Na wojnie nie ma niewinnychTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jego blady uśmiech nie przekonałby nikogo. Był wytrącony z równowagi i czuł, że musi wybierać. I to go raniło.

Wiedziałam, co muszę zrobić, choć wiedziałam też, że nie będzie to łatwe. Po kolei. Jeśli nie zaplanuję tego odpowiednio, nie zgodzą się. Zerknęłam za zegarek. Od mojej rozmowy z Olafem minęły ponad dwie godziny.

– Chłopcy, musimy skoczyć do Torunia. Trzeba odebrać Bjørna z Baru przy Rozdrożu, nie chcę, by samotnie wkraczał na terytorium Brunona. Jeden zaginiony wilk wystarczy.

– To brzmi jak plan. – Diabeł dopił piwo i był gotów do drogi.

Staliśmy już przy samochodzie, gdy przypomniałam sobie, że zdecydowanie musimy zabrać z mieszkania broń. Kiedy przypięłam kaburę z glockiem, pochwę z mieczem z anielskiej stali i dodatkowe pochewki z nożami, poczułam się znacznie spokojniejsza. Zwykle gdy nosiłam na sobie pełen arsenał, zakładałam nań magiczny kamuflaż, by nie świecić bronią między ludźmi, których z zasady denerwuje jej widok. Tym razem nie użyłam nawet ćwierci zaklęcia. Jeśli się wystraszą, może szybciej dostanę to, czego potrzebuję. Miron nie przepadał za bronią palną, ale nawet on, oprócz noża, zabrał swojego glocka. Srebrne naboje stale trzymaliśmy na podorędziu. Właściwie miały tylko srebrny trzon pod ołowianym płaszczem, a powierzchnię pokrywał cieniutki osad ze srebra, ale były to najlepsze srebrne naboje, jakie zdołałam kupić. Z całym szacunkiem dla tradycji Lone Rangera – odlanie kul do glocka z czystego srebra przerasta nawet krasnoludzkich rusznikarzy. Srebro jest zwyczajnie za miękkie i za cholerę nie trzyma formy. Nie w tak ekstremalnych warunkach jak obłok płonącego gazu po przebiciu spłonki. Ale posrebrzane kule ze srebrnym serduszkiem były wystarczające, by bardzo skrzywdzić wilka. A jeśli by nie wystarczyło, miałam jeszcze srebrne ostrze – tu stop był znacznie czystszy, nawet kosztem ostrości (ale też nie do filetowania ryb go potrzebowałam) – oraz srebro koloidowe w aerozolu. Byłam gotowa na antywilczą krucjatę.

Schodziliśmy po schodach do samochodu, kiedy wyłonił się zza węgła. Jego chłopięca (wbrew metryce) twarz nie wyrażała żadnych emocji, kiedy oświadczył:

– Teodoro Wilk, moja Pani chce cię widzieć.

– Odwiedzę ją w wolnej chwili – zapewniłam i próbowałam go minąć.

– Nie zrozumiałaś. Moja Pani domaga się twej wizyty właśnie teraz – powiedział głosem równie twardym, jak jego uchwyt na moim ramieniu.

Miron i Joshua napięli się, gotowi obić śliczną buźkę Kaspiana, ulubionego posłańca Katarzyny. A to wkurzyłoby ją niepomiernie, bo wyraźnie miała do niego słabość. Raczej nie za jego walory intelektualne. Westchnęłam więc tylko i uspokoiłam przyjaciół.

– Jeśli sobie życzy odwiedzin, niech będzie, a ty możesz już zabrać rękę z mojego ramienia, jeśli nie chcesz, by twój gest został mylnie zinterpretowany jako fizyczne zagrożenie – powiedziałam i spokojnie, ale bezwzględnie wyzwoliłam się z chwytu Kaspiana.

I wiedziałam, że to nie jego wina. Nie zrobiłby nic bez wcześniejszych dyspozycji swojej Pani. A to kazało mi się zastanawiać, gdzie się podziała sławetna subtelność Katarzyny i dokąd to wszystko prowadzi.

Rozdział 3

Katarzyna czekała na mnie w swoim salonie. Jej piękna twarz wyrażała niewiele lub nic, kiedy zbliżałam się do niej, prowadzona przez sługę. Albo Kaspian był nadgorliwy, albo ona polubiła teatralne efekty i chciała, bym czuła się „doprowadzona przed jej oblicze”. Chłopak ukłonił się swojej Pani i opuścił pomieszczenie. Katarzyna przyglądała mi się bez słowa. Nie zaproponowała, bym usiadła, nie powitała w swoim domu, a chłód w jej spojrzeniu ścinał krew w żyłach. Coś było nie tak.

– Wpłynęła skarga na twoje zachowanie – powiedziała w końcu.

