Odroczone nadziejeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odroczone nadzieje
Odroczone nadzieje
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,85  39,08 
Odroczone nadzieje
Odroczone nadzieje
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z dło­ni wy­su­nę­ła jej się nie­daw­no czy­ta­na po­wieść i spo­czę­ła na ko­la­nach. Al­do­na, lek­ko po­chra­pu­jąc, zda­wa­ła się ba­lan­so­wać na kra­wę­dzi jawy i snu. Cie­pło, któ­re ją ota­cza­ło, spra­wi­ło, że choć na mo­ment od­zy­ska­ła we­wnętrz­ny spo­kój. Zno­wu po­czu­ła się jak wów­czas, gdy miesz­ka­ła sama i mia­ła peł­ną kon­tro­lę nad wła­snym ży­ciem. Nie­za­leż­ność była dla niej luk­su­sem, o któ­rym ma­rzy­ła od dziec­ka. Dzię­ki swej pra­co­wi­to­ści uda­ło jej się to osią­gnąć. Dzi­siaj nie­za­leż­ność na­bra­ła w jej oczach zu­peł­nie no­we­go wy­mia­ru.

W pew­nej chwi­li usły­sza­ła gło­śne char­cze­nie. Na­tych­miast po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi. Włą­czy­ła gór­ne świa­tło i pod­bie­gła do łóż­ka cho­rej. Je­den rzut oka wy­star­czył, aby stwier­dzić, że mat­ka zno­wu ma pro­ble­my z od­dy­cha­niem. Pró­bo­wa­ła ją pod­nieść, ale jej cia­ło było wiot­kie i nie chcia­ło pod­dać się jej woli. Chcia­ła wsu­nąć do­dat­ko­wą po­dusz­kę pod gło­wę, ale i z tym mia­ła kło­pot. Zma­ga­ła się przez dłuż­szą chwi­lę, ale nie była w sta­nie so­bie po­ra­dzić. Po­czu­ła się bez­rad­na. Pod­ję­ła ko­lej­ną pró­bę: z wście­kło­ścią jed­ną ręką wci­ska­ła po­dusz­kę, dru­gą zaś mo­co­wa­ła się z gło­wą mat­ki. Wresz­cie uda­ło jej się, choć sama była wy­koń­czo­na. Przez mo­ment wpa­try­wa­ła się w sku­lo­ną na łóż­ku po­stać, zda­jąc so­bie spra­wę, że jej dzia­ła­nia oka­za­ły się nie­wy­star­cza­ją­ce. Przy­ci­ska­jąc pra­wą dłoń do ust, z prze­ra­że­niem po­krę­ci­ła gło­wą. Nie była w sta­nie po­móc swo­jej mat­ce, któ­rej z każ­dą se­kun­dą od­dy­cha­ło się co­raz trud­niej. Wie­dzia­ła, że nie ma sen­su dzwo­nić do Lid­ki, bo i tak nie przy­je­dzie. Mo­ni­ka mia­ła swo­je ży­cie i nie mo­gła za­wra­cać jej gło­wy. Czu­ła wzra­sta­ją­ce na­pię­cie, któ­re spra­wia­ło, że jej dło­nie drża­ły. Nie­przy­tom­nym wzro­kiem spo­glą­da­ła na le­żą­cy na sto­li­ku te­le­fon, przy­tło­czo­na wła­sną bez­sil­no­ścią. W koń­cu chwy­ci­ła za słu­chaw­kę i w ak­cie de­spe­ra­cji wy­bra­ła nu­mer dok­to­ra Mir­ko­wi­cza.

– Halo – za­czę­ła, ją­ka­jąc się. – Al­do­na Da­nec­ka. Pa­nie dok­to­rze, czy może pan do mnie przy­je­chać? – spy­ta­ła, roz­trzę­sio­na.

– Co się dzie­je? – ode­zwał się wy­raź­nie za­spa­nym gło­sem.

– Mama nie może zła­pać tchu… – tłu­ma­czy­ła cha­otycz­nie. – Nie je­stem w sta­nie sama so­bie po­ra­dzić – tłu­ma­czy­ła, co rusz prze­ry­wa­jąc.

– Do­brze, za­raz do pani przy­ja­dę – obie­cał. – Póki co pro­szę się uspo­ko­ić i przy­go­to­wać ma­mie in­ha­la­cję.

Do­pie­ro kie­dy odło­ży­ła słu­chaw­kę, do­tar­ło do niej, że jest śro­dek nocy. Za póź­no było jed­nak na od­wo­ła­nie wi­zy­ty. Szyb­ko przy­go­to­wa­ła in­ha­la­tor i za­ło­ży­ła ma­skę na twarz mat­ki. Co kil­ka mi­nut ner­wo­wo spo­glą­da­ła na ze­ga­rek, od­li­cza­jąc czas do przy­by­cia le­ka­rza. Kie­dy tyl­ko usły­sza­ła pod­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód, od­sło­ni­ła za­słon­kę i spoj­rza­ła przez okno, po czym szyb­ko otwo­rzy­ła drzwi i wpro­wa­dzi­ła męż­czy­znę do środ­ka.

– Prze­pra­szam, że pa­ni­ku­ję, ale nie mam po­ję­cia, co ro­bić – tłu­ma­czy­ła od pro­gu.

– Spo­koj­nie, za­raz zo­ba­czę, jak mogę po­móc. – Le­karz szyb­ko prze­szedł do sy­pia­li, ale za­nim znik­nął za drzwia­mi, za­py­tał: – Czy mógł­bym po­pro­sić o małą kawę roz­pusz­czal­ną z mle­kiem?

– Oczy­wi­ście, prze­pra­szam, że sama panu nie za­pro­po­no­wa­łam, ale… – Urwa­ła i skie­ro­wa­ła się do kuch­ni, gdzie do­koń­czy­ła swą myśl: „…ale jest śro­dek nocy i nie po­win­nam panu za­wra­cać gło­wy”.

