Na wojnie nie ma niewinnychTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nathaniel…

– Nic mu nie będzie, po prostu wymagał opatrzenia kilku skaleczeń.

– Płynie w nim diabelsko-anielska krew, nie potrzebuje plastrów na skaleczenia!

Westchnął ciężko i przyznał:

– Możliwe, że miał małe wstrząśnienie mózgu i był troszkę za długo nieprzytomny. Możliwe też, że ma kilka oparzeń, które lepiej opatrzyć i dokładnie oczyścić, by nie zostawiły blizn na twoim ślicznym chłopcu. W porządku?

Było daleko od „w porządku”, ale Bar wydawał się spokojny o los swojego podopiecznego i tylko ja podnosiłam mu poziom adrenaliny. Odetchnęłam głęboko.

– Dobra, jestem spokojna jak stado buddyjskich mnichów, wpuść mnie.

Wymamrotał pod nosem politycznie niepoprawny komentarz o kobiecych hormonach, ale odsunął się i pozwolił mi wejść do środka.

Sala ambulatorium była nieduża, a wypełniona nadnaturalnymi wydawała się jeszcze mniejsza. Joshua i Miron podpierali ścianę, a ich dwumetrowe ciała emanowały napięciem i stresem. Nie odstępowali małego braciszka, który niewątpliwie odniósł rany. Nathaniel leżał na brzuchu na wąskiej szpitalnej kozetce przykrytej zielonkawym prześcieradłem. Długie czarne włosy odgarnięte na bok przysłaniały mu twarz, bo Jemioła potrzebowała dostępu do pleców bez wijących się pod palcami kosmyków. Plecy nie wyglądały dobrze, ale nadprzyrodzone umiejętności uzdrawiania powinny sobie z tym poradzić w kilka dni. Spod mokrych i odpadających płatów naskórka zaczynała już przezierać zdrowa skóra. Uzdrowicielka oczyszczała poparzony obszar, stanowiący więcej niż dwie trzecie pleców. Słysząc moje kroki, uniosła głowę znad ran.

– I ciebie diabli przynieśli? Trzeba cię łatać? – Gderliwy ton kontrastował z jej troskliwym, jak zawsze, uśmiechem.

– O dziwo, jestem cała i zdrowa. Przyszłam sprawdzić, kto przejął ode mnie pałeczkę największej niezdary w okolicy.

Nathaniel prychnął zza zasłony ciemnych włosów. Podeszłam bliżej i pogłaskałam go po głowie.

– Co tam, testowałeś fajerwerki na sylwestra?

– Nie dość szybko zszedłem z drogi wściekłej kobiecie – stwierdził młody swobodnie.

– Widzisz, mówiłem, że powinien z nami pomieszkać nieco dłużej. Niedobory praktyki odbijają się na jego zdrowiu – rzucił diabeł.

– Trzeba będzie to przemyśleć. A skoro wam praktyki nie brakowało, to oczywiście jesteście cali, zdrowi i nie muszę się zamartwiać?

– Oczywiście.

– I na przyszłość pociągniecie młodego, zanim osmali sobie kuperek, prawda?


– Oczywiście, gdzież byśmy śmieli narażać twojego ulubionego pisklaka.

Myślałby kto, że nie był też ich ulubionym pisklakiem, oczkiem w głowie i rozpieszczanym młodszym bratem.

– Cieszę się, że się rozumiemy. A skoro jesteście cali, zdrowi i wygadani, muszę zamienić z wami kilka słów.

Jemioła wróciła do oczyszczania ran Nata, ale nie unosząc głowy, powiedziała zrzędliwie:

– Znów masz to coś w głosie. Mam nadzieję, że uzupełniłaś apteczkę w samochodzie.

Parsknęłam śmiechem, ale zanotowałam w pamięci, że muszę dokupić opatrunków i uzupełnić sól, bursztyn i aloes w podręcznym zestawie magicznym.

Po chwili znaleźliśmy się, już we czwórkę, na parkingu przed lecznicą. Bjørn odruchowo stanął na straży.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– Na ile może być. – Miron skrzywił się lekko, a Joshua uciekł spojrzeniem w bok.

– Dobra, rozumiem, że mieliście z Nisimem pogawędkę o dyskrecji. Laoise uciekła albo zwariowała, albo jedno i drugie, prawda?

– Tak – niechętnie przyznał anioł.

– Myślisz, że dasz radę ją znaleźć, zanim komuś stanie się krzywda? Więcej niż kilka pęcherzy?

– Skąd wiesz, że już się komuś coś nie stało? – Wyraźnie zaintrygowałam diabła.

– Gdyby stało się coś poważniejszego, już bym pewnie wiedziała. I znam Joshuę. Choćby nie wiem jak był w niej zadurzony, nie pozwoliłby jej krzywdzić ludzi.