Skinęłam głową, domyślając się, kto się skarżył. Pewnie nie pierwszy raz, ale pierwszy raz to wystarczyło, by doprowadzono mnie na dywanik.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? – Jej ton jak żywo przywodził na myśl surową matkę, która przyłapała córkę na obściskiwaniu się z parobkiem w ciemnej sieni.

– Nie bardzo wiem, co chcesz usłyszeć. Moją skruchę, że Bruno zawraca ci głowę? Nie mam na niego wpływu i nie poczuwam się do winy. Jest dupkiem, zawsze był.

– Jest członkiem Starszyzny – powiedziała twardo.

– Przykro mi z tego powodu.

– Twoje zachowanie jest poniżej jakiejkolwiek granicy! – Rzadko słyszałam jej uniesiony głos. Zwykle bardzo bym się przejęła, ale nie dziś. Rozumiałam, do czego zmierzamy, i naprawdę nie chciałam nic ułatwiać.

– Wybacz, ale mam pełne podstawy do zdenerwowania czy nielubienia Brunona. Zaginął członek mojego stada. A Bruno maczał w tym palce. Jego ludzie mi grozili, on sam też dorzucił swoje trzy grosze. W tych okolicznościach nie możesz ode mnie oczekiwać pokory.

– Zawsze mogę od ciebie oczekiwać pokory. Jestem twoją mentorką.

Zagrała tą kartą. Niesamowite. Po tylu latach, doczekałam się.

– Cóż, to akurat łatwo zmienić. Kilkakrotnie wspomniałaś, że nie potrzebuję już mentorki. Mogę samodzielnie podejmować swoje decyzje. I zamierzam to robić, więc będzie lepiej, jeśli rozwiążemy umowę mentorską. Zgodnie z twoimi sugestiami, ponawianymi od miesięcy.

Wstała z fotela z furkotem tiulowych spódnic. Wyraźnie wzburzona podeszła do okna, odwracając się do mnie plecami.

– Tak po prostu? – powiedziała po chwili, z trudem panując nad nerwami.

– To nie jest dla mnie proste, ale najwyraźniej konieczne.

– Bo?

– Bo próbujesz wykorzystać naszą więź do manipulowania mną i skłonienia mnie do zarzucenia czegoś, czego zarzucić nie zamierzam. Umowa mentorska, co do znudzenia mi powtarzałaś, opiera się na pełnym obustronnym zaufaniu. A ty, jak widzę, nie ufasz mojemu osądowi. I jeśli mam być szczera, sama zaczęłam kwestionować twój. Opiera się też na szacunku, a w tej chwili nie potrafię go zbyt wiele w sobie odnaleźć.

– Jak śmiesz! – Odwróciła się wściekła i przez ułamek sekundy widziałam zupełnie jej inne oblicze niż spokojne piękno, którym emanowała w sytuacjach publicznych.

– Wybacz, nie chciałam cię urazić. Zapomniałam, że nadmiar szczerości może być kłopotliwy.

– Zakazuję ci… – zaczęła.

– Nie kończ, Pani. Nie wyniknie z tego nic dobrego, ani dla nas, ani dla ogółu. Nie mogę spełnić twojej prośby. Jeden z moich bliskich potrzebuje pomocy. Nie odwrócę się, nie zapomnę o nim dlatego, że mnie o to poprosisz, czy, jak planowałaś, nakażesz i zakażesz. Przykro mi.

– To tylko zwierzę! Jesteś w stanie dla jakiegoś kundla odrzucić wszystko, co tu osiągnęłaś? Moją aprobatę?

– Twoja aprobata jest mniej warta niż kępka sierści na jego ogonie – powiedziałam, nie kryjąc gniewu. – Jest w takim samym stopniu zwierzęciem jak ja, więc uznaj to za bunt złych genów.

Zrobiłam krok w stronę wyjścia.

– Stój! – krzyknęła. – Zrobisz, co ci każę, albo…

– Albo co, Katarzyno? Zabijesz mnie? Możesz próbować, nie będziesz pierwszą ani ostatnią, która się tego podejmie. I, z całym szacunkiem, nie będziesz też najsilniejszą wśród tych, którzy próbowali. Więc proponuję: skończmy tę rozmowę, zanim powiemy więcej, niż będziemy w stanie potem zapomnieć.

– Jeśli teraz wyjdziesz, możesz zapomnieć o mojej protekcji!

Skinęłam głową, godząc się na ten warunek. Już w progu zapytałam, nie patrząc w jej stronę:

– Jedno nie daje mi spokoju. Co on na ciebie ma? Jak duże musi to być, że pozwalasz mu na więcej niż komukolwiek? Co wpadło mu w łapy, że pozwalasz mu sobą sterować w tak rzucający się w oczy sposób? Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie, już wtedy, kiedy odmówiłaś oficjalnego postępowania wobec jego bratanka, mimo że był gwałcicielem i mordercą. Znam cię, a przynajmniej myślałam, że znam cię na tyle, by wierzyć, że było to sprzeczne z twoimi ideałami. Teraz nie wiem… Przecież mogłabyś go zgnieść jak robaka.

