Martwy sezonTekst

Z serii: Garstka z Ustki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Gdy tylko zjechali z promu w Gdyni, Tamara zaczęła szukać miejsca, gdzie będzie mogła kupić telefon. Po wyjściu z pierwszego napotkanego punktu przełożyła kartę SIM z rozbitego smartfona do nowego. Odetchnęła, gdy udało jej się zsynchronizować ze swoim kontem i odzyskać dane, a także listę kontaktów. Natychmiast zadzwoniła do Magdy.

Spodziewała się, że na dzień dobry dostanie burę, ale siostrzenica zareagowała nad podziw spokojnie.

– Czyli nie jest najgorzej – powiedziała tylko. – Gdy minął siódmy dzień bez kontaktu, przymierzałam się już do obdzwaniania kostnic i komisariatów.

– Nie było aż tak źle, zakłócenia komunikacji, rozumiesz, daleka północ i brak zasięgu. Ale właśnie wracam do domu – oznajmiła lekko.

– Kiedy dotrzesz do Ustki?

– Spodziewaj się mnie za dwie godziny, możesz nastawiać wodę na herbatę.

– Chcesz mi powiedzieć coś jeszcze, ciociu? W imię tego, że przysięgłyśmy nigdy się nie okłamywać i zawsze mówić sobie prawdę?

Tamara natychmiast pękła.

– Cholera jasna. Miałam wypadek. Mam złamaną nogę. Przez dwa tygodnie, może dłużej, będę uziemiona na wózku.

– Jestem z ciebie dumna. Dlatego, że mi powiedziałaś, a nie, że się połamałaś, oczywiście. Coś jeszcze ci umknęło? Jeśli masz złamaną nogę, raczej nie możesz prowadzić samochodu… Zapewne potrzebujesz kierowcy…

Tamarze zapaliły się lampki alarmowe.

– Ty wiesz! Wiedziałaś, zanim zadzwoniłam! – krzyknęła oskarżycielsko.

– O wysokim, nieprzyzwoicie przystojnym, szkotopodobnym okazie męskości, z którym się prowadzasz? Ależ skąd mogłabym wiedzieć, skoro nawet do mnie nie zadzwoniłaś, gdy trafiłaś do szpitala? I nic o nim nie mówiłaś przez ostatnie trzy miesiące, gdy rozmawiałyśmy kilka razy w tygodniu? Choć wyglądacie na zaprzyjaźnionych. O czym oczywiście nie mogę nic wiedzieć, bo skąd?

Tamara parsknęła, słysząc ton Magdy. Stanowił doskonałą imitację jej własnego, gdy zdarzało jej się wygłaszać wychowawcze pogadanki: odrobina zawodu, szczera wiara w prawdomówność i mało subtelnie zarzucony haczyk skruchy. Oj, obrywała własną bronią.

– Skąd, u diaska, wiesz o tym wszystkim? I skąd wiesz, jak wygląda? – zapytała ze śmiechem.

– Kazałam mu potwierdzić swoją tożsamość. Wiesz, musiałam mieć pewność, że nie jest sudańskim księciem, który próbuje mi wcisnąć swoje miliony i tak dalej. W internetach trzeba być ostrożnym.

– Powinnam była zauważyć, że coś knuje – parsknęła i spojrzała spod oka na, jak to ujęła jej siostrzenica, „szkotopodobny okaz męskości”, który nawet nie miał dość przyzwoitości, by wyglądać na skruszonego.

– Widać uderzyłaś się w głowę. Nie tylko nie zauważyłaś, że coś knuł, ale jeszcze uważałaś, że dobrym pomysłem jest trzymanie mnie w niewiedzy. Pewnie masz niezłego guza. – Znów sarkastyczna troska, tajna wychowawcza broń Tamary.

– Mam. I sporo siniaków. Zobaczysz mnie i nie zdołasz się gniewać na taką ofiarę losu. Wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy – jęknęła żałośnie.

– Niech ta nędza i rozpacz czym prędzej zawitają do Ustki, żebym mogła sprawdzić, czy znów nie przemilczają najważniejszego. Może adoptowałaś kucyki szetlandzkie albo w międzyczasie wyszłaś za mąż? Któż to wie, Tamaro Marudna, cioteczko nieprzewidywalna, do jakich bezeceństw doszło na islandzkich bezdrożach. Może już mam wujaszka, który będzie mi zastępował tatę?

