Odroczone nadziejeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odroczone nadzieje
Odroczone nadzieje
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,85  39,08 
Odroczone nadzieje
Odroczone nadzieje
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I tak aż do ma­tu­ry, kie­dy to Al­do­na ob­wie­ści­ła w domu, że chce wy­je­chać na stu­dia do Kra­ko­wa.

– Kra­ków? Dla­cze­go Kra­ków? – spy­tał zdzi­wio­ny oj­ciec, kie­dy po raz pierw­szy wspo­mnia­ła o wy­jeź­dzie.

– Bo tam jest naj­lep­szy wy­dział, na któ­rym mogę stu­dio­wać – krót­ko wy­ja­śni­ła dziew­czy­na.

– Ale aż w Kra­ko­wie? – do­py­ty­wał.

– Po co ci te stu­dia? – za­sta­na­wia­ła się mat­ka. – Prze­cież po ma­tu­rze i tak cię przyj­mą do biu­ra.

– Ale ja chcę cze­goś wię­cej. Pra­ca może być przy­jem­no­ścią…

– Nie bądź śmiesz­na! – zde­ner­wo­wa­ła się mat­ka. – Pra­ca ma da­wać pie­nią­dze!

– Ty cały czas pra­cu­jesz, a i tak na nic was nie stać – żach­nę­ła się, nie dba­jąc o to, że może spra­wić mat­ce przy­krość.

– Nie tym to­nem, moja pan­no! – ofuk­nę­ła ją mat­ka, któ­ra wy­raź­nie tra­ci­ła cier­pli­wość. – Ja pra­cu­ję, że­by­ście mie­li co jeść.

– A skąd weź­miesz pie­nią­dze na utrzy­ma­nie? – za­in­te­re­so­wał się oj­ciec.

– Wiesz, że nie mamy pie­nię­dzy, żeby wy­da­wać je na „przy­jem­no­ści” – po­in­for­mo­wa­ła ją mat­ka, dość oschłym to­nem.

Pa­trzy­ła z nie­do­wie­rza­niem na swo­ich ro­dzi­ców. Za­wsze im po­ma­ga­ła. Nie spra­wia­ła kło­po­tów, a je­śli na­wet, to sama po­tra­fi­ła się z nich wy­plą­tać. Sza­no­wa­ła ich de­cy­zje, na­wet je­śli się z nimi nie zga­dza­ła lub naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ich nie ro­zu­mia­ła. Nikt nie kło­po­tał się o to, by jej co­kol­wiek wy­ja­śnić. Przyj­mo­wa­ła za­tem, że tak po pro­stu musi być.

Do dziś pa­mię­ta, jak bar­dzo chcia­ła wy­je­chać na szkol­ną wy­ciecz­kę or­ga­ni­zo­wa­ną na za­koń­cze­nie ósmej kla­sy. Naj­pierw ro­dzi­ce ją zwo­dzi­li, twier­dząc, że je­śli bę­dzie wię­cej po­ma­gać przy pra­cy cha­łup­ni­czej, wów­czas da­dzą jej pie­nią­dze. Przez trzy ty­go­dnie dzień w dzień za­raz po przyj­ściu ze szko­ły od­ra­bia­ła lek­cje i do pół­no­cy po­ma­ga­ła mat­ce. Cza­sem już sama nie roz­róż­nia­ła ko­lo­ru nici, któ­ry­mi była szy­ta odzież. Rano była tak zmę­czo­na, że nie mo­gła się sku­pić na na­uce. Oczy mia­ła wciąż za­czer­wie­nio­ne, gdyż nie­świa­do­mie je po­cie­ra­ła. Póź­niej oka­za­ło się, że nie jest w sta­nie roz­czy­tać tego, co zo­sta­ło na­pi­sa­ne na ta­bli­cy. Kie­dy po­wie­dzia­ła o tym mat­ce, ta po­szła z nią do oku­li­sty. Po wi­zy­cie oka­za­ło się, że ko­niecz­ne są oku­la­ry. Ich za­kup po­chło­nął kwo­tę, któ­ra pier­wot­nie mia­ła być prze­zna­czo­na na wy­ciecz­kę. Prze­pła­ka­ła kil­ka nocy, ale mat­ka zda­wa­ła się nie do­strze­gać jej po­chli­py­wań i za­czer­wie­nio­nych od łez oczu. Klam­ka za­pa­dła. Cała kla­sa, oprócz niej, zdo­by­ła szczyt zwa­ny Gę­sią Szy­ją. Cała kla­sa, oprócz niej, wje­cha­ła ko­lej­ką na Gu­ba­łów­kę. Cała kla­sa, oprócz niej, z pę­che­rza­mi na pal­cach po­wlo­kła się do Mor­skie­go Oka. Cała kla­sa, wraz z nią, za­ja­da­ła oscyp­ki z żu­ra­wi­ną ku­pio­ne na Kru­pów­kach i przy­nie­sio­ne na pierw­szą lek­cję po po­wro­cie z wy­ciecz­ki. Tyl­ko tyle, a może aż tyle, pa­mię­ta­ła z tam­te­go okre­su.

Te­raz zno­wu nie było dla niej pie­nię­dzy…

– Po­ra­dzę so­bie. Za­ro­bię – ode­zwa­ła się w koń­cu, kry­jąc na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy.

– Jak so­bie chcesz – stwier­dził obo­jęt­nie oj­ciec i wró­cił do je­dze­nia obia­du.

– To two­je ży­cie – do­da­ła mat­ka.

Tyl­ko Lid­ka, sły­sząc, że od paź­dzier­ni­ka zo­sta­nie sama, roz­pła­ka­ła się i dłu­go nie mo­gła się uspo­ko­ić.

– Nie chcę, że­byś wy­jeż­dża­ła – szlo­cha­ła, przy­tu­la­jąc się do star­szej sio­stry.

– Prze­cież będę was od­wie­dzać – tłu­ma­czy­ła, cier­pli­wie głasz­cząc ją po dłu­gich, kru­czo­czar­nych wło­sach. – Na­wet nie zo­rien­tu­jesz się, że mnie nie ma.