Poczułam zmianę energii, zanim jeszcze kula ognia przeszyła powietrze. Błyskawicznie założyłam osłonę i zza jej migotliwej powierzchni spoglądałam na buzującą wściekłością Katarzynę, słynącą dotąd z opanowania i łagodnego charakteru, i kulę ognia, która, mknąc w moją stronę, rozpalała powietrze, aż rozbiła się w snop iskier na mojej osłonie.

– Ogień, naprawdę? Nie myślisz, że żyjąc z pyrem, ochronę przed ogniem mam opanowaną do perfekcji? – Wzruszyłam ramionami.

– Mogłaś być kimś zupełnie innym, Teodoro! Mogłaś być wyjątkowa, potężna, gdybyś trzymała się swoich! Sama sprowokowałaś te cholerne dziwactwa, które cię nieustannie otaczają, te pułapki, w które wpadasz. I choć szkoda potencjału, jaki mogłaś zrealizować, wystarczy mi satysfakcja, że miałam rację. Trzeba cię było zabić, gdy tylko się pojawiłaś! Zbyt skundlona, by mogło ci to wyjść na zdrowie. Gdybyś mnie słuchała, gdybyś izolowała się od tego wilczego motłochu, nigdy nie aktywowałabyś tej bomby. Ale nie! Ty musiałaś wsadzić nos wszędzie, gdzie nie powinnaś. Każdy z nas ma coś, co spycha w niebyt, jeśli jest dość rozsądny, by wiedzieć, czego unikać, ale nie ty! – krzyczała.


Znów puszczały jej osłony i na chwilę na powierzchnię wypłynęło coś złego, ognistego i pulsującego czerwienią, tak różną od jej błękitno-turkusowej codziennej aury. Stałam, wciąż napięta i gotowa do odparcia ataku, zastanawiając się, czy wie, jak wiele mi pokazała. A jeśli tak, czy jest gotowa usunąć mnie na zawsze, by chronić swój sekret. Sekret, który zmieniał tak wiele…

– Uważasz, że lepiej zepchnąć kawałek siebie, jakby nie istniał? Nie, przepraszam, to nie tak… Wydaje się, że wolisz wersję, w której ukrywasz ten kawałek siebie, ale po cichutku korzystasz z przewagi, jaką ci daje? – zapytałam, czując że być może posuwam się za daleko.

 

– Nie wiem, o czym mówisz – żachnęła się Katarzyna, ale cień niepokoju przebiegł po jej znów gładkim, jasnym obliczu.

– Ilu z magicznych tak naprawdę nie odziedziczyło tylko jednej linii magicznej? Tyle razy powtarzałaś mi, że jestem wyjątkowa, że uwierzyłam. Czasami tylko zastanawiało mnie, jak to jest z tym dziedziczeniem magii. Owszem, jest recesywna, ale wędruje przez ludzkie pokolenia. Może być tak różnorodna, a jednak wybiera ograniczoną formę manifestacji? Dlaczego? Nigdy nie znalazłam w podręcznikach uzasadnienia dla tej pojedynczej emanacji. Bo przecież dziecko zrodzone z dwojga magicznych dostaje dwa zestawy recesywnych i magicznych genów? Więc skąd zasada pojedynczych linii? Miałaby sens, gdyby małżeństwo i rozmnażanie odbywały się tylko w obrębie linii, ale to skończyłoby się osłabieniem mocy, jak zwykle przy chowie wsobnym. Pytałam wielokrotnie ciebie, Juliany, Jemioły czy Darni, a wy odpowiadałyście, że tak już jest, a ja jestem wyjątkiem. A teraz zaczynam się zastanawiać, czy ta dominanta jednej linii nie jest programowana, wdrukowywana maluchom od najmłodszych lat na szkoleniu. Bo przecież to na tym polegał problem ze mną, prawda? Byłam pełnoletnia, kiedy na nie trafiłam, o wiele lat za późno. Już nie tak elastyczna jak dzieci, w jakimś stopniu ukształtowana, mimo że surowa i nieokrzesana…

– Powinnaś była wybrać! Zdecydować się! Nie robić z siebie dziwadła, o którym plotkują po kątach!

– Tak jak ty wybrałaś? – zapytałam złośliwie.

Jej mina sugerowała, że trafiłam, więc rozwinęłam podejrzenia.

