Złodziej duszTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Słonko, jak zawsze kroczysz aleją kłopotów. – Zaśmiał się, wskazując głową cyklopa przy drzwiach.

Początkowo drażniło mnie, że nazywa mnie „słonkiem”. Uzasadniał to moim kolorem włosów i tym, że nawet w dość mrocznym Szatańskim Pierwiosnku zdawałam się świecić. W lokalu nie można używać magii, więc moje osłony działają na pół gwizdka. Aura nie była w pełni widoczna, ale przeświecała migotliwie.

Jeśli ktoś chce ci tu zrobić krzywdę, musi tradycyjnie sięgnąć do rękoczynów, ryzykując interwencję Leona.

– Cóż, doigrał się. – Nie musiałam mówić za co. Miron od dawna przewidywał, że kolejne starcie jest kwestią czasu.

Musnęłam jego policzek, na którym został leciutki ślad mojego błyszczyka. O niego jednak nikt nie byłby zazdrosny. Samotny wilk, jak i ja.

– Joshua. – Uprzejmie skinęłam głową aniołowi.

Anioły nie przepadają za dotykaniem. Musiał mi wystarczyć powściągliwy uścisk dłoni. Ten konkretny egzemplarz nie przepadał też za mną. Zwykle był nieco gburowaty w moim towarzystwie, co tolerowałam. Przyjaźnił się z Mironem od jakichś trzystu pięćdziesięciu lat, ja zaledwie od kilku.

Właściwie od czasu, kiedy po kilku głębszych zaczęliśmy się gorliwie podrywać, by następnie wymknąć się z imprezy z zamiarem pieprzenia się jak króliki. Poszliśmy do samochodu, by udać się w zacisze jego sypialni. Włączył radio i… gadaliśmy całą noc. Zero seksu, noc przegadana jak w czasach liceum. Okazało się, że mamy sporo wspólnego, dobrze nam się rozmawia, chyba nawet się lubimy. Szkoda było psuć to pójściem do łóżka. Kochanków mam wielu, z iloma z nich można porozmawiać? Zresztą kochankowie znikali z mojego życia, Miron został. Usiadłam na wolnym krześle i spojrzałam na karty.

– Nie przeszkadzajcie sobie – mruknęłam.

Grali w pokera. Nigdy z nimi nie grałam, nie miało to sensu – oni uczyli się tej gry ostatnie trzy wieki, na oko, ja góra dekadę. Nie miałam z czym startować.

Wyciągnęłam notes, by spisać i uporządkować sobie kilka spraw. Wypisywałam wszystko, co już wiedziałam o porwaniu Katii i pozostałych. Szukałam tropów do sprawdzenia, myślałam, z kim mogłabym jeszcze porozmawiać. Czego, do cholery, chciała ode mnie Starszyzna? Udawałam, że jestem całkiem pochłonięta swoimi sprawami, choć kątem oka obserwowałam, co się dzieje przy stoliku.

Joshua i Miron byli niecodzienną parą. Rzadko widuje się diabła i anioła w takiej komitywie. Jednak bywalcy Szatańskiego Pierwiosnka właściwie mieli ich na co dzień i nikt nie zwracał na to uwagi.

Joshua ewidentnie ogrywał Mirona. Stosik pieniędzy po jego stronie rósł wprost proporcjonalnie do tego, jak malały fundusze diabła.

– Do jasnej cholery, do dziś myślałem, że anioły nie oszukują w pokera – mruknął Miron. Widać znów rozdanie nie było dla niego łaskawe.

– A mylisz się, nie tyle nie oszukują, co w ogóle nie grają. – Joshua uśmiechnął się do swoich kart. – Sprawdzam.

Po chwili zgarnął kolejne monety. Ze złośliwą satysfakcją układał je w stosiki po dziesięć, a te ustawiał w szeregu. Wszystko na oczach Mirona.

– Tak? To co ty, u diabła, robisz? – warknął diabeł.

– Spełniam dobry uczynek. Ogrywam cię z kasy, którą wydałbyś na dziwki lub przepił.

– Opatrzność boża nad tobą czuwa – mruknął zrezygnowany Miron, odkładając karty na stół.

– Raczej mam nadzieję, że mu to umknęło… – zaczął anioł.

Drzwi knajpy rozwarły się z hukiem. Z lekkiej kurzawy wyłonił się cherubin pocztowy.

– Co znowu? – warknął Joshua na widok pergaminu obwieszonego pieczęciami jak choinka bombkami.

– Dziadek się stęsknił. – Miron był szczerze rozbawiony nieszczęśliwą miną przyjaciela. Dziadek Joshui był szychą w Radzie Archanielskiej. Może o nim słyszeliście, na imię ma Gabriel, a na koncie jedno spektakularne zwiastowanie.