– Kto mi bę­dzie po­ma­gał w lek­cjach i cho­dził ze mną na plac za­baw? Da­rek na pew­no mnie tam nie za­bie­rze, a ro­dzi­ce tym bar­dziej…

– Jak przy­ja­dę na Boże Na­ro­dze­nie, to za­bio­rę cię do kina – obie­cy­wa­ła, nie ma­jąc pew­no­ści, że zdo­ła odło­żyć pie­nią­dze na bi­le­ty wstę­pu.

– Je­śli mam wy­bór, to wolę cie­bie niż kino… – stwier­dzi­ła i moc­no przy­tu­li­ła się do sio­stry.

– Wiem, ale póki co nic na to nie po­ra­dzę. Kie­dyś ty też bę­dziesz chcia­ła stu­dio­wać i nikt ani nic ci w tym nie prze­szko­dzi.

– Nie­na­wi­dzę cie­bie i tych two­ich stu­diów! – po­wie­dzia­ła pod­nie­sio­nym to­nem. – Jedź so­bie, choć­by dzi­siaj! I wiesz co? – spy­ta­ła i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, do­koń­czy­ła: – Mo­żesz tu nie wra­cać! Dam so­bie radę bez cie­bie!

Mó­wiąc to, wy­bie­gła z po­ko­ju i moc­no trza­snę­ła drzwia­mi. Oszo­ło­mio­na Al­do­na wspar­ła gło­wę na dło­niach i pró­bo­wa­ła po­zbie­rać my­śli. Li­czy­ła się z tym, że ro­dzi­ce będą prze­ciw­ko niej. Od daw­na zna­ła ich sto­su­nek do na­uki. Już sam fakt, że wy­bra­ła li­ceum za­miast szko­ły za­wo­do­wej, był dla nich trud­ny do zro­zu­mie­nia, dla­te­go z in­for­ma­cją o tym, że bę­dzie zda­wać na stu­dia, zwle­ka­ła do ostat­niej chwi­li. Eg­za­mi­ny mia­ły być już w przy­szłym ty­go­dniu, a ona z oba­wy przed re­ak­cją ro­dzi­ców wciąż nie za­re­zer­wo­wa­ła noc­le­gu. Cią­gle mia­ła na­dzie­ję, że jed­nak prze­my­ślą wszyst­ko i ze­chcą jej po­móc fi­nan­so­wo. Bez tego nie wy­obra­ża­ła so­bie stu­dio­wa­nia w ob­cym mie­ście, w któ­rym do­tych­czas ni­g­dy nie była, choć wie­le do­bre­go sły­sza­ła…

Dzi­siaj uświa­do­mi­ła so­bie jed­nak, jak bar­dzo jest zde­ter­mi­no­wa­na do wal­ki o moż­li­wość re­ali­za­cji wła­snych ma­rzeń i o lep­szą przy­szłość. Wie­dzia­ła, że nie mogą jej za­bro­nić wy­je­chać. Pie­nią­dze zaś jest w sta­nie za­ro­bić. W tej chwi­li po­ja­wił się jed­nak inny pro­blem, na któ­ry zu­peł­nie nie była przy­go­to­wa­na. Nie spo­dzie­wa­ła się, że bę­dzie mu­sia­ła wy­bie­rać mię­dzy uko­cha­ną sio­strą a re­ali­za­cją wła­snych pla­nów. Od­da­ła­by wszyst­ko, aby do tej roz­mo­wy nie do­szło. Każ­de usły­sza­ne przed chwi­lą zda­nie pul­so­wa­ło w jej gło­wie, sku­tecz­nie bu­rząc spo­kój i roz­dzie­ra­jąc na drob­ne strzę­py jej mi­ster­ny plan. Spró­bo­wa­ła wy­rzu­cić z pa­mię­ci wy­po­wie­dzia­ne przez Lid­kę sło­wa, jed­nak przed ocza­mi wciąż mia­ła jej prze­ra­ża­ją­co po­waż­ne oczy, w któ­rych gdzieś głę­bo­ko krył się strach. To był strach dzie­wię­cio­let­niej dziew­czyn­ki, któ­ra na­gle stra­ci­ła opie­kun­kę, po­wier­nicz­kę i przy­ja­ciół­kę, a jej świat w jed­nej chwi­li zo­stał prze­war­to­ścio­wa­ny.

Al­do­na mia­ła ogrom­ne po­czu­cie winy, jed­nak­że chęć roz­wo­ju de­ter­mi­no­wa­ła ją do dzia­ła­nia. Ja­dąc na eg­za­mi­ny, po­przy­się­gła so­bie, że je­śli tyl­ko je zda, zro­bi wszyst­ko, aby Lid­ka od­zy­ska­ła do niej za­ufa­nie. Mo­ment, w któ­rym do­wie­dzia­ła się, że zo­sta­ła przy­ję­ta na stu­dia, był dla niej jed­nym z naj­pięk­niej­szych, ja­kie prze­ży­ła. Była prze­ko­na­na, że to jej pierw­szy krok na dłu­giej i za­pew­ne wy­bo­istej dro­dze do lep­sze­go ju­tra. Za każ­dym ra­zem, kie­dy wra­ca­ła z Kra­ko­wa, pró­bo­wa­ła się zbli­żyć do Lid­ki, któ­ra sta­ła się mil­czą­ca i obo­jęt­na wo­bec sio­stry. Nie po­ma­ga­ły żad­ne pre­zen­ty czy obiet­ni­ce wspól­ne­go wyj­ścia na lody lub do kina. Więź, któ­ra je łą­czy­ła, ze­rwa­ła się, a Al­do­na nie była w sta­nie jej na­pra­wić. Z każ­dym ro­kiem było co­raz go­rzej.

