Na wojnie nie ma niewinnychTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Siedzieli rozwaleni na ławkach przy jednym ze stołów. Blatu nie było widać spod sterty puszek po piwie. Ośmiu bardzo wesołych wilków. Z odległości pięciu metrów nawet ja wiedziałam, który z nich zostawił na moich drzwiach kroplę krwi, a który razem z nim wdrapał się na schody. Wilczyca ich wyczuwała i miała ochotę pobawić się jedzeniem.

– Hej, zdaje się, że nie zastaliście mnie w domu, a pewnie chcieliście pogadać, wyspowiadać się, oddać nie tylko ubrania, lecz także ich właściciela – powiedziałam głośno, by zwrócić ich uwagę.

Nie zareagowali najlepiej. W ułamku chwili wystrzelili w naszą stronę dwie kule, całkiem niecelnie, ale uznajmy to za jasny komunikat. Skoczyłam do przodu, wyciągając miecz. Bjørn był tuż obok ze srebrnym nożem w dłoni, podobnie Miron. Joshua z glockiem naładowanym srebrem osłaniał tyły na wypadek, gdyby Pełnia nie była tak wymarła, jak sądziliśmy, albo gdyby wilki rozbrykały się odrobinę za bardzo. Ustaliliśmy taki podział zadań wcześniej. Anioł nie czuł się komfortowo, wszczynając burdy, co innego, jeśli stanowił nasze zabezpieczenie i ochronę. Na przykład wtedy, kiedy jeden z wilków, osiłek ze spływającą na pierś brodą, wyciągnął obrzyna i wycelował w plecy walczącego z dwoma innymi Mirona, Joshua nie miał żadnego problemu z przestrzeleniem napastnikowi ramienia, zanim ten zdążył pociągnąć za spust. Kiedy zdołałam powalić cięższego ode mnie o jakieś trzydzieści kilo wilka, który wciąż był jednak zbyt przytomny, by mogło mi to wyjść na zdrowie, anioł bez wahania ogłuszył gramolącego się z gleby bandytę kolbą przejętego obrzyna. Akurat rozpraszało mnie wilcze ramię, które miażdżyło mi tchawicę, więc powitałam wsparcie z radością. Może Joshua nie był takim pacyfistą, jak zwykł mówić, a może obcowanie z nami zmusiło go do elastycznego definiowania agresji, faktem jest, że zaangażował się nieco bardziej, niż zakładał.

Bjørn jednego ululał na dłużej, dwóch związał plastikowymi zaciskami do kabli jak precle. Miron solidnym zamachem zderzył dwa wilki czołami na tyle skutecznie, że obaj poczuli narastającą i nieodpartą potrzebę drzemki. Nie spali długo, ale wystarczająco, by diabeł pożyczonymi od Bjørna opaskami związał im dłonie. Sprawiedliwy podział przeciwników. Po czterech, może pięciu minutach nasza czwórka stała, tamci leżeli na trawie, bardziej lub mniej przytomni, a ja stałam nad tym, którego zapach nas tu przyprowadził, oblizując rozciętą wargę. Dżentelmen u moich stóp zdążył mnie kopnąć w twarz, zanim ja kopnęłam go w jaja. Po prawdzie – oszukiwał, wykorzystał moment, kiedy jego kumpel założył mi duszenie. Kumpel prędko nie oprzytomnieje, nie po tym, jak zdzieliłam go łokciem w splot słoneczny, a Bjørn pogłaskał po skroni pięścią. Cóż, nie przestrzegaliśmy zasad honorowego obijania mord rodem z filmów klasy B – „wyłącznie jeden na jednego, a reszta patrzy i czeka na swoją kolej” – ale oni raczej też nie. Joshua koił, bo wilczyca najchętniej przegryzłaby im gardła – rozpoznała zapach dwóch kolejnych, uczestniczyli w pościgu za Vargiem. Tkwiła na tyle płytko pod skórą, że znów straciłam zdolność widzenia wszystkich kolorów, a kiedy się odezwałam, mój głos był bliski warkotu, gardłowy jak u wilków na krawędzi przemiany.

