Na wojnie nie ma niewinnychTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Zaklęcia ochronne był naruszone. Ktoś zdecydowanie wtargnął na nasze terytorium. Przez chwilę bałam się, że na progu znajdę kolejny chory podarunek. Istniało też kilka innych możliwości, na które lepiej być przygotowaną. Paru gości z mojej przeszłości mogłoby wpaść teraz, gdy mieli mnie za słabszą i bez Starszyzny za moimi plecami. Pokusa, by dopisać własną zemstę do rachunku wilków, mogła być spora. I na tych akurat gagatków srebrna kula czy nowoczesna broń pomoże niewiele. W przeciwieństwie do kawałka magicznej stali. Dałam znać Bjørnowi, że pójdę przodem. Był świetny w walce, ale magia, pierzaści czy piekielnicy to nie jego bajka. Ostrożnie wchodziłam po schodach z mieczem w dłoni i odblokowanym paskiem kabury. Bjørn miał spluwę na wierzchu, więc gdyby wystąpiło pilne zapotrzebowanie na srebrne kule, był gotów.

W progu mieszkania wiedziałam już, kto przyszedł. Przez chwilę dopuszczałam możliwość, że wysłała go Katarzyna, by postawił ostatnią kropkę w naszej sprzeczce, ale szybko ją odpędziłam. Jeśli czegoś się nauczyłam, poznając go bliżej, to to, że gromadzi punkty na własnym koncie i niekoniecznie jest graczem zespołowym. Nie miesza się, jeśli nie spodziewa się dużej wygranej. A pozbywając się mnie, wygrałby tylko ból głowy. Większy od przelotnych migren, których byłam sprawczynią. Zapięłam kaburę i schowałam miecz.

– Roman, czy choć raz mógłbyś udawać, że jesteś normalnym wampirem? Wiesz, z tych, które muszą mieć zaproszenie do czyjegoś domu? – zapytałam na powitanie, ściągając buty i kurtkę.

– Miałbym odstawiać normalnego? Przy tobie? Po co, u diaska? – Parsknął śmiechem.

– Miło, że się rozgościłeś – powiedziałam, widząc go wygodnie rozpartego w moim ulubionym fotelu i filiżankę wciąż parującej kawy na stoliku. – Masz tego więcej?

– Oczywiście. Nie masz nic przeciwko, by twój przyjaciel przyniósł nam za kilka minut dolewkę?

Przez chwilę mierzyłam go spojrzeniem. W zaistniałych okolicznościach prośba o odesłanie ochrony była podejrzana. Ale to Roman. Gdyby chciał, pokonałby Bjørna szybciej, niż zaśpiewałabym Wlazł kotek. Potrzebował raczej chwili dyskretnej rozmowy. A ja widziałam tylko jeden powód, dla którego nie chciał mieć świadków. Pasowało mi to.

– Bjørn, przyjacielu, zostaw nas samych na kilka minut – poprosiłam.

Wilk nie podszedł do pomysłu z entuzjazmem, ale był dobrym żołnierzem. A z wilczymi zmysłami nie przegapi nawet słówka, stojąc w kuchni. Roman też musiał o tym wiedzieć, a jednak nie zażyczył sobie, by mój ochroniarz wyszedł z mieszkania. Cóż, to zdecydowanie przejaw dobrej woli.

Usiadłam naprzeciw Księcia wampirów, opierając kostkę prawej nogi na lewym kolanie. Pozwoliłam mięśniom się rozluźnić, dłonie swobodnie leżały na podłokietnikach. Roman potrafił odczytać takie sygnały. Uśmiechnął się tylko i sam też zsunął szczupłe ciało w miękkie trzewia fotela.

– Dzień jak co dzień czy miałaś jakieś nowe rozrywki? – zapytał, dyskretnie pociągając nosem.

Westchnęłam, bo też czułam jej gęsty, metaliczny zapach. Ściągnęłam koszulkę sztywną na piersi od zasychającej już krwi i rzuciłam za siebie, aż z plaśnięciem wylądowała na podłodze koło drzwi wejściowych. Cokolwiek Roman miał mi do powiedzenia, lepiej, by był skupiony, a zdecydowanie mniej rozpraszałam go w topie niż pokryta świeżą wilczą krwią.

– Nic, o czym chciałbyś wiedzieć. Gdybyś wiedział, nie daj Bogini, czułbyś potrzebę, by zareagować.

– Normalnie zupełnie nie odczuwałbym potrzeby wnikania w twoje prywatne zabawy… ale być może nasze interesy da się połączyć w sposób satysfakcjonujący dla nas obojga. – Użył aksamitnej wersji swojego tonu „mam propozycję, którą tylko głupiec by odrzucił, a głupcy nie żyją długo”.

