Dziewczyna z Dzielnicy CudówTekst

Z serii: Nikita #1
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Uli, Kubie i Kajetanowi Słoneckim, którzy zapewniają mi metę na Gocławiu i pomogli mi odnaleźć bramę do Warsa, nawet o tym nie wiedząc.


Okładka – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

Rysunki wewnątrz książki – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl


Copyright © Aneta Jadowska 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

* * *

Jadowska przyzwyczaila swoich czytelników do kilku rzeczy: nietuzinkowych bohaterek, alternatywnych miast pelnych zlowrogich stworzen i niedajacych sie przewidziec zwrotów akcji. W Dziewczynie… jest to wszystko, za co czytelnicy pokochali serie o Dorze Wilk, i duzo, duzo wiecej!

Anna Misztak, red. nacz. Lubimyczytac.pl

Nadajac swojej bohaterce jakze wazne dla kinomanów imie Nikita, Aneta wziela sobie na plecy ogromny popkulturowy ciezar. Tym wiekszy podziw nalezy sie jej pisarskiej kondycji, bo mimo bagazu stapa lekko i ma dosc sily, by narzucic czytelnikowi mordercze tempo.

Jakub Cwiek

Rozdział 1

Odprowadzali mnie spojrzeniem, gdy zakrwawiona i w poszarpanym ubraniu opuszczałam pokój odpraw i długim korytarzem wlokłam się do szatni. Może obstawiali, kiedy zemdleję. Jakbym miała im dać taką satysfakcję. Zresztą większość tej krwi nie była moja. Gdyby byli ze mną na robocie, widzieliby spektakularne omdlenie wąpierza – coś, czego nie zapominasz szybko. To jego krew zaczynała śmierdzieć i wysychając, zmieniała mi ciuchy w pancerz. Biorąc pod uwagę, że okrąglutka kwota wpłynęła na moje konto w sekundę po jego śmierci – było warto, choć muszę popracować nad techniką.

Wąpierze są w połowie żywe nawet u szczytu swoich możliwości. Po śmierci rozkładają się błyskawicznie. Nie zmieniają się w estetyczny pył, jak wampiry, ale brejowato-galaretowate krwawe błocko. Ten raczył umrzeć, kiedy przygniatał mnie do ziemi. Zanim się spod niego wygrzebałam, jego doczesne płyny ustrojowe były wszędzie. Podrapałam się po skórze głowy. Czułam go nawet tam, między posklejanymi w strąki włosami.

Zastanawiacie się, dlaczego od razu nie weszłam pod prysznic, by zmyć z siebie to gówno? Cóż, chciałam, naprawdę. Ale Matka wezwała mnie na dywanik. Natychmiast. Wspomniałam o tym, w jakim byłam stanie, ale odłożyła słuchawkę, nie racząc zaprzątać sobie głowy moim samopoczuciem. Więc przyszłam. Matce się nie odmawia. Zwłaszcza że ta była nie tylko moją matką – co raczej utrzymywałyśmy w tajemnicy – ale też Matką Przełożoną Zakonu Cieni, moją oficjalną szefową i właścicielką mojego tyłka, duszy i czasu. Przynajmniej ona tak właśnie to widziała.