– Możesz mi to ułatwić albo możemy się nieco pobawić. Wiem, że byłeś u mnie w domu, wiem, że zostawiłeś u mnie zakrwawione ubranie Varga. Wiem też, że uczestniczyłeś w leśnym pościgu, więc skróćmy tę część, kiedy wszystkiemu zaprzeczasz, przysięgasz, że nic nie wiesz, i odwołujesz się do mojej litości, bo tej dla ciebie nie mam, zrozumiano? – zapytałam, dociskając okuty stalą nosek glanów do miękkiej powierzchni jego brzucha, piętę opierając odpowiednio niżej. Mam dość długie stopy, nie poradzisz.

– Goń się, suko. – Splunął wymownie.

– Bjørn, Miron, podnieście go i przytrzymajcie dla mnie, dobrze? – Uśmiechnęłam się słodko. Zrobili, o co prosiłam, bez sprzeciwu. Uderzyłam z całej siły, pięść miękko wylądowała gdzieś na wysokości wątroby, może nieco bardziej w lewo. Sapnął ciężko, ale nie wykazał woli konwersacji. Uderzyłam jeszcze raz. Wilczyca pompowała mi do krwi tyle adrenaliny, że siła uderzenia odrzuciła mu głowę do tyłu, a z nosa chlusnęła mu posoka.

– Gdzie jest Varg? – Schwyciłam go za podbródek i przysunęłam jego twarz do mojej. – To może potrwać, ale i tak się dowiem… kwestia, jak szybko dojdziesz do siebie. I czy w ogóle. Na razie nie zrobiłam ci nic, co by się nie wygoiło, ale skończyła mi się cierpliwość.

– Nic ci nie powiem. Zdradzając Alfę, równie dobrze mógłbym sobie strzelić w głowę – wycharczał, a krwiste bąbelki spłynęły mu po brodzie.

– Jeśli chodzi o mnie, na jedno wychodzi – warknęłam, a moja pięść odszukała kolejne miękkie miejsce na jego podbrzuszu. Jęknął, ale nie pękał. Cóż, czas na małą psychologiczną gierkę. Wyciągnęłam srebrny nóż i pojemnik ze srebrem koloidowym.

– Im dłużej nie mówisz, tym więcej wzorków zdążę zostawić… Może na początek to, byś pamiętał, dlaczego cię to spotyka…

Rozerwałam mu koszulę na piersi, guziki potoczyły się w trawę. Ostrze polizało jego ciało, od obojczyka aż do pępka, nie za głęboko, nie chciałam go wybebeszyć, jeszcze nie czas na sekcję, ale dość, by przeciąć do skóry właściwej. Czerwone strumyczki spływały raźno na jego skórzany pas. Dodałam drugie cięcie, od pępka do drugiego obojczyka. Piękne V ozdobiło pierś wilka, który ośmielił się przelać krew mojego partnera, naruszyć spokój mojego domu i drwić, kiedy ja odchodziłam od zmysłów. Może na dobre odeszłam, kto wie, zaświeciła mi myśl, kiedy mnie samą zaskoczył nieco szalony śmiech, który wydobywał mi się z ust. Przez chwilę potrząsałam puszką ze srebrem przed jego nosem. Po samym srebrnym sztylecie rana miała szanse zagoić się dość ładnie, jeśli będzie miał wystarczająco sił, by się szybko zmienić. Płynne srebro utrudniało przemianę, a u słabszych wilków czyniło ją niemożliwą. Coś mi mówiło, że ten tu nie należał do pierwszej piątki w stadzie.

– Każda suka, z którą zlegniesz, będzie miała przed oczami inicjał Varga, o ile pożyjesz dość długo, by z jakąś zlegnąć.

Podskoczyłam, kiedy rozległ się strzał, ale okazało się, że to tylko Joshua posłał kulkę kilka centymetrów od kolana kolesia, który wykazywał zbyt wiele energii, gdy powinien po prostu leżeć ze związanymi rękoma. Anioł nic nie powiedział, tylko popatrzył na nieszczęśnika wzrokiem, którego nie powstydziłby się Brudny Harry, ale z nutką melancholii, coś jak „nie każ mi tego robić, bo nie znajduję w tym przyjemności”.

– Na czym to skończyliśmy? – zapytałam z udawaną lekkością. – A tak, właśnie przypominałam sobie Roberta… może go pamiętasz? Był, zdaje się, bratankiem Brunona… ale wujaszek nie obronił go przede mną, kiedy mnie naprawdę wkurwił… Pamiętasz, co mu się przydarzyło? – Nie ukrywam, że mój psychopatyczny uśmiech wzorowałam na kreacjach Jacka Nicolsona. Nawet bez umiejętności uniesienia jednej brwi w elegancki trójkąt, robił wrażenie w takich sytuacjach.

