Nadzieje OlgiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lena biła się z myślami. Ciekawiło ją, co się kryje w środku, ale jednocześnie wiedziała, że to pomyłka. Dotychczas nie otrzymywała przesyłek. Nie spodziewała się, aby matka czy ojciec zadali sobie tyle trudu i cokolwiek jej wysłali. A może jednak się myliła? Zbliża się Boże Narodzenie, może więc któreś z rodziców dla odmiany przypomniało sobie o jej istnieniu i zrobiło jej niespodziankę. Z tą myślą sięgnęła po niewielką paczkę, która dotychczas pozostawała w rękach kuriera.

– A jednak? – spytał, wręczając jej przesyłkę.

– Skoro pan twierdzi, że to nie pomyłka, to muszę sprawdzić, co jest w środku – odparła, cofając się, by zamknąć za sobą drzwi. – Dziękuję – dodała.

– Miłego dnia – rzucił na odchodne, po czym pospiesznie zbiegł ze schodów.

Lena zabrawszy paczkę i plecak, weszła do swojego pokoju. Rano zdążyła jedynie zaścielić łóżko, dlatego nie patrząc na bałagan, sterty książek i papierów piętrzące się na biurku, usiadła na tapczanie i spokojnie przyjrzała się widniejącemu na papierze adresowi. Jej imię i nazwisko, nazwa ulicy i numer domu, ale w żadnym razie nie wyglądało to na pismo ojca. Była pewna, że gdyby to matka adresowała kopertę, zamiast Lena, napisałaby Helena, tak więc i ją wykluczyła. Powoli rozdarła szary papier i rzuciła go obok. Jej oczom ukazało się bladoróżowe pudełko z napisem w nieznanym języku. Ostrożnie podniosła wieczko, po czym prawie natychmiast je opuściła. Poderwała się pośpiesznie, jakby to, co przed chwilą ujrzała, mogło wydostać się na zewnątrz i zrobić jej krzywdę. Jedną rękę przycisnęła do ust, jakby się bała, że za chwilę nie zapanuje nad bólem i krzykiem, które rodziły się gdzieś głęboko w jej duszy. Drżała na całym ciele, a jej zęby co rusz uderzały o siebie, jakby znalazła się na dworze w mroźny dzień i zapomniała zabrać ze sobą ciepłą kurtkę. Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości, kto był nadawcą przesyłki. Tylko dlaczego nie potrafił jej odpuścić? Przecież zapewniła go, że nigdy nie powie nikomu o tym, co się wydarzyło na basenie. Dlaczego wciąż na nowo wdzierał się w jej życie, nie pozwalając jej zapomnieć o najgorszym koszmarze, jaki dotychczas przeżyła?

Powoli zebrała się w sobie i podeszła do łóżka. Z dużą ostrożnością sięgnęła po paczkę i niezwłocznie wrzuciła ją do stojącego pod biurkiem kosza na śmieci. Niestety i tym razem postanowiła zadziałać złośliwość rzeczy martwych, dlatego pudełko nie chciało się zmieścić do kubełka. Bez zbędnych ceregieli Lena przydepnęła je, niemal wbijając do środka. W tej chwili wygięte wieczko kartonu odchyliło się, ukazując niewielki fragment koronkowego body w kolorze pudrowego różu, wykończonego delikatnym puszkiem, dokładnie takim samym jak ten, którym obszyte były metalowe kajdanki i rękojeść niewielkiego pejcza. Wzdrygnęła się na ten widok, po czym dając upust swemu rozdrażnieniu, z całych sił kopnęła kosz, który potoczył się pod biurko. Dopiero wówczas poczuła przeszywający ból w nodze, która przypomniała jej o tym, że przez połowę lata tkwiła złamana w gipsie. Lena lekko się zachwiała i upadła. Na szczęście nieopodal stało łóżko, więc wylądowała na nim, jednak głową uderzyła o ścianę.

– Cholera! – krzyknęła.

