Dziewczyna z Dzielnicy CudówTekst

Z serii: Nikita #1
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

To, że nie chciałam wracać do domu, nie znaczyło, że nie miałam się gdzie podziać. Zorganizowałam sobie nory i mety rozsiane po całym mieście, po obu stronach Wisły, po obu stronach bramy. Nory były dyskretne. Zwykle bez sąsiadów, którzy mogliby kojarzyć mnie z twarzy. Mety stanowiły coś więcej – wiązały się z budowaną na potrzeby miejsca tożsamością, papierami, ludźmi, którzy wierzyli w to, co im mówiłam.

„Jestem miłą dziewczyną, pracuję jako stewardesa dla izraelskich linii lotniczych, dlatego nie bywam tu zbyt często”. „Jestem niezbyt miłą dziewczyną, ochroniarką, trenerką sztuk walki, to dlatego, gdy jestem w mieszkaniu, słyszy pan, kochany sąsiedzie, odgłosy okładanego worka treningowego. Owszem, to cudownie, że tak często przebywam poza domem, zajmując się tężyzną fizyczną moich klientów”.

Różne historie, różne twarze, które rozpoznaliby bez wahania na policyjnym okazaniu. Żadnej z nich nie widziałam, wstając rano z łóżka. Były równie wypracowane jak historyjki, równie fałszywe jak dokumenty, które sobie załatwiałam, by bez problemu przejść kontrolę i podpisać umowy najmu. Zaliczka z góry za kilka miesięcy zwykle ucinała większość pytań.

Może już nie musiałam tego robić. Może mogłabym gdzieś osiąść, zapuścić korzenie. Ernst Szalony wciąż, wedle wywiadu Karmy, przebywał gdzieś poza zasięgiem. Z Cieniami mogłam sobie poradzić, z Matką w jakimś stopniu też. Ale nie potrafiłam inaczej. Może ja w ogóle nie mam korzeni, które mogłabym zapuścić. Nie znam nic innego. Tak spędziłam całe życie u boku matki. Wciąż przenosiłyśmy się z mieszkania do mieszkania, wciąż zmieniałyśmy tożsamość, dokumenty, wygląd, bezpieczne konta bankowe i porozrzucane po kraju skrytki z kopertami, w których kryły się całkiem nowe twarze, tożsamości, szanse. Miałam trzy lata, gdy matka nauczyła mnie pierwszego planu awaryjnego. Zawsze jakiś miałyśmy. Początkowo uwzględniały tylko jedno zagrożenie – Ernsta. „Pamiętaj, córeczko, nie znasz go, więc musisz mi zaufać, gdy ci powiem, że to skurwiel bez honoru i miłosierdzia. Jeśli nas dopadnie, zabije. Nie możesz być moim słabym punktem, zapamiętaj”. Przez długie lata byłam przekonana, że skurwiel to synonim słowa ojciec.

Nowe miejsca, nowi znajomi, mocno przerywany stosunek ze szkołą, żadnych trwalszych więzi, dopóki nie skończyłam osiemnastu lat i matka nie straciła nadziei, że moje hipermoce lada moment objawią się same z siebie. Wysłała mnie na szkolenie do Trójprzymierza w nadziei, że wykrzeszą ze mnie magię, która przecież musiała gdzieś być zakodowana w moim DNA, skoro miałam takich rodziców.

Lata w Trójprzymierzu były najwspanialszymi w moim życiu. Najbardziej stabilnymi, spędzonymi wśród ludzi, z którymi naprawdę mogłam się zaprzyjaźnić. Wiele się nauczyłam. Nie dość jednak, by zadowolić Matkę.

Nigdy mi nie wybaczyła, że ją zawiodłam, bo nie jestem kluczem do potęgi i dominacji nad światem czy choć do zaśmiania się w twarz Ernstowi. Tak, dostrzegałam ironię w tym, że przez większość życia marzyłam, że jakaś magia nagle się we mnie obudzi i moja matka będzie ze mnie dumna, a gdy w końcu ta magia się obudziła, nie wspomniałam jej o tym słowem, zbyt świadoma tego, co by ze mną zrobiła. Gdzieś między marzeniami małej dziewczynki a gehenną w kryjówce ojca zrozumiałam pewne sprawy. I złamałoby mi to serce, gdyby Matka nie tresowała mnie od dziecka tak, bym nie miała serca, miękkiego podbrzusza podatnego na ciosy. Moje życie z magią na pokładzie zmieniło się bardzo, ale zupełnie nie tak, jak miałam na to kiedyś nadzieję. Potrząsnęłam głową. Naprawdę nie powinnam o tym myśleć. Byłam głodna i zmęczona. Nie potrzebowałam depresyjnych rozważań, by jeszcze mocniej zachwiać moją kontrolę.