Gdy Al­do­na wró­ci­ła do domu z ty­tu­łem ma­gi­stra geo­de­zji, oka­za­ło się, że musi szu­kać nie tyl­ko pra­cy, ale też da­chu nad gło­wą, gdyż drzwi do jej domu ro­dzin­ne­go zo­sta­ły za­mknię­te. Ro­dzi­ce jak­by za­po­mnie­li, że mają dwie cór­ki, a star­sza z nich ma pra­wo sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wać de­cy­zje o swo­im ży­ciu. Sa­mot­na w mie­ście, w któ­rym się wy­cho­wa­ła, sta­nę­ła przed ta­bli­cą ogło­szeń, szu­ka­jąc dla sie­bie ja­kie­goś kąta. Mia­ła le­d­wie parę gro­szy przy du­szy i nie wy­star­czy­ło­by na wy­na­ję­cie ca­łe­go miesz­ka­nia, ale z pew­no­ścią stać ją było na wy­na­ję­cie nie­wiel­kie­go po­ko­ju. Obej­rza­ła dwa miesz­kan­ka, ale ich wła­ści­cie­le nie zro­bi­li na niej naj­lep­sze­go wra­że­nia. Na li­ście po­zo­sta­ło ostat­nie.

Gdy za­dzwo­ni­ła do drzwi ko­lej­nej stan­cji, otwo­rzy­ła jej star­sza ko­bie­ta ubra­na w po­dom­kę w duże ró­żo­we kwia­ty, któ­ra opi­na­ła jej pulch­ne cia­ło. Na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­ła Al­do­nie jej bab­cię, któ­rą le­d­wie pa­mię­ta­ła z wcze­sne­go dzie­ciń­stwa. Ko­bie­ta zmar­ła, gdy wnu­ki były jesz­cze małe.

Nie­wiel­ki przed­po­kój pro­wa­dził do dwóch po­koi, z cze­go je­den był nie­co mniej­szy od dru­gie­go i miał okno wy­cho­dzą­ce na po­łu­dnie, któ­re przy­sła­nia­ła dłu­ga za­słon­ka w ko­lo­rze po­pie­la­tym. Ścia­ny po­ma­lo­wa­no na ró­żo­wo, a na jed­nej z nich wi­sia­ła mapa świa­ta. Nie­co znisz­czo­na wer­sal­ka na­kry­ta była gru­bym sza­rym ko­cem w czer­wo­ne maki. Oprócz niej w po­miesz­cze­niu znaj­do­wał się nie­wiel­ki sto­lik i dwa krze­sła oraz usta­wio­na za drzwia­mi duża, trzy­drzwio­wa sza­fa, wy­ko­na­na z su­ro­we­go drew­na, na­da­ją­ca spe­cy­ficz­ny kli­mat ca­łe­mu po­ko­jo­wi. Naj­waż­niej­sze dla dziew­czy­ny było to, że na ścia­nach przy­wie­szo­no pół­ki, na któ­rych mo­gła po­usta­wiać swo­je książ­ki, cier­pli­wie wy­bie­ra­ne w kra­kow­skich an­ty­kwa­ria­tach.

Dość szyb­ko uda­ło się Al­do­nie wy­na­jąć po­kój u pani Eu­ge­nii, któ­ra od lat w ten spo­sób do­ra­bia­ła so­bie do skrom­nej eme­ry­tu­ry. Mia­ła więc już gdzie miesz­kać, po­zo­sta­ła jesz­cze pra­ca…

Wła­ści­wie przez przy­pa­dek do­wie­dzia­ła się o eta­cie w urzę­dzie mia­sta. Pew­ne­go dnia pani Eu­ge­nia wró­ci­ła z za­ku­pów i z pod­nie­ce­niem opo­wia­da­ła o zna­jo­mej, któ­rą spo­tka­ła na tar­gu.

– Wy­obraź so­bie, że ona od kil­ku lat sta­ra­ła się o wizę, by móc wy­je­chać do syna miesz­ka­ją­ce­go w Sta­nach Zjed­no­czo­nych – po­wie­dzia­ła, roz­pa­ko­wu­jąc tor­bę z za­ku­pa­mi.

 

– I wresz­cie mia­ła szczę­ście? – spy­ta­ła bar­dziej przez grzecz­ność niż rze­czy­wi­ste za­in­te­re­so­wa­nie opo­wie­ścią.

– Do­kład­nie tak! Jak tyl­ko do­wie­dzia­ła się o tym, że może je­chać, na­tych­miast rzu­ci­ła pra­cę i za­czę­ła się pa­ko­wać.

– To rze­czy­wi­ście po­sta­wi­ła wszyst­ko na jed­ną kar­tę – pod­su­mo­wa­ła Al­do­na.

– A wca­le źle nie po­wo­dzi­ło się jej w tym urzę­dzie – do­da­ła ko­bie­ta, cięż­ko sia­da­jąc na stoł­ku przy ku­chen­nym sto­le.

– Pra­co­wa­ła w urzę­dzie? A czym się zaj­mo­wa­ła?

– Nie wiem do­kład­nie, ale chy­ba mó­wi­ła coś o ma­pach.

Al­do­na na­tych­miast za­in­te­re­so­wa­ła się te­ma­tem.

– Może po­win­nam pójść i za­py­tać? – za­sta­na­wia­ła się na głos. – W po­przed­nim mie­sią­cu mó­wi­li, że nie ma wol­nych miejsc.

– Bo to świe­ża spra­wa – po­śpiesz­nie do­da­ła pani Eu­ge­nia. – Bie­gnij, moje dziec­ko, może jesz­cze ni­ko­go nie za­trud­ni­li.

Wy­star­czy­ła jed­na roz­mo­wa z dy­rek­tor­ką wy­dzia­łu geo­de­zji i świa­dec­two ukoń­cze­nia stu­diów. Kon­ku­ren­cji w za­sa­dzie nie mia­ła, dla­te­go już ty­dzień póź­niej dum­nie ma­sze­ro­wa­ła do biu­ra.

Na­resz­cie była sa­mo­dziel­na. Nie za­le­ga­ła z czyn­szem, a i na bi­le­ty do kina wy­star­czy­ło jej pen­sji. Na pół­ce wciąż przy­by­wa­ło ksią­żek, któ­re z bra­ku in­ne­go za­ję­cia zda­wa­ła się po­chła­niać.

Póź­ną je­sie­nią wśród in­te­re­san­tów Al­do­na po­zna­ła swo­ją na­uczy­ciel­kę geo­gra­fii, z któ­rą nie wi­dzia­ła się od cza­sów ukoń­cze­nia szko­ły pod­sta­wo­wej:

– Dzień do­bry – po­wi­ta­ła ko­bie­tę i uśmiech­nę­ła się do niej.