Cze­ka­jąc na wrzą­tek, cięż­ko usia­dła na krze­śle, pró­bu­jąc się ja­koś uspo­ko­ić. Być może nie po­win­na dzwo­nić do le­ka­rza i wy­cią­gać go z łóż­ka, obar­cza­jąc swo­imi pro­ble­ma­mi. Mia­ła świa­do­mość, że ostat­nio co­raz czę­ściej bała się tego, że może so­bie nie po­ra­dzić z po­stę­pu­ją­cą cho­ro­bą mat­ki. Prze­ra­ża­ła ją sama myśl o tym, że mo­gła­by coś za­nie­dbać. Staw­ką było ży­cie jej mat­ki i nie było ni­cze­go waż­niej­sze­go od tego. Ani pra­ca, ani przy­ja­cie­le, ani Grze­gorz, któ­ry przez tyle lat był na pierw­szym miej­scu.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją głos wcho­dzą­ce­go do kuch­ni le­ka­rza:

– Sy­tu­acja jest na ra­zie opa­no­wa­na.

– Dzię­ku­ję i jesz­cze raz prze­pra­szam, że pana nie­po­ko­iłam – po­wie­dzia­ła, od­wra­ca­jąc się przo­dem do męż­czy­zny.

– Po­da­łem pani ma­mie sil­ne le­kar­stwa roz­kur­czo­we. Po­cze­kam chwi­lę, żeby mieć pew­ność, że za­czę­ły dzia­łać – od­parł, wciąż sto­jąc w drzwiach.

– Za­pra­szam – ode­zwa­ła się po­śpiesz­nie. – Przy­go­to­wa­łam kawę.

– Dzię­ku­ję. – Uśmiech­nął się, sia­da­jąc przy sto­le. – Tego mi te­raz po­trze­ba. A swo­ją dro­gą, ma pani wy­czu­cie cza­su. Za­nim ode­bra­łem te­le­fon, skoń­czy­łem czy­tać nie­sa­mo­wi­tą po­wieść.

– O dru­giej nad ra­nem? – zdzi­wi­ła się. – Cier­pi pan na bez­sen­ność?

– Rze­czy­wi­ście cza­sem, jak to mó­wię, mam zbyt cięż­ką gło­wę i choć leżę w łóż­ku kil­ka go­dzin, to nie mogę za­snąć.

– Pro­ble­my? – spy­ta­ła od­ru­cho­wo i na­tych­miast do­da­ła: – Prze­pra­szam, to nie moja spra­wa.

– Pro­szę się nie przej­mo­wać. To nie moje pry­wat­ne kło­po­ty, tyl­ko pa­cjen­tów, a to chy­ba jest jesz­cze gor­sze, bo cza­sem bra­ku­je mi po­my­słów na to, w jaki spo­sób mógł­bym im po­móc.

– Ro­zu­miem. – Po­ki­wa­ła gło­wą. – Też tak mie­wam.

– Tak? – za­in­te­re­so­wał się, po­pi­ja­jąc go­rą­cy na­pój. – Wła­ści­wie cała po­wieść jest me­ta­fo­rą prze­mi­ja­nia. Chęt­nie ją pani po­ży­czę…

Al­do­na nie ode­zwa­ła się. Po­chła­nia­ły ją wła­sne my­śli. Pa­trzy­ła w roz­cią­ga­ją­cą się za oknem czar­ną prze­strzeń, któ­rą gdzie­nie­gdzie roz­świe­tla­ły ulicz­ne la­tar­nie. Na ze­wnątrz pa­no­wa­ła ide­al­na ci­sza, któ­ra już nie­dłu­go mia­ła być zmą­co­na przez nad­cho­dzą­cy po­ra­nek.

– Pani Al­do­no, wiem, że to trud­ne, ale po­win­na się pani przy­go­to­wać na naj­gor­sze – po­wie­dział na­gle.

Ko­bie­ta zda­wa­ła się nie sły­szeć jego słów i wciąż pa­trzy­ła w dal.

– Nie­ste­ty, czas nie jest na­szym sprzy­mie­rzeń­cem – kon­ty­nu­ował, nie pod­da­jąc się. – Le­piej o tym nie za­po­mi­nać. Cho­ro­ba z każ­dym dniem po­stę­pu­je i nie zdo­łam jej po­wstrzy­mać.

– Wiem – ode­zwa­ła się w koń­cu. – I to chy­ba naj­bar­dziej mnie prze­ra­ża. Przy­zwy­cza­iłam się do ta­kie­go ży­cia i choć jest cho­ler­nie cięż­ko, to nie wiem, czy by­ła­bym w sta­nie wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

– Ro­zu­miem, ale czy nie­wie­dza by­ła­by lep­sza?

Nie chcia­ła od­po­wia­dać na tak po­sta­wio­ne py­ta­nie. To nie była kwe­stia wy­bo­ru. Od po­cząt­ku mia­ła świa­do­mość, że ta chwi­la musi na­dejść. Po­zo­sta­wa­ła tyl­ko kwe­stia tego, kie­dy to na­stą­pi.

Po­wo­li wsta­ła od sto­łu i po­szła zaj­rzeć do cho­rej. Po chwi­li do­łą­czył do niej le­karz. Ostroż­nie wziął star­szą ko­bie­tę za rękę i zmie­rzył puls. Jej od­dech był płyt­ki, ale mia­ro­wy. Dok­tor Mir­ko­wicz za­czął pa­ko­wać swo­ją tor­bę, któ­ra do­tych­czas sta­ła na fo­te­lu.

– Na dzi­siaj to wszyst­ko, co mo­głem zro­bić. Ju­tro, a w za­sa­dzie dzi­siaj, mam dzień wol­ny, więc do­pie­ro w śro­dę pa­nie od­wie­dzę, chy­ba że zaj­dzie pil­na po­trze­ba, wów­czas pro­szę mnie za­wia­do­mić. Ni­g­dzie nie wy­jeż­dżam i jestem do­stęp­ny pod te­le­fo­nem – do­dał życz­li­wym to­nem.

– Pa­nie dok­to­rze, nie wiem, czy zdo­łam się panu od­wdzię­czyć… – szep­nę­ła, nie mo­gąc za­pa­no­wać nad swo­im wzru­sze­niem. – Ile je­stem win­na za wi­zy­tę?

