Bieżeństwo 1915Tekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

W serii ukażą się m.in.:

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Aneta Prymaka-Oniszk

Bieżeństwo 1915

Zapomniani uchodźcy


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Centralnyj gosudarstwiennyj archiw kinofotofonodokumientow Sankt-Pietierburga, P-199 sn. 32; fot. S. Łazowiert

Copyright © by Aneta Prymaka-Oniszk, 2016

Copyright © for the map by d2d.pl

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna prof. dr hab. Eugeniusz Mironowicz

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Iwona Łaskawiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-385-8

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wojna

Wyjeżdżajcie!

Utrata i samotność

My, bieżeńcy

W pociągu

Matuszka Rossija

Rewolucja

Powrót

Hoły kamień

W nowej ojczyźnie

Nowe życie

To, co zostało

Podziękowania

Bibliografia

Źródła fotografii

Przypisy

Kolofon

Anastazji, Lidce, Piotrowi


[^]

Pamiętam niewiele. Prawie nic. Bo ile z podsłuchanych opowieści dorosłych może zapamiętać dziecko?

Wyjazd. Choć może to ucieczka? Wozy, całe morze wozów. Jadą w kilka rzędów, tarasują wszystkie drogi. Ciągną do Rosji. Do Rasiei – tak zawsze mówili. Potem jest step. Na horyzoncie majaczą ośnieżone szczyty. To Kaukaz. Akcent pada na ostatnią sylabę, brzmi więc trochę jak: „Kaukaaaz”.

Jest gorąco. Rosną arbuzy i winogrona. Może także pomarańcze albo banany? Gdy słucham tych opowieści na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku owoców południowych nie ma w sklepach, znam je tylko z książek. Na tym gorącym „Kaukaaazie” mieszkają piękni i dobrzy ludzie. Lubią śpiewać pieśni o Kozaku, co po Donu gulajet. Na brzegach rzek, pewnie także Donu, zalega zboże, całe sterty gnijącej pszenicy. Czasem rzeką płyną ludzkie ciała. Wtedy woda czerwienieje. Ciała wynosi się też z pociągu i układa na śniegu. Jest również hoły kamień. Zupa z lebiody i pokrzyw. I znów ciała. Ale to już po powrocie.

Bieżeństwo. Tak babcia i wszyscy wokół nazywają ten czas. Musi być ważny, skoro ich historia świata dzieli się na przed bieżeństwem i po bieżeństwie.

*

Pod koniec lat osiemdziesiątych podstawówka, do której chodzę, jedzie na wycieczkę do muzeum regionalnego w Sokółce. Na wystawie widzimy zdjęcia maszerujących oddziałów, sztandary i szable, trochę strojów ludowych. Przewodnik mówi o rezydencji królowej Bony, z którą są związane początki Sokółki, o Tatarach osadzonych w okolicznych wsiach przez Jana III Sobieskiego, o powstaniu styczniowym, Legionach Polskich i odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. O bieżeństwie i historiach, które połowa uczniów zna z domu, nie wspomina.

Ale nikt nie dopytuje o nie. Ani nauczyciele, ani starsi uczniowie. O takich rzeczach się nie mówi, wtedy to dla mnie oczywiste.

*

Pomarszczona twarz. Czarne, gładko zaczesane włosy. Z tyłu są pewnie spięte półokrągłym metalowym grzebieniem. Usta się uśmiechają, ale w oczach smutek. Ile może mieć lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt?

Szukam innego zdjęcia. Babcia Nadzia – zdrobnienie od imienia Nadzieja – ma na nim być młodą dziewczyną. Nosić dwa warkocze i bluzkę w drobną kratkę. Ponoć zostało zrobione jeszcze w Rosji. Ponoć kiedyś wisiało u nas w domu.

W moich wspomnieniach babcia jest już po osiemdziesiątce. Przychodzą do niej sąsiadki, rozmawiają. Chyba wtedy słyszę o stepie, ośnieżonych szczytach, arbuzach i trupach wynoszonych z pociągu. Babcia umiera, gdy mam siedem lat.

