Nadzieje OlgiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Aneta Krasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-756-9

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

ROZDZIAŁ I

17 grudnia 2016 r. (środa)

KALINA

Noc niechętnie ustępowała dniu, szydząc ze złocistych promieni słonecznych, które od kilku dni skrzętnie skrywały się za nisko wiszącymi chmurami. Prószący od jakiegoś czasu śnieg szczelnie otulał parapety okien i niewielkie balkony, stanowiące namiastkę luksusu dla mieszkańców blokowisk. Drobne płatki bezwiednie tuliły się do siebie, jakby znały się od lat, ufały sobie w każdej chwili i bez obaw patrzyły w przyszłość, zupełnie nie dbając o to, że wkrótce odejdą w niepamięć.

Kalina stała z nosem przyciśniętym do chłodnej szyby, obserwując ten taneczny festiwal. Odkąd w październiku wróciła do pracy w przedszkolu, obiecała sobie, że będzie unikać tabletek nasennych. W tym czasie miewała lepsze i gorsze dni. Czasem w euforycznym uniesieniu podyktowanym sukcesami pedagogicznymi potrafiła godzinami opowiadać Kamilowi o tym, jak jeden z jej wychowanków z niewielką pomocą był w stanie opracować komiks, dzięki czemu chłopiec zajął pierwsze miejsce w konkursie plastycznym. To była duma nie tylko dla niej samej, ale i dla całego przedszkola, które od dawna dostarczało jej satysfakcji. Innym razem miotała się po sypialni, nie wiedząc, co powinna zrobić, ponieważ jeden z jej wychowanków często miał siniaki na tułowiu. Gdy tylko je spostrzegła, postanowiła porozmawiać z chłopcem. Dziecko kluczyło, nie chcąc powiedzieć, skąd się wzięły. Nie mogła uwierzyć, że mogliby to zrobić jego rodzice, natychmiast powiadomiła o tym fakcie dyrektorkę. Ta zdecydowała, że w najbliższym czasie należy obserwować chłopca, by nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Kalina nie chciała czekać. Podskórnie czuła, że to jedynie wierzchołek góry lodowej, ale w jej uszach wciąż brzmiały słowa dyrektorki, aby niepotrzebnie nie wywoływać paniki. Od tamtego dnia każdego wieczora myślała o chłopcu i o tym, czy jutro zjawi się w przedszkolu. Kamil widział, jak bardzo się szarpała, nie wiedząc, czy powinna działać, czy raczej czekać. Tylko na co? Aż skatowane dziecko trafi do szpitala? Za każdym razem wymyślała inny fortel, aby sprowokować chłopca, by podwinął rękaw czy podniósł bluzkę do góry. Nie chciała być napastliwa, widząc kolejne siniaki. Każdorazowo jednak dziecko miało na tyle wiarygodne wytłumaczenie, że sama zaczęła wątpić w swoje przeczucia. Wreszcie nie wytrzymała i zagadnęła rodziców o to, co się dzieje z ich synem. Arogancka reakcja ojca, który podniesionym głosem wykrzykiwał w szatni, żeby zajęła się wychowaniem swoich dzieci, początkowo wprawiła ją w osłupienie. Całą noc analizowała jego słowa, a rano poszła prosto na policję, by podzielić się swoimi obawami. Idąc do pracy, miała poczucie, że zrobiła to, co to do niej należało. Zadbała o dziecko, które nie było w stanie walczyć o swoje prawa.

Gdy tylko weszła do sali, jej wzrok padł na siedzącego przy stoliku chłopca. Jego twarz była spokojna i nie zdradzała emocji, jakby wiedział, że w tym miejscu nic mu nie grozi. Mina zmieniła mu się całkowicie, gdy kilka godzin później w przedszkolu pojawili się pracownicy socjalni, by go zabrać i umieścić w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Kalina patrzyła w jego duże, ufne oczy zdradzające lęk i już nie była przekonana, czy dobrze zrobiła. Chłopiec mocno drżał i kurczowo trzymał ją za rękę, jakby za wszelką cenę wolał zostać w swoim domu, gdzie każdy dzień był niepewny, niż bezpiecznie zamieszkać wśród obcych. Mocno wtulony w nią czekał, aż założy mu ciepłą kurtkę i zmieni buty. Przez cały ten czas nie odezwał się ani jednym słowem.