– Ile osób wie, że Pani Ognia i Wody, wiedźma, która w tak błyskotliwy sposób opanowała sprzeczne żywioły, budząc podziw i szacunek, tak naprawdę jest sprzecznych linii magicznych? Wiedźma wody z wystarczającą domieszką furii, by bez wielkiej nauki i wysiłku zdobyć władzę nad ogniem. Nie sądzisz, że to hipokryzja? Każesz mi wybierać, robisz mi awanturę o to, jaka się urodziłam… gdy tymczasem sama nie tyle wyparłaś mieszane dziedzictwo, ile po prostu uczyniłaś z niego tajną broń i podstawę twojej błyskotliwej kariery. Myślę, że to ze względu na siebie w kółko powtarzałaś, jak nietypowe, niemal niemożliwe i przeczące prawom natury jest moje dziedziczenie sprzecznych linii. Bez tej otoczki nie mogłabyś kreować swojej wyjątkowej pozycji, prawda?

– Powinnam cię była zabić już wtedy, kiedy skan wykazał, jak skundlona jesteś. To Juliana uparła się, że powinnaś żyć. Zobaczyła coś w twojej przyszłości i postawiła na ciebie wszystko. Sentymentalna idiotka. Powinnaś być martwa w dniu, w którym skan pokazał nam, kim jesteś – mówiła ze złością, cedząc słowa, jakbym przyprawiała ją o nadkwasotę.

– Więc ukrycie przede mną połowy tego, co w sobie nosiłam, było kompromisem? Między jej „musi żyć” a twoim „chcę jej martwej”? Dobrze wiedzieć. Teraz mogę tylko zastanawiać się, w ilu przypadkach zabawiłyście się w Parki, decydując o ścieżce, którą dziecko ma pójść. Ilu jest takich jak ja? Ograniczonych ukierunkowaną edukacją, odciętych od części tożsamości, od części własnej magii, jak ja przez dekadę odcięta byłam od magii stada?

– Jakby to cię powstrzymało na długo! Lgnęłaś do każdego upadłego w okolicy, szwendałaś się po zakazanych spelunach, jakbyś prosiła się o kłopoty, przywoływała tę skundloną część magii!

– Wybacz, ale umknął mi sens twojej rasistowskiej wypowiedzi. A pytanie, co Bruno na ciebie ma, wydaje się nawet istotniejsze, skoro tak bardzo nienawidzisz wilków. To musi być coś dużego, większego niż twoja domieszka furii. Jesteś znakomitym PR-owcem, bez trudu przekułabyś to na własną korzyść, gdyby groził ci ujawnieniem.

Milczała, ale mowa jej ciała była oczywista. Ze smutkiem pokiwałam głową.

– Głupio obstawiałaś, Katarzyno. Mogłam być twoją przepustką do wyzwolenia. Wystarczyło się wstrzymać z działaniem. Animozje między mną a wilkiem zmusiłyby mnie do pozbycia się go, jawnie lub nie. A tak… jesteś w jego drużynie. I ty śmiałaś nazwać mnie wilczą dziwką…

Kolejna kula płomieni poleciała w moją stronę, dowodząc, jak bardzo nad sobą nie panowała.

– Z każdą chwilą ten kawałek furii poczyna sobie coraz śmielej? – zapytałam złośliwie.

– Powinnaś wybrać. Są reguły, które obowiązują każdego – powiedziała już spokojniej, jakby cały żar ugasiła wiadrem wody. Nie dodała, że siebie spod władzy reguł wyłączyła, bo tak jej było wygodniej.

– Gdybym grała wedle reguł, wszyscy byśmy zginęli. Ty też, w piwnicy Maga. Mam żałować, że tak się nie stało? – zapytałam twardo i wyszłam, odprowadzona jej chłodnym spojrzeniem.

Chyba wolałam furię od lodowej suki, przynajmniej była szczera. Zabawne, do dziś nie miałam o istnieniu furii w mojej mentorce zielonego pojęcia. Po tylu latach potrafiła mnie zaskoczyć. Do ust napłynęła mi gorycz, musiałam splunąć, gdy tylko wyszłam na świeże powietrze, odprowadzona zszokowanym spojrzeniem Kaspiana. On chyba też miał właśnie chwilę objawienia. Niezły test, czy naprawdę był niezbędny Katarzynie.

*

Te kilkaset metrów, jakie dzieliły siedzibę Starszyzny i dom Katarzyny od mojego mieszkania prawie przebiegłam, jakbym podświadomie oczekiwała, że to nie koniec i za chwilę dopadnie mnie kawaleria.

