Martwy sezonTekst

Z serii: Garstka z Ustki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Tamara miała dosyć leżenia, szpitala i szpitalnej koszuli, która urosła w jej oczach do rangi symbolu zniewolenia. Spędziła w niej pięć dni. Czuła, że w chwili, gdy założy „prywatne” ubrania, będzie lepiej. Odzyska kontrolę. Zanim wróci Cezary. Owszem, potrzebowała jego pomocy przy powrocie do domu, ale nie chciała, by postrzegał ją jako bezradny obiekt wymagający otoczenia opieką. To prawda, więcej czasu minęło im osobno, niż trwał ich związek… ale to było skomplikowane.

Nie wiedziała, na czym stoją. Nie do końca rozumiała swoje uczucia. Nie spodziewała się go spotkać na Islandii, ale to nie było przykre zaskoczenie. Niemal oczekiwała, że on coś zacznie, zagai, będzie się starał podsycić dawny płomień. Nic takiego nie nastąpiło. I prawdę mówiąc, czuła się odrobinę rozczarowana. Ale miała poczucie, że to jeszcze nie koniec, że wciąż nie odsłonili wszystkich kart.

Nie potrzebowała jego pomocy przy ubieraniu się. Jeśli wrócą kiedykolwiek do etapu „oglądamy się nago”, to na jej warunkach, w milszych okolicznościach. A ona nie będzie wyglądała jak ostatnie nieszczęście.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Już złapanie pionu sprawiło, że zakręciło jej się w głowie z bólu. Podpierając się kulami, które zostawiła jej pielęgniarka, pokuśtykała do łazienki. Gips, ponoć nowoczesny, najlżejszy i wodoodporny, i tak ważył sporo. Ile tkwiło w niej metalu dociążającego kości, wolała nie myśleć. Gdy przez wycięte okienko lekarka i pielęgniarki oceniały postępy gojenia się pooperacyjnej rany, Tamara odwracała głowę. Przy zmianie woreczka do sączka też. Wolała nie zgadywać, co dokładnie oznacza sączek, ale uradowała się, gdy pielęgniarki chwaliły ją za to, że tak szybko stał się niepotrzebny. Jakby to była jakaś jej zasługa. Jednak cieszyła się, bo to zbliżało ją do momentu wyjścia ze szpitala. Od lekarki dowiedziała się, że opuszczenie go z sączkiem zwiększyłoby ryzyko infekcji.

Potrzebowała lustra, by w pełni oszacować straty. Nigdy wcześniej nie poruszała się o kulach, więc szło jej ciężko i niezdarnie. Zanim opanowała koordynację, prawie runęła na twarz. Właśnie dlatego jej przygoda z zumbą skończyła się, nim się zaczęła. Jej ręce i nogi nie zwykły uzgadniać ze sobą wspólnej wersji przed rozpoczęciem działania. Kiedy pokonała morderczy dystans dziesięciu kroków, była zgrzana i zasapana.

Zebrała się na odwagę i w świetle ostrej, szpitalnej jarzeniówki obejrzała swoje pokiereszowane ciało. Twarz widziała wcześniej – szwy na skroni, wciąż lekko spuchnięte oko, siniaki i otarcia na nosie i policzku upodobniały ją do boksera, który przegrał swoją pierwszą walkę. Ale zdawała sobie sprawę, że twarz to dopiero początek. Przy każdym ruchu czuła, że jej prawa strona oberwała naprawdę solidnie.

Gips sięgał do kolana. Gdy Tamara spytała, czy będą jej wystawać śruby, ortopeda uśmiechnęła się i zapewniła, że są głęboko schowane i że są tylko dwie. I nie, nie wygląda jak potwór z Frankensteina, a blizna nie będzie ogromna, ponadto w żadnym wypadku nie powinno być z nimi kłopotów na bramkach lotniskowych, kiedy już będzie mogła podróżować samolotem. Czyli najwcześniej za kilka tygodni.

Tygodnie. Tamara nie była pewna, czy to szwedzkie standardy – liczenie wszystkiego tygodniami – czy może lekarska zagrywka psychologiczna, bo gdy zapytała, jak długo musi pozostawać w gipsie, usłyszała „kilka tygodni”. Dla Tamary „kilka tygodni” oznaczało dwa, góra trzy. Dla lekarki raczej osiem. Może „dwa miesiące” brzmiałoby gorzej?

