Marzenia KalinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tylko nie zapomnij, bo często ci się to zdarza. – Matka była wciąż niezadowolona.

– Do widzenia, mamo – powiedziała Lena i się rozłączyła.

Miała nadzieję, że choć końcówka rozmowy zabrzmiała tak, jak powinna brzmieć rozmowa między matką a jej kochaną córką. Ona nie miała wątpliwości, jakie uczucia wobec niej żywi matka. Zaczęła się zastanawiać, jak opisałaby swoje emocje. Najczęściej jej nienawidziła, a może po prostu się jej bała, choć nie chciała się do tego przyznać.

Ignorowała uwagi nastoletnich koleżanek z klasy, które żaliły się, że matki nie potrafią ich zrozumieć, bo nie chcą dać im pieniędzy na hybrydowe paznokcie czy na kolczyk w pępku. Lena była przekonana, że jej matka nawet by tego nie dostrzegła, zapatrzona w kolejnego kochanka, dla którego gotowa była przegnać z domu własne dziecko.

Gdy mówiły, że nie mają co na siebie włożyć, patrzyła na swoje znoszone jeansy, które ojciec jej kupił za pieniądze z zapomogi otrzymanej na zakup opału. To nie były jej problemy i być może dlatego w klasie wciąż trzymała się na uboczu i z nikim nie nawiązała bliższej znajomości.

Wyjęła z plecaka niedokończoną kanapkę i zaczęła ją rwać na kawałki, które kolejno wrzucała do wody. Kaczki szybko zorientowały się, co należy zrobić z łatwo zdobytym posiłkiem i co rusz spoglądały w jej stronę.

Gdy skończyła, podniosła się i dokładnie otrzepała spodnie. Nie chciała ich pobrudzić, wtedy znowu musiałaby się tłumaczyć z tego, gdzie była. Dochodziła szesnasta, wiec należało się zbierać, by zdążyć przed powrotem z pracy jej zastępczej matki. Te dwa słowa zawsze wywoływały w niej rozdrażnienie Co to bowiem znaczy „zastępcza matka”? Ona ma już matkę i nie musi jej zastępować, bo niby w jaki sposób: na chwilę, po kawałku? Wszystko to brzmiało zbyt dziwaczne, by mogła to zrozumieć.

Właśnie wychodziła z parku, gdy jej telefon na nowo zaczął dzwonić. Miała tylko nadzieję, że to nie matka z kolejnymi wymówkami.

– Cześć, tato – odezwała się ochoczo.

– Cześć, maleństwo – przywitał ją. – Miałaś dzwonić.

– Jakoś nie miałam głowy. Wyszłam ze szkoły i zasiedziałam się w parku – wyjaśniła.

– Czyli matka już do ciebie dzwoniła. – Ojciec bardziej stwierdził niż zapytał.

– Tak.

– Bardzo narzekała?

– W normie. Jak to ona. – Lena wzruszyła ramionami.

– Nie przejmuj się nią. Jutro już nie będzie o tym pamiętać.

– Pewnie tak – odpowiedziała, choć doskonale wiedziała, że to nieprawda. – Co u ciebie? Odebrałeś już wyniki badań?

– Już mam. – Lena usłyszała kaszel. – Bez zmian.

– Dobrze, że nie jest gorzej – odpowiedziała natychmiast, starając się ukryć zawód.

– Ty się tym nie przejmuj – stwierdził ojciec. – Pamiętaj, że masz się uczyć i nie myśleć o niczym innym.

– Pamiętam – potwierdziła, choć miała świadomość, jak bardzo rozmija się z prawdą. Wiedziała, że gdyby ojciec poznał jej oceny, byłby zdumiony, bo z jej opowiadań wynikało, że jest pilną uczennicą, która rzetelnie wykonuje swoje szkolne obowiązki. Nie chciała go martwić, mówiąc, że szkoła ją nudzi, a większości omawianego materiału najzwyczajniej w świecie nie rozumie. Szkoła tylko na początku ją fascynowała. Nowi ludzie, możliwość poznania rówieśników – tego jej najbardziej brakowało. Z każdym kolejnym rokiem wymagania nauczycieli rosły, a jej coraz trudniej było im sprostać. Nikt nie garnął się do tego, by jej pomóc, czy chociażby zapytać, w czym problem. – Kiedy mogłabym cię odwiedzić?

– Może w wakacje uda ci się przyjechać do mnie na kilka dni. Zadzwonię do pani Haliny i zapytam, czy mogę cię do siebie zabrać – obiecał ojciec.

– Dobrze, tato, ale wolałabym przyjechać wcześniej, może nawet w ten weekend.