Kiedy dorastam, te opowieści wracają. Pytam rodziców, ale niewiele pamiętają. Zaglądam do babcinego kufra, ale nie znajduję tam ani dokumentów, ani żadnych zapisków. Później uświadomię sobie, że chłopi na początku XX wieku raczej nie pisali pamiętników, listów prawie też nie, a dokumenty, które przestawały być potrzebne, zwykle wrzucali do pieca.

 

Nie znajduję zrobionego na Kaukazie zdjęcia młodej dziewczyny. Jest tylko to małe, dowodowe zdjęcie czterdziesto-, pięćdziesięcioletniej kobiety. Przyglądam się mu zachłannie. Może zobaczę na nim choć cień przeżyć z czasów bieżeństwa?

*

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych studiuję na Uniwersytecie Warszawskim. Siedzę w bibliotece, czytam jakiś podręcznik do historii. Wtedy po raz pierwszy widzę słowo „bieżeństwo” w druku. Dziś już nie pamiętam tytułu książki, ale choć minęło ponad dwadzieścia lat, wciąż mam przed oczami tę stronę. Tekst w dwóch kolumnach, gęstym drukiem, na pożółkłym papierze. I to zdanie na końcu akapitu gdzieś pośrodku drugiej kolumny. Że część ludności z ziem polskich w czasie I wojny światowej pojechała w bieżeństwo w głąb Rosji.

Czuję się, jakbym odnalazła kawałek mojego świata, tego pominiętego przez muzeum w Sokółce i przez szkoły – zarówno wiejską podstawówkę, jak i białostockie liceum. Teraz czytam o nim w książce naukowej!

Zostawiam pracę semestralną, zaczynam szukać więcej informacji o bieżeństwie. Ale to hasło nie istnieje w katalogach. A ja, oprócz fragmentarycznej rodzinnej opowieści, nie wiem nic.

*

W starej babcinej szafie odnajduję rozsypujący się modlitewnik i Ewangelię. Są w języku staro­-cerkiewno­-słowiańskim. A więc babcia umiała czytać.

Przypominam sobie taką scenę. Jest Wielki Czwartek, wieczór, rodzice pojechali furmanką do cerkwi. Babcia zapala gromnicę. Bierze grubą księgę i czyta półgłosem; dziś wiem, że to Ewangelia, tego wieczoru czyta się dwanaście fragmentów o męce i śmierci Chrystusa. My, dzieci, siedzimy obok niej, na łóżku. Zapada zmrok, w świetle gromnicy ostre babcine rysy wydają się jeszcze ostrzejsze. Ona wciąż czyta. My, dzieci, siedzimy cierpliwie. Wiemy, że nabożeństwo Wielkiego Czwartku jest długie i kończy się w nocy. Dlatego rodzice nie wzięli nas ze sobą.

Babcia czytała w języku cerkiewnych nabożeństw. Może też po rosyjsku, bo ten język obowiązywał w świecie jej młodości. Po polsku raczej nie. Do końca życia zresztą słabo mówiła po polsku. Ani ona, ani jej sąsiedzi prawie nie używali tego języka.

*

Już samo słowo brzmi dziwnie. Obco. Nie akcentuje się go typowo po polsku, na przedostatnią sylabę. Tu akcent pada na pierwszą, na „bie-”. Brzmi więc trochę jak „bieeeżeństwo”.

Dla tych, którzy – jak ja – w dzieciństwie słuchali babcinych opowieści, ta wymowa jest oczywista. Pozostali akcentują po polsku. Po wymowie tego słowa można się więc domyślać rodzinnej historii, może nawet religii mówiącego.

W języku rosyjskim, z którego słowo „bieżeństwo” zostało zaczerpnięte, oznacza ono uchodźstwo. Ale dla wielu osób pochodzących z wschodniej Polski bieżeństwo to rodzaj nazwy własnej. To najważniejsza i najbardziej wstrząsająca historia z całego XX wieku. Nawet bardziej destrukcyjna i tragiczna niż II wojna światowa.