Gips był tylko jedną z atrakcji będących konsekwencją wypadku. Gdyby Magda chciała teraz ją narysować, potrzebowałaby pokaźnego zestawu fioletowych kredek. Tamara miała bowiem siniaki w każdym odcieniu fioletu, do tego biodro prawie w całości pokrywał niemal czarny krwiak. Kolano było bardzo spuchnięte, a każdy ruch nogą sprawiał, że eksplodowało bólem. Ortopeda zapewniała ją, że ani kolano, ani biodro nie są uszkodzone. Badania RTG i USG wykazały, że to tylko stłuczenia. Bolesne, utrudniające poruszanie, ale gojące się z każdym dniem. Tamara nie mogła się doczekać, aż poczuje się lepiej. I uradowało ją, że padło słowo „dni”, a nie „tygodnie”, którymi Szwedzi eufemistycznie zastępowali „miesiące”.

Ból był uciążliwy, zwłaszcza że nie chciała już brać mocnych leków i próbowała z nim walczyć za pomocą ibuprofenu. Nie wykluczała, że po kilku godzinach zmieni zdanie. Albo tuż po tym, jak skończy się ubierać.

Dziękowała w duchu Emmie, szwedzkiej pisarce i scenarzystce, z którą zaprzyjaźniła się w czasie trwania projektu. Emma przewidziała, jakie Tamara napotka problemy, i przygotowała ją na tę chwilę. Wpadła rano, jeszcze przed obchodem, z dzianinową sukienką i wełnianymi podkolanówkami, bo przypuszczała, że Tamara nie wciśnie się w żadne spodnie, a jedyne sukienki w jej bagażu były odpowiednie na sierpień czy wczesną jesień, ale nie na późny październik i wiatr na morzu.

– Dresy pewnie byłyby lepsze, ale wiesz, że preferuję opięte na tyłku spodnie do jogi – powiedziała.

– Nawet gdybym wcisnęła takowe na gips, długości starczyłoby na dwie mnie, gazelo.

Emma zaśmiała się, mile połechtana. Miała prawie metr osiemdziesiąt, nogi Elle Macpherson i mogłaby grać Walkirię w ekranizacji mitologii nordyckiej. Jej seksowna sukienka przed kolano sięgała Tamarze do połowy łydki, a długimi rękawami mogłaby się owinąć jak kaftanem bezpieczeństwa. Podkolanówki kończyły się daleko za kolanem. Ale wszystko było ciepłe, przyjemne w dotyku, pachniało wolnością od szpitalnej koszuli bez pleców.

– Nie wiem, kiedy zdołam ci je oddać…

– Nie zawracaj sobie tym głowy. Teraz mam pretekst, żeby iść na zakupy. Poza tym, to na szczęście. Jeśli dziś cię wypiszą, będziesz miała co na siebie włożyć, a to oznacza, że jesteś gotowa na wypis – stwierdziła przekornie.

Tamara starała się nie popłakać ze wzruszenia. I z bólu, bo każdy ruch kosztował ją naprawdę wiele.

Podpierając się kulami, zdołała wrócić na łóżko. Z trudem. Lekarka mówiła jej, że przynajmniej dwa–trzy tygodnie powinna używać wózka inwalidzkiego, by nie obciążać kontuzjowanych części ciała. Taktownie nie wspomniała o mało imponującej masie mięśniowej Tamary, ale powiedziała wprost, że kule to na razie dla niej za wiele, a gips, nawet lekki, syntetyczny, jest dużym obciążeniem. Tamara myślała, że to takie lekarskie gadanie, coś jak obowiązkowe wyjeżdżanie na wózku ze szpitala w amerykańskich filmach. Teraz zaczęła w to wątpić.

Kilka kroków nasiliło ból do poziomu trudnego do zniesienia. Czuła, jak pot spływa jej po plecach, a mięśnie drżą. Jej bicepsy radziły sobie z dźwiganiem aparatu i bagażu, ale obecnie wydawały się kompletnie nieużyteczne. Uraziła obite żebra i teraz nie mogła wziąć głębszego oddechu bez gwiazdek wirujących przed oczami.

Musiała zmierzyć się z prawdą. Potrzebowała wózka. Nie da rady w ten sposób dojść na prom ani z niego zejść. Jeśli nie chce spędzić następnych tygodni w szpitalnym łóżku, musi mieć środek transportu. Cholera jasna. Nawet w Polsce nie wiedziałaby, jak załatwić wózek inwalidzki. Czy w Szwecji może jakiś wynająć? Tylko jak miałaby go zwrócić? I czy jej ubezpieczenie to pokrywa, czy może powinna jeszcze wyciągnąć gotówkę z banku? Nie miała nawet pojęcia, czy wykupione przez Scandinavię ubezpieczenie pokrywa całość rachunku za operację i pobyt w szpitalu…

Usiadła, nie zginając opuchniętego kolana, i poczuła, że łzy spływają jej po policzkach.