– Nie jestem…

– Jesteś – zakończył licytację Miron.

– Czy potrzebujecie pomocy? Muszę mieć pewność, że poradzicie sobie, skoro muszę na trochę wyjechać.

– Wyjeżdżasz? Gdzie? – Miron znów miał tę swoją minę zaborczego piekielnika.

– Na Suwalszczyznę, najpewniej na dzień, dwa, może trochę dłużej.

– Myślisz, że aż tam wywieźli Varga?

– Na pewno nie, ale tam mieszka ktoś, kto może mi bardzo pomóc z Brunonem i całą resztą wilczego zamieszania.

Streściłam, czego dowiedziałam się od Romana. Wyjaśniłam też, na czym polega kłopot z Dłonią i dlaczego nie powinnam ich angażować w wilcze sprawy, póki jestem na cenzurowanym.

– Możemy trzymać się na dystans, jak długo nic ci nie grozi, ale nie myśl, że będę się przejmował inspekcją jakiegoś wilczego dupka, kiedy będziesz w niebezpieczeństwie – powiedział twardo diabeł.

– Nie ująłbym tego lepiej – przyznał anioł. – A w temacie Laoise… Jeśli ktoś może do niej dotrzeć, to właśnie ja. Wierzę, że to, co przeszła w ośrodku, nie uszkodziło jej na stałe, ale jest bardzo zagubiona. Muszę się nią zająć albo będę musiał ją zabić.

– Rozumiem. Gdybyście potrzebowali pomocy, dajcie znać. Jeśli nie mnie, to Leonowi lub Asowi.

– Im mniej osób wie, tym lepiej… Ktoś już przedłożył Starszyźnie skargę na ośrodek. Niektórym on bardzo przeszkadza. – Anioł ze smutkiem pokręcił głową. Znał te dzieci lepiej niż ktokolwiek, kochał je i opiekował się nimi każdego dnia. Nie mógł zrozumieć, że ktoś po prostu chce się ich pozbyć, nie próbując ich poznać.

– Znajdź Laoise, ja znajdę Varga. Później zajmiemy się skargami. Ta szkoła tu zostanie. Obiecuję.

Przytaknął, ale nadal był zmartwiony.

– Uważajcie na siebie.

– Ty też nie daj się zabić. Randki w siódmym kręgu naprawdę są przereklamowane – powiedział Miron i pocałował mnie, jakbym potrzebowała przypomnienia, dlaczego warto przeżyć.

Będę za nim tęsknić, ale jeśli Joshua ma problem z oszalałą pyrką, obecność pyra u jego boku była kluczowa. Jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, Miron stanowił najlepszą gwarancją, że wyjdą z tego cali. Nagle coś mi przyszło do głowy…

– Macie pewność, że to Laoise bawi się ogniem? A nie na przykład nieco wkurwiona furia? Ogień może wyglądać tak samo… A Katarzyna może uważać, że ma powody, by was wyeliminować.

– Pomyślę o tym – powiedział Joshua z wyrazem namysłu na pociemniałej z niepokoju twarzy.

Uściskałam ich na pożegnanie. Jeśli wyruszymy koło czwartej rano, powinniśmy przed południem jutrzejszego dnia odnaleźć siedzibę wilka, który miał powody, by nienawidzić Brunona znacznie bardziej niż ja, i był moją szansą na pozbycie się Alfy i kłopotów z Dłonią. Musieliśmy się jeszcze trochę przespać. Ja mogłam jechać dalej na adrenalinie, deprywacja snu stała się wierną towarzyszką moich przygód, ale Bjørn miał przez kilka godzin prowadzić samochód, a jeśli wylądujemy w rowie, nie pomożemy nikomu.

Rozdział 6

To nie był najlepszy czas na wyjazd z miasta. Wypowiedziałam wojnę lokalnemu alfie i szeroko porozsiewałam wieści o nagrodzie za informacje pomocne w odnalezieniu Varga, więc szczerze się obawiałam, że potencjalny informator pocałuje klamkę. Do kompletu wkurzyłam głowę Starszyzny, a Faust dyszał za miedzą. Potrzebowałam konkretnego przełomu, by przestać dreptać w miejscu. I to szybko, bo dla Varga może być za późno. Jeśli ta misja się powiedzie, skończą się zmartwienia związane z Brunonem, Faustem i wojną. Bardzo pożądana redukcja zmartwień w zasięgu ręki. Żegary koło Sejn przyciągały mnie nadzieją.

Wyjechaliśmy o czwartej nad ranem. Wciąż było ciemno, gdy dyskretnie opuszczaliśmy ulice Thornu. Po cichu, by Bruno nie wpadł na pomysł, żeby puścić za nami ogon. Element zaskoczenia stanowił jedną z niewielu przewag, jakie mogłam nad nim mieć.