– Uznaj­my, że to była po­moc są­siedz­ka – stwier­dził, lek­ko się uśmie­cha­jąc.

– Robi pan o wie­le wię­cej niż to ko­niecz­ne, dla­te­go na­le­gam – od­po­wie­dzia­ła, nie kry­jąc za­sko­cze­nia, bo do­sko­na­le wie­dzia­ła, że le­karz miesz­ka po dru­giej stro­nie mia­sta.

– Nie ma o czym mó­wić – upie­rał się. – Mogę co naj­wy­żej wpro­sić się na kawę, je­śli będę na ko­lej­nej wi­zy­cie u pani mat­ki.

– W ta­kim ra­zie tym bar­dziej dzię­ku­ję za po­moc i oczy­wi­ście pro­szę czuć się za­pro­szo­nym na ko­lej­ną kawę. Mam na­dzie­ję, że tym ra­zem o przy­zwo­itej go­dzi­nie – stwier­dzi­ła, wy­mow­nie spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek wi­szą­cy na ścia­nie, któ­ra za­nim wy­pło­wia­ła, po­ma­lo­wa­na była na ko­lor cy­try­no­wy.

– Mam jesz­cze jed­no za­le­ce­nie – po­wie­dział le­karz, wy­cho­dząc do przed­po­ko­ju.

Spoj­rza­ła na nie­go z wy­cze­ki­wa­niem.

– Pro­szę się po­ło­żyć i od­po­cząć – za­czął, pa­trząc jej pro­sto w oczy. – Przed pa­nią ko­lej­ny dłu­gi dzień.

Po­ki­wa­ła gło­wą, a na jej twa­rzy za­go­ścił cień uśmie­chu.

– Do wi­dze­nia – po­że­gna­ła go i za­mknę­ła drzwi na klucz.

Skie­ro­wa­ła się do sy­pial­ni mat­ki, gdzie usa­do­wi­ła się w fo­te­lu. Po­now­nie otu­li­ła się ko­cem i przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w mi­zer­nie wy­glą­da­ją­cą twarz mat­ki, oświe­tlo­ną sła­bym bla­skiem noc­nej lamp­ki, po czym za­pa­dła w krót­ki, nie­spo­koj­ny sen, któ­ry mimo wszyst­ko oka­zał się dla niej zba­wien­ny.

Kie­dy się obu­dzi­ła, na ze­wnątrz było już wid­no. Uwiel­bia­ła sło­necz­ne po­ran­ki. Czu­ła wte­dy do­dat­ko­wy im­puls do dzia­ła­nia. Przy­gnę­bia­ją­ce my­śli cho­wa­ły się pod drew­nia­ną pod­ło­gą, któ­rą tyle razy pa­sto­wa­ła, bę­dąc na­sto­lat­ką. Prze­tar­ła oczy i od­ru­cho­wo prze­cze­sa­ła pal­ca­mi wło­sy, któ­re w cza­sie wy­czer­pu­ją­cych wy­da­rzeń ostat­nich go­dzin zdą­ży­ły się po­plą­tać. Aż się wzdry­gnę­ła na samą myśl o tym, co zda­rzy­ło się nocą.

Pod­nio­sła się z fo­te­la i na­tych­miast za­bra­ła się do spraw­dze­nia tem­pe­ra­tu­ry i ci­śnie­nia krwi mat­ki. Pa­ra­me­try nie na­pa­wa­ły opty­mi­zmem. Czym prę­dzej przy­go­to­wa­ła ko­lej­ną daw­kę le­karstw i zupę mlecz­ną, ale cho­ra ock­nę­ła się tyl­ko na chwi­lę i nie chcia­ła jeść. Wo­bec cze­go nie mo­gła jej po­dać le­ków. W cią­gu go­dzi­ny jesz­cze kil­ka razy pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mat­kę do prze­łknię­cia choć kil­ku por­cji po­sił­ku, jed­nak każ­da pró­ba koń­czy­ła się fia­skiem. Z bez­sil­no­ści rzu­ci­ła ta­lerz na pod­ło­gę i bez­wład­nie osu­nę­ła się na le­żą­cy tuż przy łóż­ku nie­wiel­ki dy­wan, któ­ry z za­ło­że­nia miał do­star­czać cie­pła sto­ją­cej na nim oso­bie, jed­nak jego wy­gląd zda­wał się temu prze­czyć. Od daw­na po­wi­nien być wy­mie­nio­ny, gdyż dłu­gość wło­sa ra­dy­kal­nie się skró­ci­ła, na środ­ku miał kil­ka prze­tar­tych miejsc, a je­den z brze­gów był nad­pru­ty. Mat­ka jed­nak była do nie­go tak bar­dzo przy­wią­za­na, że za każ­dym ra­zem opo­no­wa­ła, gdy tyl­ko spo­strze­gła, że któ­raś z có­rek chce się po­zbyć jej je­dy­ne­go pre­zen­tu ślub­ne­go otrzy­ma­ne­go od wła­snej mat­ki. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do niej, co zro­bi­ła. Chcia­ła krzy­czeć, tu­pać no­ga­mi, ale nie po­tra­fi­ła tego zro­bić, po­dob­nie jak wte­dy, gdy była dziec­kiem.

 

Po­czła­pa­ła do ła­zien­ki, skąd przy­nio­sła wia­dro z wodą i mop, po czym za­bra­ła się do sprzą­ta­nia po­bru­dzo­nej pod­ło­gi. W tej chwi­li naj­gor­sza była dla niej nie­pew­ność. Nie­na­wi­dzi­ła sta­nu za­wie­sze­nia, któ­ry wy­da­wał jej się stra­tą cza­su i ener­gii. Wo­la­ła ro­bić co­kol­wiek in­ne­go, niż sie­dzieć z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi i cze­kać na wy­rok. Chcia­ła dzia­łać. Ni­g­dy nie bała się cięż­ko pra­co­wać, na­wet je­śli inni skrzęt­nie to wy­ko­rzy­sty­wa­li. Dziś pa­trzy­ła, jak jej mat­ka żyje w nie­świa­do­mo­ści, a ona nie jest w sta­nie jej po­móc. Może ją kar­mić, prze­wi­jać, po­da­wać le­kar­stwa, ma­so­wać, ale nie może zwró­cić jej świa­do­mo­ści, któ­ra de­cy­du­je o czło­wie­czeń­stwie.

