Martwy sezonTekst

Z serii: Garstka z Ustki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Magda wytrzymała w łóżku aż do siódmej, potem zabrała się do roboty. Chodząc po pensjonacie, zastanawiała się, jak zapewnić akomodację ciotce, która jeszcze jakiś czas musi się poruszać na wózku. I nie wyglądało to za dobrze.

Nigdy wcześniej o tym nie myślała, ale Wielka Niedźwiedzica zupełnie nie była przystosowana dla osób z niepełnosprawnością. Już dwa schodki do drzwi wejściowych mogły stanowić przeszkodę nie do pokonania, a na wąskim chodniku nie dało się postawić nawet prowizorycznej rampy czy podjazdu. Zresztą czy w futrynie zmieści się wózek? Wyszperała w kuchni miarkę krawiecką i zmierzyła drzwi, a potem w internecie szukała informacji o tym, jaką szerokość ma wózek inwalidzki. Powinna się domyślić, że to nie takie proste i nie ma czegoś takiego jak standardowy wózek inwalidzki. Memłając pod nosem klątwy przeciw tym, którzy prawie sto lat temu uznali, że osiemdziesiąt centymetrów to w zupełności wystarczający rozmiar futryny, a drzwi wcale nie muszą się otwierać na oścież, zastanawiała się, jak bardzo ciocia będzie urażona, kiedy zaproponuje jej wnoszenie na barana.

Właśnie w tym nastroju zastał ją Artur, który wreszcie podładował komórkę, zobaczył nieodebrane połączenia i skruszony oddzwaniał.

– Ile centymetrów szerokości ma wózek inwalidzki? – zapytała go na powitanie.

– To chyba zależy, czy dziecięcy, czy dla dorosłych, a także jakich rozmiarów dorosły, sportowe mają inne rozstawienie kół, złożona sprawa… – Nagle dotarło do niego, że pytanie może implikować jakąś poważniejszą historię, więc zapytał z niepokojem: – Magda, co przeskrobałaś?

– Nic, jeszcze. Właśnie rozważam wyrwanie futryny ze ściany i wybicie szerszych drzwi. Ale mam na to tylko dobę i nie wiem, czy uda nam się znaleźć fachowca, który wstawi nowe drzwi… o ile w ogóle stać nas na nowe drzwi… Ile kosztują drzwi? I czy kupię je w Ustce od ręki, czy muszę jechać do Słupska? Pojęcia nie mam – mówiła szybko, bardziej do siebie niż do niego, do czego przywykł. Kiedy Magda się na czymś zapętlała, po jej pozornym poukładaniu nie było śladu.

– Hmmm… Może cofnijmy się o krok i powiesz mi, czemu właściwie potrzebujesz wózka inwalidzkiego?

– Nie potrzebuję. Tamara potrzebuje. Na trochę. Ale drzwi są wąskie i mają schodki, więc rozważam, co ma więcej sensu w tej sytuacji, nowe drzwi czy używanie okna zamiast drzwi… Bo jestem pewna, że na barana nie będzie chciała. Bywa przewrażliwiona na sugestię, że jest rozmiarów przeciętnej dwunastolatki.

Zdołał się powstrzymać od prychnięcia i komentarza. Magda była dokładnie rozmiarów Tamary i gdyby jej tylko zasugerował, że się zmieści do kieszeni albo że mógłby ją wnieść po schodach, trzymając ją pod pachą jedną ręką, ani chybi fukałaby jak wściekła kotka. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, nawet jeśli to nie ta jabłoń je zrodziła.

– Słuchaj, chyba mam rozwiązanie – powiedział z satysfakcją. – Będę za godzinę.

– Dobra, i tak muszę teraz przygotować śniadanie. Z rozwalaniem futryny poczekam na ciebie. Będę z boku patrzeć, jak napinasz muskuły, biorąc zamach młotem. Od razu mi lżej na duszy…

Roześmiał się, a potem spoważniał.

– Przepraszam, że wczoraj nie odbierałem. Byłem w robocie, nie zauważyłem, że padł mi telefon.

– Wróciłeś do tańca i striptizu? – zapytała, troszkę złośliwie.

– Ha, ha, dobre. W sumie blisko. Też często nie mam zbyt wielu ubrań na sobie…

– Raz zrzucisz ciuchy w robocie i już się nie chcą tyłka trzymać. Rozkujesz futrynę w spodenkach ratownika, nie widzę przeszkód. Może pani Jadwinia przestanie się znęcać słownie nad ego męża, kiedy ją rozproszysz.