Wedle GPS-u trasa miała nam zająć sześć godzin. Liczyłam, że Bjørn za kierownicą skróci nieco ten czas. Musieliśmy przejechać czterysta kilometrów, z czego nawet kilometr nie przypominał autostrady czy choćby drogi szybkiego ruchu, ale byłam gotowa szarpnąć się na mandaty za przekroczenie prędkości.

Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na obrzeżach Torunia. Wyspa światła w ciemności, oaza w śpiącym mieście. Na całodobowych stacjach ciężko ocenić, która jest godzina, dzień czy noc. Pracownicy zawsze z tą samą anemiczną uprzejmością wciskają guziki kasy i recytują formułki o promocjach, specjalnych ofertach i punktach wymienialnych na nagrody. Bjørn zatankował do pełna. Kupiłam kilka hot dogów, dwa największe kubki kawy z wszelkimi dodatkami, garść batonów czekoladowych i dwulitrową butlę napoju z kofeiną.

– Nie dasz rady długo tak ciągnąć. – Bjørn mógł nie pochwalać moich wyborów, ale szybko pochłonął swój przydział aprowizacyjny.

– Muszę tyle, ile muszę, dłużej nie potrzebuję – odpowiedziałam, popijając kawę, szybko, by nie zdążyła przestygnąć.

Oczy same mi się zamykały. Nie spałam najlepiej od wielu dni. Porwanie, tortury, rytuały, demoniczny lokator, egzorcyzmy, a potem koszmary z Vargiem – nic, co sprzyjałoby wypoczynkowi. Tych paru godzin dzisiejszej nocy też nie wykorzystałam sensownie, przewracając się z boku na bok podczas planowania, co dokładnie powiem na spotkaniu, do którego miało dojść. Ledwie wyjechaliśmy z Torunia, a zmęczenie i senność uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Nawet rytmiczne podskakiwanie na dziurawych drogach miało w sobie kołysankową melodię. Tuż przed świtem zrobiło się chłodniej, Bjørn włączył ogrzewanie w samochodzie, czym rozłożył mnie całkowicie. W jednej chwili słuchałam jego opowieści, w drugiej czułam się tak, jakby coś wciągało mnie pod wodę. Przez chwilę walczyłam z opadającymi powiekami, ale kolejne zmysły się wyłączały, nie słyszałam już słów Bjørna, nie czułam swojego ciała zwiniętego na fotelu.

 

Spadałam. Nieznośne uczucie, gdy ciało napina się w oczekiwaniu na zderzenie z ziemią, a tętno szaleje. Miewałam już sny o spadaniu, ale zwykle budziłam się sekundy przed upadkiem. To było inne, dziwne. Poczułam, jak coś wyrwa mnie z ciała, które sztywno opadło na fotel. Oddalałam się coraz dalej, ciągnięta przez tajemniczą siłę. Jakaś część mnie pamiętała, że to tylko sen, reszta odczuwała wszystko zbyt realnie, z przytłaczającą intensywnością.

*

Ciemność zalewała oczy, dziwnie gęsta, namacalna, jakby to magia pochłaniała najlżejsze ślady światła. Pachniało źle. Krwią, moczem, kurzem, wilgocią, pleśnią (nie, nie kolejna piwnica!), potem ostrym od adrenaliny i złości…

Nie miałam ciała, nie potrafiłam się poruszać, a musiałam dokładnie sprawdzić to miejsce, by zrozumieć, gdzie jestem. Wyczułam ruch po prawej stronie. Szelest. Drapanie o beton. Bolesny jęk i brzdęk metalu – przesypujących się ciężko ogniw łańcucha. Kolejny jęk, pełen skargi. Udało mi się w końcu przepłynąć metr, może dwa w kierunku, z którego dobiegały dźwięki. Kolejne szarpnięcie, aż poczułam otaczające mnie ciepło, kudłatość, zapach wilka, a po chwili byłam nim, jego emocje stały się moimi.

Bolało za bardzo, by zdołał to zignorować. Desperacja prowadziła do gniewu, a ten pozwalał wytrwać ze srebrem spalającym ciało do kości. Jest w formie zwierzęcej, nie może się zmienić, nie z całym tym srebrem. Kuli się, chce ograniczyć kontakt metalu ze skórą. Rany pachną źle, jeśli nie zaczną się goić, wda się zakażenie. Z pyska wydziera się pisk, kiedy ogniwa łańcucha odrywają się od karku, oblepione skórą i sierścią. Warczy, zły na własną słabość, bezradność. Samotny, głodny, spragniony. Od dwóch dni nie było nikogo… Byle zdołał się uleczyć, nim wrócą… choćby na tyle, by zgarnąć choć kilku, nim go zabiją.