Patrząc, jak odchodzi z obcymi ludźmi, Kalina nie była w stanie powstrzymać łez. Bezradnie kręciła głową nawet wówczas, gdy drzwi za nimi dawno się zamknęły. Od tamtej pory prześladowało ją jedno pytanie: czy postąpiła właściwie? Kamil od początku nie miał wątpliwości, co wielokrotnie podkreślał, jednak ona wydawała się zawieszona w próżni, nie mogąc znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.

Ta sytuacja pozwoliła jej z bliska obserwować powolny rozpad więzi rodzinnych i lepiej zrozumieć sposób myślenia Leny, która od dnia pogrzebu Elżbiety stała się dla niej kimś bliskim. I choć wciąż nie mogły się spotykać oficjalnie, gdyż sprawująca opiekę nad dziewczyną Halina była temu przeciwna, to potrafiły znaleźć dogodny czas i miejsce, by choć przez chwilę porozmawiać.

Kalina niechętnie odeszła od okna i wsunęła się pod ciepłą kołdrę. Ostrożnie ułożyła się obok śpiącego Kamila, po czym powoli zaczęła liczyć od stu wstecz, choć nie spodziewała się, że akurat tym razem ten sposób zadziała. Słuchała miarowego oddechu męża, odmierzającego kolejne minuty. Wreszcie zapadła w płytki sen, co rusz przekręcając się z boku na bok. Gdy kilka godzin później usłyszała drażniący dźwięk dzwonka ustawionego w telefonie, zakopała się pod puszystą kołdrą pachnącą lawendą i przez dłuższą chwilę z uporem udawała, że wciąż śpi.

– Kochanie, najwyższa pora wstawać – odezwał się Kamil, delikatnie ściągając z niej kołdrę.

– Jeszcze śpię – obwieściła niczym rozkapryszone dziecko, któremu nagle odebrano ulubiona zabawkę.

– Chyba jednak nie śpisz – upierał się, szukając dłońmi jej stóp.

– Chyba to ja wiem lepiej, co się ze mną dzieje – przekomarzała się, z głową wciąż ukrytą pod ciepłym przykryciem.

– A może tym razem się mylisz? – zagadnął i w tej samej chwili odnalazł jej gołe stopy. – Sprawdzę to, dobrze? – spytał, po czym pośpiesznie i z dużym zaangażowaniem zabrał się za łaskotanie jej podeszwy.

Natychmiast podkurczyła nogi, głośno się śmiejąc i krztusząc. Niezwłocznie wysunęła głowę na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza, ale Kamil nie odpuszczał. Wciąż zgrabnie przebierał palcami, by dosięgnąć celu swych pieszczot. Kalina coraz bardziej wierzgała nogami, jednak nie była w stanie wyrwać się z niedźwiedziego uścisku męża. Wreszcie całkowicie opadła z sił i powoli osunęła się na flanelową pościel. Patrzyła, jak człowiek, z którym od siedmiu lat dzieli życie, odgarnia jej z czoła kosmyk włosów, które już dawno powinna podciąć, ale wciąż nie potrafiła znaleźć na to czasu.

– Wiesz, że cię kocham? – spytał, a jego głos w jednej chwili stał się poważny, lecz zachował swą miękkość.

– Nigdy nie miałam wątpliwości – odparła, po czym lekko wsparła się na łokciach, by dosięgnąć jego ust.

Czuła, jak ciepło mieszające się z pożądaniem rozlewa się po jej ciele, pozbawiając ją możliwości logicznego myślenia. Tak bardzo chciała poddać się chwili i zapomnieć o otaczającym ją świecie. Jej ciało dopominało się czułości. Potrzebowała wsparcia i wyrozumiałości. Tęskniła za spokojem, który od dawna był dla niej nieosiągalny.

Nieoczekiwanie opadła na łóżko, całkowicie pozbawiona energii. Patrzyła przed siebie, jakby w jednej chwili przestała dostrzegać pochylonego nad nią Kamila. Jej usta bezwiednie się rozchyliły, a dolna warga drżała, jakby dopiero co znalazła się na mrozie.

– Co się dzieje? – zaniepokoił się Kamil, ostrożnie dotykając jej pobladłego policzka.

Nie otrzymał odpowiedzi. Zdawało mu się, że Kalina drży, więc podniósł ją i mocno objął. Przez chwilę w milczeniu trwali w uścisku, jakby słowa mogły zniszczyć nastrój. Zdawało im się, że czas zatrzymał się w miejscu, obserwując dwoje kochających się ludzi, przeciwko którym los się sprzysiągł, pozbawiając ich radości życia.

– Cokolwiek dzisiaj się wydarzy, zawsze będę cię kochał – szepnął jej do ucha, nie wypuszczając z objęć. – Jestem przekonany, że wszystko dobrze się skończy i wreszcie będziemy mogli odetchnąć.