– Al­don­ka? – Spoj­rza­ła, za­sko­czo­na. – Wi­taj. Nie mia­łam po­ję­cia, że cię tu spo­tkam. – Po­da­ła jej plik skru­pu­lat­nie wy­peł­nio­nych ar­ku­szy.

– Nie­daw­no skoń­czy­łam stu­dia i do­sta­łam tu pra­cę – po­chwa­li­ła się swo­im osią­gnię­ciem i na każ­dej stro­nie przy­bi­ła pie­częć, świad­czą­cą o wpły­nię­ciu do­ku­men­tu do wy­dzia­łu geo­de­zji.

– Gra­tu­lu­ję. Za­wsze wie­dzia­łam, że da­le­ko zaj­dziesz.

– To dzię­ki pani po­lu­bi­łam geo­gra­fię. – Uśmiech­nę­ła się, se­gre­gu­jąc ar­ku­sze.

– Szko­da, że two­ja sio­stra nie po­dzie­la tych za­in­te­re­so­wań – stwier­dzi­ła, wy­mow­nie ki­wa­jąc gło­wą.

– Nie ro­zu­miem… – od­po­wie­dzia­ła, za­sko­czo­na, a do­ku­men­ty na­gle wy­su­nę­ły jej się z rąk, gło­śno upa­da­jąc na pod­ło­gę.

– Wpraw­dzie zo­sta­ło jesz­cze tro­chę cza­su do koń­ca roku, ale w ósmej kla­sie mieć same dwój­ki z geo­gra­fii…

– O ni­czym nie mia­łam po­ję­cia…

– Wiesz, że nie lu­bię ni­ko­go zo­sta­wiać na dru­gi rok, ale mogę nie mieć wyj­ścia – wy­ja­śni­ła.

– Oczy­wi­ście. Dzię­ku­ję za in­for­ma­cję – od­par­ła, usi­łu­jąc ukryć swo­je za­wsty­dze­nie.

– Ży­czę ci po­wo­dze­nia w pra­cy – do­da­ła na od­chod­ne.

Przez pe­wien czas pa­trzy­ła na drzwi, któ­re przed chwi­lą za­mknę­ła za sobą na­uczy­ciel­ka. Bia­ła far­ba gdzie­nie­gdzie od­pa­da­ła, jak­by da­jąc tym sa­mym na­ma­cal­ny do­wód na to, jak wie­le osób zdo­ła­ło otwo­rzyć i za­mknąć drzwi po za­ła­twie­niu for­mal­no­ści. Do­pie­ro po chwi­li schy­li­ła się, żeby pod­nieść do­ku­men­ty. Nie przy­pusz­cza­ła, że jej sio­stra może mieć aż ta­kie kło­po­ty w szko­le. Gdy­by tyl­ko zna­ła sy­tu­ację, już daw­no mo­gła­by jej po­móc. Do koń­ca dnia nie była w sta­nie na ni­czym się sku­pić. Wciąż my­śla­ła tyl­ko o tym, że dziew­czy­na może nie zdać. Ona pod­cho­dzi­ła do na­uki zu­peł­nie ina­czej, upa­try­wa­ła w niej swo­jej szan­sy na god­ne za­rob­ki po­zwa­la­ją­ce wieść do­stat­nie ży­cie.

Za­raz po pra­cy po­szła do domu ro­dzi­ców. Była go­to­wa na ko­lej­ną awan­tu­rę, ale spra­wa była zbyt po­waż­na, aby mo­gła tak ła­two od­pu­ścić. Na szczę­ście Lid­ka była sama i mo­gły spo­koj­nie po­roz­ma­wiać.

– Cześć – ode­zwa­ła się Al­do­na, wcho­dząc do po­ko­ju, któ­ry nie­gdyś na­le­żał do niej.

– Cześć.

– Co sły­chać?

– Do­brze – od­po­wie­dzia­ła la­ko­nicz­nie i po­chy­li­ła się nad roz­ło­żo­ną ko­lo­ro­wą ga­ze­tą dla na­sto­lat­ków.

– Co ro­bisz? – za­py­ta­ła, sia­da­jąc na­prze­ciw­ko dziew­czy­ny i pró­bu­jąc zwró­cić jej uwa­gę.

– Oglą­dam – stwier­dzi­ła, za­cho­wu­jąc zdaw­ko­wy ton.

– Mogę zo­ba­czyć?

– To cię na pew­no nie za­in­te­re­su­je – stwier­dzi­ła, wciąż nie uno­sząc wzro­ku.

– Skąd wiesz, czym się in­te­re­su­ję? – za­py­ta­ła nie­ocze­ki­wa­nie i jak­by na­tych­miast za­czę­ła się tłu­ma­czyć. – Żyję nie tyl­ko pra­cą…

– Nie­waż­ne… – Nie­ocze­ki­wa­nie pod­nio­sła się i wy­szła z po­ko­ju.

Al­do­na od­ru­cho­wo zło­ży­ła ga­ze­tę i chwi­lę sa­mot­nie sie­dzia­ła na dy­wa­nie. Nie­świa­do­mie wy­rwa­ła z nie­go kil­ka ni­tek i do­pie­ro wów­czas się ock­nę­ła. Za­sta­na­wia­ła się, w jaki spo­sób do­trzeć do tej dziew­czy­ny. Kie­dyś było jej zde­cy­do­wa­nie ła­twiej. Bra­ła ją za rękę i sa­dza­ła na swo­ich ko­la­nach, a póź­niej za­czy­na­ła ła­sko­tać. Sio­stra wy­gi­na­ła się na wszyst­kie stro­ny, gło­śno pisz­cza­ła i krztu­si­ła się ze śmie­chu. Na ko­niec, kie­dy oby­dwie opa­da­ły z sił, Al­do­na przy­tu­la­ła ją do sie­bie i gła­ska­ła po gło­wie, tłu­ma­cząc, że coś zro­bi­ła nie tak, jak po­win­na. Dzi­siaj po­czu­ła, że jest przez nią trak­to­wa­na jak ktoś zu­peł­nie obcy. Ktoś, kto był przy niej je­dy­nie przez chwi­lę. Ktoś, za kim już nie tę­sk­ni i z czy­ją opi­nią już daw­no prze­sta­ła się li­czyć.

