Na wojnie nie ma niewinnychTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Szarpnęłam rączką zmiany biegów, ignorując nieprzyjemny zgrzyt. Miałam nadzieję, że skrzynia biegów wytrzyma szokujące przejście od subtelnego prowadzenia Joshui do dość ekstremalnego doświadczenia, jakim jestem ja za kierownicą. Byłam zbyt rozkojarzona, by skupić się na drodze czy na prawidłowej zmianie biegów. Varg – skończony skurwiel, ale mój skurwiel – wpadł po uszy w gówno i nie wiedziałam, jak go z niego wyciągnąć. Do tego moja praprababka, może i bogini, ale wciąż rodzina, miała kłopoty. Wiedziałam, że to jej odcisk dłoni znalazłam na drzewie. To, że brała udział w tych wydarzeniach, cholernie mnie niepokoiło. Puściłam sprzęgłoza szybko i głośne rzężenie przeszyło ciszę, przerywaną dotąd tylko moimi przekleństwami. Z ulgą przywitałam koniec piaszczystej drogi, zbyt krętej i wąskiej, ze zbyt licznymi drzewami na poboczu, bym czuła się na niej komfortowo. Żwir szutrówki, prowadzącej bezpośrednio do asfaltu, trysnął spod kół, gdy wzięłam ostry zakręt.

Joshua znajdował się już pewnie w połowie drogi do domu. Widziałam odbicie swojej twarzy w lusterku. Miał rację. Z wilczycą płytko pod skórą moje oczy nie wyglądały całkiem ludzko, podświetlone srebrną poświatą. Gdybym miała zdolność przemiany, pewnie objawiłby się już nadmiar owłosienia.

Zauważyłam samochód, gdy było za późno. Tarasował większą część drogi, tuż przed skrzyżowaniem z asfaltówką. Depnęłam hamulce, pasy częściowo zamortyzowały szarpnięcie. Drugi samochód wyjechał zza drzew, odcinając mi odwrót na przeciwpożarową, trzeci obstawił drugą stronę szutrówki. Wpadłam w pułapkę.

Nie gasząc silnika, czekałam na ich ruch, kimkolwiek byli. Wysiadali z samochodów z pewnymi minami, królowie pieprzonego życia, wyrośnięci na testosteronie i zdecydowanie wilczy. Liczyłam ich, próbując nie tracić zimnej krwi. Dziesięciu. Nie miałam broni. Ze złością uderzyłam dłonią w kierownicę. Wyszłam z domu w pośpiechu, a dokładniej to wilczyca mnie wywlekła – ona nie myśli o spluwie, bo wierzy, głupia suka, że w razie czego rozszarpie wrogów zębami i pazurami. W formie wilka, oczywiście. W formie, której ze mną nie ma szans osiągnąć. Dwie idiotki dzielące jedno ciało. Przynajmniej miałam nóż. Niewielka pociecha, ale zawsze lepsza niż ufność, że wystarczą moje zęby roślinożercy.

Wciąż nie wysiadałam z auta. Z obojętną miną obserwowałam, jak otaczają je i szczerzą się, zadowoleni z siebie. Po omacku odnalazłam w torbie komórkę i wcisnęłam trójkę w szybkim wybieraniu. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie był poza zasięgiem, a jeśli był – poczta głosowa powinna nagrać dość, by miał pojęcie o wydarzeniach. Przełączyłam na tryb głośnomówiący. Przez chwilę słyszałam tylko sygnał oczekiwania na połączenie, a potem już głos Olafa:

– Dora, coś nowego?

Z komórką na kolanach powiedziałam, siląc się na spokój:

– Mam niezapowiedzianą randkę na leśnej drodze z dziesięcioma wilkami. Nie mam broni.

Przez chwilę milczał.

– Czy mają tak zdefiniowane zamiary, byś jej potrzebowała? – zapytał ostrożnie.

– Otoczyli mnie i zablokowali mi samochód, czy to wystarczające deklaracje? – Nie opanowałam sarkazmu.

– W świecie ludzi jak najbardziej. W świecie wilków to nie wystarczy. Jesteś wilkiem na ich terytorium. To, co opisujesz, jest w pełni respektowanym zachowaniem. Uważaj. Jeśli do czegoś dojdzie, to pójdzie na twoje konto. Nie daj się sprowokować, ale nie daj się też zastraszyć. Nie chcesz być uznana za przybłędę na ich terenie. Byłoby miło, gdybyś uniknęła zabicia któregokolwiek, bo będziesz w dupie.

– I nie chcę ich wkurzyć przesadnie, jeśli wciąż mają Varga.

– To też.

– OK, chyba dość się napatrzyli, zostawiam cię jako słuchacza, dobrze? Lepiej, byś wiedział, co tu zaszło, gdyby były jakieś problemy.

