanek?

– A nie z tobą? O ile wiem, jeszcze nie wróciły do stolicy. Różne plotki się słyszy. Niektórzy nawet twierdzą, że sprzymierzyły się z Badlandczykami.

– A Yoki Choppa?

– Mówią, że jest z owslankami.

– To ci dopiero. No nic, muszę już lecieć.

– Się rozumie! Miło się gadało, Luby Zefir!

Ruszyła w kierunku, gdzie w oddali majaczyły stołeczne mury, a po dwudziestu uderzeniach serca przypomniała sobie, kim był spotkany na drodze rolnik.

Rodzice Luby, nauczycielka i budowniczy palisad z Calnii, nie kryli się z własną opinią na temat powołania ich córki do gwardii przybocznej cesarza Zaltana. Podobnie jak pozostałe wojowniczki, Luby wybrana została w równej mierze ze względu na swoje umiejętności, jak i wygląd zewnętrzny.

– Wstyd nam za Calnię i wstyd nam za ciebie – orzekła jej matka, gdy Luby opuszczała rodzinną chatę z małym tobołkiem pod pachą, do którego upchała swój mikry dobytek.

Od tamtej chwili nie widziała ojca ani matki, nie kontaktowała się z nimi przez lata morderczego treningu. To był niezwykle ciężki okres w jej życiu i bogowie jej świadkiem, że przydałaby jej się wówczas rodzicielska porada lub słowo otuchy.

Później owslanki wygrały kilka bitew, pokonały potężnych wrogów i walnie przyczyniły się do ugruntowania pozycji Calnii na świecie. Wtedy ludzie głoszący opinie podobne jak rodzice Luby zaczęli zmieniać zdanie. Do czasu publicznych egzekucji na placu Słońca pogarda przerodziła się w uwielbienie. Ci, którzy dotychczas nie potrafili wymówić nazwy doborowego oddziału bez splunięcia, teraz uznali grupę dziesięciu usprawnionych alchemicznie wojowniczek za najlepszą rzecz od czasów wymyślenia tłuczonej kukurydzy. Ludzie pozdrawiali je na ulicach. Niektórzy próbowali ich dotknąć, ale kończyli wówczas z połamanymi palcami.

Po latach milczenia rodzice Luby w końcu dali o sobie znać. Wyprawili przyjęcie, by okazać córce rodzicielską miłość i zapewnić o dozgonnym wsparciu. Zjawili się wszyscy przyjaciele, a nawet dalsza rodzina. Luby przyszła z uśmiechem przyklejonym do twarzy. To był najgorszy dzień w jej życiu. I to wtedy właśnie spotkała rolnika. Miał na imię Eeyan i był kuzynem matki.

Przeklinając się za dziurawą pamięć, Luby pobiegła prosto na Górę Słońca i wspięła się na szczyt po schodach. Plac Innowaka, gdzie wraz z pozostałymi wojowniczkami masakrowały wrogów ku uciesze Calnian, pokryty był przewróconymi skórzanymi namiotami, stertami włóczni i kamiennych toporów oraz innymi rzeczami niezbędnymi do prowadzenia wojny.

Plebejusze kręcili się po okolicy, nadzorowani i popędzani przez przedstawicieli wyższych klas, powiększając i tak już spore sterty rynsztunku i przenosząc rzeczy z kąta w kąt.

Luby czuła się pewnie przy Sofi Tornado, bo w chwilach zamieszania zawsze mogła liczyć na to, że dowódczyni wyjaśni jej, co jest grane. Drugą taką osobą był Yoki Choppa, a trzecią – może szambelan Hatho. Ale skoro pierwsze dwie były daleko stąd, a trzecia zginęła w ataku Goachików, który stał się później przyczyną ich misji na północy, Luby mogła zwrócić się tylko do cesarzowej Ayanny, nawet jeśli ta wypoczywała jeszcze po urodzeniu syna.


Luby kiwnęła strażnikom na powitanie. Zrobili pół kroku w jej stronę, ale widocznie się rozmyślili i pozwolili jej przejść. Luby była owslanką, a oni nie byli głupi.

Gdy mijała saunę, usłyszała od strony basenu kobiecy głos:

– Luby Zefir!

Należał do młodej kobiety, właściwie dziewczyny, zanurzonej po szyję w nasyconej minerałami wodzie, z której unosiły się kłęby pachnącej pary. Jej włosy kleiły się do małej, kształtnej główki, jakby dopiero wynurzyła się z wody. Miała zadarty nosek i olśniewające spojrzenie.