Chcia­ła stąd uciec, wy­biec na uli­cę i za­po­mnieć o tym, że kie­dyś to był jej dom, w któ­rym bez­u­stan­nie sły­chać było do­bie­ga­ją­cy z kuch­ni dźwięk pra­cu­ją­cej ma­szy­ny do szy­cia. Mimo cią­głe­go sprzą­ta­nia na pod­ło­dze wciąż le­ża­ły róż­no­ko­lo­ro­we nit­ki, któ­re zda­wa­ły się żyć wła­snym ży­ciem i po­dą­żać za do­mow­ni­ka­mi na­wet do to­a­le­ty. Ma­rzy­ła o tym, żeby za­mknąć za sobą drzwi i uda­wać, że jej rola w ży­ciu młod­szej sio­stry daw­no się skoń­czy­ła. Tak by­ło­by jej ła­twiej, bez­piecz­niej i wy­god­niej. Pod­nio­sła się i za­bra­ła swo­ją tor­bę, któ­ra le­ża­ła na łóż­ku. Ci­cho skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia. Prze­cho­dząc obok kuch­ni, usły­sza­ła sze­lest. Od­ru­cho­wo od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła. Przy sto­le sa­mot­nie sie­dzia­ła Lid­ka z gło­wą wtu­lo­ną w ra­mio­na. Szu­ra­ła nogą po pod­ło­dze. Zno­wu była bez­rad­na i cał­ko­wi­cie bez­bron­na, jak wów­czas, gdy się du­si­ła li­za­kiem. Al­do­na przez chwi­lę za­wa­ha­ła się. Nie była pew­na, czy jest go­to­wa na ko­lej­ną po­raż­kę. Czu­ła ja­kąś ba­rie­rę, któ­ra sku­tecz­nie bro­ni­ła jej do­stę­pu do swo­jej ma­leń­kiej sio­strzycz­ki, dla któ­rej zro­bi­ła­by do­słow­nie wszyst­ko.

W koń­cu jed­nak pod­da­ła się pierw­sze­mu od­ru­cho­wi i we­szła do kuch­ni. Sta­nę­ła tuż za nią i za­czę­ła gła­dzić jej dłu­gie wło­sy. Wpraw­dzie od daw­na tego nie ro­bi­ła, ale wciąż pa­mię­ta­ła ich je­dwa­bi­stą mięk­kość. Do­pie­ro po chwi­li zda­ła so­bie spra­wę, że jej gest nie zo­stał od­rzu­co­ny. Po­czu­ła falę go­rą­ca, któ­ra prze­to­czy­ła się przez jej wnę­trze. Za­sko­cze­nie mie­sza­ło się z na­dzie­ją, eks­cy­ta­cja z nie­do­wie­rza­niem, ra­dość z nie­śmia­ło­ścią. Kłę­bią­ce się emo­cje da­wa­ły jej siłę do dzia­ła­nia. Nie była w sta­nie dłu­żej cze­kać. Mu­sia­ła zro­bić ko­lej­ny krok w przód.

Przy­klę­kła obok krze­sła i spró­bo­wa­ła ob­jąć sie­dzą­cą na nim dziew­czy­nę. I tym ra­zem nie na­tra­fi­ła na sprze­ciw. Po­wo­li ją od­wró­ci­ła i moc­no przy­tu­li­ła.

– Nie gnie­waj się na mnie – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło. – Za­wsze by­łaś dla mnie naj­waż­niej­sza z ca­łej ro­dzi­ny. Wiem, jak bar­dzo prze­ży­łaś mój wy­jazd, ale wte­dy nie mo­głam po­stą­pić ina­czej. Zro­zum…

– Za­wsze jest wy­bór… – od­par­ła z go­ry­czą dziew­czy­na.

– Nie za­wsze – tłu­ma­czy­ła. – Nie chcia­łam mieć ta­kie­go ży­cia jak ro­dzi­ce… Pra­ca od rana do nocy, brak cza­su dla ro­dzi­ny i pie­nię­dzy na przy­jem­no­ści… Dla­te­go mu­sia­łam wy­je­chać. Zro­zu­miesz to, jak sama bę­dziesz chcia­ła stu­dio­wać.

– Ja się nie na­da­ję. Nie­na­wi­dzę szko­ły – po­wie­dzia­ła cierp­ko i po raz pierw­szy pod­nio­sła wzrok na Al­do­nę. – Nie wiem, czy w ogó­le ją skoń­czę.

– Na pew­no. Je­śli chcesz, to ci po­mo­gę – za­pro­po­no­wa­ła po­śpiesz­nie i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, do­da­ła: – Wie­rzę, że ci się uda. Po­wiedz mi tyl­ko, z czym masz kło­po­ty.

– Naj­go­rzej idzie mi geo­gra­fia i mat­ma – przy­zna­ła ła­mią­cym się gło­sem.

– Z geo­gra­fią nie ma pro­ble­mu, ale z ma­te­ma­ty­ką może być go­rzej. Mu­szę zo­ba­czyć twój ze­szyt, żeby zo­rien­to­wać się, co te­raz ro­bi­cie.

Lid­ka szyb­ko po­bie­gła do po­ko­ju i po chwi­li wró­ci­ła, nio­sąc nie tyl­ko ze­szyt, ale też pod­ręcz­nik do ma­te­ma­ty­ki.

– Ro­dzi­ce wie­dzą o two­ich pro­ble­mach? – spy­ta­ła, kart­ku­jąc ze­szyt.

– Nie! Prze­cież wiesz, jaka jest mama. Ona nie zro­zu­mie. Za­cznie ma­ru­dzić, że się nie uczę, i nic nie po­mo­że. Nie po­wiesz im nic?

Star­sza sio­stra po­ki­wa­ła zna­czą­co gło­wą.