– Masz szkołę i dużo nauki, a u mnie do tego nie ma warunków.

– Wszystko odrobiłabym w piątek i w sobotę rano mogłabym przyjechać – nalegała.

– Nie chcę, żebyś sama tłukła się pociągiem do Otwocka. W twoim wieku to nie jest bezpieczne. Rozumiesz?

– Tak – odpowiedziała niechętnie, choć wcale nie przekonał jej tymi argumentami.

– To trzymaj się, maleństwo, i nie zapominaj dzwonić do starego ojca.

– Cześć – pożegnała się zrezygnowanym głosem.

Kolejny raz nie udało jej się go odwiedzić. Zawsze miał jakąś wymówkę. Nie miał pojęcia, ile by oddała, aby móc z nim zamieszkać. Mogła spać nawet na tekturowym kartonie. Mogła myć się w zimnej wodzie, na podwórku w drewnianej balii, która pamięta czasy powojenne. Mogła codziennie palić w piecu kaflowym tak starym, że co roku przed sezonem grzewczym należało go na nowo okleić gliną, by się nie rozpadł, gdy tylko się dobrze rozgrzeje. Ale ani ojciec, ani pracownicy ośrodka opiekuńczego nie chcieli się na to zgodzić.

Nie miało już znaczenia, czy się spóźni na obiad. Powlokła się do mieszkania Haliny i Jacka, którzy od dziesięciu miesięcy byli jej rodziną zastępczą. Przed tym, jak zamieszkała z nimi, przebywała w innym domu, ale tam nie miała nawet własnego pokoju, a kłótnie opiekunów były tak głośne, że sąsiedzi w końcu zgłosili to na policję. Ta zbadała sprawę i szybko zaczęto szukać nowego lokum dla ósemki dzieciaków, które dotychczas były pod tym dachem.

Kiedy weszła do mieszkania, poczuła aromatyczny zapach rosołu. W tym przypadku nos jej nigdy nie zawodził. Smak rosołu poznała dopiero w rodzinie zastępczej. Jej matka nie gotowała obiadów, wciskając jej w rękę pajdę suchego chleba, bo sama zajęta była oglądaniem kolejnego odcinka brazylijskiej telenoweli.

– Dobrze, że jesteś, zaraz podaję obiad – usłyszała, gdy przemykała obok kuchni.

Żadnych wymówek i dąsów, które tak dobrze znała z własnego domu.

– Miałam dodatkowe zajęcia w szkole – skłamała, rzucając plecak na podłogę.

– Zawołaj dzieciaki i idźcie umyć ręce, czekam z rosołem – powiedziała kobieta, nalewając gorący wywar na talerze.

– Dzieciaki do łazienki! – krzyknęła Lena, korzystając z przywileju, jakim był jej wiek.

Pozostałe dzieci były od niej dużo młodsze, co dawało jej przewagę jeśli chodzi o dodatkowe uprawnienia, ale jednocześnie pogłębiało jej poczucie samotności.

– Co w szkole? – spytał starszy mężczyzna, łapczywie pochłaniający zawartość swojego talerza.

– Super! – odezwała się Kasia, głośno wciągając kluski, które miała na łyżce.

– Kasiu, ale ty chodzisz do przedszkola – zwróciła jej uwagę Halina, nie kryjąc rozbawienia.

– Ale jus niedługo będę chodzić do skoły – sepleniła dziewczynka.

– Pani Kalina pochwaliła Kasię, że potrafi pięknie malować – powiedziała kobieta. – Zobaczcie, jaki dostałam od niej prezent. – Pokazała przyczepiony do lodówki portret. Wytrawny znawca nie umiałby odnaleźć podobieństwa między rysunkiem a modelką.

– Lenka, a co u ciebie? – Jacek tym razem zwrócił się bezpośrednio do swojej wychowanki.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała i wpakowała do ust kolejną łyżkę klusek, jakby zamierzała zniechęcić mężczyznę do zadawania kolejnych pytań.

– Kiedy będzie zebranie w szkole? – Mężczyzna się nie poddawał.

– Nie wiem. Chyba już nie będzie.

– Jesteś pewna? – zainteresowała się Halina. – Dzieciaki właśnie przyniosły informację, że w ich szkole jest spotkanie z wychowawcą.

– W podstawówce jest inaczej – oświadczyła Lena z wyższością, szczęśliwa, że nie mogą zweryfikować jej słów. Jej wychowawczyni od ubiegłego tygodnia przypominała o czwartkowym zebraniu.