Zjechałam z ulicy na szeroki, brukowany podjazd otaczający coś, co dawniej było świątynią. Nie miałam pojęcia, jakich bogów tu czczono, bo wszystkie wizerunki zostały zniszczone, na długo zanim znalazłam to miejsce. Tylko kolorowe witraże ze skrzydlatymi sylwetkami aniołopodobnych stworzeń ze zwierzęcymi głowami na męskich torsach stanowiły jakąś wskazówkę. Wciąż wibrowały magią ochronną, która nie pozwoliła wandalom stłuc szyb nawet wtedy, gdy roztrzaskiwali ołtarze. W latach pięćdziesiątych było wiele agresji wymierzanej w stare kulty, starych bogów. I jako że nie osłonili oni swoich wyznawców przed tym, co uczyniło świat miejscem nieprzyjaznym i brutalnym, wierni nie kwapili się, by okazywać im pokorę. Większość świątyń w granicznych dzielnicach – tych najbardziej zniszczonych na skutek uderzenia magii – została zrujnowana. Ludzie i magia równie nieprzyjaźnie odnieśli się do miejsc kultu. W tych, w których magia i wiara były dość silne, by nasączyć kamienie swoją esencją, dochodziło do sprzężeń, potężnych burz magicznych, niczym tornada zostawiających za sobą zgliszcza. Czasami kamienne mury wytrzymywały i zachowywała się skorupa, z zewnątrz wyglądająca jak solidny budynek, ale ogołocona w środku i grożąca zawaleniem.

Istniały też takie miejsca jak moja ulubiona nora – świątynia, która przetrwała nie dlatego, że wiara ludzi była potężna, ale ponieważ pozostało jej niewiele, więc burza nie napotkała wielkiego oporu. Większość szkód w budynku powstała za sprawą człowieka, a zatem kogoś, kim nie powinnam się przesadnie przejmować.

Masywna bryła z ciemnych otoczaków połączonych grubymi warstwami zaprawy przypominała stodołę, tyle że zamiast wrót dość wysokich, by wjechał naładowany sianem wóz, ścianę czołową zajmował ogromny witraż. Robił spore wrażenie – światło dogasającego dnia przenikało kolorowe szkło, ożywiało aniołopodnobne stworzenia i nasycało życiem coś na kształt pierwotnej Amazonii. Między liśćmi egzotycznych drzew rozkwitały różowe, czerwone i żółte orchidee, lilie, róże. To właśnie ten witraż mnie przekonał. Wiedziałam, że chcę ten budynek, niezależnie od tego, kogo będę musiała wykopać, przekupić, przekonać. Okazało się, że nikt sobie nie rościł do niego prawa, bo miejsce to było nawiedzone. Duchy mi nie przeszkadzały. Ja nie próbowałam z nimi walczyć, one zaakceptowały to, że tu pomieszkiwałam, więc żyło nam się całkiem dobrze.

Ledwie zatrzasnęły się za mną drzwi, a zza balustrady chóru wychynęły Luiza i Ula.

– Hasło! – krzyknęła Urszula, srogo marszcząc brwi.

Kiedy się wprowadziłam, nie była dość wyraźna, bym widziała jej brwi. Może bardziej korzystała z mojej obecności, niż chciała mi się przyznać.

– Fontanna Wiecznej Młodości – odpowiedziałam.

Za każdym razem, gdy wychodziłam, zmuszały mnie do zapamiętania hasła. Nie lekceważyłam tego od czasu, gdy zapomniałam, jak brzmiało, i odmówiły mi dostępu do nory. Tak po prostu. Posiadały wystarczający poziom energii telekinetycznej, by ich groźby nie pozostały bez pokrycia. Dla mnie i tak były dość miłe. Raz, prowadzona na muszce przez kolesia, który chciał się wzbogacić na nagrodzie, która wówczas została wyznaczona za moją głowę, wykorzystałam gorliwość Luizy i Uli. Nieboraczek ze spluwą nie znał hasła. Nie przetrwał dziesięciu minut z wkurzonymi duchami nad głową. Jeśli się zastanowić, to właśnie wtedy obie nabrały wyrazu – mogły tupać i wyraźniej widziałam ich rysy twarzy. Z poltergeistów awansowały na coś silniejszego. Kolejna rzecz, o której nie rozmawiałam.