– Rozmowa jest nagrywana – powiedział spokojnie.

Czymkolwiek było to spotkanie na leśnej drodze, ekspozycja chyba dobiegała końca, a zaczynała się akcja. Jeden z wilków oderwał się od grupy i podszedł bliżej. Rozpoznałam w nim Stefana. To gdybym miała wątpliwości, czy mój komitet powitalny należał do stada Brunona. Zapukał w szybę od strony kierowcy, a jego spojrzenie ociekało kpiną.

– Co jest, Czerwony Kapturku? Zgubiłaś się w lesie? A może coś zgubiłaś? Nie wiesz, że taki duży las może być niebezpieczny dla takiej małej dziewczynki?

Uśmiechał się, bardzo z siebie zadowolony, więc oczywiście nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko pchnąć drzwi na tyle mocno, by uderzyć go nimi w twarz, zanim zdążył odskoczyć. Nie spodziewał się tego i krzyk bólu, jaki wydostał się z jego gardła, dał mi malutką satysfakcję.

– Ojej, Stefanie, chyba podszedłeś za blisko – rzuciłam twardo. – Jest jakiś konkretny powód, dla którego blokujecie tę drogę, czy przerasta was korzystanie z GPS-u?

– Uważaj, Czerwony Kapturku, łatwo zniknąć, kiedy wchodzisz między wilki – powiedział Stefan, a jego groźba nie brzmiała szczególnie mocno, skoro trzymał się za krwawiący nos. Ale nie lekceważyłam ich. Dziesięciu. To wciąż mogła być zbuntowana wataha.

– Gdzie Bruno? Pofatyguje się sam czy boi się ubrudzić? – zapytałam.

– Skąd założenie, że miałby się zajmować każdą przybłędą, która wkracza na jego terytorium? – arogancko prychnął drugi, opierając się o maskę mojej ravki.

Spojrzałam prosto w oczy wilkowi, którego zawsze będę podejrzewała o najgorsze, a jego teczkę z etykietką potencjalnego seksualnego sadysty na wierzchu trzymam pod ręką. Gdyby w okolicy nagle zaczęła się seria gwałtów z wilkiem jako sprawcą, byłby na mojej krótkiej liście do odstrzału. Nigdy nie uwierzyłam, że nie wiedział o wyczynach Roberta, swojego najlepszego kumpla, nawet do burdeli chodzili razem. Nie wierzyłam, by ten nie zabrał go choć raz na zabawę w gwałt i zabijanie, ale nie miałam dowodów. Mogłam przyskrzynić Roberta, ale jego kumpel odszedł wolno. Było w nim coś takiego, co uruchamiało moje dzwonki alarmowe. Teraz napinał się jak wilk, który lubi o sobie myśleć jako o dominującym alfie, gdy koło alfy nawet nie stał.

– Tomasz, prawda? – zapytałam lekceważącym tonem. – Pamiętam, jak przyjechałeś do tego miasta, ile to było...? Cztery lata temu? Ja mieszkałam tu dekadę, więc jeśli ktoś z nas miałby być przybłędą… Ale nie używam takich określeń, nie uważam, by były konieczne do opisania świata.

– Myślisz, że możesz paradować po naszym terytorium, zadzierając nosa? – warknął.

Po jego minie widziałam, że gdyby mógł, skręciłby mi kark w ułamku sekundy. Może wciąż miał żal o Roberta, który w więzieniu nie dożył nawet rozprawy, a może to było coś bardziej osobistego, ale jego nienawiść była całkiem namacalna.

– Och, myślę, że jako Namiestniczka Starszyzny zdecydowanie mam prawo paradować po każdym kawałku waszego terytorium bez zbędnych pytań. Ciekawa jestem, jak Bruno wyjaśni Starszyźnie to, że naruszacie moją swobodę poruszania się.

– Skąd pomysł, że Bruno musi się przed kimś tłumaczyć? To ty wtargnęłaś na nasze terytorium – warknął wilk, którego nie znałam.

– Czy wydarzyło się cokolwiek, co miałoby wpływ na moje i Brunona ustalenia, że nie wchodzimy sobie w paradę? – zapytałam naprawdę ciekawa, co się zmieniło w nieoficjalnym zawieszeniu broni między mną a Alfą.

Nie odpowiedzieli. Za to ich uśmiechy były złe, jakby cieszyli się na to, że będą mogli odrywać moje kończyny jedna po drugiej. Na razie jednak sporo gadali, ale nie przekroczyli granicy. Olaf miał rację, to była pułapka.

– Przestawcie samochód, chcę wyjechać – rzuciłam lekkim tonem i przesunęłam się tak, by między mną a najbliższymi wilkami były drzwi auta.