Lena nie miała czym się pochwalić, dlatego uznała, że wizyta Haliny w szkole nie ma większego sensu. Sama zatroszczy się o to, by zdać do drugiej klasy, i nie musi słuchać gderań, że powinna wziąć się do pracy, bo jest zbyt mądra, by mieć tak niską średnią ocen.

– To jeszcze nie koniec niespodzianek – oznajmiła Halina, gdy skończyli jeść drugie danie.

– A co jeszcze będzie? – niecierpliwił się Paweł, nieustanie przebierając nogami pod stołem.

– Zamknijcie oczy – poprosiła kobieta, otwierając lodówkę. – Nikt nie oszukuje? – upewniła się, kładąc przed każdym niewielkie kolorowe pudełeczko. – Możecie sprawdzić.

– Lody! – krzyknął Paweł, nie mogąc się powstrzymać.

Odgłos otwierania plastikowych pudełek wypełnił kuchnię i sprawił, że Lena na moment zapomniała o swoim wieku. Z dzieciństwa pamiętała, jak z uporem maniaka wpatrywała się w dzieci wychodzące ze sklepu i pośpiesznie rozpakowujące kupione im przez rodziców lody na patyku. Kolorowe opakowania ginęły w koszu na śmieci, a białe, różowe czy brązowe schłodzone smakołyki niknęły w ustach małych smakoszy. Lena musiała się zadowolić chlebem, od czasu do czasu posmarowanym masłem i posypanym cukrem.

– Pycha – zachwycała się Kasia.

– Nic nie mówisz, Lenko – zagadnęła ją Halina.

– Rozkoszuję się – oświadczyła dziewczyna, co było zgodne z prawdą.

– Dzwonił twój tata, mówił, że chce cię zabrać do siebie na kilka dni w czasie wakacji.

– Mówił mi o tym – odpowiedziała Lena zdawkowo.

– I co ty na to?

– Chciałabym do niego jechać – stwierdziła, nie podnosząc wzroku.

– Tata poradzi sobie z opieką nad tobą?

– Sama potrafię o siebie zadbać – żachnęła się, czując irytację.

Czy ta kobieta nie rozumiała, że to Lena częściej opiekowała się ojcem niż on nią? To ona pamiętała o wykupieniu jego leków czy umówionej wizycie u diabetologa. Nawet teraz, gdy z nim nie mieszkała, o wszystkim mu przypominała.

– Wiem, że umiesz – stwierdziła kobieta łagodnym tonem. – Jesteś bardzo zaradna – dodała.

Lena nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. Rzadko słyszała pochwały i nie była przygotowana na ich przyjęcie. Przez chwilę dłubała łyżeczką w swojej porcji lodów, które szybko się roztapiały, pozostawiając różnokolorowe plamy.

 

– Czyli rozumiem, że najpierw pojedziesz z nami nad morze, a później odwiedzisz swojego ojca – uściśliła Halina, przywykła do porządku zarówno w swoim domu, jak i we wszystkich sprawach, które dotyczyły jej podopiecznych. Być może dlatego przez ostatnich osiem lat niestrudzenie opiekowała się tabunami dzieci, których biologiczni rodzice nie rozumieli, czym jest rodzicielstwo.

– Morze? – zdziwiła się Lena.

– Nie mówiłam ci, że zarezerwowałam dla nas kwaterę w Jastrzębiej Górze? Może będzie trochę ciasno, bo to tylko dwa pokoje, ale chyba wytrzymamy.

Lena jeszcze nigdy nie widziała morza. Nie wyobrażała sobie bezmiaru wody. Nikt wcześniej nie pomyślał, żeby gdzieś ją zabrać na wakacje, dlatego nie wiedziała, jak powinna zareagować. Czy możliwe jest, aby rodzice zastępczy tak bardzo starali się dla dzieci, które dzisiaj są z nimi, ale jutro mogę być w zupełnie innym miejscu? Wygarnęła resztę kolorowej brei, która zdążyła się rozpuścić, i szybko włożyła ją do ust. Słodki smak pozwolił jej na chwilę zapomnieć o codzienności.

Zasypiając, wciąż miała przed oczyma uśmiechnięte buzie młodszych dzieci, które dopiero co dowiedziały się, że pojadą nad morze. Być może wreszcie poczuje się jak ktoś, dla kogo życie to nie tylko ból, ale też radość.