Nie sprzątałam tego miejsca. Połamane i nadpalone ławki wciąż zalegały w dwóch niezdarnych stosach, pokruszone szkło z rozbitych żyrandoli zgrzytało pod stopami, kurz i błoto oblepiały wszystko warstwą równomierną niczym fluid na twarzy. Zależało mi, by utrzymać pozory porzuconego, niebezpiecznego i niewartego ryzyka budynku. To nie między tymi rupieciami spędzałam czas, jeśli zatrzymywałam się tu na chwilę czy dwie. Pod balkonem chóru, ledwie widoczne na tle ciemnej boazerii, na której wciąż widniały dekoracyjne wzory namalowane złotą farbą, znajdowały się drzwi do podziemi. Nie miały klamki, trzeba było wiedzieć, którą listwę nacisnąć i gdzie podważyć nożem. Wąskie, kręte schody były śliskie, jak to wilgotny kamień, i ciemne – nikt nie pomyślał, by zamontować tu oświetlenie. Widziałam w ciemności wystarczająco dobrze, by nie zawracać sobie głowy remontem. Minęłam obszerne pomieszczenie pełniące funkcję katakumb, gdzie w wykutych aż pod sufit małych komorach w ścianie, przywodzących mi na myśl ciasne piętrowe prycze na łodzi podwodnej, wciąż leżały szkielety dawno zapomnianych mnichów, darczyńców i pobożnych obywateli. Za kratownicą dekorowaną różami i półksiężycami mieścił się wąski korytarzyk wiodący wprost do mojego apartamentu.

Cóż, przynajmniej rozmiar pozwalał nazwać go apartamentem, bo raczej nie standard. Ponad sto metrów kwadratowych komnaty o niskim stropie i murach ociekających wilgocią. Urządziłam się tu całkiem dobrze: miałam łóżko, kuchenkę gazową, skrzynie z ubraniami i bronią, zapasy pożywienia na kilka tygodni, sprzęt do ćwiczeń i spokój, bo ktokolwiek by po mnie przyszedł, musiałby wpierw ominąć Urszulę i Luizę.

Przygotowałam sobie termos zielonej herbaty i podgrzałam konserwę. Byłam wytrącona z równowagi i rozproszona wystarczająco, by nie poczuć nawet smaku wieprzowiny w pomidorach, co właściwie uznałam za dobrą rzecz. Wyciągnęłam wydruki od Karmy, by spokojnie zaplanować sobie dzisiejszą akcję, ale moje myśli wciąż uciekały do spotkania z Matką, do Robina i rozważań, do czego to wszystko prowadziło. Czułam to nieznośne napięcie, które zwykłam kojarzyć z intuicją. Coś wisiało w powietrzu.

Miałam dwie godziny do rozpoczęcia zadania. W sam raz, by się trochę spocić. Przebrałam się i sięgnęłam po ciężarki, próbując choć przez chwilę nie zastanawiać się, co tym razem knuje Matka. Gdzieś między pięćdziesiątym powtórzeniem ćwiczenia na tricepsy a pierwszą dziesiątką pompek doszłam do wniosku, że przez ostatnie dwa tygodnie była dla mnie podejrzanie miła. Nie przesadnie, bo to nie leżało w jej charakterze, ale dostałam dwa zlecenia, na których mi zależało, i nikt do mnie nie strzelał. Przy brzuszkach rozważałam, czy czegoś ode mnie chce, czy zamierza uśpić moją czujność. Wkurzona tym, że nie zdołałam wyłączyć głowy choć na czas ćwiczeń, położyłam się na macie, by pomedytować. Nie z potrzeby religijnej czy na skutek wakacji ze śliczną buddystką, niestety. Jakiś czas temu odkryłam, że medytacja pomaga mi utrzymać wszystko w ryzach. Adrenalina mogła uaktywnić moją magię, więc robiłam, co się dało, by obniżyć jej poziom. Nawet jeśli to oznaczało leżenie plackiem i wyobrażanie sobie rozkwitających kwiatów lotosu. Właściwie nie wiedziałam, jak wyglądają kwiaty lotosu, więc wyobrażałam sobie fale, latarnię morską w pobliżu Sopotu, zapach rozgrzanego piasku. W medytacji chodzi o zbudowanie w głowie szczęśliwego miejsca i spędzenie tam choć kilku chwil. Nie musiałam budować takiego miejsca. Istniało tylko jedno, w którym byłam szczęśliwa.

 

Właściwy dla mnie typ magii zwykle dziedziczą męscy potomkowie. Ma to wiele sensu, skoro przemiana napędzana jest testosteronem i adrenaliną. Znalazłam w kronikach zaledwie kilka przypadków kobiecych berserków. Wedle badaczy mogło być ich więcej, ale nigdy nie doszło u nich do przełomu, który zwykle jest skutkiem dużego skoku adrenaliny. To dość pocieszająca hipoteza, bo sugeruje, że większość tych kobiet miała życie wystarczająco spokojne i nieobfitujące w przemoc i agresję, by mogła nigdy nie odkryć swojej drugiej strony – brutalnej, bezmyślnej i wściekłej. Mój ojciec dopilnował, bym nie załapała się w ten schemat.