– A mielibyśmy to zrobić, bo? – zadrwił Stefan, któremu najwyraźniej za szybko zagoił się nos.

– Bo was o to ładnie proszę. I z tego co wiem, nie ma między nami stanu wojny, więc wypada posłuchać.

Niestety dla mnie, matki nie wychowały ich w duchu poszanowania kobiet i dobrych manier. Stefan pchnął dzielące nas drzwi, dociskając mnie nieprzyjemnie do ramy auta.

– Prosisz się co najwyżej o solidny wpierdol, Kapturku, czas na to najwyższy. Chodzisz po naszym terenie, zadzierając nosa, wymierzając kopniaki, układając się z wszelkim plugastwem, jakbyś była czymś więcej niż zwykłą dziwką, której zniknięcie nie zmarszczy nawet powierzchni wody w stawie, którym jest Thorn.

– Proszę bardzo, jakiś ty elokwentny, Stefanie. Nigdy cię nie podejrzewałam o to, że potrafisz składać zdania złożone i dajesz radę nawet metaforze. Każdego dnia uczę się czegoś nowego. I mylisz się. Moje zniknięcie nie tylko zmarszczyłoby powierzchnię tego stawu. Wywołałoby sztorm, który wywróciłby wasze bebechy na drugą stronę, a potem zarzyganych utopił. Więc przestań mi grozić, bo zacznę się zastanawiać, dlaczego tak bardzo chcesz mnie sprowokować i skąd złudne przekonanie, że będę dla ciebie łatwym przeciwnikiem. – Wyszczerzyłam zęby w bardzo wilczym stylu, dostosowując się do tego, co Stefan był w stanie zrozumieć.

– Tylko ci się wydaje, że jesteś mocna. – Zaśmiał się, widząc, że staram się utrzymać obojętny wyraz twarzy. – Na co czekasz? Wezwij swoją babkę, niech wybroni małego Kapturka!

Był zbyt pewien siebie. Zbyt triumfujący, bym nie zaczęła poważnie się niepokoić o Faoiliarnę. Nie przyszła na wezwanie. Znak na drzewie. Kozaczenie wilków Brunona. Coś się musiało stać. Coś się zmieniło w układzie sił, skoro uznali za stosowne właśnie teraz wystąpić przeciwko mnie. Nie chodziło tylko o Varga… Coś mi umykało.

– Nie potrzebuję wzywać babki, by sobie z wami poradzić – powiedziałam ze spokojem, którego nie miałam, ale całkiem nieźle potrafiłam udać, że jest inaczej.

Pchnęłam drzwi, by przesunąć Stefana, i usiadłam za kierownicą. Odpaliłam silnik i wychyliłam się przez uchylone okno.

 

– Ravka ma całkiem bezpieczną dla kierowcy strefę zgniotu, ciekawe, czy to samo można powiedzieć o waszych subaru i beemkach, sprawdzimy?

Docisnęłam gaz, pozwalając silnikowi zaryczeć. Nie wiem, co Olaf wsadził pod maskę, ale było tego dość, by robić wrażenie, i bym z Torunia do Gdańska dała radę dojechać w mniej niż dwie godziny. Wedle Joshui rama samochodu została wzmocniona. Cóż, miałam nadzieję, że wystarczająco. Dałam im minutę na podjęcie decyzji, a potem po prostu ruszyłam prosto na beemkę odcinającą większość wyjazdu na asfaltówkę. Większość, słowo klucz. A mój samochód mógł jak taran przesunąć maskę sportowego wozu, skoro nie byli dość mili, by go przeparkować. Uskoczyli mi spod kół, kiedy docisnęłam pedał gazu i wywalczyłam sobie przepustkę na wolność. Zgrzyt metalu był jak donośny wykrzyknik na końcu przygody. Skasowałam cały prawy bok i sporo przodu czerwonej beemki. Niewykluczone, że uszkodziłam sobie zderzak. Duże samochody są fajne.

– Olaf, jesteś tam jeszcze? – Znów przełączyłam telefon na tryb głośnomówiący.

– Jesteś cała?

– Taaa, choć pewnie ravka potrzebuje odrobiny czułości i nowego lakieru. Powiedz mi, co sądzisz o tym, co właśnie zaszło, bo ja już sama nie wiem, czy mam paranoję, czy oni dążą do regularnego wypowiedzenia wojny?

– Nie masz paranoi. To znaczy, może masz, ale nie w tym przypadku. Ich zachowanie było prowokacją tak grubymi nićmi szytą, że równie dobrze zamiast nici mogli użyć spaghetti.

– Niepokoi mnie co innego. Bruno miał ze mną kłopot, odkąd dowiedział się, że jestem wilkiem, ale siedział cicho, bo Starszyzna, bo Fany, bo polityka… A to rodzi jedno zasadnicze pytanie.