– Powiedziałbym, że jestem czymś więcej niż boskim ciałem, ale chwilowo kompletnie mi nie przeszkadza, że się na nim koncentrujesz. Nie rozbijaj ścian, nie rób żadnych dziur, będę niedługo – rzucił na pożegnanie.

Magda uśmiechnęła się, kończąc połączenie. Kilkanaście godzin temu snuła najczarniejsze scenariusze, kiedy mimo wszystkich osiągnięć cywilizacji dwudziestego pierwszego wieku nie mogła się skomunikować z Arturem ani z Tamarą. Teraz już wiedziała, że żyją, wciąż mają po dwie ręce i dwie nogi (choć gdyby miała uwzględniać sprawność tych kończyn, Tamara zaniżała średnią). To wystarczyło, żeby poprawić Magdzie humor.

Ten nagły wybuch wesołości i poczucie beztroski najwyraźniej zaburzały równowagę wszechświata, bo pierwsza na śniadanie zeszła pani Jadwinia – nigdy Jadzia, jak zaznaczyła już w chwili meldunku. Po dwóch dniach z nią pod dachem pensjonatu Magda gryzła się w język, by nie nazwać jej głośno Jadzią Jędzą.

– Pani Magdo, poproszę kawę. Tylko coś znośnego, nie jak te pomyje z wczoraj. Może zacznie pani od umycia ekspresu? – zasugerowała na dzień dobry.

Mówią, że gdy życie daje ci cytrynę, trzeba ją wycisnąć. Niestety, gdy życie daje kwaśnego gościa, obsługa pensjonatu nie może go zgniatać. Może się tylko uprzejmie uśmiechnąć.

– Oczywiście, już podaję doskonałą kawę – zapewniła Magda.

– To się jeszcze okaże – usłyszała zza pleców.

W kuchni krzątała się już babcia. Kiedy Magda biegała w amoku po Wielkiej Niedźwiedzicy, Maria Garstka przygotowała śniadaniowy szwedzki stół i nastawiła ekspres z kawą. Od rana wydawała się czymś zaaferowana, ale Magda, pochłonięta akomodacją Tamary, nie dopytywała. Podejrzewała, że humor babci ma związek z pismami z banku.

– Przypomnij mi, że pani Brzesko płaci za pobyt tutaj wystarczająco dużo, żebym czuła się zawstydzona na samą myśl o napluciu jej do kawy – poprosiła dziewczyna.

– Nie kuś, proszę. Ta kobieta ma talent do nadeptywania innym na odcisk. Przed chwilą wdała się w jakąś pyskówkę z Łowcami Duchów. Chyba poszło o Hultaja, ale ton, w jaki błyskawicznie uderzyła, był po prostu nieuprzejmy. A gdy jej mąż próbował mediować, wyskoczyła na niego z tak absurdalną tyradą, że zwyczajnie zrobiło mi się przykro – przyznała Maria.

– Poważnie się zastanawiam, czy nie podsunąć mu adresu forum Przystani. Wiem, że zwykle pomagamy kobietom… – powiedziała Magda z wahaniem. W sumie nigdy nie pytała, czy to jakaś nienaruszalna zasada.

– Tylko dlatego, że to głównie ich dotyczy problem. To nie znaczy, że odmówiłybyśmy pomocy mężczyźnie, który jest ofiarą.

To też się zdarza i jest równie karygodne, nawet jeśli statystycznie rzadsze – powiedziała babcia z powagą.

– Wiesz, gdyby role były odwrócone, już bym pewnie jakoś interweniowała, a tak czuję się trochę nie na miejscu.

– Niestety wiem, co masz na myśli. On sprawia wrażenie osoby, która woli to ignorować.

– Ona pluje, on mówi, że deszcz pada.

– Po prostu się przystosował i nawet sobie nie wyobraża, że mógłby postąpić inaczej – stwierdziła Maria ze smutkiem. – Może się wstydzi. Przecież znamy ten mechanizm. Dlaczego pan Brzesko miałby być odporniejszy niż wiele naszych Ptaszyn?

Magda z westchnieniem zabrała filiżankę z kawą dla pani Jadwigi. Dosypanie środka przeczyszczającego, nawet jeśli motywacją byłoby podarowanie panu Kazkowi jednego wolnego popołudnia, odpadało jako skrajnie nieetyczne. Przynajmniej dziś, bo kto wie, do czego ją doprowadzi zgryźliwa pani Brzesko.