Przez dłuższą chwilę leżała, wciąż masując obolałe miejsce, przypominające jej o tym, że Adam nie zamierza zrezygnować. Nawet nie zorientowała się, kiedy odsunęła szufladę i wyjęła z niej niewielkie plastikowe pudełeczko, które kryło jej największe skarby, a zarazem tajemnice. Wyjęła cienką metalową szpilkę, po czym mocno wbiła ją w skórę. Pierwsza warstwa natychmiast została przebita. Zimne ostrze przenikało coraz głębiej. Widok drobnych kropel krwi sprawił Lenie niewypowiedzianą przyjemność. Czuła, jak z każdą chwilą maleje napięcie, a ból, który wcześniej zdawał się ją dusić, nagle przestał jej przeszkadzać. Znowu mogła się poczuć panią własnego losu. To ona i tylko ona decydowała, kiedy wbić ostrze głębiej, a kiedy i na jak długo je wycofać. Jej ręka przestała drżeć. Kolejne nakłucia pojawiały się na przedramieniu, tworząc tatuaż, którego widok przez następne dni będzie jej przypominał o tym, że zwyciężyła, pokonując demony chcące zawładnąć jej światem. Delektowała się tą chwilą. Wyciągnęła jedną z chusteczek i przetarła okaleczoną skórę. Odłożyła cienką szpilkę do pudełka i położyła się na łóżku. Nie wiedziała, dlaczego czuje się wykończona. Odruchowo spojrzała na zegarek, miała godzinę, zanim powróci reszta domowników i zapanuje męczący gwar. Wygodnie ułożyła się na niewielkiej poduszce obleczonej w poszewkę w jaskrawych kolorach. Nogi podciągnęła pod brodę, a okaleczoną rękę wcisnęła pod jasiek. Wówczas poczuła uwierający ją telefon. Sięgnęła do kieszeni. Znowu poczuła się osamotniona. Nie miała nawet psa, do którego mogłaby się przytulić wtedy, kiedy miałaby na to ochotę. Wpatrywała się w czarny, niemy wyświetlacz, który zdawał się potwierdzać beznadziejność jej losu. Cisnęła telefon na podłogę. Czuła się wystarczająco podle i bez niego. Zacisnęła oczy i spróbowała zasnąć, choć doskonale wiedziała, że kiedyś trzeba będzie się obudzić. Znowu jej ciałem wstrząsnęła fala dreszczy, dlatego naciągnęła na siebie koc.

Choć od dłuższej chwili usiłowała zasnąć, w żaden sposób nie była w stanie się wyciszyć. Emocje wciąż ją przytłaczały, ani na moment nie wypuszczając z silnego uścisku.

Kiedy usłyszała dzwonek telefonu, aż podskoczyła. Natychmiast stanęła na równe nogi i jednym spojrzeniem namierzyła komórkę. Widząc, kto dzwoni, odsunęła się w kąt tuż za łóżkiem i tam osunęła się na ziemię. Siedziała, drżąc ze strachu. Obawiała się spojrzeć w stronę telefonu, choć doskonale słyszała, że nieustannie dzwoni. Z całych sił przycisnęła dłonie do uszu, ale okazało się to niewystarczające. Zaczęła więc głośno podśpiewywać, a że miała skromny repertuar, to poprzestała na Wlazł kotek na płotek.

Gdy skończyła, powoli opuściła ręce na podłogę i z ulgą stwierdziła, że telefon wreszcie zamilkł. Jej oddech wciąż był krótki i nierówny, jakby dopiero co ukończyła maraton. Na kolanach podeszła do telefonu, by go wyłączyć. W tym samym momencie na nowo się rozdzwonił. Rzuciła się w stronę miejsca, z którego dopiero co wypełzła, jednak kątem oka dostrzegła zdjęcie Kaliny, które kilka tygodni temu przypisała w telefonie do kontaktu. Zaskoczona, nie wiedziała, co zrobić. W końcu odebrała.

– Halo? – odezwała się, starając się, by głos nie zdradzał targających nią uczuć.

– Dzień dobry, Lena – odpowiedziała jej Kalina. – Pamiętasz, że umówione byłyśmy dzisiaj na rozmowę?

– Taak…

– Właśnie wracam z sądu i pomyślałam, że mam chwilę czasu, żeby zapytać cię, co nowego?

– Nic – odrzekła Lena, mając nadzieję, że to załatwi sprawę.

– Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – dopytywała Kalina, nie kryjąc zaniepokojenia. – Może jakieś choróbsko cię dopadło? Mierzyłaś temperaturę?

– Nie.

– To zrób to jak najszybciej, zanim jeszcze wirusy zaczną kolonizować twój organizm – doradziła.

Lena najchętniej odłożyłaby słuchawkę, ale gdzieś w głębi duszy ten głos sprawiał jej radość, a w połączeniu z nutą zainteresowania brzmiał niczym uwertura dedykowana specjalnie jej. Głos uwiązł jej w gardle. Nerwowo pokasływała, usiłując przełknąć coś, co w niezrozumiały sposób uniemożliwiało jej mówienie.

