Złodziej duszTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dość o tym, musiałam iść do Bogny, zapewne wiedziała już coś o narzędziu zbrodni. Przeszliśmy z Witkacym przez korytarz i pokój gęsto zapchany biurkami. Czułam na sobie spojrzenia kolegów. A więc plotki się rozeszły. Wydział wewnętrzny cuchnie na tyle mocno, by jego swądek już teraz się za mną wlókł. Witkacy odruchowo objął mnie ramieniem, jakby chciał mnie osłonić przed spojrzeniami tych, którzy niemal cieszyli się, że mam kłopoty. Ja i Witkac toczyliśmy cichy bój na liczebność naszych antyfanów. Dziś chyba prowadziłam w rankingu.

Bogna siedziała przy biurku i przeglądała plik dużych, kolorowych fotografii. Nie podnosząc głowy znad zdjęć, powiedziała:

– Cześć wam. Zapewne zaczniecie zadawać wszelkie te niewygodne pytania, a mnie szlag trafi, że nie znam na nie odpowiedzi?

– Przecież ty znasz wszelkie odpowiedzi – powiedział Witkacy szarmancko.

Bogna była jedyną kobietą, z którą Witkacy trochę flirtował. Nic nie ryzykował. Tajemnicą poliszynela było to, że patolożka woli dziewczyny, najlepiej młodsze i bardzo wysportowane. Zupełnie jak jej były mąż, co zresztą było powodem rozwodu. Podobieństwa gustów mogły zaszkodzić równie mocno jak różnice nie do pogodzenia.

– Byłoby miło, Witkac, nawet ja jednak napotykam zagadki. Jedną z moich porażek będzie kiedyś niemożność określenia profilu toksyn w twojej krwi, ale dziś zmagam się z narzędziem zbrodni, którym zabito panią Kozanek. – Uśmiechnęła się, ale nie było w tym uśmiechu wesołości, raczej niepewność. Nie była przyzwyczajona do tego, że nie może czegoś rozgryźć.

– Powiedz, co wiesz, może dalej samo pójdzie – powiedziałam, siadając naprzeciw niej, tak że mogła pokazać mi zdjęcia.

– Dwie rany kłute, czyste i gładkie, niemal punktowe. – Pokręciła głową, zirytowana, że wciąż nie wie, co je zostawiło.

– Zauważyłam na miejscu, niczym ślady wampirzych zębów… na filmach – dodałam.

– Tak to wygląda, ale w środku już jest inaczej. Zęby miałyby spójne nachylenie, kąt wejścia w tkankę. I poszarpane brzegi. Tu trajektoria jest przeciwstawna, jedna z ran jest zadana z prawej strony w lewo, druga z lewej w prawo.

– Jednocześnie?

– Sądzę, że tak. Albo w bardzo małym odstępie czasu. To rzadkie, wykrwawić się z takich małych dziur, nawet nie były jakoś przesadnie głębokie, wiecie? Pół centymetra w jedną czy drugą stronę i ominęłyby tętnice.

– Ciśnienie – powiedział Witkacy. – Brała aspirynę i rutynę przeciwzakrzepowo, pewnie spore dawki, poza tym mogła zaprzestać brać leki na obniżenie ciśnienia. Plus, oczywiście, była na speedzie.

Bogna zrobiła duże oczy.

– Profilu toksyn jeszcze nie mamy, miną tygodnie, zanim prześlą mi wszystkie wyniki. Chcesz powiedzieć, że ta babcia była na amfie?

– Efedryna. Tabletki odchudzające – powiedział po prostu.

Nie ja jedna ufałam farmakologicznej wiedzy Witkacego. Bogna pokiwała tylko głową i powiedziała:

– Sprawdzimy to, ale myślę, że masz rację. To by wyjaśniało, dlaczego wykrwawiła się od dwóch niewielkich ran.

Zadzwoniła moja komórka. Numer prywatny Anity. Przeprosiłam wzrokiem Bognę i wyszłam na korytarz, by odebrać. Witkacy wyszedł za mną bez słowa.

– Halo, co tam?

– Nie mogę ich dłużej zniechęcać, Doro. Obawiam się, że przyszedł czas na przesłuchanie.

– Już idę, dzięki.