– Urwę ci głowę, jeśli zaserwowałaś mu swój popisowy tekst.

– Myślisz, że mogłabym? Jasne, że bym mogła, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Więc szybciutko do Ustki, zanim zabraknie mi cierpliwości i zacznę być bardzo, bardzo niegrzeczna.

Tamara roześmiała się, obejmując przedramieniem żebra, jakby to mogło pomóc. Przypomniała sobie, że Magda rzeczywiście kiedyś to zrobiła. Ich sąsiad, z którym Tamara umówiła się niezobowiązująco raz czy dwa, nie przyjmował do wiadomości, że nie jest dla niej darem z niebios, a „nie” jest pełnym zdaniem. Naprzykrzał się. Przez kilka dni wbiegała po schodach na ósme piętro, bo wciąż spotykała go w windzie. Jakby czekał. Ale wystarczyło, że jeden jedyny raz Magda spojrzała na niego wielkimi oczyskami i zapytała: „Czy teraz jest pan moim tatusiem?”.

Miała wtedy piętnaście lat, ale wyglądała na dwanaście. Wyskoczył z windy jak oparzony i nigdy już nie zawracał im głowy. I dobrze. Jeśli nie przyjmował ich w pakiecie, nie był wart uwagi. Ale Tamara nie wiedziała, jak zareagowałby Cezary. Zawsze chciał mieć rodzinę. Równie dobrze mógłby odpowiedzieć: „Byłbym najszczęśliwszym mężczyzną na świecie, mów mi Czarek”.

Nagle dotarło do niej, że ta dwójka razem może być niebezpieczna. Może nie powinna zabierać go ze sobą do Ustki? Czy to nie wygląda zbyt poważnie? Oboje, Magda i Czarek, mogą z tego wyciągnąć zbyt daleko idące wnioski. Na przykład że łączy ich coś poważnego. Poniekąd c o ś między nimi było, ale gdyby nie złamała nogi i nie potrzebowała pomocy, to czy za te kilka tygodni, kiedy wracaliby ze Szwecji w planowanym terminie, przyszłoby jej do głowy zaprosić go do Ustki? Przedstawić siostrzenicy? Nie była pewna. Cokolwiek się między nimi działo, czaiło się w niedopowiedzeniach, trochę za ciepłych spojrzeniach i nazbyt częstym przywoływaniu wspomnień.

Wierciła się podenerwowana, ale Czarek, skupiony na drodze, nie zwracał na nią uwagi. Pomrukiwał coś, a potem zaczął nucić tę melodię i Tamara nie mogła uwierzyć, musiała się przesłyszeć, to na pewno było coś innego! Ale nie. Bo oto doszedł do refrenu i śpiewał już półgłosem:

Czary-Mary, do rąk wezmą aparaty,

Czary-Mary, wyczarują nowe światy,

Czary-Mary, i emocje na twarzy,

Czary-Mary, miłość im się przydarzy

To i tak była ta mniej obciachowa z ich piosenek przewodnich. Poznali się na plenerze fotograficznym. Oboje tuż po dwudziestce. Zaiskrzyło, oj zaiskrzyło. Cały wolny czas spędzali na rozmowach i co tu dużo mówić, na pieszczotach. Tamara nie miała specjalnego doświadczenia w romansowaniu, on także, ale skoczyli wtedy z całą ufnością młodych serc – na główkę.

Wkrótce stali się przedmiotem życzliwych żarcików kolegów i koleżanek. Niby wszyscy byli pełnoletni, a przecież poziom żartów nie przekraczał wczesnej podstawówki. Od tego, że skoro ona jest Marą, jak zdrabniano jej imię, a on Czarkiem, to razem tworzą Czary-Mary, przez przeróbkę piosenki o myciu zębów, po całkiem już szczeniackie: „Zakochana para, Czarek i Tamara, Tamara kadruje, Czarek ją całuje”.

Nic ich wtedy nie mogło zrazić. Dla niej to był czas poza czasem. Po pierwszej wielkiej stracie przyszła następna. Z pasją rzuciła się w pracę i w tę młodzieńczą miłość. Uciekała przed bólem. Czarek potrafił ją dogonić. A potem próbował ją zatrzymać.