Pchnęłam drzwi szatni. Zapach męskiego potu, brudnych ręczników i płynu antyseptycznego uderzył mnie w nozdrza. W Zakonie jest niewiele kobiet. Nie mamy własnej szatni czy pryszniców. „Jeśli nie jesteś w stanie obronić się przed kolegami z pracy, jak zamierzasz przetrwać w tym zawodzie?” To dokładnie usłyszałam od Matki, kiedy zapytałam, czy naprawdę musimy znosić ich towarzystwo i niechciane zaloty. Wzięłam to dosłownie. Następnym razem zabrałam pod prysznic moją Inkwizycję, glocka 17. A kiedy kolega z drużyny nie przyjął dobrze mojego „nie jestem zainteresowana, weź te łapy” i próbował wykorzystać każdą przewagę, jaką mu dawało jego pięćdziesiąt kilogramów cięższe ciało, strzeliłam mu w głowę. Otrzymanie trzech kul kalibru 45 wprawdzie nie wpłynęło zbyt dobrze na jego maniery, ale nie spodziewałam się cudów. Moje krzyki jeszcze kilka minut wcześniej nie zwabiły nikogo. Odgłos wystrzałów i owszem. Nie pomogli mi, kiedy spychałam z siebie cielsko wieprza. Był nagi, ja byłam naga, dośpiewali sobie resztę. Od tego dnia nazywają mnie Modliszką. Rzekomo koleś stracił głowę w trakcie seksu. Mogłam wyjaśniać, że stracił ją, bo próbował mnie zgwałcić, ale uznałam, że im mniej będę się tłumaczyć, tym szybciej obrosnę legendą i dadzą mi spokój choć pod prysznicem. Na wszelki wypadek wciąż zabieram tam ze sobą Inkwizycję, gdyby nie każdy wyciągnął morał z tej historii.

Moje imię… Cóż, brzmi nieźle. I jest równie fałszywe jak wszystkie inne, które mogą znać. Nie jestem Carmen, Nikitą, Sarą. Żaden z moich dowodów tożsamości nie uwzględnia tego prawdziwego. Sama już prawie zapomniałam, jak ono brzmi. Ostatni raz moja matka zwróciła się nim do mnie, kiedy miałam trzy lata. „Nie możesz nikomu powiedzieć, że tak się nazywasz. Od dziś jesteś Sarą”. Kiedy miałam piętnaście lat, znów przyszedł moment na zmianę imienia – wybrałam Nikita. Spędzałam mnóstwo czasu przed telewizorem, kiedy moja matka wyrabiała sobie pozycję w świecie morderców na zlecenie. Serial o tajnej grupie przekształcającej młodą narkomankę w niebezpieczną agentkę wydawał się rezonować z moim życiem. Trochę zazdrościłam bohaterce, bo w porównaniu z tym, co serwowała mi matka, metody Madeline, jej szefowej, wydawały się takie subtelne, niemal wypełnione miłością. Dziś wiem, że jest między nami jedna zasadnicza różnica – serialowa Nikita miała nikłą, ale jednak jakąś, możliwość ucieczki, powrotu do czegoś, co było przed tym. Ja przed tym nie miałam nic. W każdym razie do dziś lubię to imię bardziej niż inne, które nosiłam. Może dlatego, że przez kilka lat, kiedy byłam Nikitą, spotkało mnie w życiu całkiem sporo dobrych rzeczy.

W szatni nie było nikogo. Jeszcze. Bo że się zlezą, choćby po to, by zobaczyć, jak bardzo oberwałam, byłam pewna. To taka lokalna zabawa – obstawianie, kto ile pożyje. I celowe naciskanie guziczków, które mają cię doprowadzić na krawędź ku uciesze otoczenia. Ktoś nieobeznany z relacjami między członkami Zakonu mógłby uznać to za przejaw rubasznej, ale jednak troski. Nic z tych rzeczy. Jeśli wypadłabym z gry, moje zlecenia przypadłyby któremuś z nich. A byłam dość dobra, by dostawać te dobrze płatne. Gdyby mieli gwarancję, że góra się nie dowie, pomogliby mi się pożegnać z tym światem, na kwadrans przytrzymaliby mi głowę pod wodą – trzy minuty, by mnie zabić, dwanaście na wszelki wypadek. I to nie dlatego, że nie lubili mnie jakoś szczególnie. To samo zrobiliby niemal każdemu innemu konkurentowi do wypłaty. Mówią, że nie ma honoru wśród złodziei. Zdarzało mi się poznać złodziei honorowych i żyjących wedle kodeksu ulicy. Nie mogę tego powiedzieć o nikim z Cieni. Także o sobie.