Wilk zadrżał, a Miron i Bjørn musieli mocniej go chwycić, kiedy próbował wyszarpnąć się poza zasięg moich rączek.

– Nie kuś jej, ona lubi, gdy zostają ślady – powiedział Bjørn, wykrzywiając twarz pokrytą bliznami w czymś, co miało chyba być współczującym uśmiechem.

Zadziałało znakomicie, może nawet lepiej niż wspomnienie Roberta, któremu wypaliłam srebrem na piersi pieczęć, dożywotnio uniemożliwiającą mu wilczą przemianę. Ale on wkrótce potem zmarł, a Bjørn nosił swoje blizny tu i teraz.

– Ty mu to zrobiłaś? – wycharczał. W jego oczach widziałam prawdziwy strach.

– Jest moim Betą. Miewam humory – odpowiedziałam. Nie mogłam skłamać, nie wprost, bo nawet wilk na granicy paniki mógłby wyczuć kłamstwo, jeśli był na to wyczulony. Sama myśl, jak wiele zrobiono Bjørnowi, by zostawić mu na twarzy, szyi i czaszce grube, połyskujące napiętą skórą blizny, budziła przerażenie. Nie tylko we mnie.

– Bruno go ma… Twojego partnera… Kazał nam zapolować na niego w wilczej formie, ale nie wiem, gdzie go trzyma… Przysięgam, powiedziałbym, gdybym wiedział…

Spryskałam V na jego piersi srebrem i pozwoliłam mu wykrzyczeć w niebo ból, nim powiedziałam:

– Dowiedz się. A potem przyjdź i mi powiedz. A jeśli nie, znajdę cię i będziesz błagał o to, bym cię dobiła. – Uderzyłam raz jeszcze na odlew, by mocniejszy akcent konwersacyjny wdrukował mu moją groźbę w pamięć. Bjørn i Miron w tym samym momencie go puścili, więc zatoczył się do tyłu i upadł, obijając sobie łeb o drewnianą ławkę. Odeszliśmy, nim którykolwiek powstał.

– Bardzo ładnie pracujesz na moją reputację, Bjørn – powiedziałam, gdy byliśmy poza zasięgiem ich słuchu.

– Czasami już ona wystarczy, by cię utrzymać przy życiu, Cahan. A tego raczej nie zapomną. Nawet gdyby próbowali, przypomnę im swoją gębą, ilekroć się pokażę.

– Co teraz? Wciąż niewiele wiemy. – Miron nie krył frustracji.

– Niekoniecznie. Człowiek Brunona przyznał przy świadkach, że polował na mojego partnera na rozkaz swojego Alfy. I użył słowa „trzyma go”, więc Varg zdecydowanie jest w rękach Brunona.

– Czy nie wiedzieliśmy tego wcześniej? – zapytał Joshua.

– Domyślaliśmy się. To nie to samo. O wyznaniu tego wilka mogę powiedzieć Starszyźnie, o przeczuciach tylko wam.

– Więc co dalej? – Miron się niecierpliwił i nie dziwiłam mu się. Dreptaliśmy w miejscu.

– Wpadniemy do Pełni za godzinkę czy dwie, gdy będzie tu więcej ludzi. Zapytamy uprzejmie o miejsce pobytu Varga. A jeśli się nie dowiemy, będę improwizować.

– Będziemy się bić z całym stadem? – Bjørn ciężko westchnął. Nie dlatego, że sama myśl wydawała mu się niemiłą, ale w pewnym wieku rozrywki szczeniaków mogą już spowszednieć.

– Nie, będziemy handlować z tubylcami szklanymi paciorkami. – Zachichotałam, widząc uniesioną brew anioła. Handel był mu równie obcy jak mordobicie.

 

*

Do Pełni wróciliśmy dwie godziny później. Samochodem, z nakarmionym i pełnym sił Bjørnem. Zapadał wczesny zmierzch, dzień powoli ustępował nocy. Dla mnie oznaczało to, że kończył mi się czas, a Varg kolejną dobę był zdany na łaskę wroga. Mało radosna perspektywa.