Cezary umilkł, zacisnął ręce na kierownicy i jakby czytał jej w myślach, powiedział:

– Wtedy… nie próbowałem cię zmienić. Kochałem cię do szaleństwa. Widziałem, że się miotasz, pędzisz i jesteś coraz bardziej wykończona. Odkąd umarła twoja siostra, bałaś się zatrzymać, jakbyś nie wierzyła, że masz gdzie. Myślałem… łudziłem się, że mogę dać ci dom, że mogę być twoją kotwicą i sprawić, żebyś miała gdzie odpocząć. Myślałem, że tego potrzebujesz. Marzyłem, że mnie potrzebujesz.

Przez chwilę milczała. Ścisnęło ją w gardle. Czemu wtedy nie mogli o tym rozmawiać? I jak to się stało, że przez te tygodnie wspólnej podróży nawet nie zająknęli się na ten temat? Nawet teraz słowa przychodziły jej z trudem, ale była mu to winna, prawda?

– Wtedy nie podchodziłam do tego w ten sposób. I panicznie bałam się zatrzymać. Nie wiem, kiedy sama zdołałabym to zrobić, gdyby to wciąż była kwestia wyboru, a nie konieczności. – Westchnęła ciężko, przypominając sobie tamten czas, tamte emocje. – Dostałam od losu Magdę i musiałam dać jej to, czego obie potrzebowałyśmy. Z dnia na dzień zmieniła moje życie o sto osiemdziesiąt stopni.

Czarek złapał cień jej ciepłego uśmiechu, który pojawiał się, ilekroć mówiła o siostrzenicy. Stłumił ukłucie zazdrości. Nie miał do niej prawa. Ale wciąż nie rozumiał tamtej przemiany: Tamary, którą znał, w Tamarę, którą się stała dla Magdy.

– Zrezygnowałaś dla niej ze wszystkiego, co kochałaś – zauważył, siląc się na neutralny ton.

Wzruszyła ramionami, jakby to było coś oczywistego.

– Ją kochałam bardziej – powiedziała, nieświadomie sprawiając mu ból.

I zapatrzona w migający za oknem krajobraz zaczęła mówić. Szczerze, jak potrafiła tylko z nim, ze swoją siostrą i z Magdą.

– Nie byłam wtedy najlepsza w kompromisach. Wszystko albo nic. Przecież mogłam to jakoś inaczej poukładać, połączyć. Ludzie miewają dzieci i kariery. Ale znałam tylko jeden wzór pracy: na dwieście procent. Iść na całość, nie jeść, nie spać, biec. Tego się z młodą pogodzić nie dawało. Więc zostawiłam to, co w tamtym momencie było mniej ważne. Ona by sobie beze mnie nie poradziła. Fotografia, cóż, nie zauważyła mojego braku.

Nie zgadzał się z tym, ale starał się zrozumieć jej stanowisko.

– Długo trwało, zanim się pogodziłem, że zaśmiałaś mi się w nos na samą sugestię domu i stabilizacji, a pół roku później miałaś mieszkanie, dziecko, otwierałaś studio w Łodzi… Dla mnie to było tak, jakbyś kłamała, mówiąc, że tego nie chcesz. Chciałaś, ale nie ze mną – wytknął. W jego głosie wciąż pobrzmiewał ból.

Nie pomyślała, że tak mógł to wtedy odebrać. Ale czy nie miał podstaw?

– Może dobrze się stało, Czarek… Przyjęłabym twoje oświadczyny, a sześć miesięcy później zmarłby Marian i Magda potrzebowałaby opieki… Wiem, jak to wpłynęło na moje plany. Jak wpłynęłoby na twoje? Nie żałowałam tej decyzji nawet minutę, ale to była moja decyzja. Nie wiem, czy mógłbyś powiedzieć to samo. Gdybyś nie zniósł tej presji i zmiany, Magda myślałaby, że to przez nią. Dobrze, że nie dołożyliśmy jej jeszcze swojej dramy do tego, co przeżywała – próbowała racjonalizować.

 

– Nigdy nie kazałbym ci wybierać między mną a dzieckiem! – Pierwszy raz podniósł głos. Zaciskał palce na kierownicy, aż pobielały mu kłykcie.