– Tamaro? – W głosie Cezarego pobrzmiewała niepewność.

Nigdy nie nauczył się radzić sobie z jej łzami, może dlatego, że tak rzadko je oglądał. Szybko otarła oczy.

– Coś się stało? – zapytał, siadając na krześle.

W luźnej dzianinowej sukience i z opadającą skarpetką na zdrowej nodze wyglądała bezradnie. Na młodszą i drobniejszą.

– Oj, zderzyłam się z własną słabością i pokiereszowało mnie to nie mniej niż ta ciężarówka. Wiesz, że starość puka do twych drzwi, gdy łapie cię zadyszka po przejściu dziesięciu kroków do łazienki.

– Starość? Właśnie pomyślałem, że wyglądasz na piętnaście lat.

– Potrzebuję wózka – powiedziała z niechęcią.

– Wiem. Zaraz tu będzie. Wszystko już załatwiłem – oznajmił spokojnie.

– Zapomniałam już, że potrafisz być taki… – zawahała się – zorganizowany i użyteczny.

– Nie mów o tym głośno, bo odbiorą mi legitymację fotografa lekkoducha.

– Wybronisz się. Jeśli nie wystarczą twoje zdjęcia, zawsze mogę zaświadczyć, że gdy akurat nie jesteś zorganizowany i użyteczny, przyprawiasz młode dziewczęta o palpitacje serca i nie potrafisz ugotować jajka na miękko bez wtopy.

– Rozwinąłem się na tym polu. Znudziło mi się jedzenie tostów i chińszczyzny.

– To przepadło. Teraz już cię nie obronię przed komisją. Twój status fotografa lekkoducha trzyma się ledwie na słowo honoru.

– Nie, jeśli mnie nie wydasz. Choć tyle jesteś mi winna. Za tę kontuzję. – Pomachał oklejonymi palcami.

Nie wiedziała, jak to robił, ale wystarczyło kilka minut, żeby poczuła się lepiej. Lżej. Opuściły ją refleksje na temat grozy przemijania i denerwującej słabości, nabrała za to ochoty do zakręcania włosów na palcach i flirciarskich przekomarzanek.

*

Niebieski nigdy nie był tak niejednoznacznym kolorem jak wtedy, kiedy przebywała na morzu. Po pierwszym złudzeniu, że błękit nieba i morza zlewają się w jedno, otaczając ją magicznym kokonem, przychodziło objawienie setek odcieni, warstw, kolorów. Bo owszem, dominował niebieski, ale i przeplatały go granat, zielony, szary, perłowy, beżowy… Żałowała, że aparat został w kabinie. Steward pomógł jej przy wyjeżdżaniu z windy, a później w dotarciu na pokład widokowy, bo wysoki próg drzwi przeciwsztormowych okazał się przeszkodą nie do pokonania. A teraz była tu sama. I właściwie nie wiedziała, jak zdoła wrócić, jeśli nikt się nie zjawi. Ściemniało się i było chłodno. Nikomu się nie spieszyło do gapienia się na morze. Pewnie wszyscy kładli się spać. Więc może spędzi tu cały rejs, do rana. Dostanie za swoje. Już jej się robiło zimno. I nawet nie miała komórki.

 

A wszystko dlatego, że spięła się z Cezarym i uznała, że potrzebuje przestrzeni. Jeśli umrze z wyziębienia albo zadziobią ją głodne mewy, wielkie jak psy, powinni jej to wyryć na nagrobku. „Potrzebowała przestrzeni”. Zwięzłe i na wskroś współczesne epitafium.

O co właściwie im poszło? Próbowała sobie przypomnieć, ale pamiętała głównie emocje, wściekłość, która wybuchła w niej nagle i przysłoniła wszystko czerwienią.

A nie. Już sobie przypomniała.

Od słowa do słowa jakoś mu się wymknęło, że jej udział w projekcie Scandinavia nie był przypadkowy. Okazało się, że znana jej wersja, jakoby jej dawna agentka i przyjaciółka poleciła ich oboje znajomemu Szwedowi, który kompletował ekipę, to kłamstwo. Białe kłamstwo, jak się upierał. O ile wcześniej zgodziła się z tym, że podanie się za jej narzeczonego w szpitalu wyszło jej na dobre, o tyle tu nie potrafiła przyjąć perspektywy nieszkodliwego kłamstewka. Stawka była zbyt wysoka.