– Masz w domu miód i cytrynę? Na mnie zawsze to działa – kontynuowała Kalina. – Dzbanek ciepłego napoju, ciepły kocyk, dobra książka i łóżko – tłumaczyła, niezrażona milczeniem. Wreszcie jednak zaniepokoiła się przedłużającą się ciszą. – Lena, jesteś tam w ogóle? Lena? Czy coś się dzieje? Lena, odpowiedz!

– W porządku – zdołała powiedzieć szorstkim głosem.

– Wystraszyłaś mnie – odparła Kalina z wyrzutem, ale nieco łagodniej dodała: – Nie rób tego więcej, proszę.

Lena nie mogła pojąć, że zupełnie obca jej osoba dzwoni po to, by zapytać, jak ona się czuje. To było dla niej nowe, dlatego nie bardzo wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować. Błądziła po zakamarkach świadomości, próbując odnaleźć analogię do zachowania jej rodziców. Najwyraźniej jednak czarna otchłań w całości pochłonęła jej wspomnienia.

– Lena, pamiętaj, że możesz mi zaufać – dodała Kalina. – Jeśli tylko masz potrzebę, to mogę do ciebie przyjechać i wtedy spokojnie porozmawiamy.

Odpowiedziała jej cisza.

– Wiem, że coś cię dręczy – ciągnęła. – Nie bój się mówić o tym, co cię boli, bo tylko w ten sposób jesteś w stanie pokonać swoje lęki.

– Chyba ma pani rację i powinnam zmierzyć temperaturę – ucięła Lena, zupełnie ignorując wyciągniętą pomocną dłoń.

– Do widzenia – pożegnała się z nią Kalina. – Może jutro porozmawiamy?

– Może. – Lena się rozłączyła.

Przez moment siedziała na podłodze, ignorując fakt, że nogi zupełnie jej ścierpły, a ból stawał się nie do zniesienia. Wreszcie ostrożnie je wyprostowała i zaczęła masować. Ból wciąż nie mijał, ale zbyt dobrze znała cierpienie fizyczne, by się nim przejmować. Powlokła się do łóżka i opadła na nie bez sił.

Nie widziała sensu, by dalej to ciągnąć. Chciała ciszy, lecz wszystko w niej krzyczało, uświadamiając jej, że przegrała. Drżała, gdy ktoś ją osaczał, ale jednocześnie kąsała, gdy próbowano jej pomóc. Czuła, że zalewa ją beznadzieja, pochłania pustka, poza którą nie ma już nic.

Pokonał ją lęk.

Pokonała ją samotność.

Pokonało ją życie.

OLGA

– Tato, tato, ulepimy bałwana? – spytał Kajtek, wyjrzawszy przez okno.

– Nie – zaprzeczył starszy brat, wdrapując się na parapet. – Lepiej bitwa na śnieżki.

– Wstawajcie, bo spóźnicie się do szkoły – obwieściła Olga, zaglądając do ich pokoju, po czym ruszyła do kuchni, by przygotować śniadanie.

Odkąd wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, co rano musiała działać na najwyższych obrotach. Nie było czasu na zbędne grymasy. Gdy tylko otwierała oczy, pospiesznie wstawała, a dla rozbudzenia brała chłodny prysznic, później ubierała się i szła budzić chłopców. Po chwili cała czwórka zasiadała do przygotowanego przez nią śniadania. Później już tylko suszenie włosów i delikatny makijaż, bo na więcej nie miała ani siły, ani czasu. Na koniec pozostawało jej dostarczenie chłopców do przedszkola.

 

– Znowu ta cholerna zima – stwierdził Krystian z przekąsem, po czym poszedł do łazienki.

Olga nie przestawała kroić, siekać i układać, w międzyczasie gotując wodę, parząc herbatę, wyjmując na stół musztardę i ketchup, który chłopcy wprost uwielbiali. Chwilę później wszystko było gotowe, a do kuchni zaczęli wchodzić domownicy.

– Z czym chcecie kanapki? – spytała Olga, siadając naprzeciwko synów.

– Ja z synką – wyseplenił Kajtek.

– Z serem – natychmiast dodał Alek, słodząc sobie herbatę.

Większość cukru nabranego na łyżeczkę zdążyła spaść na blat, zanim przesunął ją w stronę szklanki.

– Synu… – prosiła Olga, pośpiesznie biorąc ścierkę, by posprzątać. – Uważaj trochę.