– To już koniec – szepnęła, tłumiąc łzy. – Koniec, rozumiesz?

– I całe szczęście, bo musimy jak najszybciej wrócić do naszego życia. – Wciąż przyciskał ją do piersi.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Miała wrażenie, że czyjeś palce mocno zaciskają się wokół jej delikatnej szyi, pozbawiając ją możliwości swobodnego operowania głosem. Bezskutecznie usiłowała przełknąć ślinę. Jej ciało coraz bardziej się buntowało i zdecydowanie odmawiało współpracy. Nie pozostało jej nic innego, jak wtulić się w ramiona Kamila.

Nie miała świadomości, jak długo to trwało, ale kiedy się odezwał, jego słowa nie pozostawiały złudzeń.

– Musimy się pośpieszyć, w innym razie będą z tego kłopoty.

Niechętnie ruszyła w stronę łazienki. Kilkanaście minut później przebrana weszła do kuchni, nalała do kubków świeżo zaparzonej herbaty i osłodziła ją miodem, choć prawie natychmiast przypomniała sobie słowa matki, która wielokrotnie powtarzała jej, by poczekała, aż napar ostygnie. Teraz absolutnie nie miała na to czasu. Wiedziała, że jeśli nie wyjdzie z domu w przeciągu kilku minut, nie ma co marzyć, że zdąży do sądu. Parząc usta, pośpiesznie upiła łyk herbaty, po czym ruszyła w stronę wyjścia.

 

– Nawet nie tknęłaś śniadania – strofował ją Kamil.

– Nie zdążyłam – tłumaczyła, rozumiejąc, dlaczego mąż robi jej wyrzuty. – Mam w torbie jakieś ciastka, więc muszą mi wystarczyć – dodała, po czym włożyła szary płaszcz, a na szyi zawiązała puszysty szalik w kolorze miętowym. W tym samym odcieniu miała jeszcze rękawiczki i czapkę, ale ograniczyła się do schowania ich do torebki.

Kiedy w pośpiechu podążali po śnieżnym dywanie, który pokrył chodnik, zgodnie milczeli. Kamil mocno trzymał jej drobną dłoń, jakby w obawie przed tym, że może spróbować mu się wymknąć. Kalina była świadoma, że to, co wkrótce nastąpi, jest nieuniknione i choćby zaklinała rzeczywistość, to jej los jest przesądzony.

Jak na złość zimowa słota skutecznie zwolniła ruch na stołecznych drogach, dlatego sznur samochodów sunął powoli, jakby nagle czas przestał odgrywać jakąkolwiek rolę. Co rusz nerwowo spoglądała na zegarek. Do rozpoczęcia rozprawy pozostało im zaledwie kilkanaście minut. Bezwiednie zaczęła skubać niewielkie skórki wokół paznokci. Po chwili kilka z nich zaczerwieniło się, tworząc nieładne, przekrwione rany.

– Uspokój się – poprosił Kamil, kątem oka dostrzegłszy jej podenerwowanie – jesteśmy już niedaleko sądu.

– To nie ma prawa się dobrze skończyć – stwierdziła, a jej głos nie pozostawiał wątpliwości co do nastroju, w jakim się znalazła.

– Pamiętasz, jak pierwszy raz wyjechaliśmy na narty? – Kamil próbował odwrócić jej uwagę od tego, co czekało za murami sądu. – Instruktor, który na stoku miał nam pokazać, w jaki sposób zjeżdżać, nie mógł się opanować ze śmiechu, gdy po dziesięciu minutach rozgrzewki stwierdziłaś, że masz już tego dość i najwyższy czas na zjazd. Byłaś przekonana, że jesteś w stanie to zrobić.

Kalina na samo wspomnienie swojej głupoty lekko się uśmiechnęła i na moment zamyśliła nad tym, jak wiele zmian od tamtej pory zaszło nie tylko w jej życiu, ale również w niej samej.

– Twój popisowy zjazd „w kucki” wprost na ogrodzenie oddzielające oślą łączkę od wyciągu wprawił w osłupieni nawet dzieci usiłujące okiełznać narty, a co dopiero mówić o ich rodzicach, którzy odjeżdżali na boki, by uniknąć zderzenia z pędzącą niczym rakieta kobietą w turkusowym kombinezonie narciarskim i w goglach, które pod wpływem emocji, a może pędu powietrza, zdążyły ci się zsunąć z nosa.