W kronikach wyczytałam też, że samice berserków są słabsze i ich przemiana nie jest spektakularna, więc na niewiele się zdają na polu bitwy. Berserki są wojownikami, ale silniejsza od ich pięści zawsze była reputacja. Pojawienie się ogarniętego szałem bojowym berserka zwiastowało morze krwi, wyrywanie kończyn i całkowity brak kontroli. Przeciwnicy często uciekali, nie podejmując ryzyka wejścia w drogę temu stworzeniu. Nie wiem, jak wygląda męska bestia. Jedynym berserkiem w szale, jakiego widziałam, byłam ja sama. Cholernie przerażający widok, mam nadzieję nie powtarzać tego doświadczenia.

Zmiana to kolejna rzecz, jaką mogę zapisać na konto ojca. Kiedyś go rozliczę z wszystkich tych cudowności, jakich dzięki niemu doświadczyłam. Nie tylko po nim dostałam te geny, ale porwanie uaktywniło przełom. Nie, nie od razu. To byłoby zbyt proste, gdybym zmieniła się tam, przykuta do krzesła, poniżana, bita czy okaleczana. Los nie był dość łaskawy, by dać mi wówczas szansę obrony – niewielką, skoro Ernst to stary wyga pól bitwy, ale jednak szansę.

Przełom nastąpił, kiedy byłam już wolna, jakby mój mózg postanowił mi udowodnić, że bezpieczna nie będę już nigdy. Wyczerpana, osłabiona utratą krwi, napojona leczniczym ekstraktem zasnęłam w sanktuarium, w białej pościeli, pod opieką Jemioły, która troszczyła się o mnie tak, jak nikt nigdy się o mnie nie troszczył. I wszystko do mnie wróciło w koszmarach. Stało się tak realne, tak prawdziwe, tak bolesne…

Ocknęłam się, kiedy moje ciało z rozrywającym bólem zmieniało się w bestię. W mojej głowie pojawiło się coś obcego, jednocześnie szalonego, rozwścieczonego i przerażonego. Dla mnie nie było już tam miejsca. Usłyszałam kroki na korytarzu, wyczułam, że bestia, jaką się stałam, napina mięśnie, gotowa do ataku. Resztką świadomości, jaka mi została, rzuciłam się do okna, do ucieczki. Bestia była wściekła. Nie uciekać, zabić, wykrwawić, rozszarpać – to jej przykazania. A ja trzęsłam się w środku z przerażenia, że jeśli nie zdołam jej, siebie, stąd zabrać, do pokoju może wejść Jemioła, Dora, ktoś, na kim mi zależało. Biegłam przez noc, wyjąc z wściekłości, aż zabrakło mi sił. Ocknęłam się nad ranem, naga, skulona, słaba jak kurczak. Skóra opinała mi kości. Tak odkryłam, że jako berserk zużywam szalone ilości kalorii i jeśli ich nie dostarczę wcześniej, organizm zacznie spalać wszystko, aż niewiele zostanie. Gdybym dalej biegła, mogłabym przekroczyć tę granicę powrotu. Z co najmniej kilku powodów.

Nikomu o tym nie powiedziałam. Nie chciałam litości od moich bliskich. Nie chciałam się stać maczugą Matki. Nie chciałam takiego życia. Nie miałam wyboru w wielu kwestiach, ale w tej wciąż mogłam postawić na swoim. Studiowałam temat wnikliwie. Na miesiące zaszyłam się w bibliotece i przekopywałam archiwa – przeczytałam wszystko, co wydrukowano na temat mojego gatunku, i drugie tyle tego, co napisano, ale nigdy nie ukazało się drukiem.

Któregoś dnia do mojego pulpitu podszedł Kosma. Położył na blacie sześć batonów wysokoenergetycznych dla sportowców i parujący kubek pachnący melisą.

– Nie powinnaś robić tak długich przerw między posiłkami. I nie denerwuj się tak bardzo tym, że nie ma w nich odpowiedzi na twoje pytanie. – Wskazał stos ksiąg zajmujących sąsiedni stolik, bo na moim nie wystarczyło już miejsca. – Wierz mi, gdyby była, wiedziałbym o tym i powiedziałbym ci jako pierwszej.

Przez chwilę po prostu na niego patrzyłam. Był bibliotekarzem od kilku stuleci. Przeczytał każdą cholerną książkę, jaka powstała. A jednak nie chciałam mu uwierzyć. Dopiero po chwili dotarło do mnie coś, co wyparłam w pierwszej sekundzie. On wiedział.

– To zostanie między nami. Na zawsze – powiedział, jakby mi czytał w myślach.

I uwierzyłam mu. Nie tak mnie wychowała Irena, ale uwierzyłam mu, bo czasem po prostu trzeba komuś uwierzyć, a Kosma to w pewnym sensie rodzina, choć – by oddać mu sprawiedliwość – nie pasował do reszty znanych mi jej członków. Porządny facet. Totalny dziwak, ale dla mnie miły. Aż tak odbiegał od średniej spokrewnionych ze mną osób.