– Dlaczego nie posłodziłaś mu tej herbaty, a teraz marudzisz? – spytał Krystian, wchodząc do kuchni.

– Bo nie mam czterech rąk – wyjaśniła, starając się zapanować nad irytacją. – Chłopcy muszą uczyć się samodzielności.

– Są jeszcze mali i wymagają pomocy – upierał się Krystian, kładąc na talerzyk kilka plasterków wędliny.

– Tato, ulepimy bałwana? – wtrącił się Kajtek z pełną buzią.

– Jak się je, to się nie mówi – strofował go Krystian.

– Tato? – Alek poprosił w imieniu swoim i brata. – Pójdziemy?

– Muszę dłużej zostać w pracy i nie dam rady wrócić przed dwudziestą – wyjaśnił Krystian, po czym ugryzł kanapkę na znak, że w tym temacie wszystko zostało już powiedziane.

Chłopcy natychmiast posmutnieli i stracili apetyty. Olga spostrzegła, jak w jednej chwili ich oczekiwania zostały zdeptane. Kajtek nerwowo kręcił się na nowoczesnym krześle obrotowym, przystawionym do śnieżnobiałego blatu, a Alek tępo patrzył w talerz.

– Do wieczora jest jeszcze dużo czasu – spróbowała ratować pogarszającą się atmosferę przy stole – więc jeśli śnieg się nie rozpuści, na pewno ulepimy bałwana.

Kajtek zeskoczył z krzesła i mocno objął matkę. Pochyliła się, by go pocałować. Alek, choć zwykle mniej wylewny, przycisnął do niej głowę, mocno zaciskając oczy.

– Jesteś najlepsza – oświadczył starszy syn, po czym wdrapał się na swoje miejsce.

– Jak zwykle mamusia jest najlepsza – szydził Krystian. – To nieważne, że ja urabiam sobie ręce, żebyście mieli wszystko, co chcecie.

– Nie o to chodzi – próbowała wyjaśnić Olga. – Po prostu postaram się cię zastąpić, byś mógł wykonać swoje obowiązki i jak najszybciej do nas dołączyć.

Olga nie chciała, by ten dzień zaczął się od kłótni, najwyraźniej jednak nie udało jej się tego dokonać, bo po chwili Krystian wstał i wyszedł do przedpokoju, by przygotować się do wyjścia. Kobieta podążyła za nim, oglądając się za siebie, czy chłopcy zostali na swoich miejscach w kuchni.

– Pamiętasz, że dzisiaj nie jadę do firmy, tylko do sądu? – spytała łagodnym głosem.

Krystian nie odpowiedział, całą uwagę koncentrując na zapinaniu płaszcza.

– Mam nadzieję, że wszystko się uda i wreszcie rozprawa się zakończy.

– Nie rozumiem, dlaczego jeszcze jej nie skazali? – odparł, zawiązując popielaty szalik. – Ten Iwanicki wcale nie jest taki dobry, jak mówiłaś. A może powinniśmy mu złożyć wizytę z pokaźnym prezentem?

– Daj spokój – żachnęła się na tę niestosowna uwagę. – Wydaje mi się, że działa dość sprawnie.

– Właśnie, wydaje ci się… – podjął natychmiast i na chwilę przerwał wiązanie sznurowadeł. – A teraz okazuje się, że nie potrafi sobie poradzić z oskarżeniem w sprawie, w której wszystko miał podane na tacy.

– To nie tak… – zaczęła, ale mąż jej nie słuchał. Wyszedł, głośno zatrzaskując za sobą drzwi.

Stała w osłupieniu. Znowu to zrobił, choć tyle razy mówiła mu, jak bardzo ją to irytuje. Uważała, że dzięki rozmowie zawsze można się porozumieć, jednak jej brak pogrąża nawet najlepszy związek.

Po chwili ruszyła w stronę kuchni, by przypomnieć chłopcom, że za moment wychodzą do przedszkola. Później poszła do łazienki i wysuszyła długie włosy. Sięgnęła po tusz do rzęs i pomadkę. Nie miała ochoty wykonywać bardziej skomplikowanego makijażu.

Gdy skończyła się czesać, wychyliła się z łazienki i krzyknęła:

– Panowie, proszę się ubierać.