ELŻBIETA

Mocno pchnęła metalowe, lekko odrapane drzwi od garażu, które pod jej naporem drgnęły i ustąpiły, pokazując liczne skarby gromadzone tu przez lata. Elżbieta podeszła do niewielkiego wózka wyszperanego na szrocie i sprawdziła mocowania. Linki były odpowiednio napięte i nie dawały się poruszyć. Odruchowo spojrzała na najwyższą półkę regału, który kiedyś stał w jej mieszkaniu, po czym wspięła się na palce i dłonią wymacała leżące na nim płótno, rozpięte na niewielkiej drewnianej ramie. Ostrożnie dotknęła skrawka materiału, który zgodnie z jej oczekiwaniami był suchy. Uśmiechnęła się pod nosem. Delikatnie zapakowała obraz w leżące nieopodal gazety i umieściła go pomiędzy innymi obrazami. Powoli wyprowadziła z garażu niedawno kupiony rower wraz z przytwierdzonym do niego wózkiem i zamknęła drzwi na dużą, zardzewiałą kłódkę, która miała stać na straży jej drogocennego mienia.

Teraz już mogła wyruszyć w swoją codzienną trasę w okolice Łazienek Królewskich. Wózek co rusz podskakiwał, przypominając o tym, by zwolniła. Piękna pogoda jej sprzyjała, dlatego nie przestając pedałować, mocniej wcisnęła na głowę kapelusz. Długa, zwiewna sukienka przyjemnie muskała jej nogi.

Kilkadziesiąt minut później zatrzymała się przy niewielkiej alejce prowadzącej do parku i zaczęła rozstawiać sztalugi. Tuż obok, na trawie, rozłożyła kolorowy koc i ułożyła na nim małe breloczki, którym ludzie od lat przypisywali magiczną moc, oraz kilka wisiorków wykonanych z kolorowych kamieni, uważanych za sprzyjające szczęściu. Wokół rozmieściła kilka podwójnych sztalug, na których wyeksponowała obrazy, przyciągające wzrok przechodniów, spragnionych żywych, odważnych kolorów i oryginalnych, nietypowych kształtów.

Elżbieta uwielbiała patrzeć na twarze ludzi oglądających jej obrazy. Od razu rozpoznawała tych, którzy mieli do czynienia ze sztuką. Wielokrotnie miała wrażenie, że słyszy ich myśli, w których analizują niecodzienną formę i tematykę jej prac. To był świat, o jakim marzyła od dziecka.

Wtedy uwielbiała brać kredki, karton i wymykać się z domu, by biec na pobliską łąkę czy pastwisko, aby później móc przenieść swoją wizję tych miejsc na papier. Podkrakowska wieś u schyłku lat siedemdziesiątych inspirowała ją do poszukiwań. Kwiaty widziała jako barwne plamy, zlewające się ze sobą. Drzewa – majestatyczne posągi, dumnie strzegące tajemnic ludzkości. Trawy i zboża to cisi świadkowie toczącego się wokół życia. Zwierzęta wymagały od niej największego zaangażowania. Ich ciągły ruch nastręczał jej mnóstwo problemów. Widziała pracę poszczególnych mięśni, napinających się ścięgien i uwypuklonych żył, ale nie była w stanie przenieść tego na karton. Przez kilkanaście miesięcy podejmowała kolejne próby namalowania własnego kota, który był na tyle leniwy, że przez większość dnia wylegiwał się przy kaflowym piecu, ogrzewającym cały dom. Kilkadziesiąt szkiców wciąż leżało niedokończonych w jej pokoju, a ona rozpoczynała kolejny. Nie reagowała, gdy matka narzekała, że w zastraszającym tempie zużywa papier. Potrafiła godzinami obserwować zwierzę, by pod wieczór wykonać kilka posuwistych ruchów ręką, które miały przybliżyć ją do celu. Przeważnie nigdy nie była zadowolona ze swoich prac, dlatego nie bała się podejmować kolejnych prób.

Pod koniec nauki w podstawówce nie miała wątpliwości, do jakiej szkoły chce zdawać. Kiedy podzieliła się swoim marzeniem z nauczycielką plastyki, ta zobowiązała się jej pomóc. Za kilka jajek czy butelkę mleka zostawała dla niej po lekcjach i tłumaczyła niuanse malarstwa. Kiedyś przyniosła kolorowy album z pracami najwybitniejszych artystów światowego formatu. Elżbieta z pietyzmem przewracała kolejne kartki, w oszołomieniu podziwiając zaskakujące koncepcje malarskie.