Przez te dwie godziny sporo się w Pełni zmieniło. Na parkingu stało jeszcze więcej aut i kilka motocykli. Zza uchylonych drzwi dochodziły mnie dźwięki pulsującej muzyki i przekrzykujących ją wilków, stukot szkła i odgłosy zderzających się bil. Pełnia nie była opuszczona, to rzecz pewna. Ale jak na lokal stada prezentowała się dość dziwacznie. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to niedobór wilków. Dokładniej, niedobór wilków Brunona. Przed klubem czekała na nas grupka zakapiorów, ale z pewnością nie należeli do stada. Wataha lub samotnicy. Pozostali w zasięgu wzroku byli po prostu bandziorami wielu ras i afiliacji, i na teren wilczego baru nie powinni być nawet wpuszczeni. Dziwne, bardzo dziwne. Spojrzałam na Bjørna, czy to zauważył – zmarszczony nos i czujne spojrzenie pozwoliło stwierdzić, że i owszem.

– Nie jesteś tu mile widziana, wiedźmo – burknął wilk o siwych skroniach i spalonej słońcem twarzy pokrytej bruzdami.

Jego długie włosy i skórzane ciuchy osadzały go niemal w stereotypowym wyobrażeniu członka gangu motocyklowego, choć przecież te stereotypy nie brały się z powietrza. Nie pachniał stadem. Mogłam tylko zakładać, co to oznacza. Mogłam wybrać najgorszą lub najlepszą dla mnie wersję tego, co, jak mniemałam, miało miejsce. W pierwszym przypadku powinnam wyciągnąć glocka i zacząć strzelać srebrem. W drugim – należało spróbować się porozumieć. Mimo wilczycy dyszącej mi w kark, cieszyłam się reputacją kobiety, która potrafi się dogadać, a wilkowi chyba nie do końca pasowała rola, do której został wyznaczony. I grzechem było nie spróbować.

– Nazywam się Dora Wilk, z kim mam przyjemność? – zapytałam bardzo grzecznym tonem, czym zaskoczyłam go niepomiernie.

Może faktycznie nie spodziewał się tego, jeśli już wiedział, jak wyglądała moja ostatnia wizyta w Pełni.

– Ksawery – odpowiedział.

Ciało wciąż miał usztywnione, a głowę lekko pochyloną, jakby spodziewał się ataku.

– Bądź pozdrowiony. – Ukłoniłam się lekko, bez okazania mu posłuszeństwa, ale z szacunkiem. – Szukam mojego przyjaciela, zaginął jakiś czas temu i bardzo się martwię jego losem. Jest moim partnerem – dodałam.

Dla każdego wilka więź partnerska była czymś wyjątkowym, ale dla nomadów, a za takiego brałam mojego rozmówcę, była świętością. Nie mieli terytorium, często także stałego stada, wiecznie w drodze. Dla nich partner stanowił cały świat, rodzinę i dom, jaki mogą mieć. Drgnął. Ale nie zmienił chłodnej miny.

– Dowiedziałam się, że za jego zniknięcie odpowiada Bruno. Swoim zachowaniem zmusił mnie do wypowiedzenia mu wojny, co też czynię. Możesz mu przekazać, że wszelkie pokojowe ustalenia między nami wygasły, odkąd mam dowody, że porwał i przetrzymuje mojego wilka. Po drugie, moje stado ufundowało nagrodę dla każdego, wilka czy nie, który zdoła udzielić mi informacji użytecznych dla odnalezienia Varga. Wierz mi, to spora kwota. Po trzecie, co może cię zainteresować w szczególności… proponuję umowę dla nomadów, wędrowców i samotników, którzy pomogą mi w potyczce z Brunonem i odbiciu Varga – zanęciłam, czekając, czy chwyci.

– A co dokładnie przewidywałaby taka umowa, wiedźmo? – Starał się nie okazać zainteresowania, ale błysk w jego oku był znaczący.

– Zgodę na przemieszczanie się w obrębie terytorium mojego stada i na polowanie w naszych lasach po uprzednim uzgodnieniu terminów. Bez myta. I co najważniejsze, jeśli nomada zechce osiąść na stałe, obiecuję mu okres próbny, a jeśli wpasuje się w moje stado, stanie się jego częścią. Bez kontrybucji, wkupnego i konieczności stawania z każdym w szranki dla ustalenia pozycji w hierarchii. Wyznaczę mu nie więcej niż trzech partnerów do pojedynku dla ustalenia poziomu. I żadnego „na śmierć i życie”. Prosta próba sił i deklaracja nomady, że będzie przestrzegał praw stada i szanował jego członków.