*

Nie przestaję szukać. W 2012 roku, wiele lat po odkryciu słowa „bieżeństwo” w uniwersyteckiej bibliotece, znajdę publikacje dotyczące tego wydarzenia. Choć zdarza się, że w niektórych z nich ten termin nawet nie pada.

Czytam o zapomnianej I wojnie światowej. O tym, jak w 1915 roku Niemcy i Austriacy przełamują front w Karpatach. Armia rosyjska nie jest w stanie ich zatrzymać; zarządza ewakuację opuszczanych ziem. Zaczyna się wielki odwrót. W głąb Imperium pociągami jadą urzędnicy i tony dokumentów, uczelnie, biblioteki i dzieła sztuki, a także fabryki z całym wyposażeniem i najważniejszym personelem. Gdy front jest już blisko, chłopi – dobrowolnie lub pod przymusem – pośpiesznie pakują dobytek i w rzędach furmanek suną na wschód. Jeszcze widzą, jak płoną ich domy. Dotychczasowy świat obraca się w ruinę. Prości ludzie tracą wszystko. To, co mają, i to, kim są. Na wiele lat staną się bieżeńcami.

Dane statystyczne, które znajdę w książkach, mnie porażą. Trzy i pół miliona bieżeńców; niektóre opracowania mówią nawet o pięciu milionach! Jeśli liczyć tylko ludzi opuszczających granice współczesnej Polski – wyjechało nawet dwa miliony osób!

Czytam opisy, jak ogromne połacie ziemi zamieniły się w pustynię. Najmocniej bieżeństwo dotyka guberni grodzieńskiej. To w jej skład w 1915 roku wchodzi współczesna Białostocczyzna. Z dwumilionowej populacji guberni w Rosji znajdzie się ponad osiemset tysięcy osób; wiele umrze po drodze. Z niektórych powiatów znika nawet osiemdziesiąt–dziewięćdziesiąt procent mieszkańców.

Pustoszeją wsie wschodniej Chełmszczyzny – z tego regionu wyjeżdża blisko trzysta tysięcy osób.

Bieżeństwo nie oszczędza także ziem ówczesnego Królestwa Polskiego. Z guberni łomżyńskiej jedzie blisko osiemdziesiąt tysięcy; z warszawskiej – siedemdziesiąt tysięcy, z suwalskiej ponad pięćdziesiąt tysięcy.

To dla mnie niespodzianka. Byłam przekonana, że to tylko historia prawosławnych spod Białegostoku. Ale sądząc po statystykach, które znajduję w książkach naukowych, bieżeństwo dotknęło także katolickich Polaków i Litwinów, Tatarów, Żydów, nawet Niemców. Dlaczego więc oni wszyscy – oprócz nas – o niej zapomnieli? Dlaczego wielu potomków tych, którzy wyruszyli na wschód w 1915 roku, nie rozumie dziś słowa „bieżeństwo”?

*

Gdy profesor Włodzimierz Pawluczuk, antropolog i badacz kultury ludowej, udaje się do rodzinnych Rybołów koło Zabłudowa, trzydzieści kilometrów od Białegostoku, wieczorem przychodzą gospodarze. Pawluczuk opowiada, że był na konferencji we Francji. „Jacy ludzie tam mieszkają? Polscy czy ruscy?” – pytają. „Polscy”. Profesor wrócił z wczasów w Bułgarii. „Te Bułgary to oni ruscy czy polscy?” – pytają. „Ruscy” – odpowiada profesor. Był we Włoszech. „A tam jacy?” „Polscy”.

To historia z lat sześćdziesiątych. Ale ten podział świata znam ze swojego dzieciństwa. Na Podlasiu nie znika on zresztą do dziś. Ruscy to prawosławni, polscy to katolicy. Ruscy przy tym odnosi się nie do Rosji, jak wiele osób dziś sądzi, ale do Rusi; państw Słowian wschodnich, gdzie żyli ludzie „ruskiej wiary”: prawosławni greckiego obrządku, przyniesionego tu jeszcze przez Cyryla i Metodego.