Gdy skoń­czy­ła, w ge­ście bez­sil­no­ści chwy­ci­ła za słu­chaw­kę i wy­krę­ci­ła nu­mer. Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, cze­ka­ła na po­łą­cze­nie z roz­mów­cą.

– Mu­sisz mi po­móc – ode­zwa­ła się, nie tra­cąc cza­su na zbęd­ne w tej chwi­li sło­wa po­wi­ta­nia.

– A co się sta­ło?

– Lid­ka, je­śli nie pa­mię­tasz, to na­sza mat­ka jest ob­łoż­nie cho­ra i wy­ma­ga opie­ki – od­po­wie­dzia­ła, nie kry­jąc sar­ka­zmu w gło­sie.

– Uspo­kój się – żach­nę­ła się. – Nie mu­sisz być nie­mi­ła. Przy­ja­dę, jak tyl­ko chłop­cy skoń­czą jeść śnia­da­nie.

Nie mia­ła siły nic od­po­wie­dzieć. Ko­cha­ła swo­ją sio­strę po­nad wszyst­ko. Być może to dla­te­go tak wie­le jej wy­ba­cza­ła i tłu­ma­czy­ła jej za­cho­wa­nia, choć cza­sem chcia­ło jej się naj­zwy­czaj­niej w świe­cie pła­kać z bez­sil­no­ści i sa­mot­no­ści. Co­raz czę­ściej mia­ła wra­że­nie, że choć jest wśród lu­dzi, wciąż po­zo­sta­je sama ze swo­im przez lata skry­wa­nym bó­lem i po­czu­ciem winy.

Z wol­na odło­ży­ła słu­chaw­kę i usia­dła, śle­dząc le­ni­wie prze­su­wa­ją­ce się wska­zów­ki wi­szą­ce­go na ścia­nie ze­ga­ra. Sio­stra naj­wy­raź­niej po­sta­no­wi­ła wy­sta­wić na pró­bę jej cier­pli­wość, gdyż z od­da­lo­ne­go o trzy ki­lo­me­try domu przy­je­cha­ła po bli­sko pół­to­rej go­dzi­nie. Chłop­cy już od drzwi krzy­cze­li, że chcą pić, mu­sia­ła więc naj­pierw za­jąć się nimi. Al­do­na, od­wo­łu­jąc się do naj­głęb­szych po­kła­dów swej cier­pli­wo­ści, ob­ser­wo­wa­ła ten spek­takl, w któ­rym role pierw­szo­pla­no­we od na­ro­dze­nia na­le­ża­ły do bliź­nia­ków, bez­względ­nie wy­ko­rzy­stu­ją­cych swój urok oso­bi­sty i upór.

Na szczę­ście po­łą­czo­ne siły có­rek wy­gra­ły w star­ciu z nie­ustę­pli­wo­ścią mat­ki, któ­ra w koń­cu prze­łknę­ła odro­bi­nę po­sił­ku.

– Czy roz­ma­wia­łaś kie­dyś z mamą o tym, jak chce zo­stać po­cho­wa­na? – spy­ta­ła Al­do­na, zmy­wa­jąc w kuch­ni na­czy­nia po śnia­da­niu.

– Chy­ba żar­tu­jesz?! – obu­rzy­ła się sio­stra, sie­dząc przy sto­le i po­pi­ja­jąc her­ba­tę. – To nie był te­mat do roz­mo­wy i my­ślę, że na­dal nie jest.

– A ja są­dzę, że naj­wyż­szy czas, by za­sta­no­wić się nad tym – na­le­ga­ła, nie od­wra­ca­jąc się w stro­nę sio­stry. Tak było jej ła­twiej dys­ku­to­wać z nią o trud­nych spra­wach.

– Chy­ba żar­tu­jesz! – krzyk­nę­ła. – Nie ma o czym mó­wić!

– Bo co, może nie wy­pa­da? – ode­zwa­ła się, gwał­tow­nie od­wra­ca­jąc się w jej stro­nę. – Nie mam pra­wa o tym mó­wić?

– Może! – stwier­dzi­ła, co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wa­na.

– To jest te­mat jak każ­dy inny. Nie ma co się oszu­ki­wać i trze­ba o tym roz­ma­wiać. Mu­si­my pew­ne kwe­stie omó­wić już dzi­siaj, żeby póź­niej było nam ła­twiej – tłu­ma­czy­ła, pa­trząc sio­strze pro­sto w oczy, jak­by rzu­ca­ła jej wy­zwa­nie. – W nocy był tu dok­tor Mir­ko­wicz i uprze­dził, że po­win­ny­śmy być go­to­we na każ­dą ewen­tu­al­ność.

– Mam dość tej bez­sen­sow­nej roz­mo­wy – rzu­ci­ła Lid­ka, wsta­jąc z miej­sca. – Chłop­cy, zbie­ra­my się do domu.

– Ja­sne, tak naj­ła­twiej – burk­nę­ła pod no­sem, wi­dząc, że ni­cze­go wię­cej nie wskó­ra.

– Cześć – oschle rzu­ci­ła Lid­ka, wy­cho­dząc z kuch­ni.

Resz­tę przed­po­łu­dnia Al­do­na spę­dzi­ła przy łóż­ku mat­ki. Naj­pierw sta­ra­nie ją umy­ła gąb­ką, któ­rą mo­czy­ła w mi­sce z let­nią wodą. Póź­niej de­li­kat­nie osu­szy­ła ręcz­ni­kiem jej zmi­zer­nia­łe cia­ło. Na ko­niec na­tar­ła je pach­ną­cym bal­sa­mem. Dłu­gie wło­sy wy­cze­sa­ła i zwią­za­ła w ku­cyk. Gdy skoń­czy­ła, z sa­tys­fak­cją po­pa­trzy­ła na cho­rą. Wy­glą­da­ła o wie­le le­piej, a przy­naj­mniej Al­do­na chcia­ła tak my­śleć.