Kiedy dotarła do fotografii fresków Michała Anioła wykonanych na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej, zamarła i przez dłuższy czas nie mogła oderwać od nich wzroku. Fascynowała ją spójność i oryginalność ujęcia tematów, które istniały w sztuce odkąd powstało chrześcijaństwo. Pięć wieków odkąd powstały freski, a ich wyjątkowość wciąż potrafiła zaskakiwać. Elżbieta, używając szkła powiększającego, analizowała nieposkromioną energię postaci, zachwycając się precyzją, z jaką artysta oddał emocje towarzyszące im w ich wyjątkowym życiu. Nawet nie śmiała prosić nauczycielki, by pożyczyła jej album. Na szczęście przyszła jej do głowy inna myśl, która okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę, i kilka dni później siedziała w szkolnej bibliotece, nachylając się nad fotografiami prac Michała Anioła. Zawsze wtedy miała przy sobie gruby brulion, by móc naszkicować fragment zwiewnej szaty oplatającej ciało albo niebanalny profil wybranej postaci, bądź którąś z naprężonych kończyn, uchwyconych w ruchu.

Znikała w bibliotece na całe godziny, z czego najbardziej niezadowolony był ojciec, dla którego najważniejsza była praca na roli. To ona od lat dawała utrzymanie jego rodzicom i dziadkom. Tę tradycję przekazywał swoim trzem synom i choć każdy z nich miał inną wizję wykorzystania pola, to wszyscy chcieli tutaj osiąść na stałe. Tylko ona marzyła o czymś zgoła odmiennym…

Elżbieta uśmiechnęła się na to wspomnienie, po czym stanęła przed sztalugą, wycisnęła z kilku tubek gęste farby i zabrała się za ich mieszanie. Potrzebowała mniej ciemnych kolorów niż zwykle. Kruczoczarny przełamała szkarłatnym, zaś szarość popiołu połączyła z ametystowym.

Zaczęła od kreski w kolorze szafirowym, którą pociągnęła jednym ruchem w poprzek płótna. Właśnie zamierzała rozetrzeć jej prawą krawędź, gdy usłyszała za sobą znajomy głos:

– Dzisiaj nieco jaśniej.

– Coraz jaśniej. – Odwróciła się w stronę starszej kobiety, która obserwowała jej pracę, stojąc tuż za jej plecami.

– To świetnie – stwierdziła, uśmiechając się do Elżbiety. – Wolę te, które mają w sobie nadzieję, chęć do życia i pasję.

– Te rzeczywiście są najpiękniejsze i najtrudniej jest mi się z nimi później rozstać, a klienci, jakby o tym wiedzieli, wskazują je w pierwszej kolejności.

– Bo każdy lubi mieć wokół siebie namiastkę szczęścia – oświadczyła kobieta, wzruszając ramionami.

– To prawda, pani Uleńko – odpowiedziała Elżbieta. – Spacer po parku?

– W moim wieku to obowiązek, który sprawia, że samotność daje się jakoś znieść.

Elżbieta ze zrozumieniem pokiwała głową i uśmiechnęła się serdecznie. Lubiła te codzienne pogawędki, które dawały jej siłę do działania. Widziała, jak inni borykają się z samotnością i nie czuła się odosobniona.

– Czy to ten, który malowała pani w ubiegłym tygodniu? – Pani Urszula wskazała ustawiony na sztalugach nieopodal niewielki obraz utrzymany w ciemnej tonacji, z jaskrawoczerwonymi akcentami i szaroniebieską mozaiką po bokach.

Elżbieta skinęła głową, patrząc z satysfakcją na obraz

– Ciekawy – stwierdziła pani Urszula. – Przypomina mi moją pierwszą przejażdżkę starym motocyklem dziadka, który wykradliśmy z innymi dzieciakami z jego stodoły, ale mimo wysiłku nie udało nam się go odpalić. Zawód, jaki wtedy przeżyliśmy, był większą karą niż ta, którą wymierzył nam dziadek za to, że, jak sądził, chcieliśmy mu ukraść motocykl.

– Zawsze tak trafnie odczytuje pani emocje, które przelewam na płótno – uśmiechnęła się Elżbieta, z uznaniem kiwając głową. – Jest pani równie dobra, jak moja terapeutka.

– Kiedyś nikt by się nie przyznał do tego, że chodzi do psychologa, bo wszyscy uznaliby go za czubka – zauważyła Urszula, wciąż wpatrując się w obraz.

– Świat idzie do przodu.

– Dlatego coraz częściej będziemy potrzebować pomocy specjalistów, którzy będą uczyli nas życia – dodała Urszula.

– Życie zdumiewa i nie wybacza nam błędów. – Elżbieta wróciła do mieszania kolorów na palecie.

– A może to my sami ich sobie nie wybaczamy?

Elżbieta słyszała, jak kobieta odchodzi, głośno szurając butami. Nie obejrzała się za nią. Nie musiała. Była pewna, że za godzinę znowu zjawi się w tym miejscu i na nowo zacznie analizować któryś z obrazów, doszukując się w nim tej cząstki duszy, której odbicie udało się Elżbiecie uchwycić.