W szkole, do której chodzę w latach osiemdziesiątych, na pierwszy rzut oka nie sposób nas – polskich i ruskich – rozróżnić. Podobnie się ubieramy i bawimy, oglądamy te same filmy, czytamy te same książki. Nawet język nikogo nie zdradza. W szkole wszyscy rozmawiamy po polsku.

Ale w domach już niekoniecznie. Polscy na co dzień mówią po polsku, ruscy – po prostu. Choć nie zawsze jest to takie oczywiste. W ruskich domach coraz częściej dorośli zwracają się do dzieci po polsku. A jednocześnie – wystarczy pojechać w poniedziałek na rynek do Sokółki, by zobaczyć, że katolik spod Suchowoli, prawosławny spod Krynek, nawet potomkowie polskiej szlachty z okolicznych zaścianków – wszyscy targują się po prostu. Tak określa się gwarę języka białoruskiego w okolicach Sokółki, Suchowoli, Gródka. Na południe od Białegostoku, pod Bielskiem i Hajnówką, gdzie ten wyznaniowy podział funkcjonuje tak samo, mówią po swojomu – w gwarach języka ukraińskiego i białoruskiego.

Polskich i ruskich różni spojrzenie na historię, ale o tym się głośno nie rozmawia. Bywają tam bolesne momenty, jak to na pograniczu kultur, nikt ich jednak nie wyjaśnia. Milczymy. Każdy pielęgnuje własną opowieść, nie zna wersji drugiej strony. Bieżeństwo w tym podziale ma być historią ruskich.

*

W Warszawie, gdzie studiuję, a potem znajduję pracę, spotykam wielu ruskich z Białostocczyzny. Kiedy dzielimy się rodzinnymi historiami, zwykle brzmią one znajomo.

Grzegorz Zinkiewicz wychował się na opowieściach babci Wiery, urodzonej gdzieś w Rosji. Gdy wracali z bieżeństwa, zmarła jej mama. Na którejś ze stacji bogate małżeństwo spod Moskwy chciało kupić trzyletnią sierotkę. Może adoptować, ale babcia używała słowa „kupić”. Obiecywali, że poślą ją do szkół, że wyrośnie na wielką panią. Ojciec się nie zgodził. Przywiózł ją wraz z trzema starszymi synami do Stryków. Tu – opowiadała babcia Wiera – nie spotkało jej nic dobrego. Głód, nędza i praca ponad siły. Na dziecko spadły wszystkie kobiece prace: gotowanie, pranie, sprzątanie, dojenie krów, karmienie świń i drobiu, uprawa ogrodu i kartofli. Pewnie tam, w Moskwie, nie musiałaby się tak męczyć. Do końca miała żal – do ojca, albo po prostu do życia – o utraconą szansę.

Grześ, gdy podrósł, zaczął dopytywać: „A dlaczego pojechaliście u hetu Rasieju?”. Nikt mu nie potrafił odpowiedzieć. Ani babcia, ani ci, którzy pamiętali jeszcze 1915 rok. Mówili coś o strachu, o wojnie, o carskiej trosce, o Kozakach na koniach. Czasem wzruszali ramionami i milkli. „Bo wsie jechali” – odpowiadała babcia. „Bo wszyscy jechali”. I Grzegorz do dziś nie rozumie dlaczego.

Po opowieści takiej jak Grzegorza, ktoś inny zwykle zaczyna swoją historię: „Moi byli w Saratowie, Samarze, Władywostoku, Rostowie…”. Też nie zna szczegółów. Też nie potrafi odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Wszystkim nam trudno zrozumieć to całe bieżeństwo.

*

Historycy, z którymi się spotykam, okazują się sceptyczni. Nie ma opracowań, materiały dotyczące bieżeństwa są rozproszone w archiwach całej Rosji, nikt ich nie przebadał. W dodatku mnie interesują chłopi. A oni – podkreślają moi rozmówcy – w zasadzie nie zostawili listów, dzienników i innych zapisków. Gdy w 2012 roku zaczynam zbierać materiały o bieżeństwie, nie ma wśród nich spisywanych na gorąco chłopskich relacji. Będę je znajdywać później, często przypadkiem.