Przez chwilę milczałam, zbierając się w sobie. Miałam złe, bardzo złe przeczucia. Jeszcze rano przyjmowałam to spokojniej, ale teraz serce podeszło mi do gardła. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że mogę już nie wrócić do sprawy Kozanek. Cieszyłam się, że Witkacy wie wszystko i był przy przesłuchaniach. Uścisnęłam mu ramię.

– Witkacy, przejmiesz sprawę jakby co, okej? Ty, a nie Nowakowski. Ty zrobisz ją dobrze, on spierdoli.

– Chyba się nie żegnasz? – spytał z niewzruszoną twarzą, ale znałam go dość, by właściwie zinterpretować pociemniałe oczy i niewielką zmarszczkę między brwiami.

– Nazwij to przeczuciem, ale nadciągają kłopoty.

– Nic nowego, wiecznie je masz, same cię znajdują.

– To bez wątpienia racja, ale teraz… Nie wiem, może to kwestia Żamłody…

– Nigdy nie zrozumiem, co on do ciebie ma. Nie dałaś mu czy jak?

– Po prawdzie nie dałam, ale też nigdy nie prosił. – Uśmiechnęłam się cierpko.

Mimo moich nawyków żywieniowych, uwzględniających seks ze śmiertelnikami, wolałabym wystygnąć i dogasnąć, niż iść do łóżka z patafianem. Zresztą byłby słabym kochankiem. Niewiele rzeczy można zrobić w sytuacji intymnej, jeśli ma się metrowy kij w dupie.

*

Było zimno. Odkąd weszłam do pokoju, czułam na ramionach gęsią skórkę. Wiedziałam, że nie będzie dobrze. Pytali o szczegóły. Spokojnie opowiedziałam o wszystkim, co związane było z moim konfliktem z Żukrowskim. Wyjaśniłam, co bezpośrednio sprowokowało mój wybuch. Twarz Wita drgnęła. Nawet wydział wewnętrzny znał Maję i Malinę. Zastępca Wita, Lisicki, miał syna w wieku Mai. Zdarzało się, że dzieci bawiły się razem w policjantów i złodziei (czy po prostu ganiały się po korytarzu, a my wszyscy nadinterpretowaliśmy te zachowania, widząc to, co chcieliśmy zobaczyć). Patrzył na mnie bez słowa, ale widziałam po jego oczach, że też by się nie opanował.

– Nieistotne, z jakiego powodu pani uderzyła pana Żukrowskiego, ważne, że nadużyła pani siły i władzy – warknął Żamłoda.

Cholera, co on tu właściwie robił? Nie było normą, by wydział wewnętrzny kolaborował z prokuratorem. Co z rozdzielnością postępowania karnego i dyscyplinarnego? Miałam ochotę zapytać wprost, ale obiecałam Anicie, że będę grzeczna. Dlatego jak najspokojniej powiedziałam:

– Siły pewnie tak, ale nie władzy. Nie byłam na służbie, byłam na spacerze w swoim dniu wolnym od pracy. Czekałam na przyjaciół, którzy mieli przyjść z dziećmi. Nagle przy piaskownicy w parku zobaczyłam oskarżonego o pedofilię mężczyznę, który siedział i obserwował dzieci.

– Oskarżenie wycofano – przerwał mi Żamłoda. Nie znosiłam go z każdą chwilą bardziej.

– To już nie moja wina – warknęłam, patrząc na niego ostrym, zimnym spojrzeniem. – To prokuratura, ach, właściwie to pan osobiście nie dopatrzył się dość dowodów, by wytoczyć mu proces karny, prawda? Był widziany z kilkorgiem dzieci, w tym z dwójką, która zaginęła. Kręci się w miejscach, w których bywają dzieci. Dla mnie to nieco więcej niż przypadek.

– Pani też była przy piaskownicy. Czy jest pani pedofilką? – zapytał złośliwie.

– Nie, i to więcej, niż mogę powiedzieć o Żukrowskim – warknęłam.

Problem polegał na tym, że ja wiedziałam, kim jest ten bydlak. Przypadkiem dotknęłam jego ramienia, wizja była silna, absolutnie pewna – ten człowiek krzywdził dzieci, miał ich krew na rękach. Niestety, wizje zwykle są przekazem emocjonalnym, nie faktograficznym. Nie znałam nazwisk dzieci, nie wiedziałam, czy żyją, nie wiedziałam, gdzie szukać. Żukrowski kilka razy w ciągu ostatnich lat przeprowadzał się, a polskie policyjne bazy danych wciąż są w powijakach. Sprawa była wystarczająco trudna bez torpedującego ją prokuratora patafiana.