Kolejne szarpnięcie wyrwało mnie z ciała wilka, z ciała Varga, bo to musiał być on. Wciąż blisko, ale już nie w jego głowie. Próbowałam krzyknąć, przekazać mu, że go szukam i znajdę. Może mnie wyczuł, chciałam w to wierzyć, bo pisnął cicho z bolesną skargą, tęsknie, jakby prosząc, bym się nie opieprzała, tylko zabrała go do domu. Trzęsłam się, wściekła, że nie mogę zrobić nic, by mu ulżyć. Przeszył mnie nagły ból, a potem szarpnęło mną jak szmacianą lalką. Sekundę później nie było mnie przy Vargu.

Powtórka z rozrywki, poza tym kawałkiem o rozrywce, bo nie mogłam wykrzesać z siebie choćby ulotnej radości na wspomnienie kobiety, którą widziałam, czy miejsca, w które mnie przywlekła. Miała fatalne wyczucie, jeśli chodzi o spotkania integracyjne. Znów znalazłam się na Krwawym Polu, wśród trupów w różnym stadium rozkładu, w zależności od rodzaju śmierci, jaka ich spotkała i rasy, z jakiej się wywodziły.

Byłam wystarczająco cielesna, by zapaść się po kolana w błoto nasiąknięte krwią tak mocno, że nie miało szans kiedykolwiek wyschnąć. Powietrze zgęstniało od smrodu. Dym z pogrzebowych stosów pełzał nad glebą niczym mgła w dreszczowcach.

I była tam ona. Przeklęta wrona ze swoimi czarnymi koralikami oczu, wielkim dziobem, którym może roztrzaskać czaszkę jak łupinkę orzecha, piórami połyskującymi niczym rozlana ropa naftowa. Stała na ciałach rzuconych na kupę kilka metrów ode mnie i wydawała się całkiem cicha, niemal wyciszona. Przekrzywiała głowę w najbardziej ptasim geście, jaki u niej widziałam, przestępowała z nóżki na nóżkę, zaniepokojona. Czekała. Cholera wie na co. Pomasowałam ramiona, bo właśnie dotarło do mnie, dlaczego wciąż bolały.

– Wyciągnęłaś mnie ze snu o Vargu! Mogłam się czegoś dowiedzieć! – podniosłam głos i nie kryłam pretensji. – Cokolwiek masz mi do powiedzenia, mogło poczekać, do cholery! Nie mam czasu na twoje gierki i rekreacyjne wojny. Chcesz skopać dupę Lokiemu? Proszę bardzo, baw się dobrze, ale mnie w to nie mieszaj!

Zakrakała, ale nie było to krakanie w stylu „trąby jerychońskie to przy mnie pikuś, za chwilę wyszarpię ci serce”, raczej umiarkowane „kra-kra”, i gdybym jej nie znała, pomyślałabym, że to coś w rodzaju powściągliwego „przepraszam”. Choć musiałabym zwariować, by to kupić. Badb nie odebrała nawet jednej lekcji dobrego wychowania. Właściwie nie wiem, kto ją wychowywał, może wilki, choć to krzywdzące te zwierzęta podejrzenie.

– Rzygać mi się chce, gdy widzę to wszystko, powinnaś popracować nad pierwszym wrażeniem. Czy drugim. Trzecie też by nie zaszkodziło!

Może był to sen, a ja miałam niekoniecznie cielesną formę, ale słowo daję, że z trudem walczyłam z torsjami, gdy wiatr zmienił kierunek i smród gnijących ciał uderzył mnie w nos. Odwróciłam się od Badb i zaczęłam iść, grzęznąc po kolana w błocie. Taki wysiłek zrobiłby pewnie nieźle smukłości moich ud, ale był bezcelowy. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie jestem, w jakim wymiarze, w czyim śnie. Miała dość mocy, by przeciągnąć mnie z mojego w cudzy, niekoniecznie jej. Mogłam łazić do usranej śmierci, nigdzie nie dochodząc.

– Badb! Odnieś mnie z powrotem! – krzyknęłam, zbyt sfrustrowana, by się jej bać.

Poczułam podmuch magii, a po chwili usłyszałam:

– O co ci chodzi z tym, że to złe miejsce?

Zatrzymałam się, nie wierząc, że właśnie to powiedziała.

– Żartujesz? Zabierasz mnie na pole bitwy pełne gnijących trupów i pytasz, co jest z tym miejscem nie tak?

Spoglądała na mnie tymi czarnymi jak koraliki oczyma i dosłownie widziałam, że trybiki w jej głowie kręcą się jak karuzela chomika na speedzie, bo wciąż nie ogarniała, z czym mam problem. Stała tam, w czarnej skórzanej tunice, w zamszowych kozakach za kolano, z włosami spływającymi do połowy uda niczym jedwabny płaszcz i po raz pierwszy nie kojarzyła mi się z jądrem ciemności i przewrotnością bogów, ale z mętlikiem w głowie.