List, przynajmniej oficjalnie, był od rady, nie od Gabriela, ale nie byłby to pierwszy raz, gdy uparty starszy pan wykorzystywał kanały służbowe, by dotrzeć do niepokornego wnuka. Joshua rozwinął pergamin. Czytając, z każdą sekundą marszczył czoło coraz bardziej. Ręka z listem opadła bezwładnie na blat stolika.

– Wzywają mnie przed oblicze Trybunału. W związku z koniecznością podjęcia przynależnych mi zobowiązań. – Głos brzmiał pustką, ale oczy po prostu krzyczały.

– Tak mi przykro – powiedziałam, odruchowo dotykając jego ręki.

Odskoczył jak oparzony. Cholera, naprawdę przesadzał. Traktował mnie jak trędowatą. Współczułam mu kłopotów z dziadkiem, zbyt ambitnym, by pozwolić wnukowi iść swoją drogą, zżeranym ambicjami politycznymi, które Joshua miał mu pomóc osiągnąć. Na swój sposób nawet lubiłam anielskiego przyjaciela Mirona, ale nie mogłam znieść go w chwilach takich jak ta, gdy odskakiwał ode mnie i unikał mojego spojrzenia. Wstałam więc i podeszłam do baru zamówić następnego Smoka. Pozwoliłam im się pożegnać, wróciłam do stolika, gdy wychodził. Kiwnął głową na pożegnanie. Łaskawca.

– Będzie miał kłopoty? – spytałam.

– Zapewne. Jak zwykle, gdy Gabe przypomni sobie, że wciąż nie postawił na swoim.

Miron mógł tylko wzruszyć ramionami. Jego własny dziadek, zresztą brat Gabriela, Lucyfer, dawno już pogodził się z tym, że Mirona nie interesuje kariera w piekielnej administracji. A że nie wybierał się jeszcze na emeryturę, dał mu wolną rękę. Uznał, że kiedyś chłopakowi się znudzi balangowanie, dorośnie i wróci do rodziny. W tych kręgach trzystupięćdziesięcioletni faceci to wciąż nastolatki i będą nimi, dopóki nie założą rodzin, co może nastąpić zarówno za rok, jak i za siedem stuleci. Podejrzewam, że w przypadku Mirona może to nie nastąpić nigdy.

– Powiedz lepiej, co u ciebie, znów masz jakieś kłopoty, prawda? – spytał po prostu.

– Skąd wiesz? Ach, notes, zapomniałam. – Miron miał teorię, całkiem słuszną, że jeśli mam kłopoty, pojawia się mały, czarny notes, w którym rozgryzam problem. – Diabełku, kiedy ja nie mam kłopotów? Katia zaginęła, ktoś ją porwał. A ja oberwałam i nie wiem, czy za nią, czy indywidualnie, a to zmienia wiele.

– Masz to ze snu? – Wskazał moje oko i otworzył usta ze zdumienia. Był za ładny, by wyglądać z tą miną gapowato.

Przytaknęłam. Powiedziałam mu wszystko, co wiem, opisałam sen i to, co czułam, gdy się obudziłam. Przyznałam, że Starszyzna chce mnie widzieć i że nie podoba mi się to. Ostatnim razem, gdy mnie wezwali, usiłowali mnie zmusić do matactw przy śledztwie, by pewien cholerny wilkołak wyłgał się od gwałtu na śmiertelniczce. Odmówiłam. Wilkołak nie poszedł siedzieć, więc domyślam się, że ktoś inny miał mniej skrupułów. Korupcja nie jest wymysłem realnego świata. Rozmawialiśmy chwilę, nim podszedł do nas Leon. Był zdenerwowany, może nawet przestraszony.

– Dora, hm, telefon do ciebie.

Napięcie w jego głosie nie pasowało do treści tej lakonicznej wiadomości. Podeszłam do baru i odebrałam słuchawkę z rąk skrzywionej Bragi. W Thornie komórki nie mają zasięgu, nie można stąd dzwonić, nie można też dodzwonić się tu, będąc w realnym świecie. Pozostawały tradycyjne (choć właściwie magiczne) linie. Głos w słuchawce był zimny i antypatyczny.

– Wasza Kąśliwość, cóż to za zaszczyt – powiedziałam.

Roman był wampirem ze Starszyzny. Chwilami aż zbyt wyraźnie było widać, że manier uczył się w siedemnastym wieku i zapominał czasem, że role kobiet i mężczyzn wyraźnie się od tego czasu zmieniły.

– Teodoro, powiedziano mi, że wiesz, że cię szukamy, ale nie dzwonisz. Bardzo chcemy się spotkać z tobą jeszcze dziś.