Po po­łu­dniu przy­szła Mo­ni­ka, któ­ra przez kil­ka go­dzin dzien­nie opie­ko­wa­ła się obcą oso­bą, trak­tu­jąc ją jak ko­goś bli­skie­go. Za­wsze uśmie­cha­ła się do swo­jej pa­cjent­ki, opo­wia­da­jąc jej o in­nych cho­rych, któ­rych re­ha­bi­li­to­wa­ła, oraz o swo­im pie­lę­gno­wa­nym z ogrom­ną pa­sją ogro­dzie. Po­świę­ca­ła mu każ­dą wol­ną mi­nu­tę, dla­te­go była z nie­go nie­zmier­nie dum­na. Mia­ła też nie­by­wa­łą umie­jęt­ność opo­wia­da­nia o nim, jak­by ma­lo­wa­ła przed słu­cha­czem róż­no­barw­ne ob­ra­zy.

Wie­czór nie przy­niósł żad­nej po­pra­wy, dla­te­go Al­do­na pod­ję­ła de­cy­zję, że ju­tro rano za­dzwo­ni do dok­to­ra Mir­ko­wi­cza z proś­bą o wi­zy­tę do­mo­wą. Wpraw­dzie nie spo­dzie­wa­ła się szyb­kie­go prze­ło­mu, ale mia­ła wra­że­nie, że mimo wszyst­ko cho­ro­ba za­miast się co­fać albo cho­ciaż za­trzy­mać, wciąż na­bie­ra­ła roz­pę­du, z za­pa­łem pu­sto­sząc or­ga­nizm star­szej ko­bie­ty. Z tą my­ślą usia­dła w fo­te­lu, któ­ry i tej nocy miał jej słu­żyć za łóż­ko. Dłu­go słu­cha­ła cięż­kie­go od­de­chu mat­ki, od cza­su do cza­su prze­ry­wa­ne­go po­ka­sły­wa­niem i gło­śnym prze­ły­ka­niem śli­ny. Tuż po pół­no­cy za­snę­ła, da­jąc swo­je­mu cia­łu szan­sę na za­słu­żo­ny od­po­czy­nek.

Po­ra­nek przy­wi­tał ją pięk­nym wrze­śnio­wym słoń­cem, któ­re mimo zbli­ża­ją­cej się je­sie­ni na­dal roz­piesz­cza­ło swym cie­płem. Ja­sne pro­mie­nie roz­pry­ski­wa­ły się po po­żół­kłych li­ściach sto­ją­ce­go nie­opo­dal domu omsza­łe­go dębu, któ­ry la­tem otu­lał swym cie­niem znacz­ną część po­dwór­ka. To pod nim sta­ła ław­ka, na któ­rej tak chęt­nie ba­wi­ła się z sio­strą. Po­strzę­pio­ne ob­ło­ki le­ni­wie su­nę­ły po nie­bie, jak­by nie mia­ły ocho­ty na zmia­ny. Prze­ciw­nie, mia­ły na­dzie­ję, że być może w tym roku zima w ogó­le nie przyj­dzie, po­zo­sta­wia­jąc pole do po­pi­su je­sie­ni.

Al­do­na po­wo­li prze­cie­ra­ła oczy, od cza­su do cza­su zie­wa­jąc i prze­cią­ga­jąc się. Nie chcia­ła pa­mię­tać o wczo­raj­szej sprzecz­ce z młod­szą sio­strą. Była dziw­nie opa­no­wa­na, jak­by stres ostat­nich dni nie­ocze­ki­wa­nie się roz­mył, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie wspo­mnie­nie.

Jed­no spoj­rze­nie na łóż­ko wy­star­czy­ło, aby cały spo­kój prysł…

* Mitch Al­bom, Za­kli­nacz cza­su, Kra­ków 2014, s. 262.

2. Alienacja

www.od­ro­czo­ne.na­dzie­je.blog.pl

Czy je­ste­śmy tyl­ko sumą przy­pad­ków? Je­śli tak, to ja sku­piam w so­bie szcze­gól­nie dużo róż­nych przy­pad­ków…

Kie­dyś pra­gnę­łam, żeby wszy­scy lu­dzie wo­kół mnie byli szczę­śli­wi – to chy­ba dzie­cię­ca na­iw­ność ka­za­ła mi wie­rzyć, że jest to moż­li­we. Nie li­czy­łam go­dzin ani pie­nię­dzy, żeby po­móc in­nym. Ni­g­dy jed­nak nie zdo­by­łam się na to, by po­my­śleć o tym, że być może oni wca­le tego nie chcie­li. Może ocze­ki­wa­li cze­goś in­ne­go, a ja na­rzu­ca­łam im swo­ją wolę? Nie wiem… To nie są ła­twe te­ma­ty, a ja nie je­stem na tyle otwar­ta, aby o nich mó­wić…

Dzi­siaj sa­mot­ność boli ina­czej niż wte­dy, gdy czło­wiek jest mło­dy. A może po pro­stu przy­zwy­cza­iłam się do niej i trak­tu­ję ją jak przy­ja­ciół­kę, któ­ra to­wa­rzy­szy mi od lat, po­ka­zu­jąc róż­ne ob­li­cza ludz­kie­go ży­cia? Pró­bo­wa­łam… Wie­le razy pró­bo­wa­łam, ale nie­ła­two jest po­skle­jać ludz­kie uczu­cia. Ni­g­dy tak na­praw­dę nie zro­zu­mia­łam, gdzie po­peł­ni­łam błąd i dla­cze­go by­łam przez tyle lat ka­ra­na.

Czas mija, a ja sta­ję się co­raz bar­dziej skost­nia­ła. Tar­ga mną obo­jęt­ność, któ­ra za wszel­ką cenę chce za­wład­nąć moim ser­cem. Nie zga­dzam się na to, ale nie mam już siły wal­czyć i pro­sić o ko­lej­ną szan­sę na roz­mo­wę…

17 li­sto­pa­da 2014 r.