Łowcy Duchów zjawili się niewiele później, ewidentnie czekając, aż jadalnia stanie się przestrzenią „bez-Jadwigową”. Starcie na korytarzu musiało być gorące, skoro woleli nie ryzykować nawet przypadkowego spotkania. A może nie chcieli przebijać sobie banieczki entuzjazmu. Byli podekscytowani, bo czekał ich kolejny dzień w plenerze.

Magda polubiła ich niemal od chwili, gdy się zameldowali w pensjonacie. Ich lekko zakręcony pomysł na emeryturę uważała za ujmujący, a obserwowanie dwóch szczęśliwych związków małżeńskich z łącznym stażem stu lat kazało jej zweryfikować własną opinię o instytucji małżeństwa.

Gdy pracowało się w Przystani i miało do czynienia z parami takimi jak Kazek i Jadwinia, trudno było zachować wiarę w udane związki. Bywały dni, kiedy Magda szła na kolację do wujostwa tylko po to, by pogrzać się w domowej atmosferze przepełnionej harmonią i miłością. Teraz wystarczyło porozmawiać z Małeckimi i Dyziakami, aby uwierzyć, że można spędzić z kimś pięćdziesiąt lat, rozumieć się wpół słowa i wciąż się szanować, lubić i nie nudzić się w swoim towarzystwie.

Magda z przyjemnością przysłuchiwała się ich planom na najbliższe dni. Opowiadali o niezwykłościach Ustki. Miała wrażenie, jakby odkrywali przed nią nowe, niesamowite oblicze miasta, do którego wróciła. Czuła się jak mała dziewczynka, słuchając historii o upiornych jeźdźcach, rycerzach wilkołakach i duchach piratów. Pomyślała, że chciałaby się zestarzeć tak jak Łowcy Duchów – nie tracąc entuzjazmu i dziecięcej radości.

– Co dziś w planach? – zapytała, stawiając przed nimi talerze z jajecznicą.

– Kamienne kręgi pod Łupawą – wyjaśniła pani Urszula, odcinając czubek jajka na miękko. – Czy są czymś więcej niż porzuconym w lesie zbiorem kamieni w wymyślnej formie?

– Oczywiście są, ale moi sceptyczni przyjaciele potrzebują na to dowodów. Nie są tak wyczuleni na magię jak ja. – Pani Stefa wyciągnęła kartę eksperta od ezoteryki.

– Nie kwestionuję ich wieku ani znaczenia historycznego, ale chcemy sprawdzić, czy rzeczywiście wiążą się z czymś nadprzyrodzonym – odpowiedziała gładko pani Ula, która jako racjonalistka i emerytowana nauczycielka historii była mniej skłonna do porywów entuzjazmu w kwestii zjawisk paranormalnych.

– Sprawdziliśmy już kilka takich kręgów w Polsce, niestety cokolwiek czuje Stefa, która jest przekonana, że odbiera mocne wahania energii, nie znajduje to potwierdzenia na naszych czytnikach. Nie są w stanie zarejestrować śladów – przyznał ostrożnie Zenon Dyziak, istna Szwajcaria w temacie duchów. Z zasady nie odrzucał ich istnienia, ale do całkowitego przekonania potrzebował jednoznacznych dowodów, najlepiej donośnego „ping-ping” stworzonej w tym celu maszyny.

 

– Tylko nie dajcie się porwać kosmitom. Znikający goście to bardzo kłopotliwa sytuacja. Policja natychmiast będzie mieć nas na oku – powiedziała Magda, mrugając.

– Kosmici? No co też ty opowiadasz, Magdo?! – zawołała pani Stefa z oburzeniem.

Magda przepraszająco uniosła ręce. Jak mogła zasugerować coś tak szalonego kobiecie, która twierdzi, że wyczuwa duchy, upiory, wahania aury i paranormalną energię kamiennych kręgów? Najwyraźniej istniały jakieś podziały, z których jako laik nie zdawała sobie sprawy. To, że od lat regularnie rozmawiała z duchem taty, nie czyniło z niej eksperta – prędzej wskazałoby psychiatrze drogę do diagnozy.