– A ja nie mogłabym ci kazać wybierać między nami a karierą. Cały świat stał przed tobą otworem, odnosiłeś sukcesy. Ty byłeś artystą, żyłeś dla sztuki – tłumaczyła.

Zaśmiał się gorzko.

– Wtedy, kiedy byliśmy razem? Nie. Wtedy byłem kimś więcej. Ale kiedy mnie wywaliłaś za drzwi, tak, stałem się tylko tym.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie wiedziała nawet, jak nazwać te dziwne emocje, które się w niej kłębiły. Za dużo ich było, uwierały. Owinęła się szalem, bo mimo ciepłego nawiewu zrobiło jej się zimno.

Czarek odetchnął. Starał się rozluźnić dłonie.

– Nie chcę się kłócić, Tamaro. Nie chcę przerzucać się ciętymi komentarzami na temat przeszłości – powiedział w końcu, znów całkiem spokojny.

– A czego chcesz? – zapytała niepewnie. – Czemu chcesz zostać w Ustce po tym, jak mnie tam zawieziesz?

Dobre pytanie. Czy zdawała sobie sprawę, jak brutalne było w swej szczerości? Pewnie nie.

– Chcę sprawdzić, czy coś z tamtego uczucia w nas zostało, czy też tamten rozdział jest już zamknięty na zawsze. Czy nowi ludzie, którymi dziś jesteśmy, mają sobie coś do zaoferowania, czują coś do siebie, mają jakąś przyszłość – powiedział z bolesną szczerością, odsłaniając miękkie podbrzusze. Obrócił się, by widzieć jej twarz, i zapytał: – Jesteś na to gotowa?

Milczała. Bała się tego, o czym mówił. Bała się tego, co ciągle czuła.

– Powiedz tylko słowo, a wyjadę i nie będę ci się naprzykrzać – zapewnił.

– Urlop w Ustce ci się spodoba – odparła ostrożnie. Nie mogła mu nic obiecać. I tak wiedziała, że gdyby powiedziała „nie”, przed końcem dnia nie byłoby po nim śladu.

Kolejne kilometry przebyli w milczeniu. Tylko Czarek nieświadomie pogwizdywał melodię Czary-Mary i była pewna, że w myślach nie śpiewa piosenki o myciu zębów.

Rozdział 6

Magda zajrzała do pokoju po raz piętnasty, by się upewnić, że jest tam wszystko, czego Tamara będzie potrzebować. Nie wiedziała, czy to zdenerwowanie wynika z najczarniejszych wizji, jakie nawiedzały ją przez tych kilka dni milczenia ciotki, czy z czegoś innego, ale czuła się, jakby przedawkowała kawę.

Może myśl o tym, że Tamara jest ranna i wymaga opieki, uruchomił u Magdy instynkt kwoki. Babcia zachowywała dużo więcej opanowania – jakby fakt, że opasała się białym fartuchem i zabrała do gotowania, wystarczał, by czuła, że kontroluje sytuację.

To prawda, Maria w stresie gotowała i piekła. A biorąc pod uwagę, jakie dni nadciągały, spodziewała się, że piekarnik będzie rozgrzany do czerwoności. By nie zastanawiać się nad tym, jak radzi sobie Joanna, kiedy przyjdzie następny list, jak spłaci zaległe raty i jak ciężkie są obrażenia Tamary, skoro porusza się na wózku, skupiła się na bardziej przyziemnych zmartwieniach.

– Madziu, który pokój przydzieliłaś koledze Tamary? Zaniosę tam świeże ręczniki – zapytała.