– Marzę o odrobinie satysfakcji, bo ostatnio los mi jej żałuje – odparłam, otwierając nam pole do dialogu. Uśmiechnął się szeroko.

– Uczysz się, wiedźmo. Rzadko udaje mi się tak dobrze wypatrzyć potencjał tam, gdzie nikt nie dostrzega nic poza bałaganem i złymi manierami.

– Wiesz jak jest: albo jesteś wizjonerem, albo nie widzisz nic poza czubkiem własnego nosa.

– Zastanawiam się, na ile ty wybiegasz. Jaką przewidujesz pogodę na najbliższe dni? – Prowadził lekką konwersację niczym cioteczka królowej angielskiej. Roman z całym swoim wdziękiem i urokiem.

– Och, będzie padać gównem, bez dwóch zdań. Obstawiam co najmniej trzy porządne przesilenia pogodowe.

– Trzy, powiadasz? – Zastanowił się chwilę. – Tak, to dość dobra interpretacja, choć mam wrażenie, że nie myślimy o tych samych chmurach.

– Roman, jak cię lubię, darujmy sobie mowę ezopową meteopatów, a przejdźmy do konkretów. Tu nie ma podsłuchów, zaklęcie spala wszystko, co ktokolwiek próbowałby podłożyć. Przyszedłeś tu, co dla niektórych już jest deklaracją, więc po co błądzić opłotkami? Jestem otwarta na twoje propozycje, poza tą dotyczącą przemiany. Choćby dlatego, że fascynuje mnie to, jak w całym tym bajzlu, który mnie otacza, znalazłeś coś wartego ryzyka, które wiąże się z kontaktami ze mną. Zwłaszcza po kłótni z Katarzyną, o której wiesz, rzecz jasna.

– Nie mam pojęcia czemu, ale twoja niechęć do konwenansów ma dla mnie walor odświeżający. Podsłuchów nie ma, sam sprawdziłem, więc możemy mówić otwartym tekstem. – Błysnął kłami.

– O niczym innym nie marzę.

– Zastanawiam się, czy dobrze obsadziłaś swoich największych wrogów w tej rozgrywce. Bo wydaje mi się, że niekoniecznie.

– Bruno, Katarzyna, duch minionych świąt – powiedziałam spokojnie.

– Pudło, skarbie. Bruno może, choć szczekał na twój zagonek od dawna, a dopiero teraz znalazł dość odwagi, by zacząć gryźć. Zastanowiłbym się, na twoim miejscu, kto trzyma jego smycz.


Przytaknęłam, bo pokrywało się to z moimi wątpliwościami.

– Coś zmieniło układ sił. Wiesz coś na ten temat? – zapytałam wprost.

– Może, wrócimy do tego. Mówisz Katarzyna… ciężko mi się z tym zgodzić.

– Może nie wszystko wiesz…

– Ależ słyszałem waszą ostatnią sprzeczkę. – Wzruszył tylko ramionami na widok moich uniesionych brwi, widać moje zaklęcia antyszpiegowskie były skuteczniejsze, a może te w pokoju Starszyzny nie dotyczyły magii jej członków. – Masz rację, pojawiło się między wami sporo złej krwi, ale, wbrew temu, co możesz myśleć, to są stare dzieje. Na twoim miejscu odpowiedziałbym sobie na pytanie, które jej zadałaś na pożegnanie. Kto ma na nią coś wystarczająco mocnego, by ją zmusić do wystąpienia przeciw tobie. Byłaś klaczką, którą obstawiała wystarczająco często w politycznych roszadach ostatnich miesięcy i lat, by twoje zniknięcie osłabiło teraz przede wszystkim właśnie jej pozycję. Więc dlaczego Katarzyna kręci sznur na swoją szyję? Była dość przebiegła, by pokonać uprzedzenia, jakie miała wobec ciebie z racji twojego urodzenia, by docenić twoją przydatność. Zaryzykowała, udzielając ci publicznie poparcia, zanim ktokolwiek z nas o tym pomyślał. Sama wiesz, że moje poparcie było znacznie mniej oficjalne, to ona firmowała twarzą twoją karierę. A teraz jest gotowa z tego zrezygnować? Dlaczego?

– Intrygujące pytania, Romanie. – Zasępiłam się, bo patrząc na to w ten sposób, faktycznie jej zachowanie zdawało się więcej niż nieracjonalne.

– Prawda? – Odsłonił zęby we wdzięcznym uśmiechu. – Obawiasz się ducha minionych świąt, czyli dawnych wrogów. Rozsądne założenie. Tylko głupiec zapomina o tym, że są tacy, których nie da się pokonać raz na całe życie, chyba że nie żyją. Czujność uzasadniona. Ale obecnie znacznie bardziej niż dawnymi wrogami martwiłbym się nowymi.