– Aj, bo czasami już nie wiadomo, w co wierzyć, pani Stefo. Relacje uprowadzonych przez kosmitów wydają się niekiedy tak prawdopodobne… Oglądałam jakiś dokument, to naprawdę ciekawe, jak spójne i powtarzalne wydają się ich wspomnienia z kontaktów z obcymi – wybrnęła. Ani się nie zająknęła, że podstawy wiedzy o kosmitach czerpała z serialu Z Archiwum X, bo Łowcy Duchów z pewnością zgodnym chórem odrzuciliby go jako wiarygodne źródło.

– W sumie masz rację… może gdy skończymy pisać nasz przewodnik po paranormalnej Polsce, zajmiemy się i tym? Jak myślisz, kochanie, można to jakoś zweryfikować? Zenon pogładził się w zadumie po koziej bródce.

– No nie wiem, Stefciu, jak wykrywać kosmitów? Musielibyśmy mieć jakąś aparaturę, Tomek, co sądzisz?

Tomasz Małecki ciężko sapnął i postukując nożem o krawędź talerza, wydawał się dogłębnie rozważać problem.

– Trzeba by zrobić porządny research na temat promieniowania zaobserwowanego w miejscach rzekomych wizyt. Z duchami jest prosto, od stuleci zbierano świadectwa ich wpływu na fale radiowe i napięcie elektryczne, ale czy przy kosmitach żarówki też migają? Czytałaś coś na ten temat, Uleńko?

Urszula Małecka nie odpowiedziała od razu. Starannie przeżuła kęs kanapki, a potem oświadczyła:

– Myślę, że lepiej zająć się czymś, co mamy szansę zbadać za naszego życia. A kosmitów zostawiłabym komuś innemu. Nie możemy być zachłanni.

Pan Tomek pokiwał głową w niemej zgodzie i wrócił do jedzenia, jakby opinia żony zdjęła z niego konieczność wymyślenia odpowiedniego sprzętu do wykrywania przybyszów z kosmosu. Gdyby pani Ula powiedziała, że w to wchodzą, nie miałby wyjścia i musiałby znaleźć rozwiązanie. Wówczas zjawiliby się w okolicy w furgonetce wypchanej po brzegi zupełnie innym sprzętem, który migałby innymi kolorami i robił „ping” w towarzystwie kosmitów. Po trzech dniach z Łowcami Duchów Magda była o tym absolutnie przekonana.

*

Artur pojawił się w Wielkiej Niedźwiedzicy przed dziesiątą. I nie był sam.

– Magdo, poznaj Łukasza, twojego konsultanta do spraw adaptacji przestrzeni publicznej na potrzeby osób z niepełnosprawnościami – oświadczył.

Łukasz wyszczerzył się w uśmiechu.

– Nie zapracowałem na ten tytuł tylko dlatego, że jeżdżę na wózku.

– Łukasz jest profesjonalistą. Pracuje w fundacji zajmującej się wyrównywaniem szans i dostępności. Lepiej niż my ogarnie, gdzie Tamara napotka przeszkody i co możemy z nimi zrobić.

Magda z wdzięcznością uścisnęła rękę chłopaka.

– Genialnie. Powiedz mi: da się coś zrobić z tymi drzwiami czy muszę szukać dla Tamary plecaka odrzutowego?

– Myślisz, że na plecak zgodzi się chętniej niż na noszenie na barana? – zapytał Artur.

– Zdecydowanie. Obejrzałyśmy razem wszystkie Bondy, pokochałaby plecak odrzutowy. Ale nie wiem, na ile to praktyczne rozwiązanie dla kogoś z nogą w gipsie.

– Zabierajmy się więc do rzeczy – powiedział Łukasz. – Czy to jedyne wejście do pensjonatu? Bo tu faktycznie ciężko będzie coś poradzić bez poszerzania drzwi… a chodnik i schodki są za wąskie na postawienie rampy. Musiałabyś zresztą mieć na to zgodę Urzędu Miasta, a nie sądzę, by radni rozważali zwężenie ulicy… Szczęśliwie okazało się, że tylne drzwi, prowadzące do kuchni, są szersze, a próg i niski stopień niewielkim wysiłkiem da się przystosować do potrzeb osoby na wózku. Artur umówił już swojego wujka, doświadczonego budowlańca i stolarza, który po godzinach miał zbudować i zamontować niewielką rampę.