– Jesteś wojowniczką, twój żołądek powinien być przyzwyczajony – powiedziała, nie kryjąc konsternacji.

– Dzień, w którym oswoiłabym się z takim widokiem, byłby ostatnim dniem mojej poczytalności.

Odwróciła się gwałtownie, a włosy z furkotem piór uniosły się wokół jej chudego ciała. Może zaczęłaby tupać, gdyby nie błoto, które zniweczyłoby cały efekt.

– A jeśli chcę z tobą porozmawiać? Chyba nie wymagasz porcelany i lnianych serwetek?

Było w jej głosie coś cholernie dziwnego. Jakieś wahanie, jakby nieco się obawiała, że jednak zależy mi na tych serwetkach, a ona, chcąc nie chcąc, będzie musiała coś z tym zrobić. Co, u diabła?

– Wystarczy, że nie będzie trupów i pogorzeliska, zacznijmy od rzeczy małych – powiedziałam.

Musiała czegoś chcieć, nie tyle próbowała być miłą, bo tego raczej nie doświadczę, ile powstrzymywała się od bycia zastraszającą suką z piekła rodem (kolejna krzywdząca uwaga, tym razem dla mieszkańców piekła). Albo, co chyba przerażało mnie nawet bardziej, nie tyle chciała czegoś ode mnie, ile czuła się zmuszona ze mną rozmawiać. Zrobiło mi się zimno od potu spływającego wzdłuż kręgosłupa.

Sekundę później byłyśmy gdzie indziej. Musiałam się podeprzeć o kamienną ścianę, która nagle wyrosła mi tuż pod bokiem, zanim błędnik skumał, że znów jest stabilnie. Podróże astralne są szybkie, ale mało komfortowe. Rozejrzałam się uważnie, niepewna, czy Badb nie uznała, że przeszkadzała mi liczba trupów, a nie trupy jako takie, ale nie zauważyłam nic martwego. Całkiem normalne wnętrze, które kojarzyło mi się ze skrzyżowaniem karczmy i jadalni w bardzo starym domu, z paleniskiem na środku, dość dużym, by zmieścić na rożnie krowę; glinianym klepiskiem, stołami i ławami wyciosanymi z drzew tak starych, że nie zdołałabym objąć ich pni ramionami. Sufit wisiał nisko, a okien nie było. Dopiero po chwili zauważyłam, że jeden kąt osłonięto zbitym z młodych brzozowych pni parawanem. Szłam o zakład, że za nim znajdowało się łóżko czy legowisko, jeśli Badb nie poznała luksusu porządnego materaca.

– Zabrałaś mnie do swojego domu? – zapytałam z niedowierzaniem.

– I co ci znowu nie odpowiada, na suki Odyna? – warknęła.

– Nic, wszystko jest super – powiedziałam uspokajająco, bo jej złość momentalnie nasycała powietrze energią gotową objawić się piorunami. – Może usiądźmy i porozmawiamy o tym, co cię niepokoi, co ty na to?

Aż kapałam uspokajającymi wibracjami mediatora. Tym tonem za czasów pracy w policji rozmawiałam z szaleńcami, zwłaszcza jeśli byli uzbrojeni. Badb podpadała pod obie kategorie. Wypuściła gwałtownie powietrze i w ułamku sekundy odzyskała panowanie nad sobą. Usiadła i ręką wskazała mi miejsce po drugiej stronie stołu, które niezwłocznie zajęłam, byle nie zgubić jej poczytalności.

– Wszystko jest nie tak… – zaczęła. – Nie powinnam z tobą rozmawiać, ale… nie zwykłam stać z boku.

Przytaknęłam grzecznie, czekając, aż przejdzie do rzeczy.

– Chodzi o twoją babkę. Faoiliarna nie była zachwycona, gdy odkryła, że nie wspomniałam jej o tym, że cię znalazłam i posłużyłam się tobą w rozgrywce. Wygląda na to, że posiadanie potomkini jest dla niej bardzo ważne. – Pokręciła głową, jakby nie mogła pojąć, dlaczego komuś może na tym zależeć. – Obiecałam jej, że dam ci spokój i nigdy nie narażę… ale jesteś całkiem bezpieczna, więc nie złamałam przysięgi, prawda? – Naprawdę czekała, aż jej odpowiem.

– O ile odstawisz mnie tam, skąd zabrałaś, bez uszkodzeń, nie widzę powodów do niepokoju – powiedziałam ostrożnie.

Uderzyła dłonią o blat, jakby podkreślała swoją rację.