To była cholernie wspaniałomyślna oferta. Wedle wilczego prawa nomada powinien walczyć z alfą lub betą, by dowieść siły. A potem w dół, aż dojdzie do swojego miejsca w hierarchii. Miał na to zaledwie tydzień, co oznaczało kilka czy kilkanaście walk, od najsilniejszych osobników w stadzie począwszy, w ciągu kilku dni. Mało który przeżywał, jeśli nie trafił na stado, które chciało go na tyle, by nie dążyć w walce do poważnych obrażeń. Szanse na to, by nomada dołączył do stada, były nikłe, bo zwykle nie dożywał trzeciej, czwartej walki. Sytuacje takie jak szczeniaka Sebastiana, którego wprowadziłam do stada, bo miałam kaprys uratować mu dupę, się nie zdarzały. Wiedziałam, że moja propozycja stanowiła precedens i Olaf zechce odbyć na ten temat małą rozmowę, ale jeśli dzięki temu dowiem się, gdzie jest Varg, i, co nie mniej ważne, uzyskam pomoc wilków, które nie należą do mojego stada i mają zgodę na przebywanie na terytorium Brunona (a skoro są w Pełni, tak być musiało) – uważam, że jest to warte tej ceny.

Nomadą można się stać na wiele sposobów. Ale prawie zawsze był to stan niemiły, bo sprzeczny z wilczą naturą. Wilk potrzebował terytorium, przynależności do stada. Wtedy miał większe szanse na sparowanie i założenie rodziny, bezpieczeństwo, długie i dobre życie. A przy całym wizerunku twardych sukinsynów, wilki wysoko ceniły wartości rodzinne. Po twarzy Ksawerego widziałam, że właśnie o tym wszystkim pomyślał.

– Gdybyś dowiedział się czegoś, co mogłoby mnie zainteresować, daj znać. Znajdziesz mnie bez trudu, pytaj w Szatańskim Pierwiosnku.

Nie naciskałam bardziej, wyminęłam go i weszłam do Pełni. Goście wydawali się mocno zaskoczeni, widząc, że przekraczam próg. I nagle stało się jasne, jakie rozkazy dostał Ksawery. Najłatwiej nieprzyjemne obowiązki odźwiernego zrzucić na wilka, który korzysta z twojej uprzejmości, znajdując się w gościnie na twoim terytorium. Mniejsza strata, jeśli oberwie. Tymczasem słyszeli odgłos odpalanego motocykla, a potem trzech kolejnych i oddalający się hałas maszyn. Nie tracąc czasu, powtórzyłam to, co powiedziałam wcześniej Ksaweremu – o wojnie i nagrodzie, pomijając kwestię nomadów, bo nie widziałam w środku nikogo, kto by pasował do tej etykietki, a wiedzy o tym, że próbuję ich skaptować, wolałam Brunonowi oszczędzić.

Wychodząc z Pełni, kątem oka wyłapałam wśród stojących przy stole bilardowym mężczyzn Jędrka, wilka, który miał wobec mnie zajebiście wielki dług po tym, jak uratowałam mu życie, kiedy trafił w niewolę do Maga. Uratowanie jego i trzech wilków z Trójprzymierza zapoczątkowało wszystkie moje wilcze kłopoty, więc naprawdę nie przesadzałam, mówiąc o kolosalnym długu. Zmierzyłam Jędrka wymownym spojrzeniem, aż poczuł się nieswojo i cofnął o krok.

Byłam przy drzwiach wyjściowych, po zadziwiająco pozbawionej agresji wizycie w Pełni, kiedy w moją stronę poleciało krzesło, a potem szklany kufel z piwem. Uchyliłam się, ale sekundę potem dwa wilki ruszyły na mnie z kijami bilardowymi w dłoniach. Jędrek cofnął się kolejny krok. Nie pozostało mi nic innego, jak dobycie miecza. Bjørn przysunął się bliżej, by chronić moje tyły.