– Zawsze będziesz mi to wypominał? – obruszyła się, choć robiła to bardziej na pokaz niż po to, by sprawić mu przykrość.

– Do końca życia i o jeden dzień dłużej – stwierdził, zachowując lekkość tonu. – Kochanie, wyszłaś z tamtej sytuacji bez szwanku, udowadniając wszystkim gapiom, że jesteś silną kobietą, i takie mam twoje wyobrażenie – dodał. – Teraz sama musisz w to uwierzyć, a reszta jakoś się ułoży.

– Twój optymizm jest niezastąpiony – oświadczyła.

– Właśnie po to mnie masz – oznajmił i na moment oderwał wzrok od ulicy, by zerknąć na żonę. – I nie waż się o tym zapomnieć. – Dotknął jej chłodnej dłoni.

– Nie mam zamiaru – powiedziała i pogładziła jego świeżo ogolony policzek.

– Już skręcamy na parking, więc wkładaj czapkę i rękawiczki, nie ma czasu – instruował ją, jak gdyby była tu po raz pierwszy.

Uśmiechnęła się pod nosem, za tę opiekuńczość kochała go najbardziej. Gdy tylko zaparkowali w wąskiej przestrzeni pozostawionej przez inne auta, natychmiast wysiadła i głośno trzasnęła drzwiami, później pobiegła, kierując się w stronę sądu. Czekała ją jeszcze procedura sprawdzenia, czy przypadkiem nie przyszło jej do głowy wnieść do budynku przedmiotów, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu pracowników urzędu.

Kiedy przeszła przez metalową bramkę, pośpiesznie zaczęła wkładać do torebki klucze oraz telefon, które wcześniej położyła przed ochroniarzem. W tej samej chwili usłyszała dźwięk swojej komórki. Zaskoczona spojrzała na wyświetlacz. Nie miała czasu na rozmowę, zamierzała wyłączyć telefon, gdy zza jej pleców wyłonił się Kamil.

– Nie odbierzesz? – spytał, wyjmując z kieszeni kluczyki od samochodu oraz telefon.

– To Dorota – odparła, czując, że jej nerwy zaczynają szaleć. – Pewnie martwi się, że nie zdążymy.

– To powiedz jej, że już jesteśmy na miejscu i lada chwila dotrzemy na salę.

– Halo? – odezwała się z niechęcią, ale w tej samej chwili jej wyraz twarzy całkowicie się zmienił. Oczy z każdą sekundą coraz szerzej się otwierały, a dolna warga nieco opadła. Kalina czuła, że zaraz zabraknie jej tchu i choć usiłowała nabrać powietrza, nie była w stanie oddychać. Ostatkiem sił spróbowała podejść do pobliskiej ściany, do połowy wyłożonej drewnianą boazerią, ale w tym samym momencie osunęła się na zimną posadzkę. Kamil natychmiast ruszył w jej stronę, po drodze gubiąc przedmioty, których nie zdążył schować do kieszeni spodni. Ukląkł nieopodal niej i mocno objął rękoma jej głowę.

– Co się dzieje?! – spytał, nie wiedząc, co począć. – Kochanie, ocknij się! – poprosił błagalnym tonem. – Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!

– Wezwać karetkę? – spytał przestraszony ochroniarz, który z niedowierzaniem patrzył w ich stronę.

– Tak, szybciej! – ponaglił go Kamil. – Kalina, odezwij się! – powtarzał, lekko klepiąc ją po bladym policzku.

– Przepraszam, mogę pomóc? – spytał mężczyzna w szarym wełnianym płaszczu, który dopiero co wszedł do budynku. – Jestem lekarzem – dodał, jakby dla uspokojenia sytuacji.

– Proszę, niech jej pan pomoże! – błagał Kamil, robiąc miejsce nowo przybyłemu.

– Co się stało? – zapytał lekarz, mierząc jej puls.

– Żona odebrała telefon i zemdlała – tłumaczył Kamil roztrzęsionym głosem.

– Puls zaczyna się wyrównywać – oświadczył lekarz. – Jak żona ma na imię?

– Kalina.

– Pani Kalino! Pani Kalino, czy pani mnie słyszy? – Głos lekarza po raz pierwszy zdradził niepewność. – Pani Kalino! – Coraz mocniej poklepywał ją po twarzy. – Proszę się odezwać.

W tej samej chwili Kalina lekko otworzyła oczy i zdezorientowana zaczęła rozglądać się wokół siebie.

– Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – Kamil zarzucił ją pytaniami. – Napędziłaś mi strachu.