To mój przyrodni brat, co jest dość osobliwe, skoro on miał wówczas prawie pięćset lat, a ja ledwie dobiłam trzydziestki. Cóż, Ernst jest naprawdę długowiecznym skurwielem. Kosma właściwie go nie znał. Jego matka znudziła się naszemu ojcu po kilku latach związku i po prostu ją oddalił. Zamiast alimentów podarował jej kaleką wersję nieśmiertelności, by mogła się opiekować dzieciakiem, jak długo będzie trzeba. Kosma go nie interesował, bo nie spełnił wyśrubowanych kryteriów, jakie Ernst miał dla swojego potomstwa.

Nie znaliśmy się do czasu, aż trafiłam na szkolenie w Trójprzymierzu. Pierwszym przystankiem w szkole jest skan – rodzaj rytuału, który pozwala odkryć pochodzenie jednostki, rodzaj jej magii, drzewo genealogiczne, nawet najdalsze jego odnogi. To ważne, skoro magię dziedziczy się za sprawą genów recesywnych i może się odezwać po piętnastu pokoleniach. Wszystkie wyniki trafiają do archiwum Trójprzymierza, którym zawiadował Kosma. Rozpoznał sygnatury magii, nawet jeśli pozostawała nieaktywna. Był pewien, że jesteśmy rodzeństwem. Przysłał mi liścik, prosząc o spotkanie. Miał szczęście, że ciekawość wygrała z treningiem Ireny. Nie zaprzyjaźniliśmy się od razu. Ale zbudowaliśmy coś razem na fundamentach z batonów energetycznych i przysiędze, że nigdy mnie nie zdradzi. W jego oczach widziałam szczere współczucie i o dziwo mnie to nie wkurzało. Może dlatego, że też miał te geny. Nie przeszedł przełomu. Bał się tego bardziej niż czegokolwiek. Żył z tym strachem od stuleci. Ja nie wiedziałam, że mam się czego bać, zanim mnie to nie kopnęło. Z czasem nauczyłam się mu ufać, poddawać się jego trosce, szukać oparcia w jego doświadczeniu. Nie tak mnie wychowano, ale dla Kosmy robiłam wyjątek.

Opowiedział mi wszystko, co wiedział, o berserkach, Ernście, popieprzonej magii, która płynęła także w jego żyłach i która w każdej chwili mogła się aktywować. Dlatego żył, jak żył: spokojnie, cicho, żadnych wzruszeń, romansów, agresji. Doskonała izolacja w podziemiach biblioteki. Niczym mnich z zakonu kontemplacyjnego oddalał od siebie wszystko, co mogłoby go popchnąć w stronę przełomu. To właśnie jemu zawdzięczam to, że w takim stopniu, w jakim to możliwe, nauczyłam się nad sobą panować, tak bym nie stała się tym, czym zdecydowanie nie chcę się stać. Jego zdaniem powinnam znaleźć sobie miłą i spokojną pracę, na przykład w bibliotece, ale rozumiał, że nie mogłam tego zrobić – jako bibliotekarka nie zdołałabym dopaść Ernsta. Wymyślił więc wszczep, który niweluje przesadne wyrzuty adrenaliny i przez to daje sporo lepsze wyniki niż medytacja i trzymanie kciuków, by w chwili zagrożenia nie doszło do przemiany. On też podpowiedział mi, że moja płeć może być moją przewagą – bo skoro przemiana kobiet berserków jest wolniejsza, mogę ją spowalniać jeszcze bardziej, aż uzyskam nad nią kontrolę. Od tego czasu nie zmieniłam się w berserka, choć wykorzystywałam tę magię po swojemu. Mogę się przeobrażać w bezrozumną bestię, okej, ale kto powiedział, że tylko w nią? Skoro moje rysy twarzy i rozmiar mojego ciała są w stanie przechodzić w ekstremum w chwilach przemiany, może mogę mieć na nie wpływ wtedy, kiedy potrzebuję kamuflażu? Nie opanowałam nigdy magii iluzji, która jest niekompatybilna z moimi genami, ale nauczyłam się tych drobnych sztuczek, które przydawały mi się w pracy. Tak jak tego dnia.

Jestem brunetką, mam lekko śniadą karnację i migdałowe oczy, które przy odpowiednim makijażu wyglądają na skośne. Odziedziczyłam je po Irenie, jej wschodnie korzenie uwzględniały nie tylko matkę Litwinkę, ale też ojca, którego krewni hodowali konie na mongolskich stepach. Irena z pogardą mówiła o nim Kałmuk i go nie szanowała, tak jak nie szanuje nikogo, kto jest słabszy od niej i nie dysponuje magią. Jej zdaniem matka, wybierając takiego partnera, ograbiła ją z szansy na magię, skoro jej własną dziedziczyło co drugie pokolenie w linii żeńskiej. Osobiście uważam, że babcia, której nigdy nie poznałam, była mądrą kobietą, musiała zobaczyć w przepowiedniach, jak źle potoczyłyby się sprawy, gdyby Irena, z jej osobowością, stała się potężnym magicznym stworzeniem. Nie daje się zapałek piromanowi, a moja matka o niczym nie marzyła tak bardzo jak o tym, by podpalić świat i patrzyć, jak płonie.