Dzie­ciń­stwo, je­śli w przy­pad­ku Al­do­ny w ogó­le moż­na o nim mó­wić, skoń­czy­ło się wraz z na­ro­dze­niem jej młod­szej sio­stry, któ­ra już od pierw­szych dni ży­cia zo­sta­ła po­wie­rzo­na jej pie­czy. Za­raz po po­wro­cie ze szko­ły Al­do­na mu­sia­ła szyb­ko od­ro­bić lek­cje, aby za­jąć się Lid­ką. Mat­ka wpraw­dzie pra­co­wa­ła w domu, szy­jąc odzież dla woj­ska, ale nie mo­gła so­bie po­zwo­lić, aby nie wy­ro­bić usta­lo­nej nor­my. I tak od rana do póź­nej nocy ślę­cza­ła przy ma­szy­nie, rów­no prze­szy­wa­jąc ko­lej­ne ście­gi na ręcz­ni­kach czy ko­szu­lach. Wła­ści­wie w pro­ces szy­cia za­an­ga­żo­wa­ni byli pra­wie wszy­scy do­mow­ni­cy. Da­rek zaj­mo­wał się przy­ci­na­niem ni­tek i sor­to­wa­niem, zaś Al­do­na skła­da­niem i szy­ko­wa­niem pa­czek do co­ty­go­dnio­we­go od­bio­ru. Tyl­ko oj­ciec nie uczest­ni­czył w żad­nym z pro­ce­sów pra­cy cha­łup­ni­czej swo­jej żony. Wy­cho­dził wcze­śnie rano do pra­cy w po­bli­skiej fa­bry­ce i wra­cał przed wie­czo­rem, uty­ra­ny nad­go­dzi­na­mi, któ­re – jak twier­dził – były nie­zbęd­ne, aby utrzy­mać dom.

Na­ro­dzi­ny Lid­ki zbie­gły się w cza­sie z ukoń­cze­niem przez Al­do­nę trze­ciej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. To była istot­na zmia­na: nowe przed­mio­ty i na­uczy­cie­le. Na szczę­ście na­uka przy­cho­dzi­ła jej z ła­two­ścią, dla­te­go nie mu­sia­ła jej po­świę­cać dużo cza­su. Wie­le razy jed­nak, wy­cho­dząc z sio­strą na spa­cer, za­bie­ra­ła ze sobą lek­tu­rę i je­śli tyl­ko zna­la­zła do­god­ny mo­ment, bo aku­rat Lid­ka za­snę­ła, sia­da­ła gdzie po­pa­dło i czy­ta­ła. Z za­zdro­ścią spo­glą­da­ła w stro­nę ró­wie­śni­ków ba­wią­cych się na jej uli­cy to w cho­wa­ne­go, to znów w pod­cho­dy. Swo­im „wol­nym cza­sem” mu­sia­ła ra­cjo­nal­nie go­spo­da­ro­wać, aby nie za­nie­dbać na­uki i sta­le pa­mię­tać o ma­łym dziec­ku, któ­re zo­sta­ło po­wie­rzo­ne jej opie­ce.

Tyl­ko raz spró­bo­wa­ła do­łą­czyć do dzie­ci z są­siedz­twa. Aku­rat były wa­ka­cje. Sło­necz­ne lato ku­si­ło za­ba­wą i bez­tro­ską. Lid­ka mia­ła pra­wie rok. Tego dnia była nie­sfor­na. Od rana ka­pry­si­ła i nie mia­ła ocho­ty na je­dze­nie. Mat­ka bez­rad­nie roz­kła­da­ła ręce, a w koń­cu wy­sła­ła dziew­czyn­ki na spa­cer. Lid­ka wca­le nie mia­ła ocho­ty sie­dzieć w wóz­ku. Przez całą dro­gę pła­ka­ła i wier­ci­ła się. Nie po­ma­ga­ło śpie­wa­nie, za­ba­wia­nie grze­chot­ką ani no­sze­nie na rę­kach. Al­do­na mia­ła po­czu­cie, że wszy­scy pa­trzą na nią z po­li­to­wa­niem, bo nie po­tra­fi uci­szyć dziec­ka. Przy­pa­dek spra­wił, że w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś za­baw­ki się­gnę­ła do kie­sze­ni ko­szu­li, któ­rą aku­rat dzi­siaj wło­ży­ła. Zu­peł­nie nie pa­mię­ta­ła o ku­pio­nym kil­ka dni wcze­śniej li­za­ku. Te­raz pa­trzy­ła na nie­go, nie kry­jąc swo­jej na­dziei na spo­kój. Szyb­ko od­wi­nę­ła go i wło­ży­ła sio­strze do ust. Ta pra­wie na­tych­miast uspo­ko­iła się i za­in­te­re­so­wa­ła sło­dy­czem. Ci­sza ko­iła ner­wy Al­do­ny, na­pię­te do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. Z ocho­tą ma­sze­ro­wa­ła da­lej, ob­ser­wu­jąc, jak sio­stra, wy­bru­dzo­na przed chwi­lą zje­dzo­nym li­za­kiem, za­sy­pia.

Do­cho­dząc do po­bli­skie­go bo­iska, spo­strze­gła gru­pę zna­jo­mych dzie­cia­ków. Po­de­szła do nich, żeby się przy­wi­tać. Wó­zek po­zo­sta­wi­ła w pew­nej od­le­gło­ści, tuż pod lipą, aby sio­stra mo­gła spo­koj­nie spać. Ko­le­dzy wła­śnie uma­wia­li się na grę w dwa ognie, a że było ich nie do pary, z du­żym en­tu­zja­zmem po­wi­ta­li Al­do­nę.

 

– Nie mogę – tłu­ma­czy­ła. – Mu­szę się opie­ko­wać sio­strą.

– Ale sama mó­wi­łaś, że ona śpi – przy­po­mniał jej je­den z chło­pa­ków.

– Mama nie po­zwa­la mi jej zo­sta­wiać sa­mej…

– Mama, mama – prze­drzeź­niał ją inny. – Prze­cież o ni­czym nie musi wie­dzieć.