– Rozumiem, że dorobiłam się nowych? – Potarłam nasadę nosa, czując narastający ból głowy.

– Widzisz, lubię trzymać rękę na pulsie. Zaintrygowało mnie, że ostatnio pojawił się w okolicy pewien obywatel. Niemiec, może Austriak, w czasie wojny zwykle wychodzi na jedno… Obywatel ów dwa tygodnie temu zatrzymał się w motelu poza granicami administracyjnymi miasta i skłonił naszego, powiedzmy śmiało, najmniej ulubionego wilka w okolicy do kursowania na spotkania. Ale to nie wszytko. Oboje wiemy, że Bruno nie jest najbystrzejszy ani szczególnie piśmienny, więc zastanowiło mnie, kim jest facet, który skłania go do produkcji makulatury? Komu miałby składać raporty wielki Alfa?

Zmarszczyłam brwi. No proszę, Bruno potrafi pisać? Pełen niespodzianek.

– Pomyślałem sobie, że to sprawdzę, bo może to on trzyma smycz… – zarzucił przynętę.

– Nie sądzę, by to był ten, dzięki któremu Bruno zyskał dość jaj, by porwać mi partnera i obsikiwać każdy pień w okolicy… – powiedziałam ponuro.

– Skąd takie wnioski? – Podekscytowany Roman poprawił się na siedzeniu, jakby od tego, czy pokażę sztuczkę, czy nie, zależało, czy mamy o czym rozmawiać.

– Bo cokolwiek podpompowało ego i jaja tutejszego Alfy, musiało być dość pierwotne, by wyzwolić go od lęku przed moją babką, a nie zrobiłaby tego żadna ilość makulatury. Nie ta skala – zwerbalizowałam to, co od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie.

Coś musiało wystraszyć lub skrzywdzić Faoiliarnę, widziałam ją we śnie – wściekłą, bo bezradną. Ktoś, na pewno nie Bruno, musiał znaleźć sposób, by tak właśnie się poczuła. I to była bardzo zła wiadomość.

Roman aż klasnął w dłonie.

– Właśnie dlatego cię lubię, wiedźmo. Masz szare komóreczki i nie boisz się ich użyć, jeśli tylko o nich nie zapomnisz.

– Więc skoro ten Niemiec nie jest tym, kto trzyma smycz Brunona, to kim jest? – zapytałam.

– Ile wiesz o tym, przed kim odpowiadają alfy?

– Niewiele ponad to, co konieczne, choć nie miałam nieprzyjemności próbować na własnej skórze. – Zasępiłam się. – Chcesz powiedzieć, że Dłoń jest w to zamieszana?

 

Odniosłam się do niemal mitycznej grupy po cichu kontrolującej wszystkie stada w Europie. Większość znanych mi wilków nawet nie wiedziała o jej istnieniu. Dla Olafa była niczym straszak na wilki, w którego istnienie nieco powątpiewał, bo przez swój długi dość żywot nigdy nie znalazł dowodów na jej rzeczywiste mieszanie się w sprawy stada. Moja babka znała ją doskonale. Roman patrzył na mnie jak na prymuskę.

– Manu, Hand, Dłoń, jakkolwiek ich nazwiesz. Co o nich wiesz?

– Znam legendy. Jest ich pięciu, samotnicy niezwiązani z żadnym stadem, ale w przeciwieństwie do większości samotników silniejsi od każdego z alf. Nie tworzą stada, nie mają terytorium czy raczej cała Europa jest ich terytorium. Ciągle w ruchu. Pojawiają się i sprzątają tych, którzy złamali prawo. A jak nie oni, to ich egzekutor. Nikt przy zdrowych zmysłach ich nie wzywa, bo rzadko robią to, czego po nich oczekujesz. Nieprzekupni, naznaczeni przez bogów do trzymania ładu i praw.

– Jakich bogów?

Westchnęłam.

– Tu następuje dość mętny kawałek. Babka opowiada o tym w tonie ploteczek o dalekich krewnych. W teorii wszystkich związanych z wilkami w jakikolwiek sposób. Na pewno Faoiliarna, Morrigan oraz Odyn. Może być ich więcej, po prostu z tymi Fany się na swój sposób przyjaźni, więc o nich wspomniała. Z tego, co mówiła, zawiązanie Dłoni ma jakiś związek z Fenrirem i jego atakiem na Asgard. Zdrada wilka była powodem powołania rady pięciu, którzy będą trzymać wilki w ryzach. Ile w tym prawdy, ciężko powiedzieć, może celowo obrośli legendą, która ma zastraszać nadambitnych.

– Czy chcę wiedzieć, czemu twoja babka opowiadała ci o nich?