– Nie ma pani dowodów, więc to po prostu zniesławienie.

– Nawet pan w to nie wierzy.

– Za to pani chyba wierzy, że jest ponad prawem jak cholerny samotny mściciel.

– Nie przyszło mi to do głowy.

– Obserwuję panią, odkąd rozpocząłem pracę w tutejszej prokuraturze.

– Nie powiem, że miło mi jest być na pana celowniku ostatnie… Ile to już? Dwa lata?

– Tak, dwa lata. Nie podoba mi się pani sposób pracy, Wilk. Lekceważycie regulamin, zero dyscypliny, chaotyczna i nielogiczna.

– Możliwe – wzruszyłam ramionami – ale jestem też jednym z najlepszych tutejszych policjantów. Mam świetne statystyki, jestem po prostu skuteczna.

– Ale nie poza prawem. Wasze prowadzenie się jest uwłaczające dla polskiej policji.

– A co to ma znaczyć, do cholery? O czym pan mówi?

– Już my wszyscy wiemy, o czym mówię – warknął.

– Nie, właściwie, mam wrażenie, że tylko pan wie. Panie komisarzu – zwróciłam się do Wita – czy pan wie, o czym mówi prokurator Żamłoda?

– Nie, nie wiem.

– Pani sierżant – zwróciłam się do szefowej komisji dyscyplinarnej – czy pani potrafi rozszyfrować te insynuacje?

– Nie, choć docierały do nas pewne plotki.

– Plotki? Czy również przynosił je tu mój ulubiony pracownik prokuratury? – Obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem. Kobieta milczała, co wystarczyło mi za odpowiedź. – Panie Żamłoda, od początku miał pan coś do mnie. Od pierwszego dnia zachowywał się pan wobec mnie jak skończony cham. Ignorowałam to, przywykłam, że wielu mężczyzn w tym zawodzie ma kłopot z pracą z kobietami, choć żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku i to problem takich jak pan, nie mój.

– Nie chodzi o pani płeć, chodzi o panią.

– Skoro nie zamierza pan wyjaśnić, do czego pije, mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Może się pan pieprzyć ze swoimi uprzedzeniami. Robię, co do mnie należy. I nie sądzę, by z równie czystym sumieniem mógł pan to powiedzieć o sobie. Siedzi pan i szuka dziury w całym. Zmusza mnie pan, bym siedziała tu i wysłuchiwała tych bzdur, przeszkadza w śledztwie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że pana działania są bardzo na rękę pewnemu zboczeńcowi, który marzy, by się mnie pozbyć. Mam nadzieję, że w czasie, gdy pan się oddaje swojej nadgorliwości, żadnemu dziecku nie dzieje się krzywda. A ja, oby wcześniej niż później, znajdę dowody na tego fiuta, może być pan pewny.

– Ma pani zakaz zbliżania się do niego.

– Ale nie mam zakazu dzwonienia do każdej komendy w każdym mieście, w jakim ten dupek mieszkał, i pytania, czy nie zostawił po sobie skrzywdzonych dzieci.

– To zniesławianie.

– Nie, to policyjna robota. Może się pan nie znać, ale ja jestem w tym dobra, a intuicja rzadko mnie zawodzi. Tak jak wyczułam w panu węża od pierwszej chwili, tak w nim wyczuwam potwora. Pana zachowanie tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację. Mam tylko nadzieję, że przeszkadza mi pan i ułatwia mu wykręcenie się od wszystkiego z głupoty, a nie dlatego że zależy panu, by ta sprawa nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo sam jest umoczony. Nie chciałabym być w pana skórze, jeśli okaże się, że prawdziwa jest druga wersja.

 

Przez chwilę wbijałam w niego zimny wzrok. Anita byłaby zawiedziona, że nie powstrzymałam się przed spojrzeniem seryjnej morderczyni, ale pewnie zrozumiałaby i poklepała mnie po ramieniu.

Milczał, czerwony z gniewu, na granicy wybuchu. Odwróciłam się od niego i spojrzałam na Wita.

– Zastanawia mnie jedno. Przyszłam na przesłuchanie w wydziale wewnętrznym, dlaczego jedyną przesłuchującą mnie osobą jest prokurator? O co w tym wszystkim chodzi? Polowanie na czarownice czy szukanie kozła ofiarnego?