– Co się zmieniło?

– Dokładnie. Plus czy ma to coś wspólnego z Vargiem, czy to zbieg okoliczności, który Brunonowi po prostu pasuje.

– Postaram się dowiedzieć jak najwięcej. Próbowałaś wezwać babkę?

– Tak. Milczy. Nie tylko się nie pojawiła, lecz nawet nie wpadła pobuszować mi w głowie i namawiać do blitzkriegu.

– Nie może się zamanifestować? Czy nie mówiłaś, że pojawia się głównie w snach lub przez Witkaca?

Zamyśliłam się.

– Tu tak… To znaczy spotkałam ją fizycznie i realnie kilka razy, ale tylko u was. Myślałam, że Lunapar ułatwia jej materializację, ale może powody są całkiem inne. Sprawdzę to, dzięki za trop. Nie wiem, co się dzieje. Boję się o nią – wyznałam.

– Jest starsza niż kurz i twardsza niż rzemień.

– Ale nie jest niezniszczalna – powiedziałam cicho.

Mój niepokój narastał. Czy miałam do czynienia nie tylko ze zgubionym wilkiem, lecz także zgubioną boginią? I kto, do jasnej cholery, zna odpowiedzi?

– Popytam… Będziemy w kontakcie. A ja wysyłam ci Bjørna do ochrony. Powiedz słowo, a sam przyjadę.

– Musisz pilnować naszego stada, zwłaszcza teraz, gdy nie ma Varga. Bądź ostrożny, przyjacielu, to wszystko strasznie śmierdzi.

Do bramy na Placu św. Katarzyny dojechałam jak na pijanym autopilocie, zbyt zdenerwowana, by uważać. Do czerwonego lakieru na zderzaku doszło otarcie drzwi o słupek i błysk fotoradaru na Bulwarze Filadelfijskim. A jakby tego było mało, pod moim domem czekał Bruno, stojący jak pieprzony Schwarzenegger, z dwoma wilkami w obstawie. Zahamowałam tuż przed nim, z trudem zwalczając pokusę, by pomylić hamulec z gazem.

Wysiadłam z samochodu z pozorną swobodą, ale czujna. Pole manewru Brunona było tu bardziej ograniczone niż w lesie, potencjalnych świadków starczyłoby na odtańczenie poloneza – tylko idiota zabijałby mnie pod moimi oknami, pod Szatańskim Pierwiosnkiem. Tyle że nigdy nie posądzałam Brunona o przesadną inteligencję, a poza tym miewał już w przeszłości tendencję do popisówek i deklaracji światopoglądowych wyrażanych młotem pneumatycznym.

– Słyszałem, że zaatakowałaś moich ludzi – warknął na powitanie. Warknął dosłownie, bo nerwy sprawiły, że jego mowa była dość niewyraźna, jakby w ustach miał garść nadprogramowych zębów.

– Widać coś źle zrozumiałam, bo zupełnie inaczej oceniłabym tę sytuację – powiedziałam spokojnie. – Ja byłam jedna, ich było dziesięciu. Jestem czasem lekkomyślna, ale nigdy aż tak.

– Nie widzę, by coś ci dolegało, za to oni mają problem z powrotem do miasta, jak słyszałem.

– Ucięliśmy sobie pogawędkę. Nie naruszyłam ich nietykalności osobistej. Być może przypadkiem uszkodziłam ich samochód, ale to raczej wina ich koszmarnego parkowania i moich fatalnych umiejętności jako kierowcy. Przecież znasz opowieści o tym, jak nierozważnie prowadzę. Spójrz na moje auto, czy wygląda na pojazd rozsądnego kierowcy? – Wzruszyłam ramionami.

– Co tam właściwie robiłaś? To nasza ziemia!

– A ja sądziłam, że to teren należący do jednostki wojskowej w Toruniu.

– Doskonale wiesz, o czym mówię!

– Właściwie to nie wiem, Bruno. Nigdy nie widziałam na mapie oznaczeń twojego terytorium. Wiem za to na pewno, że nie było to terytorium twojego Lunaparu ani okolic domu stada, więc nie rozumiem, skąd ta złość. To całkowicie przeciętny kawałek lasu. Chyba że nim dla ciebie nie jest. Boisz się, że mogłam tam coś znaleźć?

– A co? Zgubiłaś coś? – Pławił się w sarkazmie i ślinie, rozsiewając oba dookoła z przesadną hojnością.

– Kogoś. Widzisz Bruno, nie mogę się doliczyć jednego wilka. – Zagrałam w otwarte karty.

– I to nie jakiegoś zwykłego wilka, prawda? Z przyjemnością popatrzę, jak to ściągnie cię na samo dno.