Tupot małych stóp był dla niej wystarczającym sygnałem, że polecenie zostało właściwie zrozumiane. Jeszcze perfumy i był gotowa do wyjścia, choć jej twarz nie wyglądała na szczęśliwą. Zaczęła się nad tym zastanawiać, ale trudno jej było odnaleźć w pamięci chwile, gdy była beztroska, a może po prostu spokojna.

Kilka minut później cała trójka wsiadła do samochodu i ruszyli, tonąc w porannych korkach, które zdążyły się już wpisać w warszawski krajobraz. Do przedszkola dotarli spóźnieni, dlatego od razu zaprowadziła chłopców do jadalni, gdzie pozostałe dzieci kończyły już śniadanie.

Wsiadając z powrotem do auta, zerknęła na zegarek. Miała pół godziny, by dostać się do sądu. Powoli sunęła w sznurze samochodów innych głupców, którzy tak jak ona sądzili, że w ten sposób dotrą na miejsce szybciej, niż wykorzystując komunikację miejską. Nie mogła skoncentrować się na dźwiękach muzyki płynącej z radia i żartach prowadzącego audycję, dlatego je wyłączyła. Cisza pozwoliła jej wrócić do tego, co na nią dzisiaj czekało. Nagle spojrzała przestraszona na leżącą na przednim siedzeniu torebkę. Nie była pewna, czy wszystko zabrała z domu. Nerwowo odsunęła suwak, cały czas spoglądając na ulicę. Przerzuciła kilka przedmiotów swobodnie leżących w jej torbie i natychmiast zaczęła się zastanawiać, po co to wszystko ze sobą nosi. W tej samej chwili spojrzała na drogę i odruchowo wcisnęła hamulec. Gwałtowne szarpniecie przypomniało jej o zapiętych pasach, które raptownie odciągnęły ją do tyłu, chroniąc jej głowę przed rozbiciem. Miała wrażenie, że za chwilę jej płuca pękną jak bańka mydlana. Szybkie uderzenia serca nie były w stanie zagłuszyć niewypowiedzianego strachu, który miażdżył jej umysł. Potrzebowała czasu, aby ochłonąć.

Na szczęście w ostatniej chwili zdołała zatrzymać auto. Siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach, starając się zapanować nad łzami. Nieoczekiwanie usłyszała energiczne pukanie w szybę.

– Wszystko w porządku? – spytał młody mężczyzna, nachylając się nad jej autem.

– Tak – odparła niepewnie i spojrzała w jego stronę.

Ciemna czapka głęboko wciśnięta na głowę i gruby szalik okręcony wokół szyi sprawiały, że twarz pozostawała w ukryciu, jednak patrzące na nią z przejęciem oczy wydawały się znajome. Olga opuściła nieco niżej szybę, by lepiej przyjrzeć się swojemu rozmówcy, jednocześnie wciąż przeszukując pamięć, by odnaleźć odpowiedź na pytanie, z kim rozmawia.

– Pani Olga? – spytał mężczyzna, wyciągając szyję, by zajrzeć do wnętrza samochodu. – Dzień dobry.

– Nie poznałam pana – oświadczyła zgodnie z prawdą. – Bardzo pana przepraszam, ale ta pogoda i dzisiejsza rozprawa w sądzie sprawiają, że nie mogę logicznie myśleć.

– To dzisiaj? – zainteresował się natychmiast. – Proszę być dobrej myśli. Na pewno sprawa się wreszcie wyjaśni.

– To nie jest łatwe.

– Niedawno nawet myślałem o pani – odparł, zmieniając temat. – Artykuł o pani Elżbiecie został bardzo pozytywnie przyjęty w środowisku. Wiem też, że wzbudził duże zainteresowanie wśród kolekcjonerów obrazów, którzy ciągle dopytują o jej prace, dlatego pomyślałem, że warto byłoby opracować serię artykułów przybliżających tematykę jej prac, gdzie… – Nagle przerwał, a do ich uszu doszedł dźwięk klaksonu samochodowego. – Już, już! – krzyknął w stronę stojącego za nimi samochodu. – Czy mogę odezwać się do pani w tej sprawie? – spytał, znowu zaglądając przez okno.

– Oczywiście – odparła nieco spokojniej. – Bardzo mi zależy na tym, aby prace cioci zostały docenione, dlatego zrobię, co w mojej mocy, by je promować.

– Zadzwonię w przyszłym tygodniu – dodał, odchodząc.

– Do widzenia – odpowiedziała, po czym zasunęła szybę w oknie i ostrożnie ruszyła z miejsca. Wciąż wpatrywała się w jadące przed nią auto, które na następnym skrzyżowaniu skręciło.