Jak mogłam, znając ją tyle lat, nie zauważyć tego drugiego, płomienno-despotycznego dna? Jak mogła, nienawidząc mnie (bo ciężko uznać jej rasistowskie uwagi i kategoryczne „powinnam cię zabić od razu” za coś innego), ukrywać to przez cały ten czas? Szanowałam ją, uważałam za mentorkę. Nie za przyjaciółkę, bo na to był między nami zbyt duży dystans, ale za osobę, na którą mogę liczyć. A teraz wiedziałam, że owszem, mogę, ale tylko kiedy potrzebuję przypalić sobie tyłek albo oberwać cios w plecy. Splunęłam znów, czując napływający do gardła kwas. Ręce mi drżały, wilgotne od potu i zimne.

Przez ostatnie godziny dręczyło mnie, co się zmieniło w układzie sił, że Bruno ośmielił się otwarcie zaatakować. Akcja z Katarzyną kazała mi zwątpić w moją percepcję. Jak mam wyłapać zmianę, skoro to, co uznawałam za stałą, okazało się kłamstwem od samego początku? Starszyzna nagle przestała być przyjaznym tworem, a proporcje w przypadku głosowania wyglądały niekorzystnie. Bruno, Katarzyna, Gardiasz, który zawsze miał ze mną kłopot, i Klaudia, która miała problem z każdym, kto był żywy… Roman? Tylko idiota zlekceważyłby jego zmysł polityczny, a ja nie wydawałam się najlepszą lokatą politycznych ambicji. A już z pewnością nie teraz.

Tuż przy kamienicy poczułam dławiącą falę niepokoju. Skręcało mnie z nerwów. Oddech rwał się, serce biło za szybko. Miałam atak paniki albo wilczyca znów dorwała się do sterów. Była tu, na wierzchu, pulsująca wściekłością i strachem. Jej zmysły skanowały otoczenie, szukając źródła zagrożenia, tego, co obudziło jej instynkt. Już wiedziała.

Wszystko dookoła pachniało wilkami. Rozpoznała dwa zapachy, wychwyciła je w lesie wśród tych, którzy ścigali Varga. A chwilę później uderzyła mnie w nos słodkawo-kwaśna woń niezbyt świeżej krwi. Wilczyca wyczuła w niej coś chemicznego, czego we krwi być nie powinno. Na drewnianym podeście czerwieniło się kilka kropel, już prawie zastygłych, ale wciąż lepkich. Wydłużony kształt każdej z nich wskazywał na to, że były to krople grawitacyjne.

Trop urywał się na piętrze przy moich drzwiach. Do drewnianej powierzchni nożem przybito kłąb szmat przesiąkniętych krwią. Musiała być dość świeża, bo strużki czerwieni spłynęły po jasnym lakierze drzwi i futryny, tworząc na progu małą kałużę. Szmaty pachniały też starszą krwią, z akcentem rozkładu wplecionym w zapach. Mieszkanie opuściłam mniej niż godzinę temu. Bardzo wąskie okno czasowe.

Motylkowy nóż był prosty i tani, nie miał w sobie nic charakterystycznego, co doprowadziłoby mnie do właściciela. Sięgnęłam do torby po lateksowe rękawiczki (z przyzwyczajenia raczej niż potrzeby), odczepiłam przesyłkę i wniosłam ją do mieszkania. Położyłam na kuchennym blacie. Z jednej z szuflad wyciągnęłam śniadaniowe woreczki strunowe i zabezpieczyłam w jednym z nich nóż. To, że ja niczego na nim nie znalazłam, nie znaczy, że Bjørn czy Olaf czegoś nie zwęszą.

Nawet jeśli były tu odciski palców, szanse, że znajdę je w systemie, równały się zeru. Spory procent wilczej populacji miał kryminalną przeszłość, ale prawnicy stad i sprzymierzeni z nimi przedstawiciele służb porządkowych dbali o to, by kartoteki regularnie ginęły. Próbowano mnie zmusić do tego samego. Różnica polegała na tym, że w tamtym czasie nie zajmowałam się włamaniami czy rozbojami, ale morderstwami i gwałtami, a to moim zdaniem znacząco zmieniało charakter procederu i nacisków. Nie ugięłam się, co zapoczątkowało złą krew między mną a Brunonem – na długo zanim odkryłam, że jestem w części wilkiem. Bratanek Brunona był zabójcą i gwałcicielem. Jego teczka ginęła co najmniej trzy razy, zanim go dopadłam. Sprawdziłam osobiście. Jednakże tu i teraz nie musiałam się martwić o dowody dla sądu i prokuratora. Wystarczy, że moje wilki wytropią sprawcę, a sprawiedliwość będzie po naszej stronie.