Magda uśmiechnęła się na słowo „kolega”. Zabrzmiało, jakby Tamara i Cezary mieli dziesięć lat i siedzieli w jednej szkolnej ławce. Tamara wiele razy sobie żartowała, że w pewnym wieku „chłopak” brzmi kompletnie niewiarygodnie. A jednocześnie przyznawała, że „partner” sugeruje relację dużo głębszą niż ta, która zwykle łączyła ją z facetami, „pościelowy” zaś było niewychowawcze i mogło negatywnie wpływać na przekonania Magdy w kwestii tego, co jest najbardziej istotne w relacjach damsko-męskich. Często używały więc słowa „kolega”, ale w kontekście ironicznym. Magda nie była pewna, czy babcia by to doceniła. Przy całej swojej tolerancji Maria wolała nie poświęcać nadmiernej uwagi nocnym wizytom Artura w mieszkaniu wnuczki. Choć musiała słyszeć, kiedy schodził lub wchodził po schodach, za każdym razem mijając jej mieszkanie. Nazywała go „chłopcem Magdy” i „tym miłym chłopcem”. Cezary, zanim Maria go pozna i zadecyduje, co o nim sądzi, musiał się zadowolić mianem „kolegi”. Magda nie zamierzała z tym polemizować. Sama też postanowiła mieć na niego oko.

– Myślę, że narożny pokój będzie idealny. Już wysprzątany i z widokiem na port. Spodoba mu się. Dwie trzecie pokoi jest pustych, równie dobrze może dostać jeden z najlepszych, choćby z tego tytułu, że ją dowozi do domu.

Dawała mu kredyt zaufania. Ale jeśli Tamara będzie przez niego płakać, pomyślała mściwie, jego pobyt tu szybko może się zmienić w piekło.

Maria martwiła się o Tamarę. Nie o jej połamane kości – te się zrastały. Ale regeneracja serca zajmowała znacznie więcej czasu i zwykle pozostawały blizny.

– Nigdy nie wspominałaś, by się z kimś spotykała. To jakaś świeża sprawa, między nimi? – spytała ostrożnie, mieszając składniki w żeliwnym garnku.

Magda westchnęła, opadła na krzesło i zaczęła podskubywać jeszcze ciepłą bułeczkę. Jedną z trzydziestu, które od rana zdążyły opuścić piekarnik.

– Żebym to ja wiedziała, babciu. Tamara napomknęła kiedyś o jakimś Czarku… Czarek to chyba Cezary? Czy jest inne imię, które zdrabnia się do Czarka?

– Nie wydaje mi się, kochanie. Poza tym to dosyć rzadkie imię – przyznała babcia.

– No właśnie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkała drugiego Cezarego?

Mimowolnie wymachiwała bułeczką, a kruszonka rozsypała się po stole. Zebrała ją starannie oblizanym palcem i wyjadła do ostatniego okruszka.

– Sama ciągle się zastanawiam, jak to z nimi jest. I tylko zgaduję. Żadne z nich nie jest wylewne. Nawet się nie zająknęła na jego temat przez te miesiące. A kiedy on napisał, nie naciągałam go na zwierzenia, bo ważniejsze było, w jakim stanie jest ciocia.

Zastanawiała się, co ją niepokoi najbardziej w tej tajemnicy, jaką obrósł Cezary. Mops, z którym podróżowali, doczekał się więcej wzmianek niż on. A przecież nawet gdyby nic innego ich nie łączyło, oboje byli Polakami i fotografowali. Nawet gdyby się nie dogadywali, w normalnej sytuacji ciotka opisałaby go ze wszystkimi złośliwymi przymiotnikami, nadała mu jakiś kąśliwy przydomek. Tak szczelna zasłona milczenia była w ich relacji czymś zupełnie nowym.

– Tamara nie ukrywała przede mną randek ani przelotnych związków, ale gdy tylko któryś robił się zbyt poważny, ukręcała mu łeb. O nim natomiast nie wspomniała. Więc jeśli nie jest to coś z ostatnich miesięcy, to zgaduję, że to kwestia ponad dwunastu lat – przyznała niechętnie. Tylko ta opcja miała sens.

Maria uniosła brwi.

– I co? Po takim czasie nagle się odnaleźli?

– No właśnie! – Magda aż zastukała palcem w stół, by podkreślić, jak bardzo babcia trafiła w sedno z tym pytaniem. – Trochę podejrzane. Ledwie znikam z jej codziennego życia, a on nagle wypływa. Jakby tylko na to czekał. Nie wiem, czy mi się to podoba.

Powstrzymuję się od komentarzy, ale będę mieć go na oku.

– Myślisz, że się zakochała? – zmartwiła się Maria.