Na ławce ułożyłam broń, torbę, na szczęście wodoodporną, i teczkę, którą dostałam na odprawie od Matki. Ściągnęłam z siebie śmierdzące szmaty, które do niedawna były czarną koszulką z długim rękawem i czarnymi dżinsami z lycrą, i wrzuciłam je do kosza. Nawet gdybym chciała je doprać, smród i tak by pozostał, zbyt głęboko wniknął we włókna. Sportowy stanik przykleił mi się do skóry za sprawą mojej własnej krwi. Płytka rana pod obojczykiem, w miejscu, gdzie wąpierz wbił pazury, wciąż lekko krwawiła. Zdecydowanie musiałam to zdezynfekować. Zaciskając zęby, oderwałam tkaninę od skóry i wrzuciłam do kosza. Wpisałam kod podstawowy i potwierdzający na cyferblacie zamka do mojej szafki. Może się wydawać, że to sporo zabezpieczeń do szafki, w której trzymam jedynie torbę na siłownię, kosmetyczkę, trochę zapasowej broni i ciuchów – wciąż jednak pamiętam krzyki Skawy, który komuś podpadł, a ten ktoś po cichu dostał się do jego szafki i zaprawił mu szampon kwasem. Skawa do dziś nie odzyskał wzroku. Pod pewnymi względami tu jest jak w gimnazjum, ale nikt się nie przejmuje pałą z zachowania.

Gorąca woda wyparzała smród z mojego ciała. Antybakteryjnym mydłem oczyściłam wszystkie skaleczenia, ranki i otarcia. Wytarłam się, nie wychodząc z kabiny, założyłam świeżą bieliznę i spodnie, choć nienawidziłam wciągać ich na wciąż wilgotną skórę. Szybko spakowałam kosmetyczkę i mokry ręcznik do worka i przypięłam kaburę z Inkwizycją. To nie była paranoja, po prostu wyczułam, że nie jestem już sama. A ponieważ nie słyszałam żadnego głupiego komentarza, mogło to oznaczać, że pozostałym chwilowo zabrakło języka w gębie (mało prawdopodobne), że próbowali nowych sztuczek albo pojawił się tu ktoś nowy.

Miło poznawać nowych ludzi, ale nowi ludzie w Zakonie oznaczają jedno – ponieważ są poza hierarchią, starają się ustalić swoją pozycję. Muszą pokazać, jak twarde jaja zwisają im między nogami, i wykazać się umiejętnościami. Przez ostatnie trzy lata przekonałam się, że jakoś zawsze zaczynają od kobiet lub tych kolesi, którzy wydają się słabsi. Głupota. W Zakonie nie ma słabych i jeśli ktoś wygląda na słabeusza, prawie na pewno ma coś w zanadrzu. Węże też wyglądają całkiem milusio, dopóki nie wgryzą ci się w szyję.

Matka odbyła ze mną rozmowę na ten temat: „Nikito, nie możesz uszkadzać wszystkich nowo przyjętych. Ich rehabilitacja trwa wiele miesięcy, a my musimy im płacić z ubezpieczenia…”. Odparłam, że nie ma sprawy, nie uszkodzę żadnego, który będzie się trzymał na dystans parasola, jak przystało na dobrze wychowanego gentlemana. Bo jeśli podejdzie bliżej, nie będę miała wyjścia. Nie zaryzykuję, że skończę jak Lamia – ze złamanym kręgosłupem naprawdę trudno o zlecenia. Wtedy Matka zaczęła wątek, który jej się nigdy nie znudzi: „Nikito, gdybyś miała partnera, który chroniłby ci w takich sytuacjach plecy, nie musiałabyś wszystkiego brać na siebie”. A wtedy ja, jak zawsze, musiałam kończyć tę rozmowę trzaśnięciem drzwiami i posłaniem jej do diabła.