Słyszała odgłosy tętniącego życiem miasta, ale to nie one ją fascynowały. Uwielbiała to miejsce za jego spokój, gdzie nie dotarł pęd za mamoną. Ludzie wchodzący do parku nie musieli się spieszyć. We własnym tempie przemierzali kręte alejki w poszukiwaniu natury – jedynej gwarancji odpoczynku.

Kolejne pociągnięcia pędzla pozwalały jej oderwać się od ziemi i na nowo spojrzeć na siebie. Kilka miesięcy temu skończyła pięćdziesiąt lat. Nie celebrowała tego dnia. Nie chciała myśleć o tym, że jej życie z każdym kolejnym dniem kurczy się i pozostawia jej coraz mniej czasu na znalezienie swojego miejsca na Ziemi. Czasem potrafiła się cieszyć swoją wolnością, niezależnością i samodzielnością, ale częściej malowała obrazy, na których dominowały zimne barwy.

– Co to jest? – usłyszała pytanie kilkuletniej dziewczynki, zapewne będącej na początku swojej przygody ze szkołą, nachylającej się nad rozłożonymi brelokami.

– To anioł z kamieniem księżycowym – wyjaśniła Elżbieta, odkładając na bok pędzel i paletę.

– Jest taki cudny – zachwycała się niebieskooka dziewczynka, co i rusz spoglądając na matkę, która wydawała się być znudzona kolejnym odkryciem córki. – Kto go przywiózł z księżyca?

– Zdradzę ci pewną tajemnicę. – Elżbieta ściszyła głos, jednocześnie nachylając się nad jej uchem. – W niektórych kulturach kamień księżycowy jest uważany za magiczny.

– Tak? – zainteresowało się dziecko, przybliżając się do Elżbiety.

– W Indiach jest nazywany kamieniem marzeń sennych.

– A co to znaczy? – dopytywała się dziewczynka, jakby zapominając o czekającej na nią matce.

– Ludzie mieszkający tam wierzą, że potrafi przynieść piękne sny.

– To prawda?

– Daria, idziemy – wtrąciła się matka, ubrana w szary garnitur, znak firmowy korporacyjnej machiny. – Nie przeszkadzaj pani w pracy.

– Nie przeszkadzam! – obruszyła się jej córka, wyczekując na odpowiedź.

– Gdybym w to nie wierzyła, żadnej nocy nie mogłabym zasnąć – wyjaśniła Elżbieta zgodnie z prawdą.

Od blisko trzydziestu lat nie udało jej się przespać całej nocy. Po latach przyzwyczaiła się do tych bezsennych godzin, gdy przewracała się z boku na bok, bo nagle czuła każdą sprężynę w materacu, który miał być taki wygodny. Każdy dźwięk dochodzący z ulicy wwiercał się w jej głowę niczym ogromne wiertło młota pneumatycznego, który nieoczekiwanie wyrwał się spod kontroli człowieka i demoluje otoczenie. Tysiące przytłaczających myśli nie dawały się przepędzić i niczym wygłodniałe kruki, pastwiące się nad padliną, kąsały ją, sprawiając ból ciału i duszy. Tak, była przekonana, że byłoby gorzej, gdyby nie jej ulubiony kamień, który zawsze miała przy sobie.

– Spójrz. – Pokazała dziewczynce swój wisiorek. – Nawet teraz mam go na szyi.

– Piękny, prawda, mamo? – Mała zwróciła się do kobiety, która od dłuższej chwili rozmawiała przez telefon, szczęśliwa, że nie musi słuchać tych bzdur.

– Niektórzy wierzą, że kamień księżycowy wzmacnia intuicję i zdolność logicznego myślenia – dodała Elżbieta, spoglądając w stronę kobiety, która natychmiast odwróciła się do niej plecami.

– Mamo, chciałabyś go mieć?

Matka przysłoniła dłonią słuchawkę telefonu.

 

– Dobrze, ale musimy już wracać do domu – oświadczyła znudzonym głosem.

– Jak to? – Dziewczynka była zaskoczona. – Przecież to miał być nasz dzień, który spędzimy wspólnie.

– Właśnie dzwonił mój szef. – Kobieta na znak tego, że mówi prawdę, nieco wyżej podniosła telefon. – Nagła awaria systemu i muszę jak najszybciej zjawić się w biurze.

– Nie możesz! – upierała się mała. – Obiecałaś!