– Faoiliarna jest ranna. Nie może się z tobą skontaktować, co ją doprowadza do furii, i wykańcza mnie marudzeniem. I naprawdę sobie nie pomaga, zrywając ciągle szwy i otwierając rany, kiedy próbuje wstać, by iść do ciebie. Oficjalnie nie mogła mnie prosić o interwencję, bo to jej spór z innym bogiem, ale… – Wzruszyła ramionami.

– Oficjalnie Fany nie pomogła ci pokonać Lokiego, zamieniając was w wilki, prawda?

– Dokładnie. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Powiedzmy, że mam mały dług u mojej drogiej przyjaciółki i właśnie, całkowicie nieoficjalnie, go spłacam.

Przez chwilę jej spojrzenie było zupełnie nieobecne, jakby przeżywała w głowie swoją chwilę triumfu nad bogiem oszustem.

– Co się stało? Znalazłam w lesie echo jej bólu… – naprowadziłam Badb z powrotem na mniej krwiożercze tematy.

Spojrzała na mnie tym nieprzytomnym wzrokiem kogoś gwałtownie wybudzonego ze snu. Sekundę później waliła pięścią w stół, przeklinając niejakiego Leiba Olmai, kimkolwiek on jest.

– Po tylu wiekach mógłby już sobie odpuścić! Ale nie! Musiał ją dopaść za złamanie jakiejś umowy sprzed stuleci, o którą nie dba nikt poza nim samym!

– Bo ty czy Fany słyniecie z odpuszczania sobie – zauważyłam, może niepotrzebnie.

– Och, my musimy dbać o odpowiednią reputację. Leibem nikt nie zawraca sobie głowy, bo praktycznie nikt już w niego nie wierzy. – Po jej minie wnioskowałam, że chętnie przyspieszyłaby jego odejście w zapomnienie.

– To bóstwo? – upewniłam się, bo niewiele istot poniżej tego statusu mogłoby skrzywdzić moją babkę tak, by wymagała szwów i długotrwałej rekonwalescencji.

– Zapomniane i gówniane, jeśli chcesz mojej opinii, ale wciąż bóstwo. – Skrzywiła się, jakby połknęła coś bardzo gorzkiego. – Kutas z przestarzałą vendettą, jeśli chcesz znać moje zdanie. Ile można śpiewać stare pieśni?

Cóż, bogowie nie słynęli raczej z krótkiej pamięci.

– Nie mogę cię wprowadzić w szczegóły. Zakaz ingerencji i różne takie, ale po prostu nie mogę patrzeć, jak Faoiliarna traci rozum. Nie od ran, bo miewała gorsze, ale od zamartwiania się tym, że cię zawiodła. – Znów jej twarz odzwierciedlała walkę o zrozumienie, czemu to miałoby kogoś obchodzić.

Zmieniła się przez te kilka miesięcy od naszego pierwszego spotkania. Była bardziej… współczesna i ludzka. Ten sam kierunek zmian obserwowałam u Fany. Wpadała do mnie regularnie, ucinałyśmy sobie pogawędki, które często przeradzały się w rodzinne awantury. Bardzo szybko uczyła się nowych słów, całkiem współczesnych przekleństw, jej składnia straciła nalot archaizmów, którymi posługiwała się na początku. Bogowie nie żyją w izolacji, ale zwykle świat ludzi interesuje ich mało – jest zbyt odległy od tego, co pamiętają ze swojej młodości i uznają za przednią rozrywkę. Fany chciała poznać swoją wnuczkę, siłą rzeczy poznawała też mój świat i język. Zmieniła się. A po tym, jak zmienił się sposób mówienia Badb mogłam wnioskować, że spędzały razem mnóstwo czasu. Miesiące temu nie użyłaby określenia „kutas z vendettą”.

Kilka tygodni temu w rozmowie z Fany rzuciłam jakimś nawiązaniem do Ojca Chrzestnego, którego oczywiście nie zrozumiała, i musiałam jej wytłumaczyć, o co chodzi z moją niechęcią do końskich głów w łóżku. Pewnie powtórzyła część tej rozmowy przyjaciółce. Może powinnam sprawić mojej babce na urodziny DVD i zestaw klasyki kina. Ona i Badb miałyby sporo zabawy i może zajęłoby je to na tyle, by przestały się wdawać w przepychanki z Lokim.

 

– Faoiliarna, którą znam od wieków, jest nieustraszona. Z podniesionym czołem stawała naprzeciw oddziałowi wrogów, nie lękając się bogów, żywiołów ani ludzi. A teraz znajduję w niej słabość, której nie rozumiem. Słabość, która nie tylko jej nie przeszkadza, lecz także – którą ceni. Jesteś jej słabością, wiedźmo.