– Nie wiem, czy to zaszło aż tak daleko. Ale coś jest na rzeczy. Gdyby nic do niego nie czuła albo gdyby to była niewinna historia, jakich wiele, powiedziałaby mi o nim. Opowiedziała mi chyba o każdym uczestniku projektu, poza nim. Nawet nie wspomniała, że jest tam więcej fotografów! Nadmieniła tylko, że nie jest jedyną osobą z Polski. To mi coś mówi. Jeśli to ten sam

Czarek… cóż, był miłością jej życia.

– Tak powiedziała? – Maria zamarła z łyżką w połowie drogi do ust.

– Jak to Tamara. Między żartem a przypowieścią o tym, że „miłość nie staje się mniej prawdziwa tylko dlatego, że się kończy – recytowała Magda, naśladując głos ciotki – a wymaganie od niej, by była wieczna, jest głupie i ogranicza niczym te idiotyczne kłódki z imionami, które ludzie przypinają do mostów. Z żywego i pulsującego uczucia stałaby się sarkofagiem, bo tylko on może przetrwać wieczność”. – Pokręciła głową. – Oglądałyśmy akurat dokument o grobie Tutenchamona, stąd pewnie takie skojarzenia.

Maria westchnęła i znów energicznie zamieszała w garnku warzywa. Miłość zawsze kojarzyła jej się z kłopotami. I czymś nieprzyjemnym, co wychylało łebek, gdy tylko otwierało się serce.

Ale nie chciała sprzedawać wnuczce takiej wizji. Miała nadzieję, że dziewczynie życie miłosne poukłada się lepiej i jej myślom na temat mężczyzn nigdy nie będzie towarzyszył gorzki posmak.

Sama nie była pewna, czy tak naprawdę wierzy w całą tę miłość. Kojarzyła jej się głównie z bajkami, które wciska się młodym kobietom, tak jak jej, kiedy była młoda i głupia. Że jest tylko połówką większej całości, że bez mężczyzny nigdy nie będzie kompletna, a szczytem jej ambicji powinno być małżeństwo, dzieci, pielęgnowanie ogniska domowego i usługiwanie, bez którego byłaby postrzegana jako żona niedbała i leniwa. W kółko słyszała, że największe szczęście znajdzie wtedy, kiedy ją ktoś pokocha. Nikt nie wspominał, jak bardzo warunkowe bywa to uczucie.

Wolałaby, żeby każda kobieta zaczynała od pokochania samej siebie. By wyznaczała swoje granice. I dopiero wtedy była gotowa spotkać się z kimś w pół drogi. Albo i nie. Bo czy mogła zaprzeczyć, że najszczęśliwsze i najpełniejsze lata swojego życia przeżywała jako wdowa?

Wysłała Magdę z ręcznikami do pokoju narożnego i raz jeszcze sprawdziła komórkę. Żadnej wiadomości od Joanny. Odliczała czas dzielący Ptaszynę od przyjazdu do Przystani i modliła się, by miała go wystarczająco wiele. Ogarnęła ją irracjonalna potrzeba usłyszenia głosu tej młodej kobiety, upewnienia się, że jest cała, zdrowa i nie zmieniła zdania – nie dała się przekonać przeprosinom, zapewnieniom zmiany, nie przyznała mężowi racji, że wina leży po jej stronie.

Maria wiedziała, że nie może zadzwonić. Mogłaby wszystko zrujnować. Musiała być cierpliwa. Musiała być spokojnym portem, do którego zdoła zawinąć kolejna Ptaszyna. By dać upust frustracji, zaczęła mieszać potrawę jeszcze energiczniej. Jakby w ten sposób mogła przyspieszyć moment, kiedy wszystkie zagubione statki zawiną do portu.

*

Już po pierwszej godzinie pobytu w Wielkiej Niedźwiedzicy Tamara czuła się wykończona. Zbyt wiele elementów się skumulowało, odbierając jej wszystkie siły. Niespokojna i pełna emocji noc na promie. Nie mniej emocjonująca podróż samochodem do Ustki. A wreszcie posiłek z Magdą i Marią, milion pytań i krążący po pensjonacie nieco szaleni goście, których Magda przedstawiła jej jako Łowców Duchów. Na dodatek cholerny ibuprofen stanowczo nie był w stanie uśmierzyć bólu.