Prawda była taka, że chcieli Cezarego Holtza. To on był fotografem, którego niezwykłe i inspirujące prace, znakomita reputacja i sława przykuły uwagę szefa projektu, Svena Jorgenstena. Nie znał dorobku Tamary Wiśniewskiej, nie widział jej prac. Cezary zgodził się wziąć udział w projekcie pod jednym warunkiem: że Tamara również będzie jego częścią. Nawet zaoferował się oddać połowę swojego honorarium na jej wynagrodzenie. Poprosił o absolutną dyskrecję. I tak właśnie dostała propozycję, którą z miejsca uznała za najlepszą ofertę zawodową dekady.

Było jej głupio, że tak po prostu uwierzyła w gwiazdkę z nieba. Dała sobie wmówić, że po tylu latach ktoś pamięta jej dorobek i docenia jej talent. Że może wrócić do tego, co zostawiła, gdy pojawiła się w jej życiu Magda. Że ma szansę odświeżyć i wskrzesić marzenia, które porzuciła na ponad dziesięć lat.

Czy wydawało jej się to nieco dziwnym zbiegiem okoliczności? Jasne. Ale myślała, że to przeznaczenie, że los uśmiechnął się do niej, nagrodził za dobre wybory. Nie wpadła na to, że jej były facet po cichu naraił jej fuszkę, licząc, że cofnie czas i wskoczą w wakacyjny romans jak w fontannę młodości.

Była wściekła. Zraniona. Zrobiona w bambuko. Pomyśleć, że wszyscy uczestnicy Scandinavii musieli o tym wiedzieć! Co o niej mówili za jej plecami? Oni wszyscy zasłużyli, zapracowali na udział w projekcie, ubiegali się, starali, wysyłali portfolia i scenariusze… A ona? Dostała telefon. Tyle. Pewnie myśleli, że wyturlała sobie tę pracę w prześcieradłach.

Czuła się oszustką. Zimny wiatr osuszał jej łzy na policzkach. Gdyby mogła, chodziłaby teraz od ściany do burty, wymachiwała rękami i wygrażała niebu. Zamiast tego siedziała na wózku i się trzęsła. Nie wiedziała, czy bardziej ze złości, czy z zimna.

– Cieszę się, że masz ten gips na nodze. Jeśli skoczysz, jest spora szansa, że utrzyma cię na powierzchni, zanim sprowadzę pomoc. Nadal nie umiem pływać – usłyszała za plecami.

– Tego nie przeskoczysz śmieszkowaniem i tym swoim cholernym humorem!

– Wiem i biorę to na klatę.

– Nic nie wiesz! Myślałam, że na to zasłużyłam! A wyszło na to, że dostałam tę szansę, bo miałeś ochotę na powtórkę z rozrywki!

– Zaraz, przyhamuj…

– Może zaprzeczysz? Co, liczyłeś na to, że nie oprę się twoim miedzianym loczkom i przepastnym niebieskim oczętom i znów ci ogrzeję pościel?

– Po pierwsze, jeśli dobrze pamiętam, nie tak wyglądał nasz związek. Mieliśmy równy wkład w ogrzewanie pościeli! Po drugie… – Zapowietrzył się, wydął policzki i wypuścił powietrze ze świstem.

Zawsze miał problem z kłamaniem w żywe oczy. Przydatna słabość.

– Nie możesz tego powiedzieć, prawda? Nie możesz powiedzieć, że twoim celem nie było zaciągnięcie mnie do łóżka!

– O nie! To akurat mogę powiedzieć. Moim celem nie było zaciągnięcie cię do łóżka. Czy miałem nadzieję, że może po latach coś między nami wciąż iskrzy? Jasne, pomyślałem o tym. Ale na pewno nie w czasie trwania projektu, to byłoby nieprofesjonalne. Chodziło mi o coś zupełnie innego, do ciężkiej cholery!

– A o co? Zasłużyłam, by poznać prawdę, nie wydaje ci się?

– Chciałem, żebyś dostała szansę! Żebyś wróciła do tego, co kochasz, do czego masz talent, jaki zdarza się rzadko i grzechem jest go marnować na pieprzone zdjęcia ślubne i paszportówki! Chciałem, żebyś miała szansę być szczęśliwą! Żebyś wyrwała się z tego zapyziałego studia i rozwinęła skrzydła, bo nie mogłem patrzeć, co się z tobą działo po wyjeździe Magdy! – krzyczał.