– Do­brze, chy­ba masz ra­cję, ale mu­sisz mi obie­cać, że bie­rzesz się do ro­bo­ty i nad­ra­biasz za­le­gło­ści.

– Ja­sne – szyb­ko po­wie­dzia­ła, choć w jej oczach trud­no było od­na­leźć tę pew­ność.

Od tam­te­go dnia spo­ty­ka­ły się kil­ka razy w ty­go­dniu. Al­do­na szy­ko­wa­ła ko­la­cję, po czym sia­da­ły do na­uki. Geo­gra­fia była jej ko­ni­kiem, dla­te­go bez tru­du ob­ja­śnia­ła jej zja­wi­ska tek­to­nicz­ne czy bu­do­wę Ukła­du Sło­necz­ne­go. Z bi­blio­te­ki wy­po­ży­czy­ła kil­ka ksią­żek, któ­re uzna­ła za przy­dat­ne. Zna­la­zła na­wet swo­je sta­re pod­ręcz­ni­ki i czę­sto od­no­si­ła się do za­miesz­czo­nych w nich ilu­stra­cji. Zde­cy­do­wa­nie go­rzej szło im z na­uką ma­te­ma­ty­ki. Za­le­gło­ści Lid­ki się­ga­ły klas po­cząt­ko­wych, dla­te­go wszel­kie pró­by roz­wią­zy­wa­nia za­dań z dwie­ma czy trze­ma nie­wia­do­my­mi speł­za­ły na ni­czym. Któ­re­goś dnia w koń­cu nie wy­trzy­ma­ła:

– Je­stem za głu­pia, żeby to zro­zu­mieć!

– Prze­stań tak o so­bie mó­wić. – Al­do­na pró­bo­wa­ła za­ła­go­dzić sy­tu­ację. – To nie są pro­ste rze­czy, a ty za bar­dzo so­bie od­pu­ści­łaś ma­te­ma­ty­kę. Tro­chę cię jed­nak znam, sio­strzycz­ko, i je­stem pew­na, że z moją po­mo­cą je­steś w sta­nie wszyst­ko nad­ro­bić.

– Ni­g­dy nie lu­bi­łam tego przed­mio­tu – za­czę­ła. – Za­wsze, kie­dy pro­si­łam o po­moc, mat­ka po­wta­rza­ła, że jest za­ję­ta szy­ciem, a ojca nie było w domu. Da­rek… Wiesz, jak z nim jest. Dla­te­go lek­cje naj­czę­ściej od­pi­sy­wa­łam w szko­le i wte­dy wpa­da­ła ja­kaś lep­sza oce­na. Na spraw­dzia­nach, jak mi się nie uda­ło ścią­gnąć, do­sta­wa­łam pały.

Al­do­na nie śmia­ła spoj­rzeć jej w oczy. Moc­no przy­gry­zła dol­ną war­gę, zaś dło­nie za­ci­snę­ła w pię­ści. Do­pie­ro kie­dy po­czu­ła ból wbi­ja­nych w skó­rę pa­znok­ci, roz­luź­ni­ła uścisk. Z za­gry­zio­nej war­gi po­czę­ła się są­czyć krew, któ­rą nie­po­strze­że­nie ob­li­za­ła. Mi­nę­ło tyle lat, a jej de­cy­zja o wy­jeź­dzie na stu­dia wciąż nio­sła za sobą kon­se­kwen­cje. Nie zdo­ła jed­nak cof­nąć cza­su i po­stą­pić ina­czej. Te­raz mo­gła je­dy­nie ni­we­lo­wać skut­ki i dać z sie­bie jak naj­wię­cej.

– Mamy jesz­cze pół roku i je­śli się tyl­ko po­sta­ra­my, to na pew­no się uda – prze­ko­ny­wa­ła.

– Szcze­rze w to wąt­pię – stwier­dzi­ła Lid­ka i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mu­si­my za­ka­sać rę­ka­wy i ru­szać do pra­cy – za­chę­ca­ła Al­do­na. – Od ju­tra przy­chodź do mnie co­dzien­nie.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się, ale bez prze­ko­na­nia.

Żmud­ne ćwi­cze­nia w koń­cu za­czę­ły przy­no­sić efek­ty. W maju na ostat­nim ze­bra­niu w szko­le wy­cho­waw­czy­ni po­in­for­mo­wa­ła mat­kę, że wszyst­ko wska­zu­je na to, iż na świa­dec­twie Lid­ka otrzy­ma z ma­te­ma­ty­ki oce­nę do­sta­tecz­ną. Rze­czy­wi­ście była tym za­sko­czo­na. Nie spo­dzie­wa­ła się ta­kich efek­tów wie­czor­nych se­sji u Al­do­ny. Wie­le razy nie po­zwa­la­ła młod­szej cór­ce spo­ty­kać się z sio­strą, ale ta za­wsze po­tra­fi­ła się po­ta­jem­nie wy­mknąć z domu. Nie po­ma­ga­ły awan­tu­ry czy kary. W tej spra­wie nie chcia­ła się jej pod­po­rząd­ko­wać. Raz oj­ciec na­wet po­trak­to­wał ją pa­sem.

– Nie wiem, dla­cze­go jej tak nie­na­wi­dzi­cie, ale ja będę do niej cho­dzi­ła! – szlo­cha­ła, le­żąc na łóż­ku w swo­im po­ko­ju. – To moja sio­stra i już raz ją przez was stra­ci­łam!

 

– Nie masz pra­wa tak do nas mó­wić – obu­rzył się oj­ciec. – Je­steś smar­ku­lą, któ­ra nie zna ży­cia, i wy­da­je ci się, że wszyst­kie ro­zu­my po­zja­da­łaś!

– Może i je­stem, ale wiem, że ro­dzi­ce po­win­ni stać mu­rem za swo­imi dzieć­mi, a nie wy­rzu­cać je z domu – nie ustę­po­wa­ła, choć bała się, że za chwi­lę może zde­ner­wo­wać ojca jesz­cze bar­dziej. – Al­do­na mia­ła pra­wo sama o so­bie de­cy­do­wać! Nie wstyd wam, że miesz­ka u ob­cej ko­bie­ty, a nie z nami?!