Wit wpatrywał się we mnie na wpół obecnymi oczyma. Siedząca obok niego kobieta, której nazwiska do dziś nie znałam, niejaka Ramona Wieczorek, zaczęła nerwowo bawić się długopisem. Ha, czyli trafiłam, tylko w co?

– Czy mogę wreszcie dowiedzieć się, jakie są postanowienia? Mogę wracać do śledztwa z trupem w roli głównej czy będziemy tu siedzieć i patrzeć sobie w oczy?

Zaczynały mi puszczać nerwy. Wit unikał mojego wzroku, najwidoczniej nie zgadzał się z tym, co za chwilę miało się stać, ale nie miał wyjścia. Ramona, o imieniu niczym cygańska kapłanka, patrzyła z dziwną mieszaniną niechęci i wyższości. Prokurator, cóż, dawał mi z siebie, co miał najlepsze, ale było to gówno warte. Błysk zrozumienia przemknął mi przez głowę. To był tylko pretekst, cała historia z Żukrowskim była pretekstem. Może nawet myśleli, jak wielu z policjantów na tym posterunku, że miałam rację, ale zamierzali wykorzystać okazję, by się mnie pozbyć. Tak po prostu. Powoli wstałam.

– Czy jestem zwolniona? – zapytałam po prostu.

– Nie – odpowiedział szybko Wit. Ha, czyli było to dyskutowane.

– Jaki więc jest mój status?

– Zawieszona – powiedział dziwnie stłumionym głosem.

– Na jak długo?

– Do odwołania.

Wypuściłam powietrze z płuc, zacisnęłam pięści. Odwróciłam się i ruszyłam ku drzwiom, zanim puściłam wiązankę przekleństw w ich kierunku. Nie pomogłoby to mojej sprawie. Jeśli cokolwiek jeszcze mogło.

– Wilk – usłyszałam głos Ramony. Zatrzymałam się z dłonią na klamce. – Musi pani zdać broń i odznakę.

Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Wróciłam do stołu, bez słowa wyjęłam pistolet, zdjęłam marynarkę, by odpiąć kaburę, zwinęłam skórzane paski i położyłam je obok broni. Na koniec położyłam na stole legitymację. Nie mówiłam nic. Miałam tak ściśnięte gardło, że mogłam się rozpłakać albo wrzasnąć. Nie chciałam robić niczego. Nie chciałam na nich patrzeć. Odwróciłam się i wyszłam bez słowa pożegnania. Zamknęłam za sobą drzwi i na chwiejnych nogach ruszyłam korytarzem. Byle jak najdalej stąd. Jeśli mam się rozpaść – nie tu, nie tak, by mogli mnie zobaczyć, usłyszeć. Zbiegłam po schodkach piętro niżej.

– Ti! – usłyszałam za sobą. Zatrzymałam się i pozwoliłam, by Witkacy mnie dogonił na klatce schodowej. – Co jest, co się stało? – Patrzył na mnie przerażony. Mogłam sobie wyobrazić moją minę.

– Dostałeś tę sprawę, Witkac. Mnie już nie ma, nie mam legitymacji, nie mam broni, nie mam nic. – Mimo starań, by nie płakać, czułam, że oczy nabiegły mi łzami, podbródek zaczynał drżeć.

– Cholera, cholera! – Witkac patrzył na mnie pełen niedowierzania. – Nie mogli…

– Mogli i to zrobili, Żamłoda był jak święta inkwizycja. To on za tym stał, nie Żukrowski. Chciał mnie udupić i zrobił to.

– Tak mi przykro. – Stał przede mną, walcząc ze sobą. W końcu się poddał i wyciągnął ręce w moim kierunku. Z ulgą przyjęłam uścisk. Potrzebowałam ciepła, by pozbyć się z kości tego mrozu, który narastał od początku przesłuchania. Witkacy jest introwertykiem, nie był wylewny, ale w tej chwili chciał mnie przytulać i nie zamierzałam protestować. Wtuliłam się w jego szary sweter i pozwoliłam, by ciepło wniknęło w moją skórę. Byliśmy równego wzrostu, więc musiałam opuścić głowę na jego ramię, by ten uścisk nie stał się przesadnie intymny, a byłby taki, gdybyśmy stali twarzą w twarz, usta przy ustach.