Dotychczas spotkała Wolskiego tylko raz, w szpitalu, na oddziale, gdzie leżała Elżbieta. Wówczas wydał jej się zwykłym dziennikarzem, który zarabia na życie, pisząc. Jednak artykuł, którego był autorem, nie tylko doskonale ukazał istotę obrazów Elżbiety, ale odsłonił jego ogromną wrażliwość i wiedzę z zakresu historii sztuki. Olga była mu wdzięczna za tę pracę. Nosiła się też z zamiarem zadzwonienia i podziękowania mu za tekst, jednak wciąż brakowało jej na to sił. Od chwili ukazania się artykułu minęły dwa miesiące, a jej postanowienie wciąż pozostawało w sferze planów.

Wreszcie dotarła na parking. Miała jeszcze dziesięć minut do rozpoczęcia rozprawy, więc bez pośpiechu poszła w stronę gmachu sądu. Sprawnie pokonała bramkę ustawioną tuż za wejściem do budynku i przeszła do szatni, gdzie zostawiła płaszcz. Następnie odnalazła właściwą salę rozpraw. Podeszła do prokuratora i przywitała się z nim.

– Dobrze, że jest pani chwilę wcześniej, to omówimy kilka kwestii – odezwał się Iwański.

Kiedy rozmawiali, do sali weszła Kalina wraz z mężem. Olga obserwowała ją. Choć kobieta miała na sobie grubsze ubrania niż wówczas, gdy widziały się na pogrzebie Elżbiety, wyraźnie poznała, że schudła. Jej twarz stała się bardziej pociągła, a może wysmukliły ją zbyt długie włosy. Wyglądała na przygaszoną i choć kryła się za ramieniem męża, najwyraźniej nie czuła się bezpiecznie w tym miejscu.

Kiedy prokurator skończył, Olga zgodnie z jego poleceniem wyszła na korytarz, by tam zaczekać na swoją kolej, gdy będzie mogła złożyć zeznania. Nie mogła usiedzieć na miejscu. Wciąż wstawała i chodziła wzdłuż długiego, ziejącego chłodem korytarza, który nieodparcie kojarzył jej się z samotnością i pustką. Echo kroków towarzyszyło jej przez ponad trzy godziny. Wreszcie usłyszała swoje nazwisko. Podeszła do dużych drewnianych drzwi, wzięła głęboki wdech i weszła do środka.

Stanęła we wskazanym miejscu i podała swoje personalia.

– Jakie relacje łączyły panią z Elżbietą Kos? – spytał Iwański, patrząc na nią.

– Byłą moją ciotką, ale wiele jej zawdzięczam – zaczęła ostrożnie. – Pomogła mi, kiedy przeprowadziłam się z Krakowa i nie miałam własnego mieszkania. Wówczas zaproponowała mi dach nad głową. Być może dlatego się zżyłyśmy – kontynuowała coraz swobodniej. – Kiedy urodzili się moi synowie, miałam wrażenie, że ciocia traktuje ich jak własne dzieci, a raczej wnuki. Za każdym razem przynosiła im jakiś drobiazg i choć wiele razy zwracałam jej uwagę, że niepotrzebnie wydaje pieniądze, których sama ma niewiele, nie zmieniła podejścia i lekceważyła moje obiekcje.

– To znaczy, że miałyście bliskie relacje? – spytał prokurator, jakby zniecierpliwiony jej wywodem.

– Tak.

– Jak często panie się widywały? – Przeszedł do drugiego pytania.

– Różnie – wyjaśniła, usiłując przypomnieć sobie niezbędne fakty. – Bywało, że widywałyśmy się raz w tygodniu, a czasem, gdy byłam zapracowana, a ciocia miała gorsze dni, jedynie rozmawiałyśmy telefonicznie.

– Proszę nam wyjaśnić, co ma pani na myśli, mówiąc, że ciocia miała, cytuję: „gorsze dni”? – podchwycił trop niczym pies gończy.

Olga się zawahała. W końcu każdy miewa lepsze i gorsze dni. Nie pomyślała, że to może być dość niefortunne określenie. Nie chciała mówić źle o zmarłej, choć była przekonana, że prokurator na pewno nie omieszka o to zapytać.

– Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i czasem nie nadążamy za oczekiwaniami stawianymi przez życie. – Próbowała zgrabnie wybrnąć z zastawionej pułapki.

– Do rzeczy, poproszę – szybko ją zdyscyplinował.