– Raczej nie. – Skrzywiłam się lekko.

Wolałam nie informować nikogo o planach podboju Europy, który śnił się mojej babce po nocach. O Dłoni wspominała w tym kontekście jako o tych, których należałoby wcześniej unieszkodliwić. Choć usatysfakcjonowałoby ją też, gdybym stała się jedną z pięciu. Fany nie potrafiła poprzestać na małym, a gdy się rozpędzała w fantazjowaniu, naprawdę traciła kontakt z rzeczywistością. Może to przywilej bogów. Nie zamierzałam się zgodzić na jej wizję zacieśniania naszych rodzinnych więzi w ogniu wojny terytorialnej, więc skończyło się na kilku rozmowach przy ognisku w Lunaparze mojego stada w Trójprzymierzu i jej dąsach po wszystkim.

– Może lepiej powiedz mi, wasza kąśliwość, skąd twoje zainteresowanie wilczymi legendami?

– Wrodzone wścibstwo. Wolę wiedzieć, kim jest facet, który nawiedza nasze okolice.

– Wysłannik Dłoni? – Chyba zbladłam.

– To Faust, więc zdecydowanie można uznać go za wysłannika Dłoni.

Posłałam wiązankę nieprzystojnych przekleństw. Egzekutor.

– Ten idiota ściągnął tu Pięść?

Odwróciłam się gwałtownie, słysząc głos Bjørna tuż za mną. Cóż, najwidoczniej nie zamierzał cały wieczór nalewać dwóch filiżanek kawy.

– Na to wygląda. Chyba że facet, meldując się jako Johann Faust, chciał być dowcipny – powiedział spokojnie wampir.

Bjørn dał upust swoim emocjom mieszanką przekleństw norweskich i polskich, odsądzających Brunona od czci i wiary, dotykających problemów jego potencji, pochodzenia, obyczajów seksualnych i inteligencji. Nie ujęłabym tego lepiej.

– Pozostaje kwestia, co zamierzasz z tą wiedzą zrobić. – Roman zbyt dobrze bawił się, zarzucając kolejne przynęty. Ewidentnie był nastroju na testy niczym w Najsłabszym ogniwie, choć wolałam o tym myśleć jak o Wielkiej grze, wprawdzie wymagała większych umiejętności, ale klasę też miała nieporównywalnie większą.

– Obawiam się, że piłeczka jest po stronie Fausta. Mogę oczywiście odwiedzić go w hotelu, którego adres, rzecz prosta, podałbyś mi z rozkoszą, ale to dość agresywna zagrywka wobec egzekutora Dłoni. Za mało subtelna jak na moje obecne położenie. Odwiedzając go, wysyłałabym jego wilkowi chojracki komunikat, sugerując, że wkroczył na moje terytorium. – Bjørn przytaknął, zadowolony, że pamiętam o takich detalach. – Bardziej sensowne byłoby czekanie, aż on się pofatyguje. A wcześniej wypadałoby rozkminić, czym konkretnie zwabił go tu Bruno. Skoro wiąże się to z produkcją makulatury, pewnie składa na mnie skargę. Ale jeśli tak jest… Kurczę, to nie ma sensu…

– Co dokładnie? – zainteresował się Roman.

– Bo jeśli ma tu Fausta i ma na mnie haka, to po kiego grzyba jeszcze wydziwia? Przecież Faust posprzątałby mnie dyskretnie i w mocy prawa (gdyby skarga była istotna), a Bruno miałby czyste ręce. Starszyzna i moi przyjaciele nie bardzo mogliby się go czepiać, bo Dłoń i jej egzekutor są upoważnieni do interwencji. Więc po co mnie prowokuje? Po co porwał Varga? Po co miesza w to Katarzynę?

– Gdy znajdziesz odpowiedź na te pytania, będziesz w domu – powiedział spokojnie Bjørn. Jego wiara w mój intelekt była miła, ale nieco na wyrost. Nie ogarniałam tego w tym momencie.

– Przychodzi mi na myśl tylko jedno… Prowokacja miała na celu to, co właśnie się stało: wypowiedziałam Brunonowi wojnę. A to jest na tyle dramatycznym punktem naszej relacji, że odwróci uwagę od czegoś, co Bruno chciałby ukryć przed czujnym spojrzeniem Fausta. – Wzruszyłam ramionami. – Choć nie bardzo wiem, co mogłoby to być, a na wielotygodniowe śledztwo i przekopywanie się przez jego brudne sekrety nie mam za wiele czasu. Nie z Vargiem w jego łapach i nie z Faustem na karku.

– I to jest ten moment, w którym podziękujesz Bogini za to, że masz we mnie sojusznika, mała wiedźmo. – Roman uśmiechnął się z satysfakcją, i miałam pewność, że liczył, że do takich właśnie wniosków dojdę.