– Już dobrze, Ti, załatwimy gnoja. – Głaskał mnie po plecach. – Obu gnoi – dodał po chwili i zabrzmiało to mściwie i dobrze.

Usłyszeliśmy kroki za sobą, odruchowo odskoczyliśmy od siebie, choć przecież nie robiliśmy nic niewłaściwego. Żamłoda wypalał we mnie dziury spojrzeniem tak pełnym nienawiści i pogardy, że naprawdę zaczęłam zastanawiać, co do mnie ma. Uwiodłam mu dziewczynę? Chłopaka? Ojca? Nie uwiodłam jego? Czułam, że to coś związanego z seksem. Ludzka aura jest zwykle tak słaba i delikatna, zwłaszcza w porównaniu z aurami nadnaturalnych, że niewiele można z niej wyczytać, jednak Żamłoda, pewnie przez domniemywaną przeze mnie domieszkę krwi magicznej czy przez siłę jego emocji, miał aurę dość wyraźną, bym rozpoznała w niej smugi czerwieni, pulsujące kosmyki połączone z seksem. Niekoniecznie z pożądaniem, ale na pewno z seksem. Odwróciłam się do patafiana plecami. Objęłam luźno Witkacego w pasie i poszliśmy na nasze piętro. Trzeba przekazać nowiny Anicie i reszcie.

Czekali w naszym pokoju konferencyjnym (szumna nazwa jak na pokoik ze stołem przykrytym suknem pamiętającym lata, kiedy mnie nie było jeszcze na świecie). Anita jak zawsze u szczytu stołu, urodzona przywódczyni. Jacek i Placek wciśnięci między stół a białą tablicę, Nowakowski jakby mniej rozchełstany niż zwykle. Przyszła nawet Bogna i Tomcio Paluch. Drzwi prowadzące do pokoju, w którym siedziało kilkunastu policjantów z innych zespołów, były uchylone. Inaczej pewnie i oni wcisnęliby się do małej salki, odbierałam ich napięcie. A więc wszyscy wiedzieli, że coś się kroi.

– Możecie wypuścić powietrze – powiedziałam płaskim głosem. – Już po wszystkim.

– Co masz na myśli? – Anita nie przestawała mnie przewiercać spojrzeniem.

– Zawiesili mnie do odwołania. Zabrali mi odznakę, broń, godność chyba też. Nie mam już nic.

Witkac znów objął mnie w talii, jakby bał się, że zemdleję. Było mi źle. Na granicy płaczu, ale nie chciałam płakać, nie tu, nie przy wszystkich. Moje realne życie składało się prawie wyłącznie z pracy i przypadkowego seksu. Wszystko inne było w Thornie. Praca zakorzeniała mnie w Toruniu, pomagała utrzymać moje częściowe, ale jednak, człowieczeństwo w równowadze do mojej magicznej strony. Teraz nie miałam nic. Nie miałam w tym świecie prawdziwych przyjaciół, bo nie można przyjaźnić się, ukrywając tak wiele, ale miałam kilku dobrych znajomych, kolegów. Uścisnęłam palce Witkaca, próbowałam się uśmiechnąć do Anity, którą zawsze szanowałam, i do Jacka, który, w przeciwieństwie do kumpla, był miłym chłopcem. Jeszcze kilku facetów z tej komendy będzie mi brakowało. Może nawet za Nowakowskim zatęsknię z czasem. Cholera, za jednym tylko nie będę tęsknić. Żamłoda mignął mi w uchylonych drzwiach.

– Dora… – zaczął Nowakowski. Nie szło mu lekko, nie był typem elokwentnego ekstrawertyka. – Wiesz, że my – machnął ręką, co chyba miało oznaczać ogólnie „my z komendy”, choć mogłam się mylić – nie zgadzamy się z tym syfem i każdy z nas zrobiłby to, co ty, jakby miał dość jaj i okazję.

– Dzięki, Nowakowski, dzięki wszystkim. Dobrze mi się z wami pracowało. – Uśmiechnęłam się blado. – Jeśli mogę was o coś prosić, rozwiążcie sprawę Żukrowskiego, macie moje słowo, że jest winny. No i odkryjcie, kto zabił Kozanek. W razie zrzuty na adwokata dla tego biedaka, możecie na mnie liczyć. – Tym razem uśmiech był mniej blady. – I wreszcie ostatnie, czy ktoś, kto ma prawo jazdy i miałby godzinkę wolną? Muszę zabrać micrę z parkingu policyjnego pod moje mieszkanie, a nie mam prawka.