Delikatnie rozwijałam kłąb szmat, zesztywniały od zastygłej krwi. Dziwne. Ta na drzwiach była dość świeża, by spływać, ta na materiale kruszyła się, całkiem zbrązowiała i zalatująca rozkładem. Musiała mieć kilka dni. Nowsze i wciąż świeże plamy odbijały się od niej wyraźnie. Rozwinęłam kłąb szmat i odkryłam, że to męskie ubrania: koszula z cienkiego, kiedyś jasnoniebieskiego dżinsu, czarny T-shirt z białym nadrukiem i czarne bojówki. Tkanina została zniszczona – niektóre rozdarcia wyglądały na ślad po pazurach czy nożu, inne mogły powstać w czasie przemiany, jeśli wilk nie miał czasu na zdejmowanie odzieży. Rozpoznałam koszulkę i bojówki, wilczyca zaś nie miała cienia wątpliwości, że krew na ubraniu należała do Varga. Obie – zaschnięta, starsza i nowsza, która pachniała chemią. Wilczyca nie była tak precyzyjna jak laboratorium. To, co klasyfikowała jako chemiczny zapach mogło być narkotykiem, który podano Vargowi, albo konserwantem, który zapobiegał krzepnięciu. To miało sens. Jeśli przynieśli brudne, ale suche ubrania i do dekoracji wykorzystali krew z woreczka, operacja okazywała się o wiele prostsza do przeprowadzenia i szybka.

Automatycznie pakowałam każdą sztukę odzieży do strunowych worków, czując, że wilczyca dyszy coraz płycej pod skórą. Skrzywdzili jej wilka! Była w amoku, a ja zbyt wytrącona z równowagi, by ją okiełznać. Przeciągłe, chrapliwe wycie wydarło mi się z gardła, choć ludzkie struny głosowe nie powinny być w stanie wyprodukować takich dźwięków.

Kolorowe spektrum się zawęziło. Zakręciło mi się w głowie i niemal upadłam, kiedy posłała mi surową wiązankę emocji i wściekłości. Chciała krwi, kary dla tych, którzy skrzywdzili jej wilka. Należał do niej, nikt nie miał prawa położyć na nim łapy… Znajdzie ich i rozszarpie! Znów zawyła, ale tym razem nie wyrażała bólu, ale obietnicę śmierci wrogom. Była w tym momencie tak potężna, że gdybym próbowała ją powstrzymać, pewnie przejęłaby całkiem kontrolę nad moim ciałem i nie wiem, czy kiedykolwiek by się wycofała.

Nie miałam tak wyostrzonych zmysłów, jak wilk zdolny do przemiany, ale przecież wyłapywałam zapachy znacznie lepiej niż zwykły człowiek, więc przytaknęłam, kiedy uporczywe „tropić, znaleźć, zabić” obijało mi się o czaszkę. „Pozwól mi robić, co potrafię. Zawodowo łapałam złych ludzi. Jeśli nie podziała, zrobimy to po twojemu, zgoda?” – zakomunikowałam mojej kudłatej lokatorce. Trwało to chwilę, ale uspokoiła się na tyle, by posłać mi bardzo elokwentne „ty znaleźć, ja zabić”. Nie miałam nic przeciwko. Uczciwy podział ról.

Wróciłam pod drzwi. Co najmniej dwa wilki (tyle rozpoznałam, ale zapach krwi Varga zbyt mnie rozpraszał, a mój nos był nie dość wysublimowany, bym mogła na to postawić życie) przyszły do mojego domu, by pozostawić mi na progu drwiące trofeum. Właśnie tym były ciuchy Varga – patrz, co zrobiliśmy twojemu partnerowi, zobacz, ile krwi mu utoczyliśmy, jesteśmy bezkarni, silni i gramy ci na nosie. Mało subtelny komunikat, świadczył nie tylko o chojractwie, lecz także o gotowości do podjęcia ryzyka. Nie wiedzieli, jakie mam zabezpieczenia – mogły ich po prostu usmażyć (nie miałam żadnych, bo wychodząc w pośpiechu, zapomniałam uaktywnić zaklęcia – teraz starannie je odblokowałam, zapewniając następnym śmiałkom znaczny wstrząs). Jeszcze raz dokładnie obejrzałam drzwi, framugę i podłogę. Przyszło mi do głowy, że gdybym chciała podrzucić komuś zaklęcie – klątwę czy pluskwę – czyż nie byłoby sprytnie zająć uwagę tej osoby wyrazistą dywersją? Jak, dajmy na to, zakrwawiona odzież jej przyjaciela przybita nożem do drewna?