– A mam sojusznika, bo? Zanim przekażesz mi cokolwiek, wolałabym poznać cenę tych informacji już teraz.

– Nie ufasz mi? – Ten lekki dąs w jego wykonaniu byłby całkiem rozkoszny, gdyby nie drapieżny błysk w oku.

– Znam cię wystarczająco dobrze, by pytać. Nie, by cię obrazić, ale by mieć pełen obraz sytuacji.

– Całkiem rozsądnie, zwłaszcza jak na ciebie. No dobrze, skoro umówiliśmy się na otwarte karty… Pomogę ci się pozbyć Brunona raz na zawsze, a ty pomożesz mi uwolnić Katarzynę spod jego władzy. Cokolwiek na nią ma, wpływa to negatywnie na rozkład sił w Starszyźnie. Powiedzmy więc, że czekałem na taką okazję jak ta. Obieram stronę i w tej rozgrywce stawiam na ciebie, bo jesteś dla mnie bardziej pożyteczna niż on. Jesteśmy całkiem podobni, ty i ja.

– Przygnębiasz mnie, wiesz?

Tylko błysnął kłami w niecnym uśmieszku. Po czym opowiedział mi, czego konkretnie boi się Bruno i na co wolałby nie zwracać uwagi Dłoni. Dał mi też namiar na kilka osób, które zdecydowanie powinnam jak najszybciej poznać i przekonać, by stanęły po mojej stronie.

– Skąd ty, u diaska, znasz takich ludzi? – zapytałam, bo naprawdę mi zaimponował.

– Odpowiednio skonstruowana książka adresowa to najlepsza polisa na życie, wiedźmo.

– Musiałeś od lat to planować, prawda?

– Moja rola w tych wydarzeniach powinna pozostać tajemnicą. Dla dobra nas obojga. Nie chcemy, by pozostali poczuli się zagrożeni naszym małym aliansem.

– Po prostu zwalasz to na mnie, prawda? Wyjdzie na to, że to ja rozpieprzyłam scenę polityczną Thornu. O tobie jako szarej eminencji nikt złego słowa nie powie. A jeśli mi się nie uda, będziesz kryty.

– Nie możesz mnie winić za to, że mam instynkt przetrwania. W przeciwieństwie do ciebie miałem dość czasu, by przywiązać się do idei nieśmiertelności.

– Nie winię cię, krwiopijco, raczej podziwiam twoje perspektywiczne myślenie. Naprawdę powinnam kiedyś tego spróbować.

– Na razie, z łaski swojej, graj zgodnie z przepisami, by Faust nie zgarnął cię niczym Ala Capone za podatki. Cokolwiek podsunął mu Bruno, nie wystarczyło, by zainterweniował natychmiast. Minęły dwa tygodnie, a on siedzi w hotelu. Czeka. Sama się domyśl, na co.

– Szkoda, że nie wpadłeś wczoraj – mruknęłam – zanim zrobiłam całą zadymę w Pełni.

– Złamałaś jakieś wilcze prawo? – Sam sobie odpowiedział: – Nie sądzę, bo już by tu był.

O elastyczności wilczego kodeksu! Nie mogę sprowadzić do pomocy wilków z Trójprzymierza, ale mogę wypowiedzieć wojnę, skopać tyłki każdemu napotkanemu na ulicy sierściuchowi i to jest więcej niż OK.

– Roman… czy wiesz, gdzie jest Varg? – zapytałam, kiedy już zmierzał do wyjścia.

Przystanął i obrócił się, bym widziała jego twarz.

– Nie. Wiedziałabyś już, gdzie go szukać, gdyby było inaczej.

Uwierzyłam mu.

Rozdział 5

Czas pogadać z chłopakami. Zamierzałam też prosić Nisima, by rozpuścił swoje oczy i uszy po mieście. Ktoś gdzieś musiał coś widzieć, ludzie nie znikają bez śladu tak po prostu. Nawet plotka jest lepsza niż nic. Zapakowaliśmy się więc z Bjørnem do ravki i wyjechaliśmy z Thornu. Zbliżał się wieczór, ulice roiły się od samochodów. Widziałam przez szyby wracających z pracy obywateli, dzieci poprzypinane do fotelików, kobiety i mężczyzn jadących z zakupów, z papierowymi torbami pełnymi jedzenia zajmującymi całe bagażniki ich przestronnych rodzinnych aut. Gdzieś się spieszyli, ale nie były to kwestie życia i śmierci. Po prostu czuli głód albo nie chcieli przegapić serialu, płacić niani za nadgodziny, utknąć w korku na moście… Proste życie. Kiedyś taki scenariusz kojarzył mi się z płytkim grobem, przypalaniem żelazem i nudą. Dziś wiele bym dała, by moim głównym zmartwieniem była wysokość raty kredytu mieszkaniowego albo to, czy mój ulubiony uczestnik wygra reality show. Czułam zmęczenie. Cholerne i być może śmiertelne zmęczenie. Od miesięcy obiecywałam sobie, że to zamieszanie będzie miało swój kres, a wtedy odpocznę, odsapnę, rozleniwię się i zregeneruję się psychicznie. Tyle że ten moment wydawał się dziś równie daleki, jak pół roku temu. Wszystko dawno wymknęło mi się spod kontroli, a grę ogarniają już tylko bogowie. Choć przykład Fany dowodził, że i to niekoniecznie.