– Nie wiedziałam, że to pilne, planowałam zadzwonić rano – mruknęłam, nic nie rozumiejąc. Nie warczał na mnie, nie krzyczał, czegoś chciał.

– Nie, to nie może czekać. Czekamy.

– Czekamy? Ty i kto?

– Starszyzna.

Wypuściłam powietrze ze świstem. Cała? O tej porze? Kłopoty. Nie wiedziałam jeszcze jakie, ale duże.

– Czy muszę być sama? Wolałabym nie.

– Jado – powiedział zniecierpliwiony, używając mojego magicznego, rytualnego imienia, jasno przywoływał mnie do porządku. Przypominał, że podlegam im jako wiedźma. – Masz kwadrans, by znaleźć się w siedzibie Starszyzny. I tak – dodał po chwili – możesz przyjść ze swoim diabłem.

Odłożył słuchawkę bez pożegnania. Miron stał obok z moją torbą i swoją kurtką w ręce. Nie musiałam nic mówić.


Rozdział 4

Szliśmy szybko, właściwie w milczeniu. Czułam przypływ adrenaliny, a mrowienie na skórze zwiastowało kłopoty. Strach zmieniał moje postrzeganie otoczenia, wyostrzał i wyolbrzymiał wszystko. Wysokie kamienice po obu stronach wąskich uliczek zamykały się nade mną klaustrofobicznie. Okna mijanych domów były ciemne, życie Thornu toczyło się w lokalach, nie w mieszkaniach. Noc była porą, kiedy większość mieszkańców żyła najintensywniej. A jednak nie mijałam na swojej drodze prawie nikogo. Jakaś wiedźma uciekła wzrokiem, przemykając obok. Zmarszczyłam czoło, czy już byłam naznaczona jako trędowata, nawet o tym nie wiedząc? Miron szedł przy mnie, milcząc. Pewnie tak jak ja wyczuwał gęstniejącą atmosferę. Nie widziałam tak dobrze jak niektórzy magiczni, potknęłam się na grubej kostce brukowej. Chwycił mnie za ramię, nim upadłam. Wymamrotałam podziękowanie. Włoski sterczące na karku przepowiadały, że stanie się coś złego. Nie odwróciłam się na pięcie i nie zwiałam, tylko dlatego że przed Starszyzną nie było ucieczki. Znaleźliby mnie wszędzie.

Ich kwatera była tylko trzy przecznice od Szatańskiego Pierwiosnka. Różowawy tynk kamienicy niemal świecił w ciemności nagromadzoną w środku magią.

Po cichu zaczęłam robić rachunek sumienia, nie przychodziło mi jednak na myśl nic, czym zasłużyłabym sobie na karę. Zresztą gdyby mieli zamiar mnie ukarać, nie pozwoliliby mi przyprowadzić Mirona – jako diabeł nie podlegał ich jurysdykcji. Nie mieszałby pewnie im szyków, ale mógłby się zdenerwować, gdyby chcieli mnie skrzywdzić. A może tylko się pocieszam, pomyślałam. Odchrząknęłam, by pozbyć się ucisku w gardle. Cholera, nie mam w zwyczaju uciekać. Ani ulegać panice. Wyprostowałam plecy; nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam się garbić, oczekując ciosu. Niedoczekanie, nie zobaczą mnie takiej.

 

Zapukałam kołatką. Drzwi otworzyły się same, ogromne i ciężkie, skrzypiąc jak w horrorze klasy B. Hol był rzęsiście oświetlony. Zza kolejnych drzwi dochodziły mnie podekscytowane głosy. Czułam niepokój zebranych tam nadnaturalnych.

Siedzieli za stołem, najpotężniejsze istoty, sama śmietanka naszego świata. Przywitałam się zwyczajowym ukłonem i w milczeniu czekałam, aż któreś z nich odezwie się pierwsze. Wedle protokołu niepytana nie miałam prawa głosu. Dziś postanowiłam przestrzegać tej zasady niczym przepisu na idealny biszkopt.

– Witaj, Jado – odezwała się Katarzyna, najstarsza wiedźma w Thornie, która mimo blisko milenium na swoim koncie (choć nieładnie kobiecie wypominać wiek) wyglądała olśniewająco: piękna, smukła, o twarzy dwudziestolatki. Większość życia spędziła w świecie alternatywnym, czas naprawdę nie miał dla niej znaczenia.

To, że właśnie ona zabrała głos jako pierwsza, było dobrym znakiem; opiekunka mojego sabatu sygnalizowała, że jestem pod jej ochroną. Gdyby chcieli mnie zabić, milczałaby, bym nie mogła przywołać jej na pomoc.

– Zajmij, proszę, miejsce. – Wskazała krzesło naprzeciw siebie.