Szukałam skrupulatnie i opłaciło się: tuż przy górnym zamku znalazłam ślad zaklęcia-pluskwy. Bezużytecznego, bo zaklęcie ochronne wokół mieszkania z takimi śmieciami radziło sobie z automatu. Najciekawszym jednak aspektem zaklęć, jakimi się posłużyli moi nieproszeni goście, było to, że musiały działać na dużą odległość, więc wymagały ogniskowania. Funkcję ogniskowej mógł pełnić przedmiot: faktyczna pluskwa lub jej sympatyczne odbicie (na przykład drobiazg w kształcie oka czy ucha), ale ciężko coś takiego wepchnąć przez dziurkę od klucza. Najprościej, ale mało praktycznie, skoro nie mogli niezauważenie wejść do środka (miałam dobre zamki, nie zdołaliby ich otworzyć bez zostawiania śladów, a widząc je, z pewnością szukałabym pluskiew). To ograniczało ich możliwości. Pozostawało stare, dobre ogniskowanie przy użyciu krwi. A to kolejny powód, by wysmarować drzwi krwią Varga. Gdybym znalazła na nich pojedynczą kroplę, zwróciłabym natychmiast uwagę, ale kropla wśród spływających aż do progu strumyków mogła umknąć.

 

Krew Varga nie była obciążona magią, za to mała smuga przy zamku łagodnie rozjarzyła się, kiedy wymówiłam zaklęcie odsłaniające. Wytarłam smugę chusteczką higieniczną i wpakowałam do kolejnego woreczka strunowego. Nie miałam szans znaleźć DNA palanta w bazie danych (nawet gdyby były one równie wypasione jak w amerykańskich serialach), ale mogłam dać po mordzie każdemu napotkanemu wilkowi Brunona tylko po to, by zdobyć kroplę jego krwi do badań porównawczych. Olaf z pewnością znał laboratorium, które przeprowadzi analizę szybko i niezawodnie, bez pytania „co to za dziwne białko i czemu helisa jest nieco bardziej złożona, niż powinna?”. Wepchnęłam woreczki z dowodami do skórzanej torby i zbiegłam po schodach na ulicę. Wilczyca znów się nieco podekscytowała, wyczuwając zapach wilka, ale nie był to żaden z osobników od Brunona. Bjørn właśnie wysiadał z samochodu, Miron i Joshua razem z nim. Podbiegłam się przywitać i na chwilę zniknęłam w żelazny uścisku Bjørna, zanim nie nadstawił szyi do bardziej formalnego powitania. Potarłam nosem po ciepłej i pachnącej stadem skórze, nie zwracając już nawet uwagi na straszne blizny, które pokrywały większość jego głowy i twarzy. Kiedyś nie mogłam na nie patrzeć bez lekkiego wzdrygnięcia, dziś stanowiły część wilka, który był moim przyjacielem.

– Czemu pachniesz krwią Varga? – szepnął mi do ucha.

– Zostawili mi fanty…

– Czy myślisz o tym, o czym ja? – W tej chwili wyglądał na stuprocentowego drapieżnika, a obnażone zęby naprawdę nie miały być uśmiechem.

– Cieszę się, że już jesteś, znajdziemy ich dwa razy szybciej, jeśli nie będziemy zdani na mój nos – odpowiedziałam.

– Jesteś niezła, ale nie rozróżnisz lisa od jenota – powiedział.

Przewróciłam oczami, bo serio, nie była to umiejętność, bez której nie mogłabym żyć. Chciałam tylko odnaleźć jednego wilka. Jenoty i lisy mogą sobie hasać po lasach do woli.

*

Bjørn powąchał zaplamioną chusteczkę, błyskawicznie złapał ślad i szedł jak po sznurku. Pytałam, czy musi zmienić formę, by tropić, ale zaprzeczył – owszem, ułatwiłoby mu to sporo, ale skoro jest moim Betą, może być potrzebne jego gadanie. Tudzież pranie po pyskach. Szliśmy krok za nim, by niepotrzebnie nie mieszać mu zapachów.

Po kilkunastu minutach zostawiliśmy za sobą przyzwoitą okolicę, by zagłębić się w bardziej zakazaną część miasta. Kilka uliczek rozpisanych na planie gęstej czworokątnej siatki odzwierciedlającej krzyżowanie się linii magicznych wyznaczało elegancki rewir – tu siedzibę miała Starszyzna, tu ulokowane były domy cechowe, bardziej luksusowe rezydencje (na przykład Romana), najlepsze sklepy. Moja ulica, a z nią Szatański Pierwiosnek, znajdowały się na wschodniej krawędzi tego rejonu; dla purystów to, że mieszkałam tam ja i moi przyjaciele, ustawiało granicę ulicę wcześniej. Na północ zaczynała się dzielnica kojarzona głównie z piekielnikami, tam mieściła się Otchłań, sukkubie nocne kluby, takie motele, jak Pod Cerberem, tam też pierwotnie mieszkał Miron, zanim przeniósł się do naszego mieszkania. Na południe od centrum Thornu ulice szybko przechodziły w przedmieścia, domki z ogrodami i sadami, zamieszkałe głównie przez te z czarownic ziemi, które z powodu dostępu do linii magicznych wolały jednak miasto od wsi, a także ci z magicznych, którzy cenili sobie uporządkowane życie na przedmieściach z dziećmi i psami bawiącymi się za białym płotkiem oraz łatwy dostęp do płynącej wody – domy przy Wiśle ceniono, bo gwarantowały dodatkową ochronę przed czarną magią. I była jeszcze dzielnica zachodnia, której nie lubiłam odwiedzać, bo najbardziej ze wszystkich przypominała mi wielkomiejskie obszary slumsowe i łatwiej tam o nielegalne używki czy cios w plecy niż o przekąskę. Nie trudno się domyśleć, że ów teren wielkomiejski był po prawdzie terenem „wilkomiejskim” i to tam Bruno i jego ludzie czuli się jak u siebie. Nie zdziwiło mnie więc, że trop prowadził Bjørna właśnie tam.