Stojąc przed wysokim na dwa metry lustrem, szykowałam się do dzisiejszej akcji. W kufrze, obok zwyczajnych ciuchów na zmianę, miałam kilka na różne okazje, takie jak ta. W opiętym i połyskującym czarnymi cekinami staniku i lateksowych szortach wyglądałam nieźle, ale to wciąż nie był wizerunek, którego potrzebowałam. Przywołałam magię berserka i skoncentrowałam się na komórkach mojego ciała. Normalnie mam niecałe metr siedemdziesiąt i dość atletyczną sylwetkę, na którą ciężko pracuję na siłowni. Wyrobiłam sobie uda kurierów rowerowych i ramiona siatkarki – niezbyt atrakcyjne, zważywszy na moje dzisiejsze zadanie. Drżenie pod skórą było nieprzyjemne i trochę bolało, ale już przywykłam. Obserwowałam, jak wypełniający stanik biust staje się większy o dobre dwa rozmiary, nogi sporo dłuższe, a ciało smuklejsze. Dzięki takiej prezencji miałam większe szanse na obfite napiwki w barze bikini. Złagodziłam nieco rysy twarzy i makijażem podkreśliłam oczy – w końcu mój cel lubił Azjatki. Założyłam idiotyczne dziwkarskie kozaki, w których bieganie było wyczynem, ale które pasowały do reszty i do zadania. Narzuciłam na ramiona długi czarny płaszcz, żeby oszczędzić sobie trochę wstydu, nawet jeśli nikt mnie nie rozpozna. Wepchnęłam do torby porcję batonów proteinowych, bo utrzymanie nowej formy kosztowało mnie sporo energii. Byłam gotowa.

To jedna z rzeczy, których musisz się nauczyć w tym fachu: wchodzenie w rolę, stawanie się spełnieniem fantazji różnych ludzi. Udawanie miłej dziewczyny, twardej sztuki, gorącej dziwki, przyszłej matki ich dzieci, kogoś, kim trzeba się zaopiekować, lub kogoś, kto oderwie ci głowę, jeśli spróbujesz to zrobić. Cała sztuka to nie pomylić fantazji z rzeczywistością i nie zgubić siebie… czy własnego wyobrażenia o sobie. Czasami trudno to rozróżnić.

* * *

Wejście dla pracowników obstawiał jeden facet, wyraźnie nastawiony na ochronę wychodzących z lokalu dziewcząt przed namolnymi klientami niż na cokolwiek innego. Płaszcz zostawiłam w sakwie przy motocyklu, więc w szortach i błyszczącym staniku wyglądałam dla niego jak jedna z tancerek. Skinął mi nawet głową na powitanie.

Same tancerki były już nieco bardziej podejrzliwe, gdy przemknęłam wąskim korytarzem do ich garderoby. W niewielkim, dusznym pomieszczeniu przesyconym aromatem wietrzejących perfum i potu siedziały cztery dziewczyny dość konsekwentnie reprezentujące typ urody, z którego słynęła Czerwona Latarnia – młode Azjatki, urodziwe i zgrabne. To lokal dla bogatszej klienteli o wysmakowanych gustach, nie dla byle lumpa zamawiającego piwo za dyszkę – nawet jeśli pewne rzeczy wyglądały dokładnie tak samo jak w knajpie, w której ów lump byłby mile widziany. Miejscowe źle patrzyły na konkurencję, bo nowinki kosztowały je część wpływów z napiwków i specjalnych numerów. A faceci tak już mają, że zawsze chętniej gonią nowego króliczka.

Mogłam złożyć podanie o pracę, zatańczyć przed starą wiedźmą, która rządziła tą budą, dostać robotę, bo na nowe dziewczyny zawsze jest popyt – w tym zawodzie uroda przemija nieco szybciej, zwłaszcza że sporo kobiet znieczula się różnymi używkami. Wymagałoby to więcej cierpliwości, bo przesłuchania odbywały się w pierwszy piątek miesiąca. Tak, ja też dostrzegałam ironię. Musiałabym oczywiście sprokurować sobie solidne referencje, a Karma odbierać telefony, gdyby dzwonili, żeby mnie sprawdzić. A pewnie by sprawdzali, bo to nie pierwsza lepsza rudera.