– Mogę ignorować twoje obsikiwanie krzaczków, ale jeśli położyłeś łapę na czymś, co jest moje, pożałujesz. Uznaj to za ostrzeżenie.

– Za dużo sobie pozwalasz, vastate – powiedział, cedząc ostatnie słowo wystarczająco wymownie, bym domyśliła się jego znaczenia, nawet jeśli nigdy go nie słyszałam. – Przyszła kryska na matyska, jesteś zdana na siebie, ale o tym już wiesz, prawda? – Uśmiechnął się w tak stereotypowym grymasie czarnego charakteru, że parsknęłabym mu w twarz, gdyby nie to, że kolejne nawiązanie do tego, że Fany się nie pojawi, odbierałam raczej jako mało zabawne.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziałam cicho.

– Jesteś na mojej ziemi. Na ziemi czegoś potężniejszego niż twoja babka kiedykolwiek. – Zaśmiał się, bardzo z siebie zadowolony. Obstawiałam, że oglądał za dużo złych filmów. – Twój czas dobiega końca, lupa – zaakcentował ostatnie słowo tak, by nie było wątpliwości, że nie ma na myśli „wilczycy”, a raczej łacińskie określenie dziwki. Brzmiały niemal tak samo, ale dość długo żyję z wilkami, by zrozumieć takie subtelności.

– O takich jak ja możesz tylko pomarzyć, leno – zrewanżowałam mu się alfonsem.

Mało dojrzałe, ale cholera, prosił się. Pociemniał na twarzy, ale nie znalazł na to szybkiej riposty. Zrobił krok w moją stronę i próbował zagrać alfią mocą. Poczułam jej chłodny powiew na skórze, ale niech mnie piekło pochłonie, jeśli miałabym być mniej dominująca niż on. Nie tak mnie babcia uczyła i nie takie geny przekazała. Wyprostowałam się na całe swoje metr osiemdziesiąt (czyli nieco więcej, niż on miał), spojrzałam mu hardo w oczy i pozwoliłam mocy manifestować się z całą wyrazistością. Pojedynek na spojrzenia mógłby trwać do rana albo aż padniemy z wycieńczenia, ale przerwał go Leon, który akurat w tym momencie postanowił wyjść na próg Szatańskiego Pierwiosnka z kijem baseballowym w dłoni.

– Dora, wszystko w porządku?

– Jasne, papo, zaraz do ciebie wpadnę, Bruno właśnie się zbierał! – odkrzyknęłam.

Śmiercionośne spojrzenie później faktycznie to zrobił. Oparłam się o maskę ravki, patrząc, jak on i jego przerośnięci ochroniarze odchodzą. Miałam bardzo, ale to bardzo złe przeczucie, że kłopoty się dopiero zaczynały. Po wszystkim zrobię sobie rezonans magnetyczny i jeśli znajdę wewnątrz ciała magnes, który je przyciąga, osobiście wydłubię go nożem.

*

Leon przyglądał mi się tak uważnie, że nie przegapiłby nawet drzazgi wbitej pod paznokcie przez niedobre wilki. Dostrajał się do mojego zdenerwowania i szybko odnalazł się w duchu „dlaczego właściwie nie mielibyśmy zabić ich wszystkich i zatańczyć polki na ich grobach”.

– Mają Varga, nie wiem gdzie i w jakim jest stanie, ale nie mogę po prostu wybić ich do nogi. Pomijając to, że to dość drastyczne, na moją i Olafa głowę zwaliłyby się wszystkie wilcze stada w Polsce. I pewnie nie tylko one – tłumaczyłam sfrustrowana, bo jednocześnie przekonywałam mojego nadopiekuńczego czarta i nadaktywną wilczycę, która prychała lekceważąco na każdy argument.

– Brzmisz bardzo rozsądnie, Doro, ale przecież cię znam. Oni mają twojego człowieka. Nie będziesz czekać, aż im się znudzi przetrzymywanie go. Możesz zwodzić innych, ale nie mnie. Nie chcę, byś szła na nich sama, więc już teraz powiem, że możesz na mnie liczyć, skarbie.

Przez chwilę milczałam, po czym wyznałam prawdę.