– Jak się mała obu­dzi, to wró­cisz z nią do domu – wtó­ro­wa­ła mu Ola, z któ­rą cho­dzi­ła do kla­sy.

– Do­bra, ale tyl­ko jed­na roz­gryw­ka – pod­da­ła się w koń­cu.

To była świet­na za­ba­wa i je­dy­na roz­ryw­ka, od­kąd roz­po­czę­ły się wa­ka­cje. Po­cząt­ko­wo oj­ciec obie­cy­wał jej, że za­pi­sze ją na ko­lo­nie, ale póź­niej prze­ga­pił ter­min. Kie­dy chciał ją wpi­sać na li­stę, było już za póź­no. Naj­bar­dziej za­do­wo­lo­na z tego fak­tu była mat­ka, któ­ra nie chcia­ła sły­szeć o po­zo­sta­wie­niu jej sa­mej na dwa ty­go­dnie z Lid­ką, bo choć na ogół była słod­kim dziec­kiem, cza­sem po­tra­fi­ła dać do wi­wa­tu. W pew­nym mo­men­cie Al­do­na na­wet po­dej­rze­wa­ła, że oj­ciec, dzia­ła­jąc pod pre­sją, spe­cjal­nie nie do­pil­no­wał for­mal­no­ści zwią­za­nych z jej ko­lo­nia­mi. Nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak spę­dzić ko­lej­ne wa­ka­cje w domu. Da­rek mógł spo­ty­kać się z ko­le­ga­mi i włó­czyć się wraz z nimi do wie­czo­ra, ona mo­gła o tym je­dy­nie ma­rzyć.

Co­dzien­ne spa­ce­ry zde­cy­do­wa­nie po­pra­wi­ły jej kon­dy­cję, dla­te­go z pola gry ze­szła jako jed­na z ostat­nich. Od razu po­szła do wóz­ka, żeby spraw­dzić, czy sio­stra na­dal śpi. Po chwi­li ze zgro­zą do­strze­gła, że dziew­czyn­ka ma sze­ro­ko otwar­te oczy, zaś jej twarz jest sina.

– Ra­tun­ku! Ra­tun­ku! – krzy­cza­ła Al­do­na, bez­rad­nie roz­glą­da­jąc się wo­kół sie­bie, by zna­leźć ko­goś do­ro­słe­go.

– Co się sta­ło? – za­in­te­re­so­wał się je­den z ko­le­gów z jej dru­ży­ny.

– Ona się dusi! – szlo­cha­ła przez łzy.

– Wyj­mij­cie ją z wóz­ka – za­rzą­dzi­ła Ola, któ­ra wy­raź­nie nie stra­ci­ła zim­nej krwi.

– No, pod­nieś ją! – do­pin­go­wa­ła ją inna dziew­czy­na, gra­ją­ca w prze­ciw­nej dru­ży­nie. – Szyb­ciej! Szyb­ciej!

Al­do­na sta­ła w miej­scu, jak­by na­gle ska­mie­nia­ła. Nie mo­gła się po­ru­szyć. Czu­ła, że wszy­scy na nią pa­trzą, ocze­ku­jąc jej re­ak­cji, ale nie była w sta­nie dzia­łać. Tyl­ko łzy ka­pa­ły jej jed­na za dru­gą. Sły­sza­ła bi­cie swo­je­go ser­ca, któ­re wciąż przy­spie­sza­ło. Prze­ra­że­nie na jej twa­rzy spra­wi­ło, że w jed­nej chwi­li przy­by­ło jej kil­ka lat. Jej usta drża­ły w nie­mym okrzy­ku.

– Mam ją! – wrza­snął chło­pak, któ­ry do nie­daw­na stał pod pło­tem i nie uczest­ni­czył w grze. – Mam ją!

– Od­wróć ją do góry no­ga­mi i moc­no po­trzą­śnij! – in­stru­owa­ła Ola. – Do­brze, jesz­cze raz! Klep ją po ple­cach!

Resz­ta ga­piów z prze­ra­że­nia mil­cza­ła, ob­ser­wu­jąc współ­pra­cę tej dwój­ki. Chło­pak był nad wy­raz opa­no­wa­ny. Zda­wał się wy­łą­czyć emo­cje i dzia­łać ma­chi­nal­nie, jak­by to, co wła­śnie robi, nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym dla na­sto­lat­ka. Wo­kół, jak na złość, nie było ni­ko­go do­ro­słe­go. Żeby we­zwać ka­ret­kę, trze­ba było biec do skle­pu od­da­lo­ne­go o ja­kieś trzy­sta me­trów. Choć nikt nie po­wie­dział tego gło­śno, wszy­scy wie­dzie­li, że nie mia­ło to naj­mniej­sze­go sen­su, dla­te­go z za­par­tym tchem cze­ka­li na re­ak­cję po­trzą­sa­ne­go nie­mow­lę­cia.

– Jest! Uda­ło się! Wy­plu­ła! – ucie­szył się chło­pak i de­li­kat­nie prze­krę­cił dziew­czyn­kę do po­zy­cji pio­no­wej.

Do­pie­ro wów­czas Al­do­na od­zy­ska­ła wła­dzę w koń­czy­nach i pod­bie­gła, żeby wziąć sio­strę na ręce. Ra­zem z nią przy­sia­dła na tra­wie i moc­no przy­tu­li­ła się do niej, gło­śno szlo­cha­jąc. Jej ma­leń­ka sio­strzycz­ka po­trze­bo­wa­ła jej opie­ki…

– Czym się za­krztu­si­ła? – za­py­tał ktoś z tłu­mu ga­piów.

– To chy­ba ka­wa­łek li­za­ka – stwier­dził chło­pak, któ­ry udzie­lał pierw­szej po­mo­cy. – Skąd ona go mia­ła?

– Ja jej go da­łam – przy­zna­ła się Al­do­na, jed­no­cze­śnie spusz­cza­jąc wzrok. – Chcia­łam, żeby prze­sta­ła pła­kać…

– To wy­my­śli­łaś!

– Puk­nij się w gło­wę! – do­dał ktoś inny.