Któż to może być? Tylko cesarzowa zażywała tu kąpieli. I skąd tyle pary? Intensywna ziołowa woń uderzała do głowy.

– Kim jesteś? – spytała Luby, nabrawszy pewności, że dziewczyna ma zamiar tylko uśmiechać się do niej, jakby przejrzała ją na wylot i uznała za zabawne to, co wyczytała w jej myślach.

– Chciałabyś zobaczyć się z cesarzową – domyśliła się nieznajoma. – Akurat śpi wraz z dzieckiem. Przebyłaś długą drogę i jesteś zmęczona. Zrzuć te brudne łachy i poczekaj tutaj ze mną. Opowiesz mi o swoich przygodach, a ja tymczasem wymasuję ci stopy.

Dziewczyna była pewna siebie i przekonująca. Miała zresztą rację, Luby padała z nóg. No i ta para tak pięknie pachniała.

– Ale kim ty jesteś? – ponowiła pytanie.

– Zwę się Chippaminka. Pełnię funkcję arcyczarnoksiężnicy.

– A gdzie Yoki Choppa?

– Na pewno nie tutaj. Odłączyłaś się od owslanek prawie dwa tygodnie temu. Skąd miałabyś wiedzieć, co się z nimi stało?

– To prawda, ale jakim cudem ty...?

– To żaden cud, tylko magia. Rozbierz się i chodź tu do mnie. Przysięgam, audiencja nastąpi, gdy tylko będzie to możliwe. Wejdziesz do komnaty pierwsza, nawet jeśli inni czekają o wiele dłużej od ciebie.

Luby Zefir w końcu dała się przekonać. Zdjęła ubranie i usiadła na zanurzonej w wodzie ławeczce naprzeciwko Chippaminki. Westchnęła, czując rozchodzącą się po ciele błogość. Ależ wspaniała woda!

– Nogi poproszę.

Uniosła stopę. Dziewczyna wzięła ją w dłonie i osadziła delikatnie na swoich kolanach. Wcisnęła kciuki w obolałą od drogi podeszwę i umiejętnie zaczęła ją ugniatać. Luby nie zdołała powstrzymać kolejnego westchnienia. Dotyk wprawnych palców dostarczył jej większej rozkoszy niż gorąca woda.

– Czy wiesz, gdzie znajdują się teraz pozostałe wojowniczki i dlaczego ruszamy na Badlandy?

– Owszem – odparła Chippaminka z uśmiechem, na którego widok serce podskoczyło owslance do gardła. – Ale o tym później, teraz się odpręż.


Rozdział 2
Niełatwy sojusz

Widziałam kiedyś tornado nad Słodkim Morzem Olafa – wydyszała grzyboludka, podbiegając do idącej na czele kolumny Sofi Tornado.

 

Grupka niebiesko-białych jaskółek frunęła na południe ponad rozfalowanym zielonym morzem. Po błękitnym niebie sunęły niespiesznie flotylle puszystych, białych chmur.

Choć nie dbała o nich i ich bzdurne imiona, Sofi wiedziała, że Wotanie zwali tę kobietę Bodilą Gęsiodziobą. Gdy tylko któryś z grzyboludów odzywał się do Sofi, utwierdzała się w przekonaniu, że trzeba wyrżnąć ich wszystkich, gdy tylko zakończą tę niedorzeczną misję.

– I jeszcze jedno kilka dni temu. – Dowódczyni owslanek nie okazała nawet krztyny zainteresowania, mimo to Gęsiodzioba paplała dalej. – Porwało Chnoba Białego w górę, hen wysoko, tak wysoko, że już nie spadł. To dlatego nazywasz się Sofi Tornado? Rzucasz ludźmi? To twoja specjalna zdolność?

Najsilniejsza wojowniczka w oddziale najsilniejszych wojowniczek na świecie zaszczyciła dziewczynę spojrzeniem. Bodila miała wielkie oczy i usta rozdziawione jak ryba, której ktoś przyłożył w łeb trzonkiem noża. A niech mnie, ona naprawdę myśli, że będziemy tu sobie gadać jak kumy przy studni.

Sofi westchnęła. Już szósty dzień szli na zachód wraz z grzyboludami. Prędzej nadstawi się niedźwiedziowi, niż nazwie ich plemieniem Wota, jak nalegał ich wódz Gruby Wulf. (Facet nazywa się „Gruby”. Co oni mają z tymi imionami, na litość Innowaka?)

– Tak, nazywam się Tornado, bo kręcę się w kółko i wyrzucam ludzi w powietrze. Burzę też chaty i obory, a także przyginam do ziemi zboże, po czym znikam w chmurach.