Magda przyglądała się z fascynacją Łukaszowi, kiedy pokonywał przeszkody na swoim lekkim, sportowym wózku. Zwracał uwagę na rzeczy, które nawet nie przyszłyby jej do głowy, na pułapki, które uniemożliwiały osobie na wózku swobodę ruchów. Wystarczyło przesunięcie kilku mebli o kilkanaście centymetrów, a trasa od tylnych drzwi do lobby i jadalni stała się przejezdna!

Pokój, który Magda wybrała dla Tamary, stanowił większe wyzwanie. Artur wytaszczył zbyt duże meble – biurko i rozłożysty fotel – a w ich miejsce wstawił mniejsze i lżejsze z innych pokojów. Zwinął dywanik, który był pułapką na koła. Łukasz podyktował Arturowi listę niezbędnych elementów wyposażenia, które należało kupić, takich jak stołek pod prysznic czy uchwyty pomocnicze. Wuj Artura miał je przykręcić do ścian we wskazanych miejscach, żeby Tamara mogła samodzielnie korzystać z toalety czy prysznica. Łukasz przesiadł się na krzesło i pozwolił Magdzie obejrzeć pokój z perspektywy wózka. Chciała sama się przekonać, co jeszcze może sprawiać kłopot.

– Wiesz co, każdy powinien choć dzień spędzić na wózku, żeby w pełni zrozumieć, z czym muszą się zmagać ludzie, dla których to jest codziennością – powiedziała, manewrując tak, aby zmieścić się w drzwiach do łazienki i zamknąć je za sobą.

– Popieram. Tylko rodzice małych dzieci rozumieją naszą nienawiść do wysokich progów i schodów na dworcach bez windy.

– Otwierasz mi oczy, dziękuję ci za to. I za pomoc. Wiem, że dla ciotki to tylko czasowe utrudnienie, ale chcę, żeby czuła się tu dobrze.

– Pierwsze dni na wózku są najgorsze. Z czasem radzisz sobie coraz lepiej, ale u nas wciąż jest wiele do zrobienia, zanim miasto faktycznie stanie się otwarte i dostępne. Nawet nie wiesz, jak ciężko jest iść z dziewczyną na randkę do kawiarni czy restauracji. Albo załatwić coś w urzędzie, w którym niby jest podjazd, ale ktokolwiek go projektował, nigdy nie próbował pokonać go na wózku. Zdziwiłabyś się, jak często ułatwienia przestrzenne dla osób z ograniczoną sprawnością są robione bez pomyślunku. Wiesz, na przykład ścieżki dla niewidomych, które kończą się na ścianie, albo takie, na środku których stoi wmurowany kosz na śmieci czy ławka. Przed nami długa droga, dlatego cieszy nawet najmniejsze udogodnienie.

Wprawdzie piętro pozostawało dla wózka niedostępne, ale Magda doszła do wniosku, że po parterze Tamara będzie mogła się poruszać w miarę wygodnie. Poczuła ulgę. Oczywiście wiedziała, że cała ta koncentracja na praktycznej stronie sytuacji pomaga jej utrzymać w ryzach czający się z tyłu głowy lęk przed tym, że być może Cezary, chcąc oszczędzić jej stresu, nie powiedział o obrażeniach Tamary całej prawdy. Jak jest w rzeczywistości? Czy ciocia zdoła odzyskać sprawność? Czy naprawdę czuje się dobrze?

Po wyjeździe chłopaków do Słupska Magda wróciła do kuchni, żeby szybko coś zjeść. Za godzinę zaczynała się jej zmiana w kawiarni. Wzięła dziś dodatkowe godziny, by mieć wolny weekend na przyjazd Tamary.

Babcia siedziała przy stole przed laptopem. Z zapałem stukała w klawiaturę. Słysząc kroki Magdy, uniosła głowę.

– I jak diagnoza? – zapytała.

Magda opowiedziała jej o wiadomości od Cezarego i wyzwaniu, przed jakim niespodziewanie stanęły. Nie wspomniała o tym głośno, ale martwiła się o pieniądze – z bankiem dyszącym w kark inwestycje to ostatnie, czego potrzebowały.

– Damy radę – powiedziała mimo to – zmieścimy się w budżecie. Artur kupi uchwyty i drewno na rampę, jego wujek nam to pomontuje i postawi podjazd.