Po cichu odsunęłam zasłonę prysznicową, przytrzymując stalowe kółeczka, by nie zagrzechotały. Na bosaka przeszłam przez długą salę z kabinami, aż do drzwi do szatni. Wolałabym mieć wolne ręce, ale odłożenie rzeczy mogłoby zostać odebrane jako oznaka słabości. Wkroczyłam więc do szatni z miną wrednej suki. Nazywam ją „markową miną”. Facet, dobre metr dziewięćdziesiąt, setka wagi w mięśniach, w wytartych dżinsach i czarnym swetrze, pod którym widziałam zarys kamizelki kuloodpornej, na mój widok wstał z ławy. Nie, nie złapał za broń, nie przybrał pozycji bojowej. Z dłońmi wciśniętymi w kieszenie kiwnął mi głową na powitanie. Przyjrzałam się uważnie jego proporcjonalnej i spokojnej twarzy. Zakrywał ją brodą, ale byłam pewna, że nie widziałam go nigdy wcześniej.

 

– Cześć, jestem Robin – powiedział i posłał mi uśmiech.

No jak rany.

– Z jakiej bajki się urwałeś, Kapturku? Bo raczej nie z tej, w której teraz jesteś – powiedziałam, podchodząc do swojej szafki.

Ostrożnie, nie odwracając się do niego plecami, bo mógł się uśmiechać do woli, ale nie znałam go i jestem sprawiedliwa w swojej nieufności – nie ufam tym, których znam, z bardzo małymi wyjątkami, i tym, których nie znam.

– Kapturku? – zapytał zmieszany.

– Robin Hood – podsunęłam i niemal parsknęłam śmiechem, widząc jego zdziwienie, gdy załapał mój ciąg skojarzeń. Wsunęłam stopy w kozaki i poczułam się znacznie lepiej.

– A ty kim jesteś? Złym wilkiem? – zapytał zaczepnie.

– Na pewno nie babcią. – Wzruszyłam ramionami.

– Jesteś Modliszką?



Odwróciłam się ostrożnie i oparłam dłonie na biodrach, w pobliżu kabury. Nie mogłam nie zauważyć, że on nie miał broni palnej. Może to facet od noży. Trzymał też na plecach spory pakunek, więc prawdopodobnie był typem snajperskim. Uniósł ręce, jakby się poddawał, po czym rzucił słowa, które mogły kosztować go życie. I ten uroczy uśmieszek na pewno nie zmieniłby tego faktu:

– Jestem twoim partnerem. Dostałem przydział dziś rano.

– Nie mam partnera – warknęłam.

– Masz – odparł z entuzjazmem.

Ewidentnie miał życzenie umrzeć albo wyciągnęli go z jakiejś kolonii amiszów i nie wiedział że w tym miejscu patrzysz komuś w oczy i się uśmiechasz, tylko jeśli już trzymasz nóż w jego bebechach lub w każdej sekundzie jesteś gotowy go tam wsadzić.

– Nie jesteś zbyt bystry, więc powiem powoli: nie mam partnera. Trzymaj się ode mnie z daleka albo cię zabiję. Nawet jeśli to będzie oznaczało konieczność wpłaty kolejnego odszkodowania do kasy Zakonu.

Wytarłam torbę ręcznikiem, wrzuciłam go do kosza, zapakowałam swoje rzeczy i wyszłam, nie oglądając się za siebie. Usłyszałam tupanie jego ciężkich, wojskowych butów, gdy szedł za mną, ale nie zwracałam na niego uwagi. Widziałam jego oczy. Nie miał w sobie tego czegoś, co podsunęłoby mu pomysł strzelenia mi w plecy.

Cienie zalegały w korytarzu jak brzydkie panny na tańcach, podpierając ściany i plotkując z wrednymi uśmieszkami. A więc już wiedzieli. Nagle dotarło do mnie, co musiało być w teczce, którą Matka wcisnęła mi w rękę na koniec odprawy.

Wypadłam przed budynek i niemal biegiem dopadłam mojej Ślicznotki. Zanim wybiegł za mną na parking, odjechałam, zostawiając mu chmurę spalin.