– Nie mam na to wpływu – tłumaczyła matka nieudolnie. – To nie ja o tym decyduję. Muszę iść do pracy, żeby zarobić na twoje zabawki.

– Ciągle tylko ta praca i praca! Nienawidzę jej! – oburzyła się dziewczynka, usiłując zapanować nad łzami. – Zawsze jest coś ważniejszego!

– Nie możesz mówić w ten sposób, bo doskonale wiesz, że nie mogę rzucić pracy. Obiecuję, że w weekend tutaj wrócimy i pójdziemy też na lody.

– Nie chcę!

– Daj spokój – nalegała matka. – Nie mam wyjścia, ale na pewno dokończymy nasz wspólny dzień.

– Mam dla ciebie prezent. – Dziewczynka zrobiła smutną minę, wyjmując niewielki portfelik w kształcie serduszka w biało-różową kratkę. Wyciągnęła dwa banknoty i podała je Elżbiecie.

– Żeby talizman zadziałał, trzeba w niego wierzyć – poinformowała Elżbieta, pakując prezent do niewielkiego pudełka.

– Ja wierzę – zapewniła dziewczynka, chowając do portfela kilka monet wydanych jej przez Elżbietę. – To dla ciebie, mamo. – Podała matce pudełeczko z prezentem.

– Dziękuję – wydusiła kobieta i czym prędzej wsunęła opakowanie do torebki.

– Nie założysz? – zdziwiło się dziecko.

– Nie teraz. – Kobieta była coraz bardziej ziry- towana. – Musimy już wracać, bo nie zdążę na czas.

– Ale mamo…

– Wieczorem – dodała szybko. – Do widzenia – powiedziała, biorąc za rękę córkę i ruszając w tym samym kierunku, skąd przyszły.

– Do widzenia. – Elżbieta wciąż patrzyła na dziewczynkę. Zawód, który malował się na jej twarzy, sprawił Elżbiecie przykrość. Obserwowała kobietę szybko zmierzającą do domu i drepczące za nią dziecko, które usiłowało zrozumieć, dlaczego nie zasłużyło na to, żeby spędzić ten dzień z mamą. Myślała, że matka choć przez chwilę zachowa pozory, że może nawet zdoła się ucieszyć z prezentu. Jednak po tym, co zobaczyła, zdała sobie sprawę, jak istotną rolę w życiu człowieka odgrywa chęć posiadania tego, co lepsze, ładniejsze, bardziej modne i droższe, a żeby temu sprostać, trzeba pracować, zarabiać i rezygnować z życia rodzinnego.

Ona sama miała ten komfort, że nie musiała się do niczego ani do nikogo spieszyć. Nie musiała o nikogo dbać. Nie była od nikogo zależna, dlatego nie mogła pojąć całej sytuacji. Była swoim szefem i pracowała dla przyjemności tworzenia. Gdy miała dobry dzień, a pogoda jej sprzyjała, przebywała cały dzień poza domem, ale bywały też takie dni, kiedy dopadały ją demony i nie potrafiła zmusić się do tego, by zwlec się z łóżka. W takich chwilach była wdzięczna losowi, że skutecznie odradził jej pracę na etacie.

Doskonale pamiętała, jak niedługo po przeprowadzce do Warszawy zdecydowała się przyjąć posadę nauczycielki plastyki w szkole podstawowej. Nigdy o tym nie marzyła, widziała się raczej przed sztalugą, umazana farbą i przesiąknięta zapachem gruntu malarskiego, ale potrzeba zaspokojenia podstawowych potrzeb typu jedzenie i schronienie szybko wskazały jej kierunek działania.

Była przekonana, że te zajęcia sprawią, iż na nowo odkryje w sobie dziecko, jakim była, gdy zaczynała swoją przygodę z malowaniem. Na pierwsze zajęcia przyniosła album, który kiedyś tak ją zachwycił, a który od niedawna był jej własnością. Zamierzała choć trochę przybliżyć uczniom, jak kształtowała się sztuka na przestrzeni wieków, ale szybko zadała sobie sprawę, jak trudno jest zainteresować młodzież statycznym obrazem, który przez lata nieco wyblakł.

Po roku pracy chciała się poddać. Była wykończona, wchodząc do szkoły. Gdy z niej wychodziła, wyglądała jak własny cień, ale piętrzące się na stole rachunki do opłacenia skutecznie powstrzymywały ją od zrobienia kroku wstecz, dlatego przetrwała tam pięć lat, będąc obiektem niewybrednych żartów młodzieży, która za nic miała jej pasję i chęci podzielenia się z nimi wiedzą, którą zdobyła w ciągu siedmiu lat studiów, bo tyle jej zajęło dotarcie do dyplomu, przy jednoczesnej walce z przeciwnościami losu.