Dziesięć minut później wychodziłam nieco zgrzana i spocona z baru, wycierając miecz w nogawkę spodni. Tyle jeśli idzie o dyplomację – czasami się sprawdza, czasem ni chuja, wszystko zależy od tego, jak bystry jest twój interlokutor. Niewykluczone, że dwa wilki zapłacili za tę lekcję życiem; kiedy wychodziłam, jeszcze dychali, ale nie postawiłabym złotówki na to, że się wyliżą. Nie bez Brunona, który wymusiłby przemianę przyspieszającą leczenie. Chętnie dowiedziałabym się, gdzie się ukrywa ten łotr – bo tak właśnie można było odczytać nieobecność jego i jego przybocznych w Pełni. I tak wojna przestała być tylko ideą, skoro przypieczętowałam ją krwią przeciwników. Martwiło mnie to chwilę, ale potem Bjørn powiedział coś, co brzęczało mi w głowie ponurym echem:

– Na wojnie nie ma niewinnych, albo są z tobą, albo przeciw tobie. Nie ma wstrzymywania się od głosu. W ich interesie leży, by skończyła się jak najszybciej. Dałaś im lepszą motywację niż same słowa. I nie myśl o nich zbyt wiele, może byli pierwsi, ale jeśli to potrwa dłużej, na pewno nie będą ostatni.

Wracaliśmy w grobowych nastrojach. Miron prowadził, a Joshua był całkiem nieobecny myślami. W cichości serca wiedziałam, że nie powinnam ich zabierać na tę eskapadę. Nie powinni być widziani u mego boku, kiedy wypowiadam wojnę. Ktoś zbyt drobiazgowo podchodzący do symboliki zdarzeń mógłby się zastanawiać, jak ich obecność w Pełni ma się do rozejmu międzysystemowego i paktu o nieagresji. Bo co innego, gdy dochodzi do mordobicia w knajpie, co innego, gdy używam słowa na „W”. Wolałabym go uniknąć, ale… wojna pod pewnymi względami jest skrajnie niehumanitarna, ale pod innymi – sformalizowana do bólu. W naszym świecie też mamy swoją wariację konwencji genewskiej (u nas to kilka paragrafów w porozumieniu międzygatunkowym). Varg nie był już anonimową ofiarą porwania. Stał się jeńcem wojennym. Miał swoje prawa. A poważne uszkodzenie mojego wilka mogło Brunona wiele kosztować i to nie do mojej kasy. To jedyna ochrona, jaką mogłam mu teraz zapewnić. Niepewna, opierająca się na założeniu, że porywacz przestrzega zasad (wątpliwe), ale dawała Vargowi kilka procent szans więcej na przeżycie.

Przejeżdżaliśmy właśnie przez dzielnicę piekielników, ledwie przecznicę od Otchłani, kiedy zauważyłam idącego chodnikiem Nathaniela. Miron też go już dostrzegł i dał ostro po hamulcach. Wysiedliśmy z wozu, nieco przytłaczając Nata swoim zainteresowaniem. Gdy po krótkim powitaniu Miron zadał pytanie, które i mnie nurtowało, czyli „co tu robisz, do diabła?!”, jego braciszek spokojnie wyjaśnił, że szukał Joshui. Był w naszym mieszkaniu i Szatańskim Pierwiosnku, a gdy tam go nie zastał, postanowił szukać go w ostatnich miejscach, w jakich spodziewałby się znaleźć normalnego anioła. Jak widać miał rację, skoro Joshua stał teraz przed nim. To była żelazna logika spod znaku Nisima; nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że dzieciaki w szkole nauczą się nieco więcej niż tabliczki mnożenia.

Przez chwilę obserwowałam, jak Joshua i jego przyrodni brat rozmawiają „na stronie”, a mina anioła sygnalizowała, że właśnie usłyszał coś bardzo nieprzyjemnego. Mowa ciała tych dwóch nie pozostawiała wątpliwości. Joshua chciał pomóc pisklakowi. Podeszłam do Mirona na tyle blisko, by nie usłyszeli naszej rozmowy.

– Wiesz, o co chodzi?

– Domyślam się – powiedział spokojnie.

– Za chwilę podejdą i poinformują nas grzecznie, że mają pilną sprawę do załatwienia i wrócą za parę godzin, prawda?

– Najpewniej.

– Miron, chcę, byś poszedł z nimi.

– Bo? – Nie kłócił się, czekał na argumenty.