– O rety, poważnie?

Powinni ją nazwać Gęsiogłową, słowo daję. Dziewczę pod względem inteligencji znajdowało się na poziomie drobiu.

– A jakże – przytaknęła Sofi. – Zwykle atakuję tych, którzy zadają głupie pytania...

– Moja mama nazywała mnie Bodilą Szczebiotliwą. Myślę, że to dlatego inni nazywają mnie Gęsiodziobą, gęś to ptak, a ptaki przecież szczebioczą.

Sofi nie była przyzwyczajona do tego, by jej przerywano. Może od kilku dni nie jadła mięsa swojego zwierzęcia mocy, ale i bez alchemicznych zdolności mogłaby zabić tę zidiociałą babę i resztę grzyboludów, zanim pojęliby, co się w ogóle dzieje. Jej palce zacisnęły się samoistnie na rękojeści broni, którą odebrała jednemu z grzyboludów – na tym niesamowicie ukształtowanym kawałku metalu, który zwali mieczem.

– Kiedyś codziennie pływałam w morzu. Potrafiłam wypłynąć bardzo daleko, ale nie zbyt daleko, żeby nie...

Czarnoksiężnik Yoki Choppa przestał podawać owslankom mięso magicznych zwierząt i specjalnie zniszczył swoje zapasy, by je osłabić. Później wytłumaczył Sofi swoje motywy, ale fakt był faktem – gdyby nie pozbawił ich mocy, dogoniłyby i zabiły grzyboludów jeszcze na terytorium Calnii, kawał drogi od Matki Wody. Nie musiałyby wtedy przeprawiać się przez wielką rzekę, a Talisa by nie utonęła.

Choćby sam Innowak usprawiedliwił Yokiego przed Sofi, czarnoksiężnik działał za plecami dowódczyni, a jego czyny doprowadziły do śmierci jednej z owslanek.

Ale choć pałała złością, wierzyła, że powstrzymanie się od zemsty na grzyboludach i wędrówka wraz z nimi na zachód to w tej sytuacji właściwa decyzja. Nie dlatego, że „po prostu wiedziała” czy coś w tym guście, lecz dlatego, że tak powiedział Yoki Choppa. Był najinteligentniejszym i najrozsądniejszym człowiekiem, jakiego znała, wolnym od egoistycznych ambicji i bez wybujałego ego, mędrcem tak bliskim nieomylności, jak to tylko możliwe. Jeśli powiedział, że trzeba chronić tych odmieńców, zapewne miał ku temu powody. Nawet jeżeli do tego stopnia działali jej na nerwy, że czasami tylko sekundy dzieliły Sofi od dobycia broni.

Wśród grzyboludów był mały chłopiec o zniszczonym umyśle, imieniem Ottar Niemowa. Yoki Choppa ujrzał w swojej wizji, jak ten właśnie chłopiec unicestwia źródło mocy bijące daleko na zachodzie, w miejscu zwanym Łąkami. Grzyboludy nie znały natury owej mocy, ale wiedziały, że jej pragnieniem jest sprowadzić na cały świat zagładę. Twierdziły, że jeśli nie zaprowadzą tam Ottara, wszyscy – mężczyźni i kobiety, dzieci, a nawet zwierzęta – zginą. Sofi miała głęboko w dupie wszystkie zwierzęta i ludzi, dzieci nie wyłączając, ale wydawało jej się, że ratując ich, postąpi właściwie.

Lecz zanim to zrobi, zanim szczęśliwie przeprowadzi tę bandę idiotów przez wszystkie niebezpieczeństwa niechybnie czekające ich na drodze, będzie musiała zdobyć magiczne mięso, którego pozbawił jej kobiety przeklęty Yoki Choppa.

Czarnoksiężnik nabył trochę mięsa karibu u Rozszczepionych Rzek, więc wytrzymałość wojowniczek wróciła do normy, ale wciąż nie miały mięsa grzechotnika diamentogrzbietowego i osy tarantulojastrzębiej, które zwiększały ich szybkość, siłę i inne cechy.

Poza trzema rodzajami magicznego mięsa, które musiały jeść wszystkie owslanki, każda kobieta czerpała moc z jeszcze jednego zwierzęcia, obdarzającego ją indywidualnymi zdolnościami. Słuch Sofi wyostrzał się za sprawą mięsa rzadkiego gatunku sowy zwanej pójdźką ziemną.