Kluczyłam po ulicach Warsa, upewniając się, że nikt mnie nie śledzi. Zwłaszcza pewien drągal, za głupi, by o siebie zadbać. Dopiero godzinę później zajechałam tam, gdzie zmierzałam od samego początku. Gdybym o jakimkolwiek miejscu na ziemi myślała jak o domu, to pewnie właśnie o tym. Mój rewir. Na jednej ulicy znajdowały się domy dwóch z czterech osób, o których mogłam powiedzieć, że im ufam. Sama mieszkałam niewiele dalej.

Rozdział 2

W garażu unosił się zapach rozgrzanego metalu. Aleks wciąż pracował palnikiem nad ramą motocykla, który budował na zamówienie. Jego potężne bicepsy połyskiwały od metalicznego pyłu i smaru, kiedy podciągał złom wiszący na łańcuchu, tak by mieć swobodny dostęp do drugiej strony. Przetoczył swój wózek inwalidzki z głuchym zgrzytem roztrącanych na podłodze części i narzędzi. Jego twarz przybrała wyraz, który zdążyłam już doskonale poznać. Miał swoją wizję. W nieforemnej kupie złomu dostrzegł linie przyszłej bestii i nie przerwie pracy, póki nie wydobędzie jej na powierzchnię, żeby mógł zobaczyć ją każdy, a już z pewnością ten, kto wypłaci mu za maszynę tłuściutkie honorarium. Nad każdą maszyną pracował długo, ciężko i każda była absolutnie warta swojej ceny. Oburzyłby się, gdybym nazwała go artystą, ale był nim. Mierzył się z materią i ignorował jej opór. Tak samo jak bagatelizował opór własnego ciała. Nic nie mogło go powstrzymać, nawet roztrzaskany kręgosłup. Nie przerywałam mu pracy – mogłam poczekać, aż metal podda się jego woli, a Aleks z poczuciem dobrze wykonanej roboty zrobi sobie przerwę.

Ustawiłam Ślicznotkę pod ścianą, z dala od pryskających iskier spawarki. Mój motocykl też wyszedł spod rąk Aleksa. Kiedyś był produktem masowym pewnej azjatyckiej firmy motoryzacyjnej. Na długo przed tym, zanim Aleks usłyszał „nierówne stukanie” („jak możesz tego nie słyszeć, dziewczyno?”) i nie zdenerwowała go jakaś linia „nie dość zgrabna” i efektywność „znacznie poniżej możliwości”. Zaczął poprawiać moją maszynę – tu coś odjął, tam coś dodał, coś wymienił na lepsze… Trzy lata później ojciec inżynier nie rozpoznałby dziecka, które wypuściła jego fabryka. Usunęłam logo producenta, nieuczciwie byłoby rozbudzać nadzieję potencjalnych klientów. Nie jestem typem gadżeciary z fetyszem motoryzacyjnym – maszyny traktuję jak narzędzia, biorące dość często na siebie trudy mojej roboty – a jednak ze Ślicznotką czułam się związana i jej czarną, agresywną sylwetkę doceniałam na równi z siłą silnika i niezawodnością. I tym, że nie groziło jej żadne nierówne stukanie, którego i tak raczej bym nie rozpoznała.

Wdrapałam się na maskę starego chevroleta – znanego też jako „niekończąca się opowieść”, jako że remont tego gruchota pochłaniał niekończące się pokłady czasu i pieniędzy. Po trzech latach wciąż nie udało się nam go uruchomić na dłużej niż kwadrans. Stawiałam na magiczną mutację, Aleks upierał się, że mutacje nie mogą dotyczyć przedmiotów nieożywionych. Zafundowałam mu wieczór z Christine, ale pozostał optymistą. Widział takie auto w jakimś filmie i przez lata marzył, by mieć podobne. Może nie szedł w tych fantazjach aż tak daleko, by oczekiwać od auta tego, by jeździło. A może uznał, że skoro sam nie jest doskonały, zaakceptuje niedoskonałości Chevy’ego. Aleksa łączyło z maszynami ciche porozumienie. Każdy z nas ma jakiś talent. Ja potrafiłam się zakradać, zabijać i zmieniać wygląd lepiej niż gwiazdy modelingu. On rozmawiał ze złomem i skłaniał go do działania.