– Proszę podać mi swoje imię i nazwisko – zwrócił się do niej lekarz w tym samym czasie, sprawdzając jej odruchy.

Kiedy podała swoje personalia, zapytał jeszcze o dzisiejszą datę, ale i z tym poradziła sobie bez zawahania.

– Czy rano zjadła pani śniadanie? – Lekarz pomógł jej wstać z podłogi i usiąść na stojącym nieopodal krześle.

– Żona nie miała apetytu – usiłował wytłumaczyć Kamil, który w tej chwili poczuł wyrzuty sumienia, że tak łatwo jej odpuścił i pozwolił niczego nie zjeść.

– Tata – cicho powiedziała Kalina.

Kamil nie dosłyszał jej słów, dlatego spojrzał na nią wymownie. Gdy równie cicho powtórzyła, z ruchu warg odczytał, co uprzednio powiedziała.

– Coś z tatą? – spytał, bacznie obserwując jej woskową twarz. Nagle wydawała się jeszcze bardziej krucha i zagubiona. Pokiwała głową, nie mając siły się odezwać.

– Nalegałbym, aby pani coś zjadła, żeby wyrównać poziom cukru we krwi, bo najwyraźniej czeka państwa długi i wyczerpujący dzień, a organizm zaczyna się buntować – oświadczył lekarz, chowając szalik do kieszeni płaszcza. – Do widzenia – dodał, po czym ruszył w stronę szatni.

– Bardzo panu dziękuję – zreflektował się Kamil, gdy mężczyzna odchodził.

Odszukał w torebce żony baton i natychmiast jej go podał.

– Zjedz chociaż to – nalegał, widząc jej wzrok zdradzający niechęć. – Co powiedziała Dorota?

Chcąc nie chcąc, zatopiła zęby w słodkim, choć twardym batonie. Przez chwilę żuła go, nie czując smaku, ale z każdym kęsem poziom cukru we krwi wzrastał, a jej samopoczucie zaczynało się poprawiać.

– Tata miał zawał i jest w szpitalu – powiedziała wreszcie, usiłując zapanować nad łzami cisnącymi się do oczu.

– Kiedy to się stało?

– Nie wiem – przyznała ze smutkiem. – Nie zdążyłam się dowiedzieć od Doroty.

– Ale trafił już do szpitala? – spytał Kamil, a jego ton stał się rzeczowy jak na rasowego bankiera przystało.

– Dorota powiedziała, że karetka go zabrała, w tej chwili leży na oddziale i czeka na konsultację.

– Najważniejsze, że jest pod fachową opieką – próbował ją uspokoić. – Przyniosę ci wody.

Chwilę później podał jej plastikowy kubek. Kalina spojrzała z wdzięcznością na męża, wsuwając do kieszeni puste opakowanie po batonie.

– Zaraz po rozprawie pojedziemy do szpitala – obiecał. – A teraz najwyższy czas, aby pójść na salę rozpraw, i tak nie jesteśmy w stanie w niczym tacie pomóc.

Nic nie mówiąc, napiła się wody, po czym wzięła głęboki oddech i ostrożnie podniosła się z krzesła. Wciąż niepewnie stawiając kroki, wsparła się na ramieniu męża i ruszyła w stronę szatni. Duży zegar wskazywał punktualnie godzinę dziewiątą. Kalina wiedziała, że nie uniknie ostatniej rozprawy. Wciąż jednak w głowie miała inne pytanie i dotyczyło ono jej dalszej przyszłości.

Proces ciągnął się już czwarty miesiąc, a wyrok miał zostać ogłoszony w przyszłym tygodniu. Dzisiaj miała zeznawać Olga Biedrzycka. Doskonale pamiętała jej przeszywające na wskroś spojrzenie i ostre niczym brzytwa słowa, gdy poszła do szpitala, by odwiedzić jej ciotkę. Chłód, z jakim ją wówczas potraktowała, pozbawił ją pewności siebie i sprawił, że jeszcze bardziej obwiniała się o wypadek.

Szybkie kroki odbijały się echem w pustym korytarzu. Tę pustkę Kalina dokładnie czuła w swoim sercu. Paradoksalnie to śmierć, a w zasadzie pogrzeb Elżbiety sprawił, że Olga zrobiła w tył zwrot. Tyle że od tamtej pory minęło ponad trzy i pół miesiąca i Kalina nie była pewna, jakie stanowisko prezentuje kobieta aktualnie. Mocniej chwyciła dłoń męża i zatrzymała się przed salą, na drzwiach której widniało jej nazwisko jako osoby oskarżonej w procesie.