Dochodziła piętnasta, kiedy wilk przystanął i powiedział, bardzo pewnym tonem, że jesteśmy na miejscu. Znów: czy zdziwiło mnie to, gdzie znalazł moich nieproszonych gości? Pełnia była zakazaną speluną, która dla stada Brunona pełniła podobną funkcję jak Czarny Płomień dla mojego stada w Trójprzymierzu – dzienny Lunapar, miejsce spotkań i obsikane z każdej strony terytorium stada.

Mimo kilku szpanerskich samochodów na parkingu, bar wydawał się pusty i zamknięty. Ciekawe czy mieli zniżki w salonach samochodowych, czy po prostu przygarniali na lewo auta, które pasowały im pod kolor ślepi?

Może było za wcześnie na stałych bywalców, którzy jeszcze nie wrócili z pracy (gdyby jakąś mieli, kto wie, może bym uwierzyła), albo właśnie wciągali nas w pułapkę. Okna – ciemne, neon nad drzwiami, z obowiązkowym błękitnym księżycem w rogu – zgaszony. Ze środka nie dobiegały nas żadne hałasy czy muzyka.

– Dziwne – powiedział Miron, rozglądając się dookoła. – Żadnego komitetu powitalnego? Żadnych straży?

– Widoczne straże sugerowałyby, że muszą pilnować terytorium, czyli ktoś może im zagrażać – powiedział Bjørn.

– Skoro zadarli z Dorą i zrobili wszystko, by ją wkurzyć, głupotą byłoby ich jednak nie wystawić – zauważył Joshua.

– To byłby komunikat, że traktują mnie poważnie, a przecież tego nie chcą. Czujecie to?

Słaby, ale wyraźny zapach dymu.

– Z tyłu. – Bjørn wskazał wyłożony kostką chodnik między jedną ze ścian budynku a wysokim betonowym ogrodzeniem, zza którego wychylały się rosłe iglaki.

Aromat żywicy i igieł prawie maskował smród świadczący o tym, do czego bywalcy Pełni wykorzystywali murek – zbierz grupę samców, daj im piwa do oporu, a nigdy nie będziesz miał w knajpie dość pisuarów, by nie zaczęli załatwiać się na łonie natury. Potarłam dłonią nos, żałując, że wilczyca uważa za konieczne podkręcenie moich zmysłów akurat w takim momencie. Po chwili zapach dymu i pieczonego mięsa stał się wyraźniejszy od woni uryny i lasu. Z ulicy zupełnie nie było widać, co właściciel urządził na tyłach baru. Mieli tu naprawdę solidny kawałek terenu i zapewnioną prywatność. Nawet gdyby ktoś wpadł na głupi pomysł podglądania wilków, wysoki mur i iglaki odgradzały terytorium stada od wścibskich sąsiadów. Mogli się bawić po swojemu bez świadków. A to, jak urządzili sobie ten, na oko, hektar ziemi, sporo mówiło o ich rozrywkach. Najbliżej Pełni zbudowali coś na kształt ringu czy placu sparingowego w kształcie dużego okręgu, wyłożonego czarną masą bitumiczną, przypominającą nowoczesne powierzchnie boisk do koszykówki. Odruchowo schyliłam się i dotknęłam nawierzchni, była szorstka i twarda, śmierdziała ropą naftową i potem, mało atrakcyjna mieszanka. Blisko krawędzi leżało kilka dużych głazów, które pewnie służyły za miejsca siedzące dla widzów. Dalej znajdowała się przestrzeń rekreacyjna, której nie powstydziłby się miejski park. Sporo zieleni, stoły piknikowe i murowane grille. Przeszliśmy przez nieźle utrzymany trawnik (niewykluczone, że z rolki, skoro już w na początku czerwca imponował zielenią, albo opłacali czarownicę ziemi, by dla nich dbała o architekturę krajobrazu). Bjørn nerwowo potarł nos. Cóż, zapach pieczonych kiełbasek i karkówki mógł zamącić wilkowi w głowie.