Próbowała to ukryć przed siostrzenicą, która i bez tej wiedzy zamartwiała się i kwokowała. Tyle że coraz więcej wysiłku kosztowało Tamarę ignorowanie pulsującego bólu nogi, który utrudniał jej koncentrację na rozmowie. Co chwilę gubiła wątek. Czuła na sobie uważne spojrzenie Magdy i Cezarego. Nie spuszczali z niej oka, jakby się spodziewali, że zaraz padnie bez życia.

Cezary zjadł podane przez Magdę śniadanie. Wypił pół litra zielonej herbaty. Dzielnie znosił jastrzębie spojrzenia i mało dyskretne przesłuchanie, które mu fundowały dwa pokolenia Garstek. Jednak po kilku ostatnich dniach wydawał się dziwnie dostrojony do zmiany stanu Tamary, jakby czytał w niej jak w otwartej księdze. Gdy ból zaczął jej mocniej doskwierać, jego radar zadziałał bez zarzutu.

– Wiem, że dopiero południe – powiedział – ale czuję się, jakbyśmy byli na nogach drugą dobę. Muszę odespać to kołysanie na promie.

Wiedziała, że chciał w ten sposób odciągnąć od niej uwagę i oszczędzić Magdzie powodów do niepokoju. Doceniała to. Podobnie jak fakt, że zachowywał się przyjaźnie i naturalnie. Nie sugerował, że są w związku, nie rzucał podtekstami, choć wielu na jego miejscu wykorzystałoby okazję do ustawienia relacji.

On tego nie potrzebował. Był jednym z tych ludzi, których intuicyjnie lubią dzieci, psy i nieznajomi w kolejce do kasy. Wystarczyła godzina, by Maria zrezygnowała z ostrożnego dystansu. Łowcy Duchów po kwadransie rozmowy zapraszali go na polowanie na niesamowitości, a ich Hultaj przyjaźnie podgryzał nogawkę. Jedynie Magda zachowywała się powściągliwie – jakby uznała, że podejmie decyzję co do niego, dopiero gdy pozna wszystkie fakty. Wykazywała niekiedy taki rozsądek, że zdaniem Tamary bez wątpienia musiała go dostać w genach po ojcu. Na pewno nie był to skutek wychowania przez ciocię.

Cezary podążył za Marią do recepcji, gdzie odebrał klucz i wskazówki, jak trafić do pokoju. Następnie w trzech kursach do samochodu i z powrotem przeniósł do pensjonatu bagaże swoje i Tamary – niewielkie walizki z odzieżą i rzeczami osobistymi oraz dużo większe torby ze sprzętem elektronicznym i aparatami. Zaniósł jej rzeczy do pokoju, jakby upewniał się, że ma tam wszystko, czego potrzebuje, a potem wbiegł po schodach ze swoimi betami. Zbyt energicznie jak na kogoś, kto rzekomo chwilę temu padał z nóg.

 

Tamara wiedziała, że powinna sprawdzić, czy aparaty i komputer nie ucierpiały w wypadku, ale nie miała na to siły. Potrzebowała wziąć kilka tabletek przeciwbólowych, położyć się na łóżku i wyciągnąć nogę prosto, bo biodro i kolano dawały jej do wiwatu po kilku godzinach siedzenia w samochodzie.

Magda nie dała się zmylić.

– Masz coś przeciwbólowego? – zapytała wprost, prowadząc ją do pokoju.

– Nie wykupiłam recepty – mruknęła Tamara.

Zawsze bała się leków, od których mogłaby się uzależnić. Przepisany środek był mocny i silnie uzależniający, wykonany na bazie opiatów. Zanimby się obejrzała, skończyłaby jak Dr House, łykający oksykodon jak tic taki. A nie miała pojęcia, jak się znajduje dilera, gdy zabraknie recept.

Magda westchnęła, bo odgadła, jakimi torami pobiegły jej myśli. Tamara była zawzięta, nawet po wycięciu wyrostka robaczkowego nie chciała wziąć nic mocniejszego niż paracetamol.

– W drodze do Vincenta zajrzę do apteki, kupię coś, co nie jest na receptę. Cierpienie wcale nie uszlachetnia, cioteczko, za to jak się będziesz tak krzywić z bólu, zrobi ci się wyjątkowo nieatrakcyjny układ zmarszczek.

– Jesteś podła, Garstko Nieszczęścia – zarzuciła jej Tamara z uśmiechem.