Nie powinien podnosić głosu, ale czuł, że przekrzykuje wiatr i ścianę, którą wokół siebie budowała. Rozpoznawał symptomy. Jej spojrzenie zrobiło się chłodne, postawa zamknięta. Położyła dłonie na kółkach i chciała odjechać, ale zamarła w pół ruchu.

– Zapyziałego studia, po wyjeździe Magdy? – Rozpoznał ten ton. Oznaczał, że ma kłopoty.

Nie odpowiedział. To nie były pytania. To były szpilki, którymi przybijała go do ściany, by rozerwać na strzępy.

– Śledziłeś mnie?

– To za duże słowo. – Spróbował wykrętu. – Zdecydowałem, że czas wrócić na stałe do Polski. Zadzwoniłem do Karoliny, naszej dawnej agentki. Szukałem cię. Powiedziała mi, gdzie cię znaleźć.

– I znalazłeś. Ale nie przyszedłeś z otwartą przyłbicą, tylko co? Czaiłeś się w cieniu, podglądałeś mnie?

– Zbierałem się na odwagę!

– Tego ci akurat nigdy nie brakowało! – wrzasnęła. – Lazłeś z aparatem do obozu rebeliantów w jakiejś południowoamerykańskiej dziurze robić im zdjęcia! I wróciłeś do Europy z malarią, połowę lżejszy, jak zombie! Sama nie wiem, czy to odwaga, czy głupota!

– To było już po naszym rozstaniu – zauważył przytomnie.

– I co z tego? To nic nie zmienia! – wykrzyknęła, wymachując rękoma.

– Zmienia, bo to znaczy, że mnie śledziłaś. Nie napisałaś, nie zadzwoniłaś, obserwowałaś mnie z ukrycia. Co to mówi o twojej przyłbicy? – punktował, odginając palce.

– Odwracasz kota ogonem – warknęła sfrustrowana.

Im bardziej krzyczała i warczała, tym on stawał się spokojniejszy. Podświadomie rozumiał, co właściwie oznaczają jej krzyki. I bardzo pilnował, by się triumfalnie nie uśmiechnąć. Ciągle jej zależało. Inaczej mówiłaby cicho i zimno. Tamara była mistrzynią zatrzaskiwania drzwi, za progiem czekałaby go już tylko chłodna obojętność.

– Przeciwnie. Ten kot ma dwa ogony, mój i twój. Jeśli czegoś dowiodłem, to tego, że dla żadnego z nas zerwanie nie było końcem, wyrzuceniem wspomnień i sentymentów, ostatecznym rozwiązaniem. Ty sprawdzałaś, co się dzieje ze mną. Ja robiłem to samo. Próbowałem zapomnieć, biegałem od zlecenia do zlecenia, tułałem się, aż czterdziestka dopadła mnie w anonimowym hotelu. Poza bratem nie miałem w życiu nikogo, kto mógłby mi chociaż złożyć życzenia urodzinowe. Upiłem się, niezbyt rozsądnie, a rano na ciężkim kacu postanowiłem, że to już czas – przyznał się.

– Na co? – Zamrugała zaskoczona. I czemu zrobiło jej się przykro, gdy wspomniał o samotnych urodzinach w przypadkowym hotelu?

Cezary wiedział, że ma jedną szansę. Wziął głęboki oddech i zagrał w otwarte karty.

– Na rozpoczęcie takiego życia, o jakim marzyłem. Dzielonego z kimś, kogo kocham, z kim będę mógł stworzyć dom. Tyle że jedyną twarzą, którą mój umordowany winem mózg mógł wygenerować, była twoja. To zawsze byłaś ty, cholero!

Nie była gotowa dać się udobruchać. Wciąż miała sporo emocji do wykrzyczenia.

– Więc wróciłeś do Łodzi i zamiast stawić mi czoła, najpierw mnie podglądałeś, jak jakiś zbok, a potem musiałeś zbudować całą tę intrygę, zaserwować mi upokorzenie stulecia? Sfrustrowany Cezary jęknął przeciągle.