– Pojadę z tobą – powiedział Jacek. Placek obrzucił go jakimś niechętnym spojrzeniem. Czyżby rósł nam młody Żamłoda?

– Dzięki.

Uściskałam Witkacego, Anitę, nawet Nowakowski się nawinął. Nagle zrobiło się bardzo poważnie. Kilka osób z pokoju obok weszło się pożegnać, w tym Krzysiek, ojciec Mai. Niemal zmiażdżył mnie w uścisku. Czuł się trochę winny, bo wiedział, że to uwaga o Mai mnie sprowokowała, ale uśmiechnęłam się do niego uspokajająco. To była tylko ostatnia kropla, kielich napełnił się wcześniej.

– Hej, jutro jeszcze zajrzę, nie mam siły dziś na załatwianie papierków, czyszczenie biurka i takie tam, poza tym jestem tak przyzwyczajona do przyłażenia tu, nim na dobre się dobudzę, że nie wiem, jak się pozbyć tego nawyku – starałam się żartować.

Jacek stał już przy drzwiach i czekał. Wzięłam torbę i marynarkę. Byłam gotowa, a przynajmniej starałam się, by tak to wyglądało.

Prawie zbiegałam po schodach. Brakowało mi powietrza. Byłam wyczerpana. Wypadłam przez drzwi, lekki wiatr omiótł moją skórę, zaplątał się we włosy i od razu poczułam się trochę lepiej. Westchnęłam.

– Źle się czujesz? – zapytał Jacek.

– Nie, już lepiej, jakoś klaustrofobicznie zrobiło się na końcu.

Rozpięłam marynarkę, pozwalając, by wiatr wślizgnął się między materiał a ciało.

– Pewnie przez ten uścisk Nowakowskiego – zażartował. – Jak właściwie straciłaś prawko?

– Hm, długa historia w kilku aktach. – Zaśmiałam się. – Po prostu uzbierałam punkty. Chłopaki z drogówki pojawili się z plikiem zdjęć z fotoradarów i było po sprawie. Poczekam rok na wyzerowanie licznika, a w tym czasie micra będzie stała pod oknem. Może powinnam ją komuś wynająć na ten czas, silnik po roku będzie suchy jak wiór.

– Może ją sprzedaj? – zapytał, a jego uśmiech sugerował, że byłby zainteresowany kupnem.

– Może, pomyślę, ale i tak dzięki za pomoc.

Podeszłam do mojej niebieskiej micry. Lubiłam to autko, choć jestem naprawdę koszmarnym kierowcą i właściwie nie lubię prowadzić samochodu. Jacek siadł za kółkiem, zapięliśmy pasy. Ruszył miękko w stronę wyjazdu z parkingu. Nagle zza innego samochodu, prosto na maskę micry, wyskoczył parkingowy. Jacek dał po hamulcach. Choć jechaliśmy wolno, szarpnęło mną. Odpięłam pasy i wyskoczyłam z samochodu. Facet wciąż stał, opierając się obiema rękoma o maskę. Chudy, zgarbiony, z gładko przyczesanymi włosami, wyglądał dziwnie. Coś kazało mi się cofnąć, kiedy próbował mnie dotknąć, gdy podeszłam bliżej.

– Co pan, do cholery, robi? – warknęłam. – Życie panu niemiłe?

– Kwit, nie zapłaciłaś za kwit – powiedział i gapił się, jakby rozbierał mnie wzrokiem. Wzdrygnęłam się. Działał mi na nerwy czy te po przesłuchaniu wciąż były w strzępach?

– Mam abonament, nie płacę za żadne kwity – żachnęłam się, pokazując naklejkę w rogu szyby.

– Ach, no tak – powiedział, ale nie odsunął się od samochodu.

– Zejdź z drogi – warknęłam, wsiadając do auta. Posłuchał, a ja zapięłam ponownie pasy. Widziałam w lusterku, jak odchodzi, spoglądając raz po raz za siebie.

– W takich chwilach zawsze zastanawiam się, jak to się stało, że tylko Szarak wylądował w szpitalu psychiatrycznym? Jak rozróżnia się wariata, który musi być zamknięty, od tego, który może biegać na wolności? – zapytałam retorycznie. Jacek pokiwał głową.