– Bywało, że wspomnienia trochę ciocię przytłaczały i potrzebowała czasu, by znów odnaleźć radość w życiu – wyjaśniła, przestępując z nogi na nogę, jakby nagle zrobiło jej się bardzo niewygodnie.

– Czy pani zdaniem ciocia była w dobrej kondycji psychicznej? – spytał, notując coś na kartce.

– Sprzeciw – natychmiast zareagował mecenas Garstka, który dotychczas przysłuchiwał się jej zeznaniom w skupieniu. – Świadek nie jest psychologiem czy psychiatrą, żeby to stwierdzić. To są jedynie domniemania.

– Podtrzymuję – stwierdził sędzia.

– W takim razie proszę powiedzieć, w jakim nastroju ostatnio była pani Elżbieta – drążył prokurator, wykreślając z kartki poprzednie pytanie.

 

– Rozmawiałyśmy jedynie telefonicznie, więc trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć – zaczęła Olga niepewnie i po raz pierwszy spojrzała w stronę, gdzie siedziała Kalina, nerwowo skubiąc skórki wokół paznokci. Nie patrzyła na nią, choć zapewne wnikliwie słuchała.

– Ale nie może pani powiedzieć, że ciocia miała depresję?

– Sprzeciw – znowu zaprotestował obrońca Kaliny. – Sugerowanie odpowiedzi.

– Podtrzymuję – odparł sędzia wyraźnie zniesmaczony zapędami prokuratora.

Mężczyzna przez moment milczał, kartkując notes w poszukiwaniu kolejnego punktu zaczepienia. Po chwili spytał:

– Czy to prawda, że tuż przed śmiercią obrazami pani Elżbiety zainteresował się jakiś kolekcjoner?

– Tak – odparła Olga.

– Jakie emocje towarzyszyły wówczas pani Elżbiecie?

– Była szczęśliwa i nie mogła uwierzyć, że ktoś na poważnie zainteresował się jej pracami. Od tylu lat była artystką, ale zabrakło jej siły przebicia, by trafić na wystawy najlepszych galerii na świecie, na co, uważam, że zasługiwała.

– To nie był tylko jeden obraz? – drążył, co rusz spoglądając to na nią, to na Kalinę.

– Nie. Chodziło o cykl jej obrazów, które powstawały przez kilka ostatnich lat.

– Czy dużo by zarobiła, gdyby sprzedała je za życia? – spytał prokurator bez ogródek.

– To zależy, jak na to patrzeć – zaczęła Olga. – Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i pewnie lepiej byłoby zapytać jednego z nich.

– Ale proszę o pani opinię – nalegał.

– Uważam, że wystarczyłoby jej na godne życie aż do starości, a przecież wciąż tworzyła, a jej obrazy stawały się coraz bardziej osobliwe.

– Właśnie – natychmiast podjął wątek. – Czy miała nowe pomysły albo niedawno rozpoczęła prace nad jakimś obrazem?

– Ciocia potrafiła całymi miesiącami pracować nad jednym płótnem i wciąż coś w nim poprawiać, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. To, co ja uważałabym za kompletne dzieło, ona wciąż udoskonalała – podsumowała Olga, podpierając się, gdyż zaczynało jej brakować sił.

– Kochała malować? – spytał mężczyzna, a jego głos stał się jedwabisty.

– To był jej świat, to w nim realizowała swoje marzenia.

– Miałaby co robić, gdyby żyła? – zagaił.

– Na pewno nie nudziłaby się, siedząc przed telewizorem i oglądając kolejny ogłupiający paradokument. Nie znosiła patrzeć, jak ludzie tracą czas na coś, co zamiast ich rozwijać ogranicza ich myślenie i postrzeganie rzeczywistości.

– Dziękuję, nie mam więcej pytań do świadka – stwierdził prokurator i dumny usiadł na swoim miejscu.

Olga patrzyła, jak zaczyna coś notować na jednej z kartek, które leżały tuż przed nim. Wiedziała, że dla niej przesłuchanie nie jest jeszcze skończone. Miała o wiele więcej do powiedzenia. Chciała to wreszcie z siebie wyrzucić, ale prokurator nie dał jej tej możliwości. Miała poczucie, że zamknął jej usta w chwili, gdy była gotowa wykrzyczeć wszystkie uczucia, które wzbierały w niej od pół roku.

– Proszę powiedzieć, czy pani ciotka miała dzieci? – spytał mecenas Garstka, podchodząc nieco bliżej w jej stronę.