– Nie ma żadnego upokorzenia! Źle to wszystko zinterpretowałaś! – tłumaczył, wymachując rękoma. – Powiedziałem Jorgenstenowi prawdę. Owszem, jestem dobry w portretach, ale jeśli chce kogoś, kto mu odda całą potęgę krajobrazu, piękno natury, roślin i zwierząt, potrzebuje ciebie. Bo nie znam drugiego tak dobrego fotografa, z takim darem do tych rzeczy. Pokazałem mu twoje prace. Przyznał mi rację. Chciał nas oboje, gdy tylko dowiedział się o twoim istnieniu. Martwił się jedynie tym, że nie ma pieniędzy na dwóch fotografów. Więc powiedziałem, że to żaden problem, wystarczy, że podzieli moje honorarium. Rzucili we mnie kasą, bo mieli jakąś fantazję na temat fotografa VIP-ów. Starczyło na dwa uczciwe honoraria, tym bardziej że zapewniali nam dach nad głową, wyżywienie i ubezpieczenie.

Musiała przyznać, że pasowało jej to do Jorgenstena. Jeśli miała być całkiem szczera, była przekonana, że gdyby Cezary poprosił go o miejsce w zespole dla swojej kochanki, prawy Szwed spuściłby go po brzytwie. Uciekła spojrzeniem i przez chwilę po prostu oddychała.

– Nadal nie rozumiem, dlaczego nie mogłeś ze mną porozmawiać – powiedziała już ciszej.

Pokręcił głową. Tak trudno to wytłumaczyć… Kiedy zobaczył ją w Łodzi, była tak nieszczęśliwa, przybita i smutna. Nie chciał być nagrodą pocieszenia. Wolał, żeby miała wybór. Żeby czuła się szczęśliwa i spełniona, bo wtedy zyskałby pewność, że jeśli się z nim wiąże, to dlatego, że sama tego chce, a nie dlatego, że potrzebuje ucieczki od beznadziei. Nie chciał być jej biletem do innego świata. Poza tym bał się, że nawet tam, w tym małym studiu, które ją drenowało z energii i szczęścia, spławiłaby go zimno.

– Bo stchórzyłem, po prostu. Musiałem sprawdzić, czy cokolwiek jeszcze miedzy nami jest, czy żyłem urojeniami. Mogłaś być mężatką z małymi dziećmi, do cholery.

– Wiedziałeś, że nie jestem. Pytałeś Karoliny. Mówiła mi – przyznała Tamara.

– A ty pytałaś, czy jestem cały po aferze w Boliwii – odbił piłeczkę.

– Karolina jest fatalnym źródłem, nie potrafi dotrzymać tajemnicy.

– To znaczy, że jest świetnym źródłem. Dawała nam wszystko, czego nam było trzeba. Idealny podwójny agent.

Skrzywiła się, choć przecież miał rację. Przez te lata utrzymywała kontakt z Karoliną, wiedząc, że ta jest na bieżąco. Wmawiała sobie, że to z powodów zawodowych, że kiedy wróci do fotografii, jej była agentka, która niezmiennie pięła się w branży, pomoże jej znów znaleźć swoje miejsce. Ale nie wypytywała jej przez telefon o nowe zlecenia, tylko o to, co porabiają starzy znajomi. Co w sumie sprowadzało się do zakamuflowanego pytania o to, co porabia Czarek.

– Maro, przysięgam, nigdy nie było moją intencją zranić cię czy upokorzyć – zapewnił żarliwie.

Uwierzyła mu. Nie czuła się jeszcze gotowa wybaczyć, zapomnieć i poklepać go po plecach, ale mu uwierzyła.

– Czy możemy wejść do środka, zanim nabawimy się zapalenia płuc? – zapytał błagalnym tonem.

– Dobrze. Jeśli tak ci zależy – odpowiedziała nonszalancko, zupełnie jakby nie trzęsła się z zimna.

Pomógł jej pokonać próg. Zjechali windą. Wiedziała, że powinni się przespać, bo dotrą do Gdyni ledwie za kilka godzin, a Cezary siądzie za kierownicą jej Wielorybka. Po ostatnich doświadczeniach wolała, żeby był wypoczęty i przytomny.

Położyła się na dolnej pryczy, on wdrapał się na górną. Odpłynął w sen prawie natychmiast. Ona bała się zasnąć. Ledwie zamykała oczy i dawała się ukołysać falom, słyszała potworny zgrzyt rozdzieranego metalu i krzyki, czuła zapach dymu, smród topionego plastiku.

Obudziła się roztrzęsiona i zapłakana. W tej samej sekundzie zrozumiała, że nie chodzi o wypadek sprzed kilku dni. Tu nic się nie paliło. A więc to tamten…

Próbowała ułożyć się tak, by ulżyć nodze, bo bólu nie mogła zignorować. Bezskutecznie. Nie zmrużyła oka już do rana.