– Cholernie się boję, Leon. Nie ogarniam krajobrazu. Im bardziej moja wilczyca szaleje, tym bardziej próbuję odzyskać kontrolę. Próbuję być ostrożna, na ile potrafię, ale mam wrażenie, że przez noc zmieniły się zasady gry, a ja zostałam z niechronionymi pionkami na planszy. Instynkt przetrwania każe mi zwiewać. Ale każdy gram instynktu terytorialnego i opiekuńczego każe zadbać o to, co moje. A to się wyklucza. Nie wiem, co robić, Leon. – Ukryłam twarz w dłoniach, czując, że łzy same zaczęły mi spływać po policzkach. – On jest moim partnerem – wyszeptałam – a dokładniej, jego wilk jest partnerem mojej wilczycy. Ona… oszaleje, jeśli go straci. I to dość istotny problem, bo dzielimy nie tylko ciało, lecz także rozum, choć ja staram się nieco częściej z niego korzystać. I nagle te wszystkie reguły, które dotąd lekceważyłam ku ogólnemu zadowoleniu, zaczynają mi się odbijać czkawką. Nie mogę domagać się od Brunona zwrotu Varga, skoro nie mam dowodów, że to on za tym stoi. Nie mam nic poza śladami w lesie, w którym nie powinno mnie być, bo nagle to nie moje terytorium. Jest też sen, ale nikt poza mną go nie widział. Varg mógłby zeznawać, ale nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę go żywego. Co ja mam robić, do cholery? Olaf chce to załatwić po cichu, boi się wojny. A ja nie bardzo wierzę, że tak się da. Cokolwiek zrobię, Bruno uzna to za naruszenie jego terytorium. Odkąd moje miasto jest jego pieprzonym terytorium? – warknęłam sfrustrowana.

Leon słuchał mnie bez słowa, po czym nalał mi drinka, prawie samą wódkę lekko zabarwioną sokiem na bladozielony kolorek. Zaczął mówić, kiedy upiłam solidny łyk.

– Musisz sobie odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie. Co zyskujesz, grając wedle warunków Brunona?

– Nic. Varg wciąż jest w niewoli. Ja wciąż nie mam pola manewru.

– Co stracisz, jeśli odrzucisz te znaczone karty?

– Pokój. Odrzucając zasady, które wpycha mi w gardło, odrzucę rozejm, chwiejny, ale do niedawna obecny.

– Do niedawna. Czy to ty zmieniłaś zasady gry?

– Nie, co niewiele zmieni. Wciąż jestem wilkiem na jego terytorium.

– Kochanie, jesteś czymś znacznie więcej, nie zapominaj o tym. Jeśli Bruno chce wojny, będzie ją miał. I to nie tylko ze stadem Olafa. Myślę, że to jest właśnie to, czego nie wziął pod uwagę. Sprawy nie są już tak proste i gładkie jak piętnaście lat temu, kiedy objął stado w okolicznościach, które wielu się nie podobały, ale nikt się nie wtrącał. Dziś nadal nikt nie wtrąca się w sprawy jego stada, ale… twoje stado stanie za tobą. I tylko idiota zakłada, że są to wyłącznie wilki z Trójprzymierza. Gdybyś rzuciła hasło, miałabyś legion o tak różnorodnym rodowodzie, że przeszłoby do historii to, że wszyscy oni stali w jednym szeregu i się nie pozabijali. Możesz być jedną kobietą naprzeciw Brunona, ale nie jesteś jednostką naprzeciw jego stada, bo w tej grze masz własne. Popełnił poważny błąd, że nie uczynił tego, co ma do ciebie, sprawą osobistą. Gdyby próbował wyzwania, nie moglibyśmy nic robić, ale on wysłał stado, by cię zastraszyło; porwał twojego człowieka, czyli jednego z nas… Mamy prawo się wmieszać, bo sam ustawił szeroką perspektywę zdarzenia.

– Dokształcałeś się w prawach stada, co? – Uśmiechnęłam się ciepło.

– Ojcowski obowiązek, musiałem sprawdzić, z kim się bawi moja córeczka. – Wyszczerzył ostre jak igiełki zęby, a ja miałam ochotę go uściskać.

– Więc co? – zapytałam cicho.

– Chce wojny, to będzie ją miał, kochanie. I pożałuje, bo masz w swoim stadzie takich, co o wojnie wiedzą więcej, niż jakikolwiek wilk kiedykolwiek będzie wiedział. Nie wierzę, że to wyjdzie poza rozgrzewkę, ale nawet jeśli, pożałuje, że nie wybrał prostszej metody samobójstwa.

– Nie ma odwrotu, prawda?

– Odkąd przelał krew jednego z twoich, nie ma. Nikt nie będzie krzywdził mojej córeczki bezkarnie.

 

Każdego dnia cieszyłam się z tego, że wybrał mnie, głupiutkie dziewczątko z przerostem buńczucznej dumy i niedoborem wiedzy. Dziękowałam losowi, że lata temu błąkając się po ulicach Thornu, weszłam do Szatańskiego Pierwiosnka, a wielki jak skała czart polubił mnie na tyle, by pozwolić mi bywać w swoim barze regularnie, aż ten stał mi się domem, a Leon został moim nieco nadopiekuńczym ojcem, częścią pokręconej rodziny, której nie zamieniłabym na nic na świecie.