Nie zrażam się jednak. Chcę spojrzeć na bieżeństwo z perspektywy tych, którzy dla historyków zwykle są nieważni. Zanurzeni w kulturze tradycyjnej chłopi, nieruszający się poza obręb swojego powiatu, nagle jadą nie wiadomo dokąd, tysiące kilometrów. Ich świat zupełnie się rozpada. Jego filary – tradycja, władza, Cerkiew – chwieją się i po kolei padają. Zostają zupełnie sami, odarci ze wszystkiego. Jak sobie radzą? Kim się stają w tej podróży? Jaki świat odbudują po powrocie? Co przekażą kolejnym pokoleniom?

No i co współczesna pamięć o bieżeństwie mówi o nas, ludziach żyjących sto lat później?

Wojna
Nareszcie można odpocząć!

Dla Pawlika wybuch wojny przynosi odpoczynek. Nie spodziewał się go w środku lata. Na wsi to przecież czas ciężkiej pracy. W pamiętniku, który zacznie prowadzić w 1917 roku, wspominając 1914, zapisze: „Przez cały tydzień nikt nic nie robił. Po co robić? Tak czy inaczej przyjdzie Niemiec albo nawet swoje wojsko i wszystko zniszczy”[1].

*

Szukam relacji, w których bieżeńcy opowiadaliby o codzienności. O tym, jak się dowiedzieli o wybuchu wojny. Co wtedy robili? Co tego dnia jedli na obiad? Czy się bali? Bez tego trudno poczuć ówczesny świat, zrozumieć ludzi.

W mojej rodzinie historia zaczyna się wraz z bieżeństwem. Wcześniej opowieści nie sięgają. Podobnie u osób, z którymi rozmawiam. Nawet tych najstarszych, urodzonych w latach dwudziestych – kilka, kilkanaście lat po wybuchu I wojny. Niektórzy deklarują, że pamiętają opowieści rodziców. Że wojna wybuchła, że Niemiec nadchodził, Rosjanie odstępowali. Niemiec miał obcinać kobietom piersi, ludzie się bali… Słucham, nagrywam. „W końcu ci Niemcy przychodzą… zaczynają wywozić Żydów z Sokółki, Krynek czy Orli”. Przecież to musiało być w 1941 roku, nie w 1915! „Faktycznie, wszystko się miesza na stare lata” – przyznaje mój rozmówca. I znów się nie dowiem, jaka była pogoda w lipcu 1914 roku ani jak wieść o sarajewskim zamachu dotarła do moich Knyszewicz.

Gdy już tracę nadzieję, trafiam na Pamiętniki chłopów. W okresie międzywojennym Instytut Gospodarstwa Społecznego, badający problemy społeczne ówczesnej Polski, ogłasza konkursy na pamiętniki różnych grup społecznych, między innymi chłopów. Najciekawsze wydaje w dwóch tomach. Pierwszy ukazuje się w 1935 roku, drugi – rok później; w sumie zawierają sześćdziesiąt jeden prac.

Wyczytuję z tych pamiętników wiele. Na przykład, że pod Warszawą w dniu wybuchu wojny pada deszcz i moczy pszenicę stojącą w snopkach. Kiedy gospodarze wiozą na wozach to, co uratowali przed ulewą, widzą tłum przed urzędem gminy. Kobiety płaczą. Właśnie ogłoszono mobilizację.

W innym pamiętniku, gospodarza spod Łomży, czytam, że 1914 był wspaniałym rokiem. Wojska rosyjskiego w okolicy było mnóstwo, można było im za dobrą cenę sprzedawać plony, dzięki czemu autor kupił dwa konie.

Ale największym skarbem okazuje się pamiętnik, którego autor jest podpisany jako „gospodarz na 10 hektarach, najpierw rolnik, potem ogrodnik w pow. bielskim”. Wszystkie prace są anonimowe, więc jego danych tu nie znajdę. W pamiętniku wyczytuję imię – Pawlik, zdrobnienie od Pawła – oraz miejsce zamieszkania – Wólka Wygonowska pod Kleszczelami. To ruska wieś[2], ale Pawlik przez długi czas jakby ukrywa swoją tożsamość, pilnuje, by nie wyrwało mu się nic, co mogłoby o niej świadczyć.