– Tak to już jest, gdy się do kogoś przywiążemy – powiedziałam cicho, bo wzruszenie nieco ściskało mi gardło.

– Czy to, że nie zdołała uratować twojego wilka, wpłynie na twój stosunek do niej? Odrzucisz ją?

Poczułam się jak młodzian na przesłuchaniu u przyszłego teścia.

– O czym ty mówisz?

– Czy zamierzasz się jej wyprzeć za to, że cię zawiodła?

– Nie obraź się, Badb, ale nie wiesz nic o tym, jak działa rodzina.

– Nie wiem. Faoiliarna też wie o tym niewiele. Słyszę, co krzyczy w gorączce. To ją zjada.

Ścisnęło mnie jeszcze bardziej.

– Możesz mnie do niej zabrać? – zapytałam błagalnie.

Zaprzeczyła stanowczo.

– Tam, gdzie jest, nie ma wstępu dla ludzi. Nawet takich mieszańców jak ty.

– Więc przekaż jej ode mnie jedno: gdy dojdzie do siebie na tyle, by mnie odwiedzić, czekam na nią i upiekę jej ciasto karmelowe. Albo pieczeń – dodałam, bo choć moja babka zdawała się mieć wyraźną słabość do słodyczy, to do jej wizerunku lepiej pasował kawał wciąż krwistego mięsa. – Jesteśmy rodziną, a tej nie porzuca się ot tak. Wiem, że próbowała pomóc Vargowi, widziałam i czułam to. Odzyskam go, a skoro ten, który stoi za porwaniem mojego wilka, ma też coś wspólnego ze zranieniem mojej babki, ma we mnie najgorszy typ wroga.

– Trzymaj się od Leiba z daleka. – Skrzywiła się. – Gdy Wilczyca wyzdrowieje, znajdziemy sposób, by zapłacił. Ty znajdź swojego wilka i nie daj się zabić. Jej stare serce mogłoby nie znieść tego ciosu.

– Miałam nadzieję, że pomoże mi go znaleźć… Czy ty możesz?

– Nie mam takiego połączenia z wilkami jak Faoiliarna. A ona przez jakiś czas nie ruszy się z zaświatów. Jesteś zdana na siebie.

– Dziękuję za twoje pośrednictwo. To dla mnie wiele znaczy.

– Dla mnie to emocjonalne pierdoły, niewarte zaprzątania głowy, ale Faoiliarna wydaje się przywiązywać do tego dużą wagę – powiedziała sucho, ale nie zwiodła mnie. Mogła nie rozumieć, dlaczego jestem ważna dla Fany, ale nie mogła zaprzeczyć, że Fany była ważna dla niej. Dość, by łamać boskie zasady i próbować dostosować się do moich żałosnych ludzkich kanonów konwersacji w miłym miejscu. Dość, by opanować naturalny odruch zastraszenia mnie, żebym zrobiła to, czego chce. Badb rzeczywiście się starała, czyniła kolosalne, jak na nią, wysiłki. Widziałam tylko jedno wyjaśnienie. Faoiliarna naprawdę była jej przyjaciółką. Może jedyną. I Wrona kochała ją na tyle, by się starać. Ciekawiło mnie, czy Fany o tym wie, czy też pozostawały w relacji w typie „nie rozmawiamy o uczuciach, w końcu jesteśmy krwiożerczymi boginiami, chodźmy zapolować i wykąpmy się w krwi naszych wrogów”.

I gdy już byłam gotowa wychwalać pod niebiosa delikatność Badb, domostwo zniknęło, bogini znów stała się ogromną wroną, która wbijała mi pazury w ramiona i targała mną w locie jak pluszowym misiem. A potem bez ostrzeżenia cisnęła mnie na ziemię z wysokości kilkudziesięciu metrów. Każdy mój kilogram błyskawicznie uległ prawom grawitacji. Zdążyłam poczuć ból, nim na dobre opuściłam sen. I usłyszeć jej krakanie i skrzekliwe słowa w głowie:

– Oj, nie marudź, nie zachowuj się jak dziecko!

Ktoś mnie szarpał za ramiona, potrząsał tak, że głową waliłam o twardą powierzchnię. Z trudem uchyliłam powieki. Bjørn wisiał nade mną, a jego palce miażdżyły mi obojczyki, kiedy wykrzykiwał moje imię z szaloną desperacją. Udało mi się unieść rękę i załapać go za nadgarstki. Odetchnął z taką ulgą, jakby się spodziewał, że następną herbatkę wypijemy u Gardiasza. Co do…?

– Nigdy więcej tak nie rób – warknął, odsuwając się na swój fotel.

– Dlaczego stoimy? – spytałam, bo ewidentnie znajdowaliśmy się na poboczu z samochodem niebezpiecznie nachylonym w stronę rowu.