Wilczyca wycofała się nie dlatego, że znudziło ją przejmowanie dowodzenia, po prostu opadała z sił. Jej połączenie z wilkiem Varga sprawiało, że wciąż odbierała echo jego bólu. Chroniła mnie, izolując od tego bagażu. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie pogorszyłam losu Varga swoimi czynami, a poturbowane przeze mnie wilki nie mszczą się na nim teraz.

– Nie gryź się tym – powiedział Bjørn, nie odrywając wzroku od drogi.

Nie próbowałam zaprzeczać. Nie wtedy, kiedy jego wilk zaczepiał moją wilczycę, oferując jej komfort stada. Mogłam okłamać Bjørna, ale wilczyca nie mogła okłamać jego wilka.

– Wciąż mnie męczy to, ile Varg doświadcza z rąk Brunona. Niczemu nie zawinił. Jest tylko środkiem, którym Alfa chce mi zaleźć za skórę…

– Varg jest twardy. Da nam dość czasu, byśmy go znaleźli i odbili. A potem razem z nami skopie dupy tym, którzy go skrzywdzili. Nie wzięli pierwszego lepszego submisywnego wilczka, takiego jak twój Sebastian.

Przywołał wspomnienie szczeniaka, którego kilka miesięcy temu prawie zamęczyły na śmierć suki ze zbuntowanej watahy. Chciały wysłać mi jasny komunikat, więc porwały i torturowały młodego wilka, który był pod moją opieką. Schemat się powtarza. Czy te cholerne wilki nie słyszały o SMS-ach? Albo, skoro lubią obszerniejsze wiadomości – listach? Co jest złego w rozmowie telefonicznej? Czy zawsze, gdy ktoś będzie chciał mi posłać mroczne pozdrowienia, ucierpi jeden z moich?

– Z całym szacunkiem dla pokręconych suk z watahy, mam wrażenie, że Bruno jest nieco bardziej pomysłowy. – Odwróciłam twarz w stronę bocznej szyby, by Bjørn nie zauważył łzy spływającej mi po policzku.

Nie opowiadałam mu o tym, co śniłam, nie chciałam go martwić. Jeśliby wiedział, że budziłam się ze śladami po srebrze na skórze, jakbym przejmowała obrażenia Varga, pewnie pilnowałby, żebym choćby godziny nie przespała bez nadzoru. Podejrzewałam, że poprzez więź partnerską wilczyca brała na siebie, ile mogła, by ulżyć wilkowi Varga. Miałam cholernie małe pojęcie o więzi, bo przez miesiące, odkąd dowiedziałam się o jej zawiązaniu, każdą sekundę poświęcałam wyparciu tego faktu ze świadomości. Gdybym nie była tak zawzięta, może dziś bez trudu wskazałabym, gdzie przetrzymują mojego partnera.

Ciężka dłoń Bjørna opadła na moje kolano, drugiej nie odrywał od kierownicy. Westchnęłam, bo próba ukrycia emocji przed wilkiem z własnego stada przypomina próbę wciśnięcia się w kieckę sprzed dziesięciu lat, trzy rozmiary za małą. Wciąż się łudzisz, że jeśli wciągniesz brzuch dość mocno… ech.

Przejechaliśmy przez most i pod wiaduktem kolejowym, a po kilku minutach byliśmy już przed bramą szkoły. Nisim czekał na schodach. Nie uprzedzałam go, że wpadniemy.

 

*

Po krótkim powitaniu z nefilimem i jego młodocianymi podopiecznymi (którzy wyroili się ze swoich pokoi niczym studencka brać, która wyczuła darmowe jedzenie) przeszliśmy do gabinetu Nisima.

– Jeśli szukasz Mirona i Joshui, jeszcze nie wrócili… – zaczął, a cień niepokoju przebiegł mu po twarzy. Gdybym cierpiała na paranoję, pomyślałabym, że właśnie mnie okłamał, ale dlaczego miałby to zrobić?