Miron stał kilka kroków za mną, opierając się o framugę drzwi. Usiadłam i powiodłam wzrokiem po twarzach zebranych.

– Witaj, Katarzyno, Pani Ognia i Wody. – Skłoniłam się niżej. – Proszę, wybaczcie, że zwlekałam z telefonem, nie wiedziałam, że to pilne, a miałam poważny powód do zmartwień.

Unieśli zgodnie brwi. Milczeli. Najwidoczniej to Katarzyna była wyznaczona do rozmowy ze mną, bo powiedziała:

– Wyjaśnij.

Starałam się skupiać wzrok na niej, by nie widzieć Gardiasza, nekromanty, który siedział u jej boku. Miał nieprzyjemną, trupią twarz i wpijał we mnie lodowato zimne spojrzenie.

Opowiedziałam im pokrótce o Katii, jej porwaniu, o moim śnie. Jako Starszyzna powinni o tym wiedzieć. Przez chwilę milczeli i czułam w powietrzu ich zaniepokojenie.

– Wiem, że były jeszcze inne porwania, co najmniej cztery – dodałam.

– Piętnaście – powiedział krótko Gardiasz. – Kilka ofiar już nie żyje. Poczułem, gdy przeszły do mojego królestwa. Katii nie było wśród nich.

Teraz to ja byłam zaskoczona.

– Porwano piętnastu nadnaturalnych? Jakim cudem? Kto?

– Tego właśnie musisz się dowiedzieć. – Katarzyna uśmiechnęła się smutno. – Ktoś zdołał obezwładnić i uprowadzić piętnaście istot magicznych, niektórzy z porwanych byli starzy i potężni, jednak to ich nie uchroniło.

– On blokuje magię – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.

– On? – Roman był poruszony. – Wiesz coś, o czym nam nie mówisz?

Błysnął kłami dla lepszego efektu, a w jego głosie brzmiał cień groźby.

– Nie, wasza Kąśliwość – ucięłam. – Nie wiem, kim on jest. Gdybym wiedziała, nie byłoby mnie tutaj, ale kopałabym jego dupsko i ratowała Katię. Mówię „on”, ponieważ we śnie widziałam mężczyznę; choć krył twarz, nie krył ciała. Blokował magię, bo czułam strach i bezradność Katii. Przełamał jej barierę ochronną. Musi być potężny, skoro obudziłam się posiniaczona. Nie znam nikogo, kto przekraczałby granicę jawy i snu w ten sposób. Tyle wiem w tej chwili. Będę wiedziała więcej, kiedy złapię trop. A potem wytropię bydlaka.

Zacisnęłam zęby, by nimi nie zgrzytać.

Milczeli. Słowo daję, cisza zaczęła mi przeszkadzać.

– Mimo że wiesz, jaki jest silny, zaryzykujesz zemstę? – zapytała w końcu Katarzyna, wpijając we mnie swoje wielkie, zielone oczy, zupełnie jakby chciała mnie prześwietlić. Jakby gdzieś między obojczykiem a łopatką kryły się moje najtajniejsze myśli.

– Zaryzykuję odbicie mojej przyjaciółki. Wiem, że jeszcze żyje. Wyczułabym, gdyby było inaczej, jesteśmy połączone. – Potarłam twarz. Siniak zabolał. Patrzyłam przez chwilę na nich, usiłując zrozumieć, po co mnie tu wezwali. – Czemu mam wrażenie, że coś przede mną ukrywacie?

– Nie wiemy, kim on jest, ale… – Gardiasz zawahał się – ci, którzy przeszli do mojej krainy… byli zdrenowani. Ktoś odebrał im więcej niż tylko życie.

– Chcesz powiedzieć, że ktoś odebrał im ich magię? – Zadrżałam. – Czy może jej teraz używać? Zyskuje tylko energię czy konkretną magię?

– Nie wiemy. Nie było dotąd takiego przypadku. Pojedynki zwykle dotyczyły przedstawicieli tej samej rasy. – Katarzyna była bezradna. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widziała ją taką.

– Kim byli porwani? Jakie mieli moce? – Starałam się zgromadzić jak najwięcej danych, póki jeszcze chcieli się nimi ze mną podzielić.

– Wiemy tylko o tych, którzy żyją w Thornie, ale większość była z Trójprzymierza. Będziesz musiała tam pojechać, by na miejscu dowiedzieć się czegoś o ofiarach. U nas, prócz Katii, porwano viccankę, wilkołaka, strzygę i wampira.

– Czy którekolwiek z nich miało dar plądrowania snów? Czy był wśród nich dreamsnatcher?

Ponownie na ich twarzach odmalowało się zaskoczenie.