 

*

Zanim wojna przyniesie Pawlikowi odpoczynek, latem 1914 roku pracuje on ponad siły. Starsi bracia wyjechali: jeden dostał pracę na kolei w Warszawie, drugi wiosną poszedł do wojska, a trzeci wyemigrował do Ameryki. Oprócz niego zostali najmłodszy Wasyl i siostra. Pawlik ma czternaście lat; jako pierwszy z rodziny się uczy: został wysłany do Białegostoku do gimnazjum. Ale gdy przyjeżdża na wakacje, nikt go nie oszczędza. Roboty jest przecież mnóstwo. W dzień pracuje więc w polu, a w nocy pasie konie, by od rana mogły ciągnąć wóz z sianem lub czymś innym. Często zasypia przy tym ze zmęczenia i zwierzęta idą w szkodę. Ojciec się wtedy wścieka i wyzywa syna od leni.

Tego wieczoru chłopak wraca z pola. Mężczyźni stoją na ulicy i dyskutują, choć to roboczy czas. Był Żyd z Bielska i mówił, że wybuchła wojna, słyszy Pawlik. Gospodarze z Wólki jednak ustalają, że to nie może być prawda. „Gdyby wybuchła, z gminy przywieźliby pakiet z czerwoną pieczęcią, znaczy mobilizacyjny. Wojny nikt nie prowadzi bez rekruta” – twierdzi stary Kozłowski. W carskiej armii spędził kilkanaście lat; wie, co mówi. Już chcą się rozchodzić, gdy na koniu nadjeżdża stójkowy z gminy. Trzyma pakiet z czerwoną pieczęcią. A więc mobilizacja! A więc wojna! „Pewno znowu Napoleona wypuścili na Rosję” – wyrokuje inny weteran carskiej armii, pan Ziukiewicz.

Tej nocy nikt nie pasie koni. Kobiety pieką chleb i przygotowują synów do wymarszu, mężczyźni radzą, młodzież żegna zmobilizowanych kolegów. Jest płacz, są też śpiewy i tańce. Rano wszyscy ruszają odprowadzić odchodzących. Ilu ich może być? W Dawidowiczach, innej wsi w ówczesnym powiecie bielskim (dziś: białostockim), zmobilizowano wtedy sześć osób. „Płacz, narzekania, pożegnania – robiło się straszno, pomimo woli płakałem i ja, ale nie tylko ja, płakała i mdlała cała wieś, nawet psy jakby odczuwały nadchodzące nieszczęścia, skowyczały i wyły w najrozmaitsze głosy” – relacjonuje Pawlik.

Potem zapada cisza. Choć wcześniej ludzie uwijali się w polu, jak to latem, teraz nikt nic nie robi. Tylko grupki mężczyzn stoją na ulicy i dyskutują o losach świata. Może Niemiec jest już pod Bielskiem? Albo co najmniej zajął Warszawę? Ale czy nasi by mu pozwolili? Carska armia to przecież nie przelewki! Ale po tygodniu, gdy żadnych wojsk nie widać, wychodzą na pole. Owies dojrzał; jeszcze trochę i zacznie się sypać na ziemię. Pogoda dobra, trzeba żąć.

Niby wszystko wraca do normy. Pawlik w dzień pracuje w polu, nocą pasie konie, znów zasypia zmęczony, wpuszcza je w szkodę. Ale ojciec krzyczy jakby mniej. Matka, gdy stawia na stole miskę z kartoflami, w milczeniu przypatruje się synom. Po zaczerwienionych oczach można poznać, że płakała. W taki letarg zapada zwłaszcza wtedy, gdy długo nie ma listu od Eliasza. Z wojska zabrali go na front. Raz napisał, że stracił swojego ulubionego konia. Zaraz potem – że na jego rękach skonał przyjaciel, chłopak z sąsiedniej wsi.