 

Wchodzący tu klienci mieli szereg możliwości, za które płacili znacznie więcej niż w zwykłych barach ze striptizem. Z przodu ulokowano bar bikini – taniec w bieliźnie, raczej zmysłowy niż ostry. Wystarczająco dużo klasy, by przy stolikach mogli zasiadać ważni panowie i przy przepłaconym koniaku prowadzić korporacyjne obwąchiwanie tyłków, zerkając raz po raz na ładne, wijące się przy rurze ciało. Dziewczyny się tu nie rozbierały. Za to, by to zrobiły i zatańczyły już bez krępującej odzieży, można było zapłacić w VIP-roomie, w drugiej części lokalu. A jeśli w grę wchodziły większe apetyty, Madame miała jeszcze jeden przybytek. W teorii osobny, ale w praktyce wszyscy wiedzieli, że między Czerwoną Latarnią a Feniksem jest podziemne przejście i wystarczy zapłacić, by przenieść się z imprezą do łóżka. Gdybym dostała tę robotę, nie bardzo miałabym wpływ na swój grafik i przydział. Szanse na to, że znalazłabym się w odpowiednim miejscu i czasie nie były duże. Gdybym rozpracowywała kogoś dogłębnie, mogłabym to rozważyć. Ale to, jak miałam nadzieję, była szybka akcja. Nawet nie całonocna.

W moim zawodzie trzeba działać szybko – czasami okazywało się, że miałam zaledwie trzydzieści sekund, by kogoś do siebie przekonać, a bywało, że musiało wystarczyć dziesięć. Żyję dobrze z dziwkami, alfonsami, kelnerkami, pokojówkami, by mieć świeże informacje, z wykidajłami, ochroniarzami czy odźwiernymi, by mieć dostęp do rozmaitych miejsc. Pieniądze otwierają wiele drzwi, ale, o czym wielu zapomina, tylko wówczas, jeśli wiesz, jak je wręczyć, by obdarowany czuł się z tym dobrze. Jeśli poczuje się upokorzony czy wykorzystany – weźmie kasę, bo tej w wielu zawodach się nie odrzuca, ale zapomnij o tym, że za tydzień zadzwoni, bo ma cynk, bo ktoś o ciebie pytał zbyt natarczywie, bo pięciu kolesi z bronią maszynową czeka na ciebie w zaułku, gdzie zaparkowałaś. Masz trzydzieści sekund na zbudowanie relacji, od której może zależeć twoje życie. Jeśli zrobisz to dobrze, masz swój kontakt. Jeśli spierdolisz, nie masz nic. Tak właśnie to działa.

Wyciągnęłam zza stanika kilka pięćdziesiątek. W porównaniu ze spodziewaną prowizją były to grosze.

– Mój pan ma taką małą fantazję, którą bardzo chciałabym dla niego spełnić – zagaiłam, przeliczając banknoty i nie szukając kontaktu wzrokowego z żadną z dziewczyn.

Zgodnie z przewidywaniami ta o najsilniejszej pozycji ujawniła się sama, wstając od swojego lustra i z wyraźnym zblazowaniem robiąc krok w moim kierunku.

– A jakaż to fantazja? – zapytała.

– Chciałby, żebym tu dla niego zatańczyła… Jakbyśmy się nigdy wcześniej nie widzieli. Jakbym się napaliła na niego, gdy tylko zobaczyłam go na widowni. Coś w ten deseń – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Wozi drewno do lasu, i to nie najlepszej jakości – mruknęła tancerka, a gdy splotła ramiona pod biustem, jej piersi niczym dwa swawolne kocięta wychyliły się mocniej zza krawędzi koronkowego gorsetu.

– Też mu to powiedziałam, ale cóż… potrzebuje dodatkowej motywacji, by sprostać wyzwaniu, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Wiedziały. Kilka zaśmiało się rubasznie, jedna zacisnęła usta z wyraźną frustracją.

– Ile?

– Po stówce na głowę i wszystkie napiwki dla was? – Mogłam im dać więcej, ale to byłoby podejrzane.

– Styknie. Wchodzisz za Sai, lepiej, żebyś znała Beyoncé, DJ już ma ustawioną kolejkę na konsoli. Połamania nóg – dodała. Zabrzmiało, jakby dokładnie to miała na myśli.

Korytarz z garderoby na scenę był całkiem ciemny i zawalony rupieciami, więc to mogła być przepowiednia. Prawie zaplątałam się w ciężką, zakurzoną kotarę i ostrożnie wymacałam stopą dwa nierówne schodki na scenę. Ozdobiony dwoma rzędami czerwonych żaróweczek podest sięgający w głąb sali przypominał pas startowy. Po obu jego stronach widziałam klientów. Nie siedzieli, jak w tanich klubach, bezpośrednio przy krawędzi sceny, używając jej jak stolika pod swoje butelkowane piwo, ale w dość luksusowo wyglądających boksach, zapewniających im prywatność, jeśli nie chcieli być obserwowani lub jeśli chcieli na miejscu skonsumować coś więcej niż przesadnie drogi koniak. W Czerwonej Latarni tancerki nie oferowały klientom nic poza tańcem i wzrokową podnietą. Ale to zastrzeżenie nie dotyczyło hostess. Kelnerki w eleganckich sukienkach omijały wzrokiem boksy, w których klienci nie byli gotowi złożyć zamówienia, bo akurat dochodzili w usta skąpo ubranych dziewcząt.