– Czemu pytasz? – Roman poszarzał na twarzy, widziałam napięcie, jakie nagle objęło jego ramiona.

– To nie jest typowa umiejętność maga, a ten ją posiadał, inaczej nie miałabym podbitego oka. Po tym jak zareagowałeś, domyślam się, że twój wampir żywił się energią śniących, dobrze rozumuję? – Przytaknął, więc kontynuowałam: – A więc musimy założyć, że nie tylko kradnie magię ofiar, ale potrafi jej używać. Doprawdy nie wiem, jak mam poradzić sobie z magiem, który sam w sobie jest magiczną armią. Jestem tylko średniej klasy wiedźmą. Mam sporo darów, ale żaden nie jest rozwinięty w stopniu rewelacyjnym. Mam trzydzieści lat, nie trzy tysiące. Nie pokonam go.

– Nie prosimy cię o to. – Katarzyna chciała rozwiać moje obawy, ale nie poczułam się spokojniejsza. – Prosimy cię, byś dowiedziała się, kto to i gdzie jest, my zrobimy resztę.

– Czemu ja?

– To chyba oczywiste! – Bruno, wilkołak, odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru, a jego warczący głos przypomniał mi, czemu nie przepadam za tą rasą. Zwierzak zawsze pozostanie zwierzakiem. Ten konkretny nadepnął mi na odcisk więcej niż raz.

– Nie dla mnie – odparłam spokojnie.

– Jesteś policjantką, znasz się na śledztwach, pracowałaś jako prywatny detektyw.

– Przed wami stoję jako średniej klasy wiedźma. Policjantką jestem w realnym świecie.

– Nie utrudniaj tego! – Świszczący i wysoki głos szyszymory był jak ostrze sztyletu przecinające powietrze. – Ukorz się przed wolą Starszyzny!

– Pani – sztywno skłoniłam się w jej stronę – umowa, jaką z wami zawarłam, pozwala mi zachować moje realne życie z dala od alternatywnych zobowiązań, więc moje wątpliwości nie mają na celu utrudniania czegokolwiek, ale utrzymanie statusu.

– Wiesz, że możemy ci rozkazać!

Na Boginię, jak ja nie lubię szyszymor!

– A wy znacie mnie na tyle, by mi nie rozkazywać. Zawsze miałam kłopot z przyjmowaniem rozkazów od kogokolwiek. – Starałam się sprawiać wrażenie bardziej wyluzowanej, niż byłam. – Wiecie, że mogę odejść i żyć tylko w Toruniu. Mam tam pracę, znajomych i urocze mieszkanko. Więcej, niż kiedykolwiek miałam po tej stronie bramy.

– Bezczelna! – Szyszymora niemal gotowała się ze wzburzenia. Jej wąska, lisia twarz była zacięta. Gdyby nie pozostali, bez zwłoki obwieściłaby swoim piskliwym głosem moją rychłą śmierć, a potem sama spełniła tę przepowiednię.

– Klaudio, uspokój się. – Katarzyna posłała jej karcące spojrzenie. – Dora ma rację, nie jesteśmy tu po to, by jej rozkazywać, ale by prosić ją o pomoc. Jesteśmy po tej samej stronie. Ja również chcę, by Katia wróciła cała i zdrowa.

Malutki szantażyk emocjonalny. Cóż, tysiącletni żywot uczy człowieka takich małych, brudnych zagrań. Przytaknęłam jej jednak, nie chcąc wchodzić z szyszymorą w większy zatarg, niż to konieczne.

– Załóżmy, powtarzam, załóżmy, że się zgodzę. Jak możecie mi pomóc?

– Damy ci glejt do Trójprzymierza, będą rozmawiać z tobą jak z nami. Ty wiesz lepiej, jak szukać, o co pytać, masz przyjaciół w ludzkiej policji, co może okazać się cenne. Zapewnimy ci też ochronę. – Katarzyna uśmiechała się ciepło, jakby namawiała mnie do połknięcia syropu na kaszel.

– Jeden warunek – powiedziałam. – Glejt dotyczy też mojego przyjaciela. – Wskazałam głową Mirona.

– To niemożliwe – parsknął Roman. – Diabły nie mogą mieszać się w nasze sprawy! To pogwałci rozejm międzysystemowy!

– Powtarzam, to mój warunek. Nie wejdę w paszczę lwa bez kogoś, komu ufam, a tak się składa, że bezgranicznie ufam tylko dwóm osobom na tym świecie. Jedna z nich została porwana. Druga stoi za moimi plecami.

Byłam niewzruszona. Czułam, że Miron jest nieco rozbawiony, ale i zadowolony z tak postawionej sprawy.

– To niemożliwe! Poza tym on nie zdoła przenieść się z tobą, jest z innego systemu, nie może się teleportować naszymi kanałami.