Wszystko, co mówił, było prawdą. Istniały konkretne powody, by takich jak ja – mieszańców nieprzestrzegających systemowej rozdzielności i granic własnego gatunku – uznawać za kłopot. Niby wilk, ale z własnym kompletem definicji. Także z własną definicją stada. Bruno myślał jak tradycyjny wilk, stereotypowo widział we mnie samotną wilczycę na obcym terytorium, z dala od mojego stada. Owszem, wilcza część mojego stada mieszkała daleko, ale cała reszta była przy mnie. Nawet zaklęcie terytorialne na Dulce rozpoznało w Joshui część stada. Anioł w wilczym stadzie, kto to słyszał? Na pewno nie Bruno Mój ojciec, moi przyjaciele mieli prawo stanąć w walce u mojego boku. Ale nie byłam pewna, czy mam odwagę się na to zgodzić, nie myśląc o konsekwencjach, jakie to przyniesie dla nas wszystkich.

Dzień, w którym przeciwko magicznym staną piekielnicy, będzie ostatnim dniem rozejmu, który uczynił Thorn spokojnym miejscem do życia. Nie da się zerwać go na chwilę, a potem rzucić „żartowałem” i umyć ręce. I wciąż jeszcze miałam nadzieję, że zdołam tego uniknąć, bo jeśli nie… faktycznie będę kobietą, która podpali świat, by odzyskać, co jej. A zabawy z ogniem są niebezpieczne… Bardziej niż chciałabym przyznać, skoro żyję na co dzień z pyrem. O diable mowa. Poczułam, że Miron się zbliża, zanim wszedł do baru. Jego gęsta aura gotowała się złością.

– Czy to prawda? – zapytał gniewnie.

– Zależy co.

– Zaatakowali cię?

– Przesada. Próbowali postraszyć. Wiesz coś? – Skierowałam jego uwagę na rozpoznanie, które miał zrobić. Przez chwilę nie odpowiadał, obdarzając mnie równie nadopiekuńczym spojrzeniem, co Leon jakieś pół godziny wcześniej. Uspokojony usiadł obok i z wdzięcznością przyjął piwo podsunięte przez gospodarza lokalu.

– Cóż, Varg niewątpliwie był w mieście tydzień temu. Wypytywał o ciebie, odwiedził kilka miejsc, w tym Otchłań. Wyraźnie unikał wilczych rejonów, do tego stopnia, że wynajął pokój Pod Cerberem – powiedział, upijając łyk piwa.

– Demony przyjęły go pod swój dach? – Zaskoczona uniosłam brew.

– Przyszedł i powiedział, że jest od ciebie. Właściciel Cerbera jest lojalny wobec Baala i nawet jeśli w dekrecie o twojej nietykalności nie było punktu o twoim stadzie, to małym drukiem mogło być coś o elastyczności, bo z tobą nic nie wiadomo, więc Vargowi w Cerberze nic nie groziło. W tamtym czasie nikt poza porywaczami nie wiedział, że jesteś porwana. Dopiero zaczynaliśmy cię szukać, raczej po cichu.

– Zatrzymał się tydzień temu… to dobę po moim porwaniu. Musiał wiedzieć, że ze mną jest kiepsko, pewnie odczuwał w jakimś stopniu tortury, tak jak ja widziałam we śnie, że jemu dzieje się krzywda.

Miron zacisnął zęby ze złością. On nie czuł. Szukał mnie dwa dni i gdyby nie As, nie znalazłby. Tak, miał z tym kłopot, bo bardzo po męsku chciałby być niezawodny, ale nikt nie był. Nawet mój diabeł.

– Jak to się stało, że się nie spotkaliście? Że nie pojawił się u nas w mieszkaniu? – zapytałam.

– Może się pojawił, ale my przetrząsaliśmy okolicę, szukając ciebie. Nie bywaliśmy w domu regularnie. Z tego, co wiem, wypytywał o ciebie. Miał nieco lepsze informacje niż ja. Wiedział, że twoje zniknięcie jest związane z piekielnikami. Niemal napytał sobie biedy, wchodząc do Otchłani z dość agresywną gadką o wyrywaniu nóg z dupy każdemu, kto cię tknął choćby palcem.

– Ale wyszedł z niej bez szwanku – powiedziałam pewnym tonem.

– Taaa, dogadali się. Dzień później, wedle mojego dobrze poinformowanego rozmówcy, był widziany w Toruniu, koło kościoła, musiał cię wytropić. I wtedy też zaczęły się nim mocno interesować wilki.

– Zaraz, zaraz… Przez dwa dni chodził po Thornie i się go nie czepiali, a potem nagle zaczęli na niego polować? To nie ma sensu.