– Pewnie dlatego, że przestałaś oddychać, zrobiłaś się sztywna i sina, od dwudziestu minut nie reagujesz na budzenie, a potem wrzeszczysz, jakby obdzierano cię ze skóry, i masz krwotok z nosa – wyjaśnił. Zacisnął dłonie na kierownicy. Trzęsły mu się jak staremu alkoholikowi po suchym tygodniu.

– O kurwa mać – nie siliłam się na elokwencję.

– Z ust mi to wyjęłaś.

Wytarłam wierzchem dłoni nos, krew rozmazała się po skórze lepką i chłodną już smugą. Poszukałam chusteczki, by doprowadzić się do porządku.

– Przyłożyłeś mi? – Spojrzał na mnie tak, jakbym oskarżyła go o zamach stanu. – No co?! Jeśli byłam nieprzytomna i myślałeś, że dzieje mi się coś złego, miałeś prawo!

– Dobrze wiedzieć. Ale nos sam zaczął krwawić.

W sumie czemu się dziwię? Badb zabrała moje ciało astralne cholera wie gdzie, a później cisnęła mną z wysoka. O różnicy ciśnień między światami nie wspominam, bo nikt tego właściwie nie badał, ale uszy miałam przytkane jak w samolocie. Oderwanie ducha od ciała na tak długo też nie było najbezpieczniejsze i miałam sporo szczęścia, że trafiłam z powrotem bez większych problemów. Badb to w końcu bogini, nie takie rzeczy robiła śmiertelnikom.

– Wszystko dobrze?

– Raczej tak. – Poprawiłam się na fotelu, by sprawdzić, czy jestem cała. Na szczęście nic poza krwotokiem z nosa nie stwierdzono.

Nagle czarne skrzydła uderzyły o przednią szybę tuż przed moją twarzą. Podskoczyłam z krzykiem, ale to tylko wrona, zwyczajne ptaszysko całkiem ziemskich rozmiarów. Zakrakała głośno i odleciała. Bjørn w osłupieniu patrzył na szybę, na której zostały ślady ptasiej kupy.

– Czy ona się z nas śmiała?

Pytanie było w pełni uzasadnione.

*

Mimo że Olaf ulepszył w samochodzie to i owo, dzięki czemu ravka osiągała większą prędkość, niż wskazywała na to marka, nie byliśmy w stanie zbić trasy do pięciu godzin, na co po cichu liczyłam, kiedy GPS ocenił trasę na sześć. Koszmarne drogi dorzucały swoistego uroku tym stronom. Ilekroć wydawało się, że wreszcie Bjørn rozpędzi się odrobinę, wyskakiwał przed nami ciąg tirów, a gdy już dniało, pojawiły się jeszcze: ciągnik, śmieciarka i stary autobus szkolny na drodze zbyt wąskiej i krętej, by wyprzedzać. Trafiliśmy też na remont ulicy i wahadełka. Brakowało tylko transportu drobiu i pielgrzymki do Częstochowy. Gdybym była przesądna… ale nie byłam. To, że jestem magiczna, nie znaczy, że mam wierzyć w znaki, zwłaszcza że dzień, w którym uznałabym dziury w asfalcie za znaki, byłby ostatnim, kiedy wyszłam z domu. Po czterech godzinach jazdy zapaliła się kontrolka poziomu paliwa. Zdecydowanie nie uprawialiśmy ecodrivingu. Bjørn podjechał na stację benzynową.

Jak na wilka wytrzymał naprawdę długo, nie upominając się o jedzenie. Nie zapytał też o szczegóły snu, zadowalając się informacją, że śniłam o Badb – jak na psowatego, który z natury lubi sobie powęszyć, był wzorem powściągliwości. Zamówiłam śniadanie, cztery grillowane kanapki z wołowiną dla Bjørna, jedną z tuńczykiem dla mnie i dwa największe kubki kawy. Niosłam wszystko do stolika, balansując na tacy kubkami i solidną stertą opakowanych w firmowy papier bułek, kiedy uporał się z płaceniem za paliwo. Ustaliliśmy, że lepiej, by moja karta nie zostawiła śladów po drodze. Olaf nie miałby problemu, by dokopać się do takich informacji, Bruno sam by nie dał rady, ale mógł mieć od tego ludzi.

Bjørn usiadł pod ścianą, w miejscu, z którego widział drzwi wejściowe, drzwi do toalety i kawałek drzwi wiodących na zaplecze. Nie poświęcił wyborowi miejsca nawet ułamka sekundy. Gdybym zawsze miała takie odruchy, moje życie stałoby się nieco bardziej bezpieczne. Jedliśmy w milczeniu, popijając gorącą kawą. Dopiero kiedy zjadłam moją kanapkę, a jemu zostały jeszcze dwie, zagadnął:

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?