– Czy mógłbyś mi wyjaśnić, na czym właściwie polega problem? Nathaniel nie był wylewny, a Joshua wydawał się zbyt przejęty, by chodziło o drobiazg. Czy coś im grozi? – zapytałam wprost.

– Nie sądzę. – Nisim uciekł spojrzeniem w bok. – Nie powinnaś o tym wiedzieć, Doro. Próbuję utrzymać to z dala od magicznych, jak długo potrafię… Nie chcę awantur, dyskusji o naruszaniu rozejmu międzygatunkowego, a wreszcie debaty, czy moje dzieci są zagrożeniem dla okolicy, a moja szkoła powinna czy nie powinna znajdować się w tym właśnie miejscu. – Skrzywił się gorzko. – Są tacy, którzy wykorzystają każdy pretekst, by się nas pozbyć.

– Nie należę do nich, Nisim. Myślałam, że to oczywiste.

– Jeśli dojdziesz do wniosku, że coś zagraża ludziom lub magicznym, poczujesz się zmuszona do interwencji. I być może uznasz, że nie masz innego wyjścia, niż pewne problemy rozwiązać ostatecznie.

Poczułam, że krew odpływa mi z twarzy, kiedy zrozumiałam, co Nisim mówi.

– Naprawdę myślisz, że zabiłabym któreś z twoich dzieci? Za kogo ty mnie masz?!

Poderwałam się z fotela. Miałam wystarczająco duże kłopoty z samooceną, by dopuścić do siebie jeszcze to.

– Dora, proszę! – zawołał i coś w jego głosie zatrzymało mnie w pół kroku.

Nie słyszałam, by kiedykolwiek w jego głosie była rozpacz, ale teraz bez wątpienia stał na jej granicy. Nie miałam pewności, po której stronie granicy.

– Proszę cię o czas. Joshua poradzi sobie z problemem. Nikt poza nim nie dałby rady… Bez niego ona jest zgubiona. I nie wiem, czy twój anioł przyjąłby to dobrze.

Całe ciało Nisima było napięte. Odwrócił głowę, gdy próbowałam spojrzeć mu w oczy. Podeszłam, skracając dystans. Im bardziej nie chciał powiedzieć mi, na czym polega problem, tym bardziej oczywiste stawało się dla mnie, że muszę wiedzieć.

– Czy Joshua jest zaangażowany w to emocjonalnie? – Gdy nefilim skinął niechętnie głową, miałam już niejakie pojęcie, o kogo może chodzić. – Przysięgnij mi, że nie pozwolisz, by zrobiła mu krzywdę. A jeśli będziesz musiał wybierać… nie spiszesz go na straty, bo bliższa koszula ciału.

Nie wymieniłam jej imienia, ale zorientował się, że wiem, o kim mi nie mówi. Niechętnie skinął głową i powiedział:

– Przysięgam. Mam oko na wszystko i wierzę, że będzie dobrze. Po prostu teraz jest najgorszy moment, więc mam nadzieję, że nie przyszłaś tu zabrać Joshui na drugi koniec Polski. Naprawdę potrzebuję go tutaj.

Zwłaszcza teraz, kiedy Faust ma mnie na oku, musiałam pilnować zasad i nie narażać rozejmu międzysystemowego. Angażowanie piekielnika i pierzastego w spisek mający na celu usunięcie alfy… to brzmiało jak przepis na solidne kłopoty. A jak długo chłopaki będą się kręcić po okolicy, nikt nie pomyśli, że ja wyjechałam na drugi koniec Polski. Ludzie przywykli, że jesteśmy razem, więc widząc dwoje z nas, dopowiadali sobie trzecie za rogiem. Potęga schematów myślenia. A im mniej osób wiedziało o mojej eskapadzie, tym lepiej.

Uspokoiłam Nisima, nie wchodząc w szczegóły moich planów na najbliższe dni.

– Zajmiemy się problemem, a ty, zdaje się, masz sporo własnych – gładko zmienił temat, a ja nie protestowałam.

– Chciałam cię prosić o przysługę. Czy mógłbyś zaangażować dla mnie swoje „zasoby ludzkie”? Bruno gdzieś musi trzymać Varga, może twoi ludzie mogliby popytać na ulicach? Nie wierzę, że Bruno jest aż tak dobry w konspiracji, ktoś coś musi wiedzieć. Możesz powęszyć trochę wokół tutejszych wilków?

– Oczywiście. Bądź spokojna, to będzie priorytetowa sprawa. Tak z ciekawości, zamierzasz wejść w układ z Romanem? – Przez chwilę znów miał ten błysk w oku, błysk szefa siatki szpiegowskiej, nie dyrektora szkoły dla utalentowanych dzieci.

– Nie wiem, o czym mówisz – ucięłam chłodno.