– Ciocia nie miała dzieci. – Olga nie rozumiała, po co o to pyta, doskonale znając odpowiedź. – Mieszkała sama w mieszkaniu, które kupiła.

– Powiedziała już pani, że ciocia kochała pani synów – stwierdził, dlatego zamiast odpowiedzi jedynie pokiwała głową. – Czy zatem rodzina była dla niej ważna?

– Raczej tak – odparła po chwili namysłu. – Ciocia rozpieszczała moich synów. Bawiła się z nimi, często zastępując im babcię, która na co dzień mieszka dość daleko.

– Zatem pani Elżbieta potrzebowała bliskich kontaktów z rodziną? – drążył temat.

– Oczywiście.

– Czyli była osobą wrażliwą?

– Oczywiście – odparła natychmiast. – Była artystką w pełnym tego słowa znaczeniu. Jej wrażliwość była znacznie większa niż u przeciętnego człowieka.

– Głęboko przeżywała sukcesy?

– Potrafiła doceniać każdą pochwałę i nie miało żadnego znaczenia, czy pochodziła od uznanego krytyka sztuki, czy przypadkowego przechodnia.

– A jak było z porażkami? Jak je przeżywała? Czy potrafiła o nich mówić, dzielić się nimi?

– Niepowodzenia bardzo ją bolały, być może dlatego doszło do wypadku – powiedziała wreszcie, nie czekając na kolejne pytanie.

Natychmiast też spojrzała w stronę Kaliny, która w tym samym momencie podniosła otępiały wzrok i utkwiła go w Oldze, wyczekując tego, co nastąpi.

– Czy świadek ma jakieś uzasadnione podejrzenia co do tego, że pani Elżbieta mogła się przyczynić do spowodowania wypadku? – natychmiast podjął wątek obrońca Kaliny.

– Sprzeciw, panie sędzio – stwierdził z dezaprobatą w głosie prokurator. – Nie możemy przywiązywać wagi do przypuszczeń świadka.

– Oddalam – oświadczył sędzia, spoglądając na prokuratora. – Świadek ma powiedzieć jedynie o uzasadnionych podejrzeniach.

Iwański usiadł, nie kryjąc poirytowania. Na nowo przerzucał strony zgromadzonej na biurku dokumentacji, jakby poszukiwał ukrywającego się w kapeluszu królika, który w tej chwili powinien z niego wyskoczyć.

Olga poprawiła kosmyk włosów opadających na czoło, po czym odchrząknęła i zaczęła mówić:

– Ciocia nie zwierzała mi się, ale przed jej pogrzebem odkryłam, że prowadziła pamiętnik. Odczytałam zapiski pochodzące z ostatnich dni przed wypadkiem i wiem, że straciła wiarę w przyszłość. Myślała, że jest w stanie zapomnieć, wybaczyć i zacząć wszystko od początku z człowiekiem, którego, jak się jej zdawało, przez ćwierć wieku nienawidziła. – Patrzyła to na Kalinę, to na jej męża, który mocno trzymał ją za rękę. – Wiem, że ciocia powinna żyć, i długo nie mogłam uwierzyć, że nie odzyskała przytomności. Za każdym razem, gdy siadałam przy jej szpitalnym łóżku, widziałam osobę, która była winna temu wypadkowi. Nie ukrywam, chciałam, żeby poniosła karę. By cierpiała, jak ja – powiedziała i na chwilę zawiesiła głos, jakby potrzebowała czasu, by nie dać się ponieść emocjom, które coraz mocniej buzowały w jej sercu. – Dzisiaj wiem, że kara to nie wszystko, a sprawiedliwość nie ma prawa być ślepa – wyjaśniła i znowu zamilkła.

Nie patrzyła w stronę prokuratora, ale czuła jego palące spojrzenia. Wiedziała, że miała inaczej zeznawać, ale kiedy to ustalali, nie miała pojęcia o tym, ile przeszła Kalina, by zajść w ciążę, którą straciła w dniu wypadku. Olga wiedziała, jakim skarbem dla rodziców są dzieci, choć nie miała pojęcia, co czują ludzie, gdy diagnoza brzmi: niepłodność. Czuła, że paradoksalnie Elżbietę i Kalinę bardzo dużo łączy, gdyż obydwie pragnęły dziecka, co okazało się niespełnionym marzeniem.

– Mam ze sobą ten pamiętnik – powiedziała, wyjmując zeszyt w czerwonej sztywnej okładce. – To dowód…