– Ty nic nie wiesz! – ofuk­nął ją. – Nie broń jej!

– Ona za­wsze bę­dzie moją sio­strą…

– Ale jej nie znasz – stwier­dził i wy­szedł, gło­śno za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Lid­ka rzad­ko opo­wia­da­ła o domu, w ogó­le nie­wie­le mó­wi­ła, dla­te­go i o tych awan­tu­rach nie wspo­mi­na­ła star­szej sio­strze. Al­do­na od wio­sny po­wta­rza­ła jej, żeby spró­bo­wa­ła zdać eg­za­mi­ny do li­ceum. Dziew­czy­na nie chcia­ła się zgo­dzić.

– Prze­cież ja nie mam szans – tłu­ma­czy­ła. – Jesz­cze nie­daw­no gro­zi­ło mi, że ob­le­ję ten rok. Tyl­ko się ośmie­szę…

– Może nie zdasz, ale spró­bo­wać za­wsze moż­na – nie ustę­po­wa­ła, bo mia­ła świa­do­mość, że kro­pla drą­ży ska­łę. – Nie mu­sisz ni­ko­mu o tym mó­wić.

***

Z cza­sem ko­lej­ne roz­mo­wy na ten te­mat nie bu­dzi­ły już tylu emo­cji i Lid­ka za­czę­ła się za­sta­na­wiać nad tym po­my­słem. W koń­cu zło­ży­ła do­ku­men­ty do li­ceum, któ­re było w ich miej­sco­wo­ści, i so­lid­nie wzię­ła się do na­uki przed eg­za­mi­na­mi. Żeby nie słu­chać uty­ski­wań mat­ki, któ­ra już na po­cząt­ku skry­ty­ko­wa­ła ten po­mysł, całe wie­czo­ry i week­en­dy spę­dza­ła u sio­stry. Ra­zem uczy­ły się o Mic­kie­wi­czu i po­wta­rza­ły wzo­ry ma­te­ma­tycz­ne. Czu­ła, że wresz­cie ktoś chce jej słu­chać. Ko­muś na niej za­le­ży.

Al­do­na tym­cza­sem czu­ła się po­trzeb­na. Mia­ła przy so­bie ko­goś bli­skie­go, z kim w dzie­ciń­stwie spę­dza­ła całe dnie. Mo­gła dla niej go­to­wać i piec jej ulu­bio­ne cia­stecz­ka fran­cu­skie, któ­re zu­peł­nie nie przy­pa­dły do gu­stu pani Eu­ge­nii. Wi­dzia­ła, jak bar­dzo Lid­ka wy­do­ro­śla­ła. Z ma­łej trzpiot­ki sta­ła się skry­tą na­sto­lat­ką, któ­ra mia­ła za­ska­ku­ją­ce opi­nie na te­mat swo­jej przy­szłej ro­dzi­ny. Uwa­ża­ła bo­wiem, że ro­dzi­ce nie po­win­ni dziec­ku ni­cze­go za­ka­zy­wać, a je­dy­nie da­wać wska­zów­ki i cze­kać na to, aż samo po­dej­mie wła­ści­wą de­cy­zję. Twier­dzi­ła, że w ten spo­sób dzie­ci mają wol­ność wy­bo­ru i ła­twiej im bę­dzie po­go­dzić się z ewen­tu­al­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi swo­je­go dzia­ła­nia. Star­sza sio­stra nie dzi­wi­ła się ta­kie­mu po­dej­ściu. Sama za­wsze my­śla­ła, że swo­je dzie­ci bę­dzie wy­cho­wy­wać zu­peł­nie ina­czej, niż ro­bi­li to jej ro­dzi­ce. Na­wet te­raz, bę­dąc oso­bą do­ro­słą, nie była w sta­nie zro­zu­mieć ich spo­so­bu dzia­ła­nia. Cza­sem na­wet my­śla­ła, że oni po pro­stu się nad tym nie za­sta­na­wia­li, a dzie­ci były przy­krym do­dat­kiem do mał­żeń­stwa, któ­re zresz­tą trud­no było uznać za szczę­śli­we.

Na eg­za­mi­ny do li­ceum od­pro­wa­dzi­ła ją Al­do­na, któ­ra na kil­ka go­dzin zwol­ni­ła się z pra­cy. Była jed­ną z nie­licz­nych osób, któ­re cze­ka­ły przed szko­łą, jed­nak na­wet przez chwi­lę nie prze­szło jej przez myśl, że mo­gła­by zo­sta­wić swo­ją małą sio­strzycz­kę samą. Była bar­dziej zde­ner­wo­wa­na niż wów­czas, gdy bro­ni­ła pra­cę ma­gi­ster­ską. Na szczę­ście nie była wte­dy sama. Te­raz też chcia­ła­by, żeby ktoś pod­trzy­mał ją na du­chu…

Za­raz po eg­za­mi­nie z ję­zy­ka pol­skie­go za­bra­ła Lid­kę do cu­kier­ni.

– Opo­wia­daj, jak było? – spy­ta­ła, gdy tyl­ko za­mó­wi­ły ciast­ka fran­cu­skie. – Ja­kie były py­ta­nia?

– Mia­łam do wy­bo­ru trzy te­ma­ty, ale ża­den mi się nie spodo­bał, dla­te­go przez pierw­sze pół go­dzi­ny za­sta­na­wia­łam się, któ­ry wy­brać.

– No i…? – po­ga­nia­ła sio­strę.

– Pi­sa­łam opo­wia­da­nie o Ro­bin­so­nie Cru­soe i jego ży­ciu na bez­lud­nej wy­spie.

– Do­brze – po­chwa­li­ła, uśmie­cha­jąc się do sio­stry. – Jesz­cze tyl­ko ju­tro i bę­dziesz mieć wa­ka­cje.