Roman naiwnie myślał, że to mnie powstrzyma. Wzruszyłam ramionami i spokojnie, bardzo spokojnie, powiedziałam:

– Port do Trójprzymierza i tak jest niepewny. Nikt przy zdrowych zmysłach z niego nie korzysta. Pojedziemy autem. Dacie mi kierowcę i samochód. Miron nie ma ludzkiego prawa jazdy, ja moje… chwilowo straciłam. – Skrzywiłam się lekko. Wciąż miałam żal do chłopaków z drogówki, że wyegzekwowali punkty karne i odebrali mi prawko, ale część mnie wiedziała, że zrobili, co powinni. Byłam naprawdę fatalnym kierowcą. – To, że nie możemy razem przenieść się do Trójprzymierza, to tylko drobna przeszkoda, Romanie. Nie zamierzam się tym przesadnie przejmować, więc i ty się z tym pogódź.

– Zgoda. – Gest Katarzyny uciął protesty Romana. – Samochód i kierowca to nie problem. Miron może być uwzględniony na glejcie, jeśli zadeklaruje, że nie powoduje nim nic innego niż troska o twoje bezpieczeństwo i dobro śledztwa i nie jest to element diablej polityki.

– Pani – powiedział Miron bardzo uprzejmym tonem – diabla polityka nie interesuje mnie zupełnie w przeciwieństwie do bezpieczeństwa obecnej tu Dory.

– Bardzo dobrze. Jutro pod wieczór dostarczę ci glejt i wszelkie informacje, jakie udało nam się zebrać, w tym akta porwanych. Myślę, że zobaczysz tam więcej niż my. – Katarzyna była zdeterminowana, by zakończyć rozmowę, nim Roman wybuchnie.

Magiczni nie przepadali za tymi z innych systemów, zwłaszcza za aniołami, ale i diabły łapały się pod tę kategorię. Wampirom bliżej było do piekielników niż do niebieskich, ale polityka rozdzielności gwarantowała pokój, więc starano się jej trzymać. Wampiry i wiedźmy też nieczęsto chadzali jedną drogą. Wilkołaki boczyły się na wszystkich i źle znosiły jakiekolwiek narzucone im przez społeczność prawa. Z szyszymorami nikt nie chce trzymać, bo są nieprzeciętnie podłe. Nekromanci w większości znanych mi przypadków mają trupią obsesję i ciężko się z nimi dogadać, jeśli ma się puls. Jedyne miłe owieczki w stadzie, yiccanki, musiały się izolować, bo dla większości nadnaturalnych były zbyt smakowite, by się im oprzeć. Byliśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną.

*

Szatański Pierwiosnek nigdy jeszcze nie był tak pusty. Tylko przy kilku stolikach siedzieli goście, obok baru stała jedna spragniona strzyga. Zwykle o tej porze to miejsce pulsuje życiem, jest kłębowiskiem żądzy i pijaństwa, dziś jakby wszyscy się pilnowali, wyciszeni i spokojni. Mogło to oznaczać tylko jedno. Plotki o porwaniach rozeszły się wśród magicznych i strach kazał im się trzymać z dala od miejsc publicznych, zwłaszcza takich, gdzie nie mogliby użyć magii ochronnej. Leon był strapiony. Nalewał nam drinki, raz po raz zerkając na mnie, jakby chciał coś wyczytać z mojej twarzy.

– Coś się stało, Leonie? – zapytałam uprzejmie, domyślając się odpowiedzi.

– To prawda? Będziesz go szukać?

– Aż znajdę.

Przekonana, że martwi się o losy małej viccanki i Katii, myślałam, że takie zapewnienie go uspokoi, ale moja odpowiedź najwyraźniej jeszcze bardziej go zdenerwowała.

– Nie mają prawa tego od ciebie wymagać, to zbyt niebezpieczne! Co oni sobie myślą? Przecież Katia była silniejsza niż ty… Victor był dwustuletnim wampirem… Rzucają cię w paszczę lwa!

 

Zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie pomyślałabym, że Leon lubi mnie na tyle, by uruchomił mu się instynkt opiekuńczy.

– Jesteś słodki. – Wygięłam się nad barem, by pocałować go w policzek, i momentalnie poczułam na sobie złe spojrzenie Bragi. – Będę na siebie uważać, a Miron jedzie ze mną. Poza tym mam go znaleźć, nie poskramiać. Sąd i karę pozostawiam Starszyźnie.

– Tak, jeśli ruszą dupy, nim porywacz cię wyssie i zabije. To politycy! – Skrzywił się, jakby samo słowo przyprawiało go o mdłości. Przytaknęłam, zgadzałam się z nim, choć nic nie mogłam na to poradzić.