– Wiesz, właściwie jest mi wstyd, że sama nigdy o tym nie pomyślałam. Wydawało mi się, że Wielka Niedźwiedzica jest przyjazna i otwarta dla wszystkich, nie przyszło mi do głowy, dla jak wielu osób pozostaje niedostępna. I jeśli możemy coś z tym zrobić, warto. Nie tylko dla Tamary, ale i dla naszych przyszłych gości. Myślę, że gdy się wygrzebiemy z kłopotów finansowych, trzeba będzie tego chłopca znów zaprosić i zapytać, co jeszcze możemy zmienić… Może mogłybyśmy mieć informatory i oznaczenia pokoi Braille’em? Może powinnam się nauczyć choćby podstaw migowego? Skoro mogę się uczyć tańca brzucha, to i z miganiem dałabym sobie radę, prawda?

Maria nie dodała, że oczywistym warunkiem jest dalsze posiadanie pensjonatu… Przed oczami stanęły jej piętrzące się w szufladzie kuchennego stołu listy z banku. Postanowiła zająć się nimi w dalszej kolejności, a dziś skupić na tym, co mogła zmienić. A mogła zmienić los Joanny.

Pół godziny wcześniej wreszcie usłyszała upragniony sygnał z komunikatora. Prawie krzyknęła z radości, gdy zobaczyła, że to Joanna. Żyła. I była zdecydowana, by spróbować szczęścia z ucieczką. Obie zdawały sobie sprawę z niebezpieczeństwa, z tego, że to być może najtrudniejszy moment w jej życiu. Musiały to zaplanować tak, by o niczym nie dowiedział się zarówno mąż Joanny, jak i jej matka, która współpracowała z zięciem i całowała ziemię, po której stąpał.

Maria zaoferowała Joannie azyl w Przystani i sięgnęła po umiejętności i doświadczenie, których nie powstydziłby się agent CIA czy Jason Bourne. Zaplanowała wszystko, by zwiększyć szansę kobiety na ujście z tego domu żywą. To zawsze był newralgiczny moment. Każdego roku setki kobiet próbowało zostawić przemocowych partnerów i właśnie wtedy stawały się najbardziej zagrożone, bo wielu tyranów domowych wolało widzieć je martwe, niż pozwolić im odejść. Za każdym razem, gdy jej kolejna podopieczna zdobywała się na odwagę, Maria drżała z niepokoju. Czy dotrze bezpiecznie do Ustki? Czy zdoła uciec od przemocy? Nigdy nie było pewności.

Maria rozmawiała z Joanną, pocieszała ją, uspokajała, choć sama z nerwów obgryzała paznokcie. Czuła się jak M, która wysyła Bonda na niebezpieczną misję i nie wspomina o minach lądowych, by nie przyciągać pecha.

„Ktoś idzie” – napisała Joanna i natychmiast jej ikonka w komunikatorze zgasła do nieaktywnej szarości. To, że miała dostęp do internetu, było cudem. Mąż starał się go monitorować, ale Joanna wiedziała więcej niż on o czyszczeniu ciasteczek, ukrywaniu danych logowania i schowanej w katalogu „Zdjęcia ślubne” ikonce zapasowej przeglądarki, z której korzystała, by łączyć się z Przystanią. Była to umiejętność, która mogła Joannie uratować życie.

– Możliwe, że wkrótce będziemy mieć nową Ptaszynę – uprzedziła Maria wnuczkę, zamykając laptop.

– Pokój jest przygotowany. Mój kij hokejowy też, gdyby ktoś za nią przyjechał – powiedziała Magda twardo.

Zaakceptowała już myśl, że pomaganie ofiarom przemocy stało się ich rodzinną misją. Jeszcze pół roku temu o tym nie wiedziała, ale teraz była już na pokładzie z całą determinacją i podręcznym poskramiaczem agresywnych mężów. Jeden z nich trafił za swoją ciężko pobitą żoną do Wielkiej Niedźwiedzicy. Magda stanęła między nim a celem (czyli zamiarem zabrania żony z powrotem do domu, gdzie zapewne dalej służyłaby jako worek treningowy), uzbrojona w gaśnicę samochodową i ślepą furię. Przetrwała, i to w lepszym stanie niż napastnik, ale na przyszłość wolała być przygotowana. Kij hokejowy pozwalał jej na większy dystans niż gaśnica.