Kamil powoli uchylił drzwi. Na szczęście jeszcze nikt nie zasiadł za stołem sędziowskim. Kalina głęboko odetchnęła, po czym niepewnie weszła do środka.

– Widocznie nie tylko my mieliśmy problemy komunikacyjne – odezwał się Kamil, krocząc tuż za nią.

– Szczęście w nieszczęściu – odparła bez entuzjazmu, kierując się w stronę adwokata, który wyraźnie wyglądał na zniecierpliwionego.

– I oby tak dalej.

– Dzień dobry – zaczął prawnik, podnosząc się z miejsca i przepuszczając Kalinę na miejsce dla osoby oskarżonej. – Już myślałem, że państwo nie dotrzecie – dodał, a jego słowa zabrzmiały jak zarzut.

– Staramy się opanować sytuację – wyjaśnił Kamil, podając adwokatowi rękę na powitanie.

– Całe szczęście, bo dzisiaj ostatnia batalia i musimy ją wygrać bez względu na ofiary – oświadczył prawnik i wymownie spojrzał na siedzącą po przeciwnej stronie kobietę.

Obydwoje zgodnie podążyli za jego wzrokiem. Młoda kobieta przyglądała im się z zaciekawieniem i ani na moment nie spuściła wzroku. Kalina zagryzła wargę i próbowała odczytać, jakie emocje mogą się kryć w tym spojrzeniu. Ciemna sukienka podkreślała jej zgrabną, może odrobinę zbyt chudą sylwetkę. Blond włosy zostały lekko podpięte z boku głowy tak, by drobne pasma mogły opaść na twarz. Kalina szybko zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie rozszyfrować jej nastroju. Po chwili stwierdziła:

– To będzie gwóźdź do mojej trumny.

LENA

Zima na dobre rozgościła się za oknem, pchając wichrem napęczniałe wilgocią chmury, zza których ani na moment nie wyjrzało słońce. Słotne, jesienne szarugi ustąpiły miejsca mroźnemu powietrzu, które obwieszczało swoje zwycięstwo.

Lena, zamiast w podręcznik, patrzyła przez okno na grupę pierwszoroczniaków, którzy zdążyli skończyć lekcje i na szkolnym boisku zorganizowali regularną bitwę na śnieżki. Zastanawiała się, dla ilu z nich to dobra zabawa, a dla ilu pretekst, żeby dokopać słabszym. Czerwone z zimna, a może głównie ze zdenerwowania twarze nastolatków kipiały emocjami, których nikt nie był w stanie, a może po prostu nie próbował okiełznać. Lena była niemal pewna, że żaden nauczyciel nie wyjdzie na zewnątrz, by rozgonić towarzystwo. Wygodniej było udawać, że tuż za oknem odbywa się świetna zabawa.

Niespodziewanie poczuła silne kopnięcie w krzesło. Podskoczyła jak oparzona i nie kryjąc oburzenia, rzuciła nienawistne spojrzenie w stronę siedzącego tuż za nią chłopaka.

– Ej, spadaj – syknęła.

– Patrz przed siebie – usłyszała w odpowiedzi.

Nie zamierzała puścić mu płazem tej arogancji. Zdecydowanie przesadził. Właśnie kiedy postanowiła dać nauczkę siedzącemu za nią Jankowi, dostrzegła wyczekujący wzrok nauczycielki, która najwyraźniej zdążyła już stracić cierpliwość.

 

– Lena, zdążyłaś już przeczytać tekst? – Włosy nauczycielki od geografii przypominały stóg niedbale rzuconego siana.

– Prawie – stwierdziła, pochylając się nad książką i równocześnie zapominając o tym, co jeszcze przed chwilą planowała zrobić.

Głośno westchnęła i przez moment nie podnosiła głowy znad książki, choć nie potrafiła się skoncentrować na tekście. Po chwili ostrożnie podniosła wzrok i odszukała kobietę wędrującą pomiędzy ławkami. Kiedy znalazła się w bezpiecznej odległości od niej, Lena na moment odwróciła się do Janka i lekko skłoniła głowę w geście podziękowania. Nie spodziewała się tego, że odwzajemni jej uśmiech, dlatego lekko speszona odwróciła się w swoją stronę. Siedziała wyprostowana, jakby nagle wszystkie jej mięśnie zesztywniały i nie była w stanie drgnąć. Ten chłopak działał jej na nerwy. Dotychczas potrafił idealnie wyczuć miejsce, by skutecznie zadać jej cios. W jego obecności czuła się nieswojo. Miała wrażenie, że jest między nimi ogromna przepaść, nad którą żadne z nich nie zdoła zbudować odpowiedniej długości mostu. Czasem obserwowała go, gdy był tego nieświadomy i szalał z Norbertem, szpanując najnowszym iPhone’em. Nieraz zastanawiała się, czemu tak bardzo jej nie cierpiał. Dla świętego spokoju, po ubiegłorocznej awanturze z jego udziałem, wolała mu nie wchodzić w drogę.