– I tak szukałabym Katii. Z ich glejtem dowiem się więcej. Poza tym obiecali pomoc w odbiciu jej. Nie bagatelizuję sprawy, Leonie. Wiem, jakie są zagrożenia, ale nie będę siedzieć i czekać, aż on ją zabije. Mógłby w ten sposób zabić też mnie, jesteśmy zbyt mocno połączone.

Pokiwał głową, ale nie wydawał się uspokojony. Podsunął mi kolejnego Smoka i dodał:

– Na koszt firmy. – Spojrzenie Bragi znów przewiercało mnie na wylot. – I uważaj na siebie. Nie wiem, czemu nigdy nie potrafiłaś trzymać się z dala od kłopotów, ale widać tak już jest. Nie daj się zabić. Mam zapas soku kaktusowego, a nikt prócz ciebie tego świństwa nie pije.

Uścisnął mi rękę. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że jego oczy są podejrzanie szkliste i mało brakuje, bym pierwszy raz w życiu zobaczyła płaczącego czarta.

– Będę na nią uważał – odezwał się po raz pierwszy Miron, odkąd weszliśmy do baru. – Nie spuszczę z niej oka. Jeśli cokolwiek się jej stanie, to po moim trupie, a wiesz, że mnie niełatwo zabić.

Leon przytaknął. Diabły, zwłaszcza te dobrze urodzone, były właściwie nieśmiertelne, podobnie jak anioły. Można je było uśmiercić, ale metodami zwykłe niedostępnymi dla innych ras. Nawet czas dla nich płynął zupełnie inaczej, ich ciała wprawdzie nie były odporne na przemijanie, ale starzały się niezauważalnie nawet dla magicznych. Liczący sobie po kilka tysiącleci Gabriel czy Lucyfer wyglądali na mężczyzn po czterdziestce. Nie widziałam diabła, który sprawiał wrażenie starszego. Miron wyglądał góra na mojego rówieśnika. Jak mi kiedyś wyjaśnił, dobrze czuł się w tym ciele, więc takim je zostawił.

Magia zwykle nie ima się diabłów.

My – istoty magiczne – i oni – istoty ze świata religii judeochrześcijańskiej – byliśmy elementami różnych systemów religijnych. Od kilkuset lat obowiązywał rozejm, rodzaj paktu o nieagresji, podpisanego, by skończyć z szaleństwem inkwizycji, paleniem moich antenatek na stosach i innymi formami prześladowania stworzeń magicznych. Rozejm rozejmem, ale nasze gatunki i tak nie przepadają za sobą i raczej nieczęsto utrzymują kontakty. Diabły są trochę chłopcami do bicia, bo to nie oni maczali palce w działalności Kościoła, ale ze względu na pokrewieństwo z aniołami wrzucono je do jednego wora.

Zajęliśmy miejsce przy naszym ulubionym stoliku. Chwilę omawialiśmy przebieg spotkania ze Starszyzną, ale oboje czuliśmy napięcie. Joshua nie dawał znaku życia. Nie widzieliśmy go, odkąd został zabrany przed Trybunał, niepokoiliśmy się.

– Czy mogą go uwięzić? – spytałam. Twarz Mirona poszarzała.

– Tak. Nie będą go torturować. Gabriel, mimo wszystko, nie posunąłby się do tego, ale mogą go więzić nawet kilka stuleci. Ot, forma bezpośredniej perswazji.

Polityka anielska słynęła z agresywnych środków, nie myślałam jednak, że także wobec swoich, i to członków wysokiego rodu. Nie miałam wątpliwości, że Gabriel stał za tym wszystkim.

Popijaliśmy nasze drinki w milczeniu. Nagle Miron się uśmiechnął i uścisnął moją rękę.

– Wszystko dobrze, wypuścili go.

Nie pytałam, skąd wie. Przyjaźnili się od trzech wieków. Ja z Katią byłam połączona po dekadzie.

Rzeczywiście, po kilkunastu minutach anioł pojawił się w progu Szatańskiego Pierwiosnka. Był blady i wydawał się zmęczony, jakby ostatnie godziny były najdłuższymi w jego życiu. Skinął Leonowi i przysiadł się do nas. Po chwili czart przyniósł mu piwo. Joshua upił duży łyk i dopiero wtedy zaczął mówić.

– To było piekło, bez urazy, Mironie. Wiedziałem, że mam kłopoty, kiedy w sali posiedzeń prócz członków Trybunału zobaczyłem wszystkie żony. Ze zwykłej sprawy zrobili sprawę rodową, nie miałem więc prawa do obrony. Mogli zrobić ze mną, co chcieli.

Potarł dłońmi twarz, jakby starał się pozbyć resztek snu.