*

Kiedy zadzwonił dzwonek, to Maria podeszła do drzwi wejściowych. Odebrała pocztę od listonosza. Odłożyła do szuflady w recepcji rachunki i kolejny list z banku. Zamarła, gdy między kopertami z okienkiem, które już kojarzyła z przesyłkami urzędowymi, znalazła inną, szarą, z adresem na białej etykiecie samoprzylepnej.

Wrócił. Znowu. Schowała list do kieszeni spódnicy, składając go na pół. Nie chciała go tu otwierać. Nie chciała, by zobaczyła go Magda, która zaraz powiedziałaby Markowi, a jej on… Znała swojego syna, zacząłby śledztwo i bogowie wiedzą, jak wiele by odkrył. Nie, nie tylko o tym, kto przesyłał jej te wiadomości. Ale i o niej, o jego matce, która miała swoje tajemnice. Tajemnice, na których żerował ten, kto wysyłał jej te wiadomości.

Od ponad roku. Nieregularnie. Pojawiał się i znikał. Nawet nie chciał pieniędzy. choć pewnie by mu zapłaciła za milczenie. Chciał ją dręczyć. Torturował ją już samym faktem, że wie. I że mógłby powiedzieć prawdę jej bliskim.

Odetchnęła głęboko i trzęsącymi się dłońmi wygładziła spódnicę. Nie mogła o tym myśleć, nie teraz. Teraz liczyła się Joanna. I Magda. I Tamara, która zjawi się tu już wkrótce.

Z listem zrobi to, co z poprzednimi. Spali, gdy tylko dotrze do swojego mieszkania. Słowa: „Wiem, co zrobiłaś” miała już wyryte w pamięci na wieki. Ona też wiedziała. Nie potrzebowała przypomnienia, o które ktoś złośliwie dbał.

 

Kiedy zaczęły przychodzić, myślała przez chwilę, że to Alojz. Przez jakiś czas miało to sens. Facet, który uprzykrzał jej życie i wyciągał od niej pieniądze, podsycając jej poczucie winy, pasował też na szantażystę. Ale przeprowadziła swoje małe śledztwo. Znalazła w papierach po mężu dokumenty i notatki Alojza. Był ledwie piśmienny. Tymczasem pismo w listach było prawie eleganckie. Papier kremowy, gruby. A etykietki na kopertach drukowane na komputerze – Alojz nie umiałby obsłużyć komórki, o komputerze nie wspominając.

Wiedział ktoś jeszcze. I przysyłał jej jasne tego dowody. Czasami w listach były szczegóły, których nie mówiła nikomu. O kłótniach. O biciu. O tym, że w końcu coś w niej pękło.

Potrząsnęła głową. Nie, nie zamierzała o tym myśleć. Nie da mu tej satysfakcji, kimkolwiek był. Znała swoje grzechy, nie potrzebowała przypomnienia. Gdyby naprawdę zamierzał iść z tym na policję, do Marka czy do Magdy, już by to zrobił. W ciągu ostatniego półtora roku miał ku temu wystarczająco wiele okazji.

Listy przestawały przychodzić. Mijały tygodnie. Maria łudziła się, że to już, koniec. Czytała nawet nekrologi, zastanawiając się, czy to możliwe, że ktoś zabrał jej tajemnice do grobu… Ale po jakimś czasie przesyłki znów zaczynały się pojawiać. Jak dziś. W dniu, w którym umarły złudzenia, że jej szantażysta miał na tyle przyzwoitości, by wyzionąć ducha.

„Tęskniłaś? Myślałaś, że ci się udało? Twoja wnuczka powinna wiedzieć, kim jesteś, co zrobiłaś. Może powinienem do niej napisać, skoro panoszy się po okolicy?”

Nic więcej. Żadnych roszczeń. Żadnego żądania zapłaty za milczenie, propozycji nie do odrzucenia. Nawet by zapłaciła – dziś miała do stracenia więcej niż półtora roku temu. Ale to byłoby za proste.

Maria starannie wytarła twarz. Nawet nie zarejestrowała, że płacze. Poprawiła włosy i znów wygładziła ubranie, choć było nienagannie wyprasowane.

– Wszystko w porządku? – zapytała Magda, wchodząc do kuchni.

– Jasne. Myślę, że dziś jest dzień na miłe, rozgrzewające risotto z grzybami. Co o tym sądzisz? – zapytała, uśmiechając się z wysiłkiem.

– Brzmi super – przyznała dziewczyna w roztargnieniu. Myślami była przy ciotce, która tego dnia miała szansę dostać wypis ze szpitala.