Okazało się, że pójdźkę łatwo znaleźć, ale tylko na jej terytorium, które leżało kilkaset mil na zachód. Sofi już czuła, że gorzej słyszy. Jeśli będą dalej wlekli się w tym tempie, minie miesiąc, nim znajdzie pierwsze zwierzę mocy. Pozbawiona swoich zdolności, czuła się naga i rozbrojona. Były to dwa zupełnie nowe uczucia, dotąd ich nie znała. I nie podobały jej się ani trochę.

Płomykiem nadziei rozświetlającym czarne myśli Sofi było to, że udało im się znaleźć żuka gnojowego, który dawał nadludzką siłę Chogolisie, ustonogi, zwiększające siłę ciosu Jutrzenki, oraz widłoroga, odpowiedzialnego za niesamowitą szybkość Palomy, a więc moce przynajmniej tych trzech wojowniczek powoli wracały do normy. Sęk w tym, że bez grzechotnika i osy wszystkie dziewczyny będą o wiele słabsze i wolniejsze niż zwykle. I nie tylko Sofi odczuwała deficyt magicznego mięsa – brakowało im również sauromalusa, zwierzęcia mocy Sitsi Pustułki, które wyostrzało jej wzrok i wzmagało zdolność posługiwania się łukiem. Sauromalusa można było znaleźć tylko na Pustyni z Której Się Nie Wraca, leżącej po drugiej stronie Lśniących Gór. Co prawda tam właśnie zmierzali, ale wziąwszy pod uwagę ślimacze tempo grzyboludów, będą się tam wlekli do usranej śmierci.

O ile w ogóle dojdą.

Pomimo osłabienia owslanki wciąż były niepojęcie skutecznym oddziałem wojowniczek, z tym że ich liczebność spadła do pięciu. Jeśli w tym stanie zdybią ich Badlandczycy, nie będzie co zbierać...

Usłyszała za sobą przyspieszone kroki. Nieustanna paplanina Bodili prawie zagłuszyła dźwięk. Dziewczyna wypracowała chyba technikę cyrkulacyjnego oddechu, tak jak śpiewacy, którzy potrafili dzięki temu śpiewać bez przerwy.

Ręka Sofi odruchowo pomknęła do rękojeści miecza, ale okazało się, że to tylko Gunnhilda Pobożna, najstarsza i chyba najbardziej bezużyteczna ze wszystkich bezużytecznych grzyboludów.

– Bodilo, bądź łaskawa zamilknąć na chwilę – powiedziała kobieta. – Chciałabym porozmawiać z Sofi w cztery oczy.

Gęsiodzioba, czy jak jej tam, urwała w pół słowa, wcale nie żywiąc urazy.

– I spróbuj zapamiętać, moja droga – podjęła Gunnhilda. – Kto słucha, ten się uczy, kto gada, pozostaje głupcem.

Bodila kiwnęła głową i zwolniła kroku, rozglądając się już za kolejną ofiarą. Pobożna przyspieszyła, by zrównać się z Sofi, która żwawiej ruszyła naprzód.

– Widziałam, jak szyłaś zeszłej nocy – zagadnęła grzyboludka.

Sofi milczała. Rzeczywiście szyła. Frustrujące zajęcie. Nie była zbyt wprawną szwaczką, ale przecież wcale nie miała takich ambicji, więc na pewno nie będzie słuchać dobrych rad tej starej ciotki.

– Robiłaś małe worki. Zgaduję, że dla twoich kobiet, żeby miały gdzie gromadzić mięso zwierząt mocy, na wypadek gdyby Yoki Choppa znów zgubił zapasy.

Sofi pokręciła głową. Skąd ta Gunnhilda wiedziała o zwierzętach? Powinna zakazać swoim wojowniczkom rozmawiać z Wotanami. Paloma, Chogolisa i Sitsi zanadto się z nimi spoufalały. Tylko Jutrzenka zachowywała właściwy dystans. Sofi powinna była jasno określić zasady: nie rozmawiać z nimi, nie odpowiadać, gdy się odezwą.

Ale ponieważ Gunnhilda najwyraźniej nie miała zamiaru odpuścić, Sofi odrzekła:

– Uszyłam dwa worki.

– I obydwa wrzuciłaś do ognia dziś rano, bo do niczego się nie nadawały, prawda?

Sofi potwierdziła skinieniem.

– Ile potrzebujesz? Pięć? Po jednym dla każdej owslanki?

– Tak.

– Zrobię je dla was. Skóra z królika nada się lepiej niż z jelenia. Bo chcesz, żeby były lekkie i wodoodporne, prawda?

– Tak... przydałoby się.