Ostatnio jednak miała wrażenie, że coś się zmieniło. Raz czy dwa zdołała złapać jego spojrzenie. Nie mogła jednoznacznie określić go jako nienawistnego, co wcześniej było czymś zupełnie naturalnym. W zasadzie odkąd wróciła do szkoły po wypadku, ani razu jej nie zaczepił. Lena usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz milusiński Norbert jej dopiekł, ale i tego nie była w stanie określić. Wcześniej miała wrażenie, że to właśnie Nero jest prowodyrem kłopotliwych sytuacji, a Janek jedynie stara się z nich wyjść z twarzą. A może po prostu głupota Norberta przestała mu imponować, bo coraz rzadziej zwracał na niego uwagę.

Już zamierzała zacząć czytać, gdy podświadomość kazała jej ostatni raz spojrzeć w stronę boiska. Wówczas zdawało jej się, że dostrzegła znajomą sylwetkę człowieka, którego wolałaby nigdy nie spotkać na swojej drodze. Spanikowana nerwowo próbowała rozglądać się na boki, wiercąc się przy tym i nie zważając na wymowny wzrok nauczycielki.

– Czy nagle oblazło cię stado mrówek?

– Co? – pośpiesznie spytała Lena, kompletnie nie rozumiejąc sensu pytania.

– Nie co, tylko słucham – poprawiła ją kobieta i z naburmuszoną miną czekała na odpowiedź.

– Nie zrozumiałam pytania – usiłowała się wytłumaczyć, próbując skupić wzrok na nauczycielce, która miała nietęgą minę.

Dopiero wówczas uświadomiła sobie, że faktycznie czuje mrowienie na całym ciele. Odruchowo podciągnęła nieco wyżej rękaw. Skóra wokół niedawno powstałych ran wydawała się zaczerwieniona, a włoski równo sterczały zwrócone w jedną stronę.

– Może zamiast się wygłupiać, zaczniesz pracować, bo wkrótce koniec semestru, a twoja sytuacja nie napawa optymizmem.

A może ty popracujesz nad swoją fryzurą, pomyślała Lena i w ostatniej chwili ugryzła się w język, by nie dać nauczycielce satysfakcji i nie wylądować u szkolnego pedagoga, który tylko czyhał na to, by udowodnić jej, jakim jest zerem.

Nie zdobyła się na to, by podnieść głowę, i odliczała wlekące się minuty do dzwonka. Wprawdzie zostały jeszcze dwie lekcje, ale nie miała ochoty tkwić w tym miejscu i tracić czasu na ludzi, którzy nic nie znaczyli w jej życiu.

Po dzwonku poszła do szatni i wzięła swoje rzeczy.

– Hej – usłyszała znajomy głos, który ją nieco zaskoczył.

– Cześć – odparła, odwracając się w stronę rozmówcy.

– Wychodzisz? – Janek stał w drzwiach szatni, tarasując jej przejście. – Zmienił się plan czy wiejesz z histy?

– Zwolniłam się, kiepsko się czuję – skłamała, ale zaraz potem nabrała odwagi i dodała: – Tobie nic do tego. Chyba że chciałeś na mnie donieść do tego kretyna, pedagoga.

Jej słowa najwyraźniej go zaskoczyły, bo na chwilę zamilkł, jakby nie wiedząc, czy powinien się wycofać i wrócić do klasy.

– Żartujesz? – spytał, a w jego głosie nie było cienia wyrzutu. – Tego idiotę powinni izolować od uczniów, żeby uchronić ich od choroby psychicznej, która niewątpliwie grozi wszystkim, którzy z nim kiedykolwiek rozmawiali.

– Ja też u niego byłam – przyznała się, a na jej twarzy pojawił się delikatny, ledwie dostrzegalny uśmiech.

– W takim razie możesz się ubiegać o odszkodowanie – oświadczył, szeroko się uśmiechając.

– Zapamiętam to sobie – powiedziała, ale chwilowy dobry nastrój zdążył już prysnąć, dlatego włożyła kurtkę i zaczęła owijać szalik wokół szyi.

– Mogę iść z tobą? – spytał Janek.

Spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona. Nie miała ochoty na towarzystwo. Potrzebowała spokoju, by zebrać myśli. A z Jankiem czułaby się skrępowana. O czym miała rozmawiać z chłopakiem, który nosił jedynie markowe ubrania, kilka razy w roku jeździł na wakacje za granicę, weekendy spędzał w kinie, a w domu miał gosposię, która dogadzała jego podniebieniu?

– Śpieszę się trochę – odezwała się po chwili. – Muszę już iść.

– Trzymaj się. – Przesunął się, by ją przepuścić. – Cześć.

Nie odezwawszy się, przeszła obok niego i rozglądając się na boki, szybko wyszła ze szkoły.

Odetchnęła dopiero, gdy znalazła się przed furtką ulubionego parku. Sunęła wśród nagich drzew, które letnie zielone liście zmieniły na czarne pióra ptaków, które hordą obsiadły gałęzie. Nie zastanawiając się nad tym, dokąd zmierza, dotarła do niewielkiego mostu. To tutaj jesienią karmiła młode kaczki, które do tej pory zdołały już urosnąć. Pomyślała, że za każdym razem, gdy potajemnie spotykała się z Kaliną, okłamywała Halinę i Jacka, którzy mimo że byli jej prawnymi opiekunami, nie rozumieli jej tak dobrze jak ta kobieta. Czasem miała nieodparte wrażenie, że Kalina traktuje ją jak koleżankę, z którą lubi dzielić czas. Wiedziała, że właśnie dzisiaj ma miejsce ostatnia rozprawa. Gdy sama składała zeznania przed sędzią, odrobinę przeraziła ją sala sądowa, ale starała się powiedzieć jak najmniej, by nie obciążać Kaliny. I choć Halina nie chciała na nią naciskać, to wyraźnie czuła jej chłód, gdy wychodziły z sali rozpraw. Może dlatego nie była w stanie przyznać się przed nią, że mimo zakazu wciąż spotyka się z Kaliną.

Otworzyła plecak i wyjęła bułkę, która została jej ze śniadania. Odrywała niewielkie kawałki i wrzucała je do wprost do dziobów wygłodniałych ptaków, które coraz głośniej awanturowały się o pożywienie. Musiała szybko włożyć rękawiczki, bo w tym czasie dłonie już zdążyły jej zmarznąć. Przez dłuższą chwilę przyglądała się ochoczo pływającym kaczkom. Wreszcie siarczysty mróz, tulący się do każdego skrawka ciała, pokonał ją i z niechęcią ruszyła w stronę domu. Musiała wymyślić wiarygodne wytłumaczenie, dlaczego nie została na dwóch ostatnich lekcjach. Poprzednim razem skłamała, że musiała kupić prezent dla Natalii, z którą tak naprawdę od rozpoczęcia roku szkolnego nie zamieniły ani słowa. Później, w sobotni wieczór, zamiast pójść na wyimaginowane przyjęcie, przez trzy godziny spacerowała z Kaliną po centrum handlowym. Musiała się mieć na baczności, by nie spotkać Adama.

Tym razem postawiła na chorobę. Była przekonana, że nie ma sensu mówić prawdy opiekunom. Nie zrozumieliby strachu, jaki towarzyszył jej od maja, kiedy poznała Adama. Później zaczęłyby się napastliwe pytania, jak do tego doszło, i wyszłyby na jaw wszystkie jej kłamstwa i ciągłe wagary. Na końcu to i tak ona byłaby wszystkiemu winna, jak zawsze uważała matka, czemu przy każdej sposobności dawała wyraz.

Kiedy wdrapała się na trzecie piętro, odszukała klucze i otworzyła drzwi. Właśnie odwiesiła kurtkę na wieszak, gdy usłyszała rytmiczne pukanie. Zaskoczona uchyliła drzwi i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Na klatce schodowej stał młody mężczyzna w czerwono-żółtym stroju z naszytym na czapce logo firmy kurierskiej.

– Dzień dobry – odezwał się. – Mam przesyłkę dla pani Leny Skibińskiej.

– To ja – odparła zaskoczona. – Ale ja niczego nie zamawiałam – zaoponowała.

– Przesyłka jest opłacona – wyjaśnił, podając jej kartkę do podpisu. – Wystarczy pokwitować odbiór.

– Ale ja naprawdę niczego nie zamawiałam – powtarzała, nie wiedząc, co powinna zrobić w tej sytuacji

– Proszę podpisać w tym miejscu. – Pokazał jej palcem. – A co później z tym zrobisz, to już nie moja sprawa.