– Michał ponad godzinę referował wszelkie moje przewinienia wobec krwi, wobec rodu. Nawet nie wiedziałem, że tyle się tego uzbierało, serio. Było o wszystkim, o niechęci do obowiązków, spędzaniu czasu z tobą – skinął na Mirona – a nawet z tobą. – Skinął na mnie. – Choć z tobą chyba wiążą więcej nadziei.

Skrzywił się. Nie rozumiałam, ale nie chciałam mu przerywać.

– Kilka osób zeznawało na moją niekorzyść. Ciotki, wujowie. Każdy, kogo udało im się ściągnąć. Byłem pewien, że skończę w celi na kolejne milenium albo raz a dobrze rozprawią się z moim żywotem, kiedy nagle Gabriel wyciągnął jak królika z kapelusza jakiś stary przepis o tym, że mogę się zrehabilitować, udowadniając, że jednak mam aspiracje ku dobru i umiejętności anielskie. Nie wiedziałem, po co to robi, po co wyciąga do mnie rękę…

– Nie chce cię stracić mimo wszystko – szepnęłam.

Spojrzał na mnie wpół przytomny i przytaknął:

– Najwidoczniej.

Milczał chwilę, uciskając skronie kłykciami. Był taki blady, że cienie pod oczami wyglądały jak sińce. Wydawało mi się, że jest dużo młodszy niż zwykle. Nie był już dwudziestotrzyletnim gitarzystą z garażowej kapeli, lecz osiemnastolatkiem z poważnymi kłopotami. Dotknęłam jego dłoni leżącej na blacie stolika, bardziej w odruchu niż świadomie (wciąż zapominałam, że nie lubi, gdy go dotykam), jednak tym razem nie odsunął się, nie wzdrygnął. Spojrzał na mnie całkiem ciepło i uśmiechnął się chłopięco. Poczułam skurcz w żołądku.

– Co postanowili? – zapytał Miron. – Wypuścili cię, więc musieli znaleźć inny sposób, by cię dorwać.

– Dostałem przydział – powiedział takim tonem, jakby mówił, że ma przed sobą ostatnie dni życia, bo guz jest nieoperacyjny. – Niedługo tu będzie. Nastolatka, samobójczyni.

Miron gwizdnął.

– No to poszli na całość.

Był zły i niespokojny. Nie rozumiałam.

– Wyjaśnijcie mi, proszę, nie znam waszych praw.

– Przydział do samobójcy jest najtrudniejszy. Jeśli ktoś zdecydował się zadać sobie śmierć, zwykle wie, co robi, a nawet jak nie wie, zwykle jest zdeterminowany, by jednak to zrobić. Joshua dostanie niewiele czasu, by ją przekonać, by wybrała życie…

– Trzydzieści sześć godzin – mruknął anioł.

– To znaczy ona popełnia samobójstwo, a ty masz trzydzieści sześć godzin?

– W naszym świecie, w ludzkim, to te sekundy, nim dusza opuści ciało.

– Ach, tunele z białym światłem. – Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem.

– Nie tym razem – stwierdził Joshua. – Małej nie grozi niebo, tylko cieplejszy klimat. W końcu to samobójstwo.

Przytaknęłam.

– Nie powinno być tak źle – pocieszyłam go. – Przecież mało kto chce trafić do piekła, zwłaszcza jeśli je zobaczy.

Miron nie skomentował tego, uniósł tylko brwi, a na ustach błąkał mu się uśmieszek. Domyśliłam się, że jego zdaniem jest nieco inaczej, ale nie mówi nic, by nie dobijać i tak zmartwionego przyjaciela.

Pojawiła się w towarzystwie anielskiego strażnika, który z nieprzyjazną miną rozglądał się, szukając Joshui. Pierwiosnek nie jest miejscem odwiedzanym często przez posłańców niebios, więc anioł wydawał się – mimo dezaprobaty malującej się na twarzy – ciekaw baru. Biorąc pod uwagę, że trafił na najbardziej martwy wieczór od dekady, chyba odniósł mylne wrażenie. Joshua kiwnął ręką na powitanie i strażnik popchnął dziewczynę w naszą stronę. Odwrócił się i z szumem skrzydeł wyszedł na ulicę.

Dziewczyna wyglądała w najlepszym razie na piętnaście lat, chuda, wciąż dziecięca figura sugerowała, że może mieć ich jeszcze mniej. Rozglądała się ciekawie. Miała drobną, kocią twarzyczkę, wielkie, niebieskie oczy i zadarty nos. Była całkiem ładna jak na dziecko. Puszyste włosy do ramion w kolorze miodu i pszenicy, pełne usteczka. Za dziesięć lat mogłaby być pięknością. Ale postanowiła nie dożyć tego czasu.