– A jednak tak właśnie było. Ciekawostka, która może cię zainteresować. Co najmniej jeden ze stałych bywalców Otchłani widział Varga w towarzystwie kobiety.

Wilczyca we mnie warknęła, jak przystało na terytorialną sukę.

– Wiadomo, kim była? – udało mi się to powiedzieć prawie obojętnym tonem.

– Wiem tyle, że była dziwna i stara. I że wdali się w dość głośną dyskusję.

– Twój świadek coś słyszał?

– Nie pamięta. Ale pamięta, że kobieta sprawiała wrażenie dominującej suki wobec Varga.

– Więc chyba wiemy, kim była – mruknęłam zdziwiona. Znałam tylko jedną kobietę zdolną zdominować egzekutora stada. Ja byłam blisko, ale gdyby z własnej woli nie przyjął mnie jako swoją Alfę, nie wiem, czy przeżyłabym starcie o dominację. – Kiedy widział ich razem?

– Tu się robi ciekawie. Otóż wydaje się, że te dwa fakty się łączą. Bruno wydawał się ignorować twojego wilka, do czasu kiedy ten spotkał się z kobietą. Może to przypadek, ale nie wydaje mi się.

– Myślisz, że to Fany ściągnęła na Varga uwagę Brunona? – zapytałam cicho.

– Niekoniecznie. Ale zastanawia mnie to, że żadnego z nich od jakiegoś czasu nie widziałaś, prawda? Wygląda na to, że nikt nie spotkał Varga od trzeciego dnia po twoim zniknięciu. Także starej kobiety później już nie widziano. Kaz z Cerbera pamięta dokładnie, kiedy pojawił się jakiś fagas od Brunona, domagając się klucza do pokoju Varga.

– Oczywiście ich spławił.

– Nie inaczej. Jego rzeczy nadal na niego czekają. Varg po prostu nie wrócił na noc. Nie odezwał się, nie zabrał bagażu. Zniknął na swoim motocyklu i tyle go widzieli. Podobno piękne cacko – dodał.

– Chyba tak… Joshua go tu prowadzi… Właściwie... powinien przyprowadzić dawno temu…

Nagle gardło ścisnęło mi się ze strachu. Dziesiątka wilków w lesie i mój anioł? Nie…

– Nic mu nie jest – zapewnił Miron. – Wiedziałbym, gdyby miał kłopoty.

Spojrzałam na martwy ekran wyświetlacza mojej nokii. Cholera, wynalazek Olafa bardzo zrewolucjonizuje tu życie…

Przez chwilę po prostu siedziałam, zastanawiając się, co robić.

– Miron, czy mamy jakiegokolwiek świadka ataków wilków Brunona na Varga? Jakikolwiek dowód, że to on stoi za zniknięciem naszego wilka? – zapytałam.

– Nie. I tak, frustruje mnie to równie mocno, jak ciebie.

– Cholera jasna – mruknęłam i osuszyłam szklankę do dna. – Musi coś być, on nie jest tak dobrym strategiem, by zaplanować to idealnie…

Chyba że to nie on to wszystko zaplanował, powiedział mi w głowie cichy głosik, który zwykłam nazywać intuicją, bo nazywanie go „zdrowym rozsądkiem” nie zawsze się sprawdzało.

– Słuchaj… A czy nie możesz go odnaleźć przez więź? Twoja wilczyca nie potrafi go zlokalizować? – zapytał Leon.

– Niestety – skrzywiłam się – nie dopełniliśmy wiązania. Gdyby nie to, że czuję, że wciąż żyje… – Pokręciłam bezradnie głową.

– Nie przejmuj się, Bruno zrobi coś głupiego. Zawsze robił i zwykle uchodziło mu to na sucho. Tym razem oberwie.

– Byle Varg mógł poczekać na jego błąd.

– Jest twardy – zapewnił Miron.

– Nie znasz go.

– Wytrzymuje z tobą, musi być twardy. – Uśmiechnął się uspokajająco, ale ja nie czułam się spokojna.

Drzwi baru znów się otworzyły i wkroczył Joshua, wyraźnie zmartwiony. Zeskoczyłam z wysokiego stołka barowego i zrobiłam krok w jego stronę.

– Jeśli cię choć tknęli… – rzuciłam wściekła.

– Nie, to nie to… Nisim mnie wezwał. W szkole pojawił się problem, poważny…

– Jesteś im potrzebny – stwierdziłam, nie zapytałam, bo mowa jego ciała była czytelna. – Coś z dziećmi?

– Nie, niezupełnie. – Przeczesał włosy palcami i wyraźnie uciekł spojrzeniem w bok. – Nie martw się, zostanę z tobą. Nisim sobie poradzi.