– Zostawię cię teraz samą – powiedziała Gunnhilda. – Ale pamiętaj, proszę, że często uznajemy za wrogów tych, którzy nie zdążyli podzielić się z nami swoją opowieścią.

– Nie, Gunnhildo. Moi wrogowie to ci, których wskaże moja cesarzowa.

– Władca wydaje rozkazy. Owce są posłuszne. A lwy dociekliwe.

Sofi zachowała milczenie. Nie chciała, by grzyboludka odebrała odpowiedź jako zaproszenie do dalszej dyskusji.

– Jeśli Bodila będzie ci się jeszcze naprzykrzać, przyjdę po nią. – Z tymi słowy Gunnhilda odeszła.

Dowódczyni owslanek szła dalej skrzywiona, jakby opiła się stęchłej wody.


Trawa, trawa, nic, tylko trawa.

Finnbogi Zbuk wlókł się naprzód, łypiąc tęsknie na Wrogobójcę, swój miecz, który obijał się o zapierające dech w piersi udo Sofi Tornado.

Odkąd sięgał pamięcią, czuł pociąg do silnych kobiet. Gdy był mały, chciał je uszczęśliwiać i imponować im. Przez kilka ostatnich lat kobiety z plemienia Wota Thyri Drzewonoga i Sassa Gryziwarga budziły jego zmieszanie, podniecenie i frustrację, bo wyglądało na to, że zamiast realizować swoje pragnienia, może tylko gapić się na nie jak cielę na malowane wrota. I czasem o nich śnić.

A zatem dołączenie do grupy pięciu magicznych superwojowniczek, najpotężniejszych i najpiękniejszych dziewcząt w całym calnijskim imperium, powinno być ukoronowaniem wszystkich jego fantazji. Niestety, to tak nie działało. Minęło już sześć dni, a owslanki wciąż traktowały go jak powietrze, on zaś był zanadto oszołomiony podziwem i podnieceniem, by wykonać pierwszy ruch.

Ich dowódczyni zabrała mu Wrogobójcę już pierwszej nocy, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, a co dopiero grzeczną prośbą. Właściwie miecz tak naprawdę nie należał do niego – został skradziony z grobu Olafa Odkrywcy przez jarla Brodira Przecudnego – a Finnbogi, choć przykładał się do lekcji walki, których udzielała mu Thyri, z pewnością nie władał nim tak wprawnie jak wypełniona magiczną mocą półboska wojowniczka, więc może lepiej, by to ona miała go przy sobie. No ale mogła przynajmniej poprosić... Tymczasem zrobiła z Finna głupka na oczach Thyri i reszty, po prostu odbierając mu miecz jak szczeniakowi i w zamian rzucając pod nogi swój gówniany kamienny toporek.

Finnbogi pozwolił jej na to, bo był tchórzem, za to Gruby Wulf stanął w jego obronie, ponieważ był bohaterem. Wódz zażądał, by owslanka zwróciła miecz prawowitemu właścicielowi. Przez chwilę wyglądało na to, że zrobi się nieprzyjemnie, ale wtedy czarnoksiężnik Yoki Choppa poprosił Wulfa na stronę. Wódz wrócił chwilę później z ponurym wyrazem twarzy.

– Sofi Tornado, zachowaj miecz. Wybacz, Finn, ale tak będzie lepiej.

Sofi obrzuciła ich obu spojrzeniem, które mówiło jaśniej niż słowa, że nie potrzebuje niczyjego pozwolenia, by wziąć to, na co ma ochotę. I tyle, nie wracali już do tematu.

A teraz Finnbogi nie mógł oderwać wzroku od Sofi. Tak jak wszystkie owslanki, nosiła coś, co przypominało wysokie do kolan skórzane skarpety, krótkie spodnie i kamizelkę odsłaniającą brzuch i ramiona. Wmawiając sobie, że nie obłapia jej wzrokiem, po raz nie wiedzieć który prześlizgiwał się spojrzeniem z łydek na uda i wyżej. Ale nie w „taki” sposób, bo przecież świata nie widział poza Thyri Drzewonogą. Po prostu kontemplował figury owslanek w ten sam beznamiętny, lecz pełen uznania sposób, w jaki patrzyłby na zdrowego, silnego lwa lub zachód słońca odbijający się w tafli jeziora. I tyle. Kochał Thyri całym sercem. Owslanki były godne podziwu jedynie przez wzgląd na swoją fizyczną doskonałość. Przecież to nic złego być wrażliwym na kobiece piękno, powtarzał sobie w kółko.