Każ­de z tych słów ra­ni­ło ją na wskroś. Nie prze­wi­dzia­ła kon­se­kwen­cji i ta świa­do­mość była dla niej naj­gor­sza. Mo­gli uwa­żać ją za idiot­kę, nie mia­ło to dla niej więk­sze­go zna­cze­nia. Te­raz ma­rzy­ła tyl­ko o tym, aby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu.

– Od­pro­wa­dzę cię – za­pro­po­no­wał chło­pak, nie wra­ca­jąc do wy­da­rzeń sprzed chwi­li.

– Dam so­bie radę… – opo­no­wa­ła, moc­no tu­ląc do pier­si pła­czą­cą sio­strę.

– Wiem – stwier­dził i pchnął wó­zek, ona bo­wiem wciąż trzy­ma­ła na rę­kach Lid­kę, któ­ra stop­nio­wo za­czy­na­ła się uspo­ka­jać.

Wy­mi­nę­li wszyst­kich ze­bra­nych, kie­ru­jąc się wprost na chod­nik. Przez dłuż­szą chwi­lę nie roz­ma­wia­li. Oby­dwo­je po­trze­bo­wa­li cza­su, aby ochło­nąć. Szli obok sie­bie, pa­trząc pod nogi. Nie­rów­ne be­to­no­we pły­ty sta­no­wi­ły do­sko­na­łą pu­łap­kę dla nie­wpra­wio­ne­go prze­chod­nia. Al­do­na wciąż cięż­ko od­dy­cha­ła, jak­by każ­dy wdech spra­wiał jej trud­ność. Na­wet nie otar­ła łez, któ­re zdo­ła­ły za­schnąć na jej za­ku­rzo­nej twa­rzy. Lid­ka nie­ocze­ki­wa­nie za­snę­ła, wtu­lo­na w jej ra­mio­na.

Do­pie­ro kie­dy we­szli na uli­cę, przy któ­rej miesz­ka­ła, chło­pak ode­zwał się:

– Mam na imię Grze­siek, a ty?

– Al­do­na – od­po­wie­dzia­ła od nie­chce­nia.

– Ład­nie – stwier­dził i uśmiech­nął się do niej. – A do któ­rej cho­dzisz kla­sy?

– Do pią­tej – od­po­wie­dzia­ła, choć nie od­wza­jem­ni­ła uśmie­chu.

– A ja do siód­mej – po­in­for­mo­wał ją, nie cze­ka­jąc na to, aż go za­py­ta.

– Ale chy­ba nie do na­szej szko­ły? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– Nie. Przy­je­cha­łem tu do dziad­ków.

– Jesz­cze ci nie po­dzię­ko­wa­łam – za­czę­ła, zmie­nia­jąc te­mat, jak­by na­gle przy­po­mnia­ła so­bie, dla­cze­go ra­zem idą. – Mama by mnie chy­ba za­bi­ła, gdy­by się do­wie­dzia­ła, że prze­ze mnie coś się mo­gło stać Lid­ce.

– To nie mów jej o tym – po­ra­dził. – Unik­niesz kło­po­tów.

– A co je­śli do­wie się od ko­goś in­ne­go? – mar­twi­ła się, wciąż moc­no obej­mu­jąc sio­strę.

– Po­wiesz, że nie było tak źle, jak wy­glą­da­ło, dla­te­go nic się nie sta­ło.

– Może masz ra­cję… Po co ma się nie­po­trzeb­nie mar­twić. – W koń­cu pra­wie nie­do­strze­gal­nie uśmiech­nę­ła się do nie­go. – Skąd wie­dzia­łeś, co trzeba zro­bić?

– Przy­pa­dek. – Wzru­szył ra­mio­na­mi, wy­raź­nie lek­ce­wa­żąc po­wa­gę sy­tu­acji.

– Nie żar­tuj – zga­ni­ła go i nie ustę­pu­jąc, do­cie­ka­ła da­lej: – Ja by­łam prze­ra­żo­na.

– Wiem.

Pa­trzy­ła na Grze­go­rza, któ­ry wy­da­wał się po­chło­nię­ty wła­sny­mi my­śla­mi, któ­ry­mi naj­wy­raź­niej nie chciał się z ni­kim dzie­lić. Spo­glą­dał na dro­gę, jak­by chciał już wra­cać do domu. W koń­cu ode­zwał się do niej:

– Je­śli chcesz, to mo­że­my się jesz­cze spo­tkać i po­spa­ce­ro­wać ra­zem z two­ją sio­strą.

Przez chwi­lę nie od­po­wia­da­ła. Za­sko­czył ją, jed­nak pro­po­zy­cja po­zna­nia ko­goś no­we­go spodo­ba­ła jej się. Nie­raz z za­zdro­ścią spo­glą­da­ła na włó­czą­ce się pod okna­mi jej domu ko­le­żan­ki, do któ­rych chęt­nie by się przy­łą­czy­ła. Nie mia­ła żad­ne­go to­wa­rzy­stwa, bo wciąż mu­sia­ła zaj­mo­wać się sio­strą albo po­ma­gać mat­ce w domu.

– Do­brze, to przyjdź ju­tro przed po­łu­dniem – po­wie­dzia­ła i we­szła na po­dwór­ko.

Zgod­nie z su­ge­stią Grześ­ka ni­ko­mu nie po­wie­dzia­ła o in­cy­den­cie na bo­isku. Przez cały czas jed­nak nur­to­wa­ło ją jed­no: dla­cze­go chło­pak uni­kał od­po­wie­dzi na jej py­ta­nie. Od tego cza­su ze zdwo­jo­ną tro­ską opie­ko­wa­ła się sio­strą. Za­bie­ra­ła ją ze sobą do­słow­nie wszę­dzie. Mat­ce mó­wi­ła, że idzie na spa­cer, a lą­do­wa­ły na szkol­nej dys­ko­te­ce, gdzie kil­ku­let­nia Lid­ka do­ka­zy­wa­ła na środ­ku par­kie­tu. Wkrót­ce ni­ko­go nie dzi­wi­ło, że tam, gdzie Al­do­na, tam i jej sio­stra. Za­wsze jed­nak pa­mię­ta­ły, żeby nie mó­wić o tym ma­mie.