Nie tylko on miał swoje tajemnice. Przez chwilę wydawał się zaskoczony, a potem całkiem sprawnie przeanalizował naszą rozmowę i doszedł do słusznych wniosków.

– Wybacz. Niefortunnie zaczęliśmy tę rozmowę. Próbuję ogarnąć problem, zanim stanie się zarzewiem konfliktu na skalę międzysystemową. Ufam ci, lecz nie chcę stawiać cię w niezręcznej sytuacji. Niewykluczone, że wmiesza się w to Starszyzna. Wiem, że ostatnio twoje stosunki z Katarzyną są dość napięte. Nie chcę, by postawili cię przed koniecznością wyboru między magicznymi a moimi uczniami. Rozumiesz?

– Z bólem serca, ale rozumiem. Po prostu pilnuj, by nic się im nie stało. I postaraj się dowiedzieć czegoś o Vargu. Zapłacę za pracę twoich szpiegów.

– W dniu, w którym wziąłbym od ciebie pieniądze, dzieci nie dałyby mi żyć.

Przez chwilę milczeliśmy. Wpływ polityki na relacje międzyludzkie bywał bardzo przygnębiający. Nigdy dotąd nie czułam tej niezręczności związanej z naszą przynależnością do różnych systemów. Był mieszańcem, jego matka była druidką, czyli jedną z moich, ojciec archaniołem. Myślę, że przez większą część życia lawirował na granicy systemów bardziej niż ja kiedykolwiek. Ale dzieci wszystko zmieniły. Czuł się za nie odpowiedzialny, zrobiłby wszystko, by je chronić. A tak się składało, że obecnie pierzaści dawali mu pełne poparcie (z poczucia winy, że Rafael pod ich nosem urządził mieszańcom piekło), zaś magiczni sprawiali trudności, woleli nie mieć pod nosem szkoły pełnej młodzieży trudnej czy niestabilnej (a taką łatkę przyklejono wychowankom Nisima). W ludzkim świecie mieszkańcy osiedli pisali listy protestacyjne, gdy w okolicy miało powstać centrum leczenia uzależnień czy poprawczak. W magicznym wątpliwości budziło to, co nieznane, a trudno o coś bardziej nieprzewidywalnego niż spora grupa mieszańców z solidnymi traumami w życiorysach. Nienawidziłam tych uprzedzeń i próbowałam zrobić, co w mojej mocy, dla poprawienia wizerunku szkoły i dzieci. Ale na to potrzeba czasu. A każdy negatywny incydent mógł pogorszyć sprawę radykalnie. Rozumiałam dylemat Nisima, naprawdę. Co nie zmienia tego, że poczułam się nieco urażona. Oboje chcieliśmy uniknąć wojny, która postawiłaby nas po różnych stronach barykady, a wyglądało na to, że przeciwnicy szkoły barykadę już ustawili i sama przynależność do różnych systemów zdecydowała za nas.

Miałam nadzieję, że sprawy się wyprostują, gdy rozwiążemy bieżące problemy. Ja mój, Joshua – Nisima.

– Gdzie znajdę Joshuę i Mirona? – zapytałam spokojnie. – Muszę zamienić z nimi kilka słów przed wyjazdem.

Choć na powitanie zapewnił mnie, że ich tu nie ma, oczywiste było, że kłamał. Za spory postęp uznałam to, że tym razem odpowiedział po prostu:

– Są w lecznicy… – A widząc moją minę, szybko dodał: – To nie oni wymagają opatrunków!

Nie potrzeba głębokiej dedukcji, by zrozumieć, co właśnie powiedział.

Lecznica znajdowała się w drugim skrzydle budynku, z osobnym wejściem i parkingiem dla ambulansu. Dotarcie do niej zajęło mi mniej niż trzy minuty. Biegłam korytarzami, ignorując zaniepokojone spojrzenia dzieciaków i opiekunów, wychylających się z klas.

Drzwi do ambulatorium zastawił Bar, wielki jak góra pielęgniarz i opiekun dzieci jeszcze z ośrodka. Stał na szeroko rozstawionych nogach, z szyją schowaną w ramionach i pochyloną głową, jakby spodziewał się bójki. Czarne oczy spoglądały ostrożnie spod kędzierzawej grzywki, a obie dłonie wyciągnął przed siebie w geście, który miał mnie uspokoić albo odepchnąć, gdybym wystarczająco szybko nie odzyskała spokoju. Wypuściłam głośno powietrze.

– Masz jakiś konkretny powód, by mnie tam nie wpuszczać? – zaczęłam agresywnie.

– A żebyś wiedziała, że mam. Jemioła właśnie zakłada szwy i opatrunki, ostatnie, czego potrzebuje, to byś tam wpadła z całą tą awanturą wypisaną na twarzy.