– Po pierwsze, czuję, że to jest niebezpieczne, swędzi mnie tył głowy, jak zawsze, gdy coś wisi w powietrzu. I to uczucie pojawiło się dopiero teraz, co biorąc pod uwagę okoliczności, jest wyraźnym sygnałem. Do problemu, z jakim przyszedł Nat, dodaj moich wrogów, którzy mogą wpaść na to, że anioł i pisklę są delikatniejsi niż ja czy ty. Dla Brunona czy Katarzyny mogą być łatwiejszymi celami, a ja nie zniosę kolejnych przyjaciół w roli zakładników. Przecież nasz anioł poza pełnią majestatu ma dość żałosną wartość bojową. On jest opiekunem, nie wojownikiem, boję się o niego, o nich.

Niechętnie, ale przytaknął.

– Ja nie mogę teraz zostawić sprawy z Vargiem, a nie chcę myśleć, że muszę wybierać.

– A drugi powód?

– Przez ostatni kwadrans zastanawiam się, kiedy ktoś wyciągnie moją wojnę z wami u boku jako zaburzenie rozejmu.

Znów przytaknął.

– Zgoda – powiedział po chwili – ale nie na stałe. Zajmiemy się sprawą, z jaką przyszedł Nat, a potem wracamy do ciebie. Nie pozbędziesz się nas i mam w dupie, co sobie pomyślą wszyscy ścięci i ci mniej święci.

– Z tobą mogą skończyć szybciej. Do tego czasu mam Bjørna.

Uścisnęłam rękę, którą wyciągnął dla przypieczętowania umowy.

I jakaś część mnie pomyślała, że istnieje jeszcze jeden powód, o którym nie chciałam mówić. Wojna jest brudna. Niewykluczone, że i ja nie wyjdę z niej całkiem czysta. Jeśli będę musiała zrobić coś, co mi się będzie potem śniło w koszmarach, wolałam, by mnie wtedy nie widzieli. Zwłaszcza Joshua. Wciąż pamiętam ten błysk przerażenia przy pierwszym dziś podejściu do Pełni. Mój anioł bał się, że przekroczę granicę, zza której nie ma odwrotu. Ja bardziej bałam się, że jeśli zobaczy, że ją przekraczam, będzie czuł, że nie może do nas wrócić.

Uzgodniliśmy, że Miron, Joshua i Nat wezmą samochód Bjørna (który dziwnie odetchnął na myśl, że nie będę miała okazji prowadzić jego auta), my zaś zostaniemy z ravką. Gdy dotarliśmy pod Szatański Pierwiosnek, przesiedli się do jeepa, który wyglądał jak wynik burzliwego romansu pojazdów z MASH z pojazdami z Odysei kosmicznej 2001. Faceci i ich samochody! A wilki i ich samochody nawet bardziej.

 

Bjørn nie śpieszył się z wysiadaniem z auta, wyraźnie chciał o czymś pogadać. Przez chwilę bawił się gałką od radia, po czym powiedział:

– Chciałbym mieć pewność, że on żyje… że nie szukamy trupa. – Jego głos zadrżał.

Przysunęłam się bliżej, objęłam dłońmi jego pokiereszowaną twarz i spojrzałam mu prosto w oczy.

– Bjørn, możesz mi wierzyć, Varg żyje. I znajdziemy go. Wróci do nas.

– Skąd masz pewność?

Tak bardzo potrzebował tej wiary… Ze starego stada zostało trzech mężczyzn, on, Varg i Olaf, a pod ich opieką znalazło się kilka kobiet i kilkanaścioro dzieci. We trzech zdołali przejąć terytorium innego stada, usunąć dotychczasowego alfę i podporządkować nowym regułom kilkadziesiąt wilków, w tym paru naprawdę twardogłowych. Byli kręgosłupem nowego stada. Utrata choć jednego elementu zachwieje równowagą, miałam tego pełną świadomość. Dochodziła jeszcze szczera przyjaźń, dość silna, by przetrwać potworne okaleczenie Bjørna i wyrzuty sumienia Varga, która w ostatecznym rozrachunku stała się tym, co ich uzdrowiło na tyle, że dziś znów byli częścią stada, nie zdziczałymi wyrzutkami. Jeśli ktoś rozumiał gniew mojej wilczycy z powodu odebrania jej partnera, to właśnie Bjørn, któremu odebrano przyjaciela.

– Bjørn, gdyby Varg zginął, zginęłaby część mnie. Wilczyca wiedziałaby, nawet przy niepełnym wiązaniu, że jej partner nie żyje. On na nas czeka, cholernie cierpi, ale żyje. Znajdziemy go.

Odetchnął, kiedy nie usłyszał w moim głosie fałszu.