Kiedy wreszcie odważyła się zrobić krok naprzód, poczuła się wolna. Wreszcie mogła robić to, o czym od lat marzyła. Malowała to, co czuła. Malowała, to co widziała oczyma wyobraźni. Malowała, to co sprawiało jej radość i ból. Na początku wobec zmiany najbardziej buntował się jej żołądek, który nie rozumiał, dlaczego powinien zadowolić się chlebem z margaryną i kawą Inką. Z czasem jednak i on pozwolił się okiełznać.

Elżbieta przysiadła na trawie, wyjęła przygotowaną w domu kanapkę i zatopiła w niej zęby. Choć dookoła pełno było stoisk z jedzeniem, ona wolała sama przyrządzać swoje posiłki. Nie wierzyła w to, że produkty podawane w barach są świeże i zdrowe. Sama raz w tygodniu jeździła na położony niedaleko jej mieszkania niewielki targ i u zaprzyjaźnionych osób kupowała warzywa i mięso. Od niedawna było ją stać na to, by wybierać to, na co miała ochotę, a nie to, na co wystarczyło pieniędzy.

Kilka obrazów udało się wstawić do galerii i już po tygodniu znalazł się pierwszy nabywca, a po roku otrzymała zamówienie na trzy kolejne płótna. Tyle że prace nad nimi kompletnie jej nie szły. Nigdy nie lubiła malować pod czyjeś dyktando. Zżymała się, przestała kompletnie sypiać, a każda linia, która pojawiała się na płótnie, zdawała jej się płytka i bez wyrazu. Ostatecznie zrezygnowała z zamówienia, oferując wcześniej wykonane prace, ale klient nie był nimi zainteresowany, więc co pewien czas zaglądała do różnych galerii, pozostawiając w nich swoje obrazy, które wcześniej wystawiała na ulicy.

Jej rozmyślania przerwał głośny dźwięk dzwonka. Pochyliła się nad niewielką torebką, którą nosiła na ramieniu, i wyjęła telefon. Zanim odebrała, spojrzała na wyświetlacz.

– Witaj, Olu – przywitała bratanicę.

– Dzień dobry, ciociu – rozbrzmiał dźwięczny głos młodej kobiety. – Jak ci minął weekend?

– Pracowicie – odpowiedziała Elżbieta, patrząc na parę staruszków, powolnym krokiem zmierzających do parku. – Znalazło się kilku klientów, kupili obrazy, więc nie miałam ochoty wracać do domu.

– To świetnie – ucieszyła się Olga, nie kryjąc radości. – Ale może powinnaś odpocząć?

– Wiesz, że uwielbiam taką pogodę i nie mogłabym teraz siedzieć w domu. Słońce napędza mnie do działania. Sprawia, że wychodzę z mroku. Odpocznę, gdy będzie szaro i ponuro.

– Dobrze. – Olga ustąpiła, wiedząc, że niczego nie wskóra, bo ciotka i tak zrobi to, co uważa za słuszne. – Chcielibyśmy zaprosić cię na niedzielny obiad.

– Chętnie – ucieszyła się Elżbieta. – Tak dawno się nie widzieliśmy. Mam nadzieję, że tym razem pogoda nie pokrzyżuje nam planów i ulewa nie sparaliżuje połowy miasta.

– O której możesz do nas dotrzeć, żebyś nie musiała rezygnować z pracy?

– Myślę, że raczej przyjadę na kolację. Nie pogniewacie się?

– Ależ skąd, zaczekamy – obiecała Olga.

– Będę – potwierdziła Elżbieta i natychmiast spytała: – Chłopcy bardzo urośli odkąd ostatnio ich widziałam?

– Od Wielkanocy nie minęło znowu aż tak wiele czasu, ciociu – zauważyła bratanica. – Na pewno ich poznasz. Wciąż się ze sobą kłócą i żaden nie chce pierwszy wyciągnąć ręki na zgodę.

– Może właśnie dlatego są tacy kochani… – zamyśliła się Elżbieta. Głos nagle jej się zmienił i zaczął pobrzmiewać nutą melancholii.

– Podziwiam twoją cierpliwość do nich, bo mnie coraz częściej jej brakuje – narzekała Olga i Elżbieta natychmiast wyczuła jej nastrój. Najwidoczniej znowu w pracy goniły ją terminy i przytłaczały domowe obowiązki.

– Ty masz ich na co dzień, a ja od święta – oświadczyła spokojnie, choć czuła, jak jej serce szybko bije. – Już nie mogę się doczekać naszego spotkania.