– Szkoda, że tak krótko mogłem z tobą pracować – powiedział po chwili. – Sporo się od ciebie nauczyłem. Teraz zostanie tylko Nowakowski.

– Nieprawda, jest jeszcze Witkacy. Nie unikajcie go, to cholernie dobry glina. Ma wspaniały, analityczny mózg, ogromną wiedzę, doświadczenie. Jego pasja farmaceutyczna też się czasem przydaje. Przecież wiesz, że nigdy nie przychodzi do pracy pod wpływem czegokolwiek. Nawet nie pije, nie to co Nowakowski. – Zaśmiałam się. – Może jest dziwny, skryty i melancholijny, ale to świetny facet, naprawdę. I nawet pod wpływem opiatów jest lepszym gliną, niż Nowakowski kiedykolwiek będzie.

– Trzymaliście się razem. Mało kto gadał z nim dłużej niż chwilę, ale chyba wierzę ci, że można z nim pracować – powiedział z lekkim wahaniem.

– Słowo. Nie jestem masochistką, by męczyć się z nim w imię zasad. Dobrze nam się pracowało, po prostu.

Przytaknął, przez chwilę skupiony na ruchu ulicznym, włączał się z podporządkowanej.

– Co będziesz teraz robić? – spytał, gdy miał już jazdę pod kontrolą.

– Odpoczywać. Mam też inne sprawy na głowie. Może na jakiś czas wyjadę? Zobaczę.

W takich chwilach czułam dystans między mną a ludźmi. Nie powiem mu przecież: „Och, wiesz, nie martw się, pójdę dziś do mojej ulubionej knajpki po drugiej stronie bramy, wypiję kilka drinków z diabłem i aniołem, przygotuję się na wyjazd do barów dla wampirów i wilkołaków, by znaleźć maga, który porwał moją przyjaciółkę nekromantkę. Wspominałam już, że jestem wiedźmą?”. Nie, musiałam pozostać nieprecyzyjna i mglista. Lubiłam go, ale – jak z innymi ludźmi – szczerość była luksusem, na który nie mogłam sobie pozwolić.

 

– Gdybyś chciała sprzedać micrę, daj znać, fajnie się prowadzi – powiedział po chwili. Nie drążył tego, co miałam na myśli, mówiąc „inne sprawy na głowie”.

– Jasne. – Uśmiechnęłam się. Dojeżdżaliśmy pod mój blok.

Zaparkował popisowo, idealnie między liniami. Nigdy nie opanowałam tej sztuki. Ścisnął mi rękę i poszedł na przystanek tramwajowy. Mieszkał trzy przystanki dalej, też na Bydgoskim Przedmieściu.

Weszłam do mieszkania, czując, że muszę natychmiast wziąć prysznic, zmyć z siebie nerwy, strach i gniew. Zdjęłam osłonę i zobaczyłam, jak niespokojna jest moja aura. Musiałam teraz być skupiona, od tego zależało życie Katii i innych. Zrzucałam ubrania jeszcze w przedpokoju i do łazienki dotarłam już naga.

W amerykańskich filmach po traumie bohaterowie zawsze zwijają się w kłębek w rogu brodzika. Ja się nie zwijam, przeciwnie, prostuję i prężę, pozwalając wodzie spłukać wszystko, zabrać do odpływu złe emocje, nim mnie zatrują. Żyjąc między ludźmi, utrzymywałam niski poziom mocy, tak bym mogła ją schować pod prostymi osłonami. Stąd posilanie się na ludziach. Małe dawki energii przyjmowane często były łatwiejsze do ukrycia niż jedna duża, raz na jakiś czas. W konsekwencji jednak złe emocje odbijały się na aurze niemal natychmiast, zmieniały ją.

Wytarłam się i posmarowałam skórę balsamem o waniliowym zapachu, który przywodził mi na myśl coś miłego, ciepłego i domowego. Założyłam ulubione dżinsy, koncertową koszulkę Kings of Leon i czarny, miękki, rozpinany sweter w warkocze. Było mi ciepło i wygodnie. Nie myślałam już o komisariacie i zawieszeniu. Myślami byłam w Szatańskim Pierwiosnku przy pierwszym drinku. I kilku następnych.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?