Zabrzmiała muzyka. Kawałek o samotnej dziewczynie, która sugeruje facetowi, by włożył jej na palec pierścionek. W tym miejscu brzmiał jeszcze bardziej absurdalnie niż w innych. Jeśli któryś zakładał tu pierścionek, to na fiuta, by za szybko nie opadł.

Na scenie były trzy rury – pierwsza najdalej od publiki, trzecia na samym końcu pomostu, druga dokładnie między nimi. Zaczęłam tańczyć. Nie byłam zawodowcem, ale miałam wyczucie rytmu i kilka razy zdarzyło mi się, jak wtedy, działać w przebraniu tancerki. To zwykle najprostszy sposób dotarcia do bogatych i wpływowych hedonistów. Można też próbować dostać się na ich prywatny teren pod przykrywką eskorty, ale zawsze bezpieczniej jest na ziemi niczyjej.

Potrząsając podrasowanymi magią cyckami i tyłkiem, przesuwałam się wzdłuż sceny, szukając wzrokiem faceta, który bywał tu w każdą środę. O dwudziestej pierwszej rozpoczynał wieczór burbonem, a potem w równych odstępach dwudziestu minut domawiał jeszcze trzy lub cztery kolejki. Następnie doliczał nieprzyzwoicie wysoki napiwek i zamykał rachunek. Przynajmniej tak wyglądały jego wyciągi z konta. Czy po upływie godziny wychodził z lokalu, zabawiał się w swoim boksie, czy po prostu przestawał pić, nie wiedziałam.

Siłą ukrytych pod kamuflażem mięśni wspięłam się po rurze, oplotłam ją nogami i zawisłam głową w dół. Niech się schowają aerobiki i zumby – wierzcie mi, nikt nie ma takiego treningu jak tancerki na rurze. Nie musiałam zrzucać ciuchów – to nie był ten typ występu. Miałam tylko być sugestywna. I byłam, zwłaszcza kiedy niemal idealnie naprzeciwko trzeciej rury zauważyłam swój cel. Siedział przy zwykłym stole, bez sięgającego podłogi obrusu, więc może nie gustował w seksualnym fast foodzie.

Facet ze zdjęć miał pięćdziesiąt, może pięćdziesiąt pięć lat. Szpakowate skronie, wyraźnie azjatyckie korzenie. Tyle że na żywo nie wyglądał jak nadęty prezes międzynarodowej firmy importującej z Tajlandii, Tajwanu czy Chin luksusowe dobra, w tym takie, które powinny zostać w świątyniach, ale jak wymięty tatusiek. Nosił koszulkę polo i jasne spodnie cargo. Roztańczyłam się na dobre, by zwrócił na mnie uwagę. Jeśli właściwie oceniłam historię operacji na jego koncie, lubił przyglądać się dziewczynom z bliska w bardziej prywatnych okolicznościach przyrody. Nikt nie daje kelnerce pięciu stówek napiwku do czterech stów rachunku. Gdyby chodziło o usługi hostess, nie płaciłby kartą, bo dziewczyny preferowały operacje gotówkowe. Włożyłam w taniec każdą uncję elastyczności, jaką zawdzięczałam regularnym treningom jogi, potrząsałam wszystkim, czego natura mi poskąpiła, a co magia nadrobiła, ale gdy piosenka dobiegała końca, wciąż nie miałam pewności, czy mi się udało. Jego twarz nie wyrażała niczego – równie dobrze mógł obserwować prezentację garnków Zeptera. Gdyby siedział przy jednym ze stolików z obrusem, nie byłabym pewna, czy nie obrabia go jakaś panna. Muzyka ucichła i musiałam zejść ze sceny. Zmieniły się światła i rozbrzmiały pierwsze takty musicalowego kawałka, w którym dziewczyna zadaje po francusku jedyne pytanie, na które „qui, qui” odpowiadają nawet nieznający tego języka. Tancerka, w intensywnie różowym kostiumie z pierzastą baskinką przy biodrach, podeszła do pierwszej rury, podskoczyła, okręciła się wokół niej, trzymając ją jedną dłonią. Wygięła się tak mocno, że jej włosy zamiotły podłogę. Gdy ją mijałam, mrugnęła do mnie. Widocznie uznała, że nie jestem tak całkiem do bani.