– A dziękuję, w twoich ustach to prawdziwy komplement. A teraz po prostu chwilę odsapnij. Za godzinę zaczynam zmianę w kawiarni, kończę o dwudziestej pierwszej. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, dzwoń. Poza tym babcia dziś większość dnia spędza w pensjonacie, więc usłyszy wołanie.

Tamara znała swoją siostrzenicę. Nerwowość i lekki, lecz wyczuwalny dystans był sprawdzonym sposobem, z jakim dziecko, które doświadczyło zbyt wielu strat, radziło sobie ze strachem.

– Magdo, to tylko noga. Za kilka tygodni zdejmą gips i jedyne, czym się będzie różniła od drugiej, to brak opalenizny. Ale przy tej pogodzie różnica będzie znikoma – zapewniła.

Magda pokiwała głową, ale nie była w stanie nic powiedzieć. W gardle miała gulę, palce wciąż zaciskały się i prostowały, miętosząc dół bluzy. Jeszcze jeden z jej dziecięcych tików. To bolało Tamarę bardziej niż noga.

– Przepraszam, Madziu. Przepraszam, że cię nastraszyłam. I za to, że nie zadzwoniłam wcześniej. Głupio uznałam, że lepiej przyjmiesz to, że właśnie wypisali mnie ze szpitala, niż że wciąż w nim leżę. Bo nie wypuszczają umierających. – Magda pociągnęła nosem, łamiąc ciotce serce. – Przepraszam, kochanie, nigdy więcej, słowo honoru.

Magda odetchnęła, słysząc szczerość w jej głosie. Wygładziła wymiętą bluzę i otarła rękawami niespodziewane łzy.

– Naprawdę mnie nastraszyłaś. Nie rób tego więcej. Wolę wiedzieć dokładnie, co się dzieje, niż wyobrażać sobie najgorsze. Cieszę się, że tu jesteś – powiedziała w końcu.

Uściskały się niezgrabnie, wózek mocno ograniczał możliwości przytulenia się.

– A teraz odpocznij, zobaczymy się wieczorem – dodała dziewczyna, wychodząc z pokoju.

Tamara nie musiała już przybierać dzielnej miny. Mamrocząc przekleństwa i zapierając się o podłokietniki, przeniosła ciężar ciała na ramiona i spróbowała wstać, a przynajmniej wyprostować nogę w biodrze. Złamana kość bolała, ale w tym momencie to obite biodro i pośladek mocniej dawały jej się we znaki.

– Płakać z bólu. Ze wszystkich części ciała musi to akurat być tyłek – postękiwała, przenosząc się z wózka na łóżko.

W zasięgu ręki stały kule, które kupiła w sklepie ze sprzętem rehabilitacyjnym w Gdyni. Kiepsko sobie z nimi radziła, ale zamierzała ćwiczyć, żeby możliwie prędko móc odstawić wózek. Już szukała w sieci możliwości rehabilitacji w Ustce i okolicy.

Podpierając się kulami, dźwignęła się z łóżka. Musiała skorzystać z toalety. Każdy krok przychodził jej z takim wysiłkiem, że kiedy dotarła wreszcie do łazienki, uznała, że zasługuje na fanfary i oklaski. Po pobycie w szpitalu i wielogodzinnej podróży marzyła o prysznicu, ale sił wystarczyło jej tylko na wysikanie się i umycie rąk oraz twarzy.

Opadła na materac wykończona. Połknęła ibuprofen i paracetamol, wierciła się przez chwilę, próbując znaleźć pozycję, w której niewygoda i ból byłyby najmniej dokuczliwe. I odpłynęła. Czuła się bezpiecznie. Już nie w szpitalu, nie na promie, ale w domu. Nie własnym, ale w domu Magdy, a to właściwie to samo. Innego nie potrzebowała.

Jej mózg też to odnotował. Pierwszy raz od lat nie śniła koszmarów. Przynajmniej nie tych o wypadku.

Wędrowała przez las. Czegoś szukała. Czegoś, co tam zostawiła. Ale nie była pewna, czy to wciąż tam jest, ani nie pamiętała, gdzie dokładnie było. Nawet we śnie prychnęła na nachalną symbolikę tego obrazu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?