***

Dru­gie­go dnia po­stą­pi­ła do­kład­nie tak samo i choć na dwo­rze pa­dał ulew­ny deszcz, one za­ja­da­ły lody wa­ni­lio­we z po­le­wą owo­co­wą. Al­do­na żar­to­wa­ła, że jej młod­sza sio­stra ją prze­ro­sła. Rze­czy­wi­ście dziew­czy­na była wy­so­ka i szczu­pła, mia­ła gę­ste kru­czo­czar­ne wło­sy, któ­re do­sko­na­le kon­tra­sto­wa­ły z czu­pry­ną star­szej sio­stry. Blond wy­da­wał jej się mało in­te­re­su­ją­cy, ale za­wsze bra­ko­wa­ło jej de­ter­mi­na­cji, aby go zmie­nić. Ma­rzy­ła, by być sza­tyn­ką, jak Lid­ka, choć do jej zie­lo­nych oczu nie pa­so­wa­ło­by to tak, jak do ciem­nych oczu sio­stry. W ogó­le wi­zy­ty u fry­zje­ra trak­to­wa­ła jak przy­kry obo­wią­zek. Nie lu­bi­ła, gdy ktoś ją cią­gnął za wło­sy lub pró­bo­wał ją prze­ko­nać do zmia­ny fry­zu­ry, dla­te­go gdy Lid­ka za­pro­po­no­wa­ła, że może jej pod­ciąć koń­ców­ki, dość nie­chęt­nie na to przy­sta­ła. Od lat no­si­ła dłu­gie wło­sy, któ­re dla wy­go­dy wią­za­ła w koń­ski ogon. Sia­da­jąc w ła­zien­ce, na krze­śle, w du­chu mo­dli­ła się, żeby młod­sza sio­stra nie spra­wi­ła, że na­za­jutrz bę­dzie mu­sia­ła pójść do pra­cy w czap­ce. Moc­no zdzi­wi­ła się, gdy po bli­sko go­dzi­nie spoj­rza­ła do lu­stra. Jej wło­sy były rów­no pod­cię­te i nie do­się­ga­ły ra­mion. Lek­ko się pod­wi­ja­ły pod spód, co spra­wia­ło, że ich wła­ści­ciel­ka wy­glą­da­ła zde­cy­do­wa­nie mło­dziej niż do­tych­czas.

Al­do­na usi­ło­wa­ła nie my­śleć o wy­ni­kach eg­za­mi­nów, któ­re mia­ły być po­da­ne do wia­do­mo­ści do­pie­ro za ty­dzień. Do tego cza­su na­dal spo­ty­ka­ły się wie­czo­ra­mi, tyle że nie uczy­ły się, a wy­cho­dzi­ły na spa­ce­ry. W nie­dzie­lę nie mo­gły już wy­sie­dzieć w domu, dla­te­go Al­do­na za­rzą­dzi­ła, że jadą do War­sza­wy. Naj­pierw po­szły na za­ku­py. Star­sza sio­stra upar­ła się, żeby ku­pić Lid­ce let­nią su­kien­kę. Dziew­czy­na na po­cząt­ku nie chcia­ła o tym sły­szeć, ale do­tyk de­li­kat­ne­go ma­te­ria­łu, ko­lo­ro­we wzo­ry i ory­gi­nal­ne kro­je zła­go­dzi­ły jej sta­now­czość. Osta­tecz­nie jej gar­de­ro­ba wzbo­ga­ci­ła się o dwie pięk­ne suk­nie w let­nich ko­lo­rach. Póź­niej sio­stry coś zja­dły w po­bli­skiej re­stau­ra­cji, a wie­czo­rem po­szły do kina. Wpraw­dzie ko­me­dia nie była po­ry­wa­ją­ca, ale po­zwo­li­ła im się od­prę­żyć i nie my­śleć o ju­trzej­szym dniu.

W po­nie­dzia­łek rano ra­zem po­szły po wy­ni­ki. Lid­ka cze­ka­ła na ze­wnątrz, ner­wo­wo cho­dząc wzdłuż szko­ły i nie­śmia­ło spo­glą­da­jąc w stro­nę co rusz otwie­ra­ją­cych się drzwi. Z za­zdro­ścią pa­trzy­ła na ko­lej­ne oso­by, któ­re ob­wiesz­cza­ły wszem i wo­bec, że zda­ły. Usia­dła na ław­ce, sku­biąc ro­sną­ce nie­opo­dal róże. Mi­nu­ty dłu­ży­ły się nie­mi­ło­sier­nie.

W drzwiach do­strze­gła sio­strę. Mia­ła moc­no za­ci­śnię­te usta, jej zie­lo­ne oczy na­gle stra­ci­ły swój blask, a na czo­le po­ja­wi­ła się po­przecz­na bruz­da. Jej szczu­pła syl­wet­ka zda­wa­ła się przy­gar­bio­na. Szła bar­dzo po­wo­li, jak­by chcia­ła od­wlec w cza­sie ich spo­tka­nie.

– Przy­kro mi… – za­czę­ła i ob­ję­ła Lid­kę. – Pró­bo­wa­łam się od­wo­łać, ale nie uda­ło się…

Dziew­czy­na mil­cza­ła. Pa­trzy­ła przed sie­bie, ale ni­cze­go nie wi­dzia­ła. Łzy same ci­snę­ły się jej do oczu. Czu­ła, że prze­gra­ła z samą sobą i to bo­la­ło naj­bar­dziej. Była na sie­bie zła, bo zdą­ży­ła się już oswo­ić z my­ślą, że bę­dzie się uczyć w li­ceum. Jak mo­gła być aż tak na­iw­na? Pod­świa­do­mie wie­dzia­ła, że tych kil­ka mie­się­cy, któ­re tak so­lid­nie prze­pra­co­wa­ła, to za mało, aby zdać eg­za­mi­ny. Po­zwo­li­ła so­bie snuć ma­rze­nia, któ­re oka­za­ły się mrzon­ka­mi. Po­trze­bo­wa­ła spo­ko­ju i sa­mot­no­ści, aby oswo­ić się z tą sy­tu­acją. Nikt nie mógł jej w tym po­móc, dla­te­go wy­rwa­ła się z ob­jęć i po­bie­gła do furt­ki. Nie sły­sza­ła, gdy Al­do­na pro­si­ła ją, aby zo­sta­ła. Bie­gła na oślep, byle da­lej od tego miej­sca, byle da­lej od bólu. Da­lej…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?