Wyciągnęłam z torby teczkę, którą wcisnęła mi w ręce Matka pod koniec odprawy, kilka batonów energetycznych i butelkę koktajlu proteinowego. Energicznie przeżuwając kolejne kęsy o smaku miodu i orzechów, wczytywałam się w dokumenty. I z każdą sekundą byłam bardziej wkurwiona. Wspominałam, że wszyscy mają jakiś talent? Talentem Matki było wyciąganie ze mnie tego, co najgorsze. Całkiem świadomie, bo nic dobrego, co mogło się we mnie kryć, nigdy nie zdobyłoby jej aprobaty, chyba że umiejętność zabijania czy władania jakąś wysoce podłą i śmiercionośną magią. Każda matka nabywa wiedzę o czułych punktach własnej pociechy. Po prostu wie, co powiedzieć i zrobić, by dzieciaka zażenować, zdenerwować czy rozzłościć. Zwykle towarzyszą temu różne miłe rzeczy, jak bezwarunkowa miłość i wsparcie. Irena wznosiła się ponad takie bzdury. Byłam jej małym projektem, a wierzyła w zimny chów, twardą rękę i hartowanie potomstwa w prawdziwych płomieniach.

Z każdą sekundą stawałam się bardziej sfrustrowana, bo zdawałam sobie sprawę, że załatwiła mnie na szaro. Znowu. Owszem, od miesięcy gderała, że powinnam mieć partnera, ale temat, jak mi się zdawało, przysechł. Minęły trzy lata, odkąd wróciłam z roboty, na którą pojechałam z partnerem i pięcioma innymi najemnikami. Wróciłam sama. I do dziś nie śpieszyłam się z dokładnym raportem z akcji, a także nie mówiłam o tym, jak doszło do ich zgonu. Miałam swoje powody. Większość z moich towarzyszy zginęła. Jedyny ocalały, wilczy szczeniak, znalazł sobie znacznie lepsze życie niż to, jakie miał mu do zaoferowania Zakon Cieni, więc nie zamierzałam puścić pary na jego temat. To moja wina, to, że wszyscy nie żyją. Nie zabiłam ich, wbrew temu, co sądzą moi koledzy z pracy, z Ireną na czele. Ale przyjęłam robotę, której nigdy nie powinnam na siebie wziąć. Zgubiłam się wystarczająco, by uczynić swoim wrogiem kogoś, kto był kiedyś moim najlepszym przyjacielem, być może miłością mojego życia. Ona i jej przyjaciele zabili moich ludzi w obronie własnej. Racja była po ich stronie, jednak Zakon widział to inaczej. Gdyby jego członkowie dowiedzieli się, co dokładnie wydarzyło się na wsi trzy lata temu, pomściliby swoich dla zasady, zabijając moją dawną przyjaciółkę tylko po to, by postawić kropkę nad i. Nie zamierzałam do tego dopuścić, dlatego dopilnowałam, by jakikolwiek elektroniczny czy papierowy ślad tamtej akcji przepadł. Nawet Irena nie znała dość szczegółów. Zlecenie zostało opłacone dużą sumką i mogła podejrzewać, że zamieszany był w nie ktoś z Niebieskich lub Piekielników ze względu na wysoki stopień zagrożenia. Tylko tyle. Pytała mnie wiele razy, co się wtedy wydarzyło. Zasłaniałam się klauzulą poufności w umowie z wymagającym klientem. Plotki na korytarzach Zakonu mnożyły się i rosły, po trzech latach osiągając już rozmiar nosorożców. A nosorożce można lekceważyć, jeśli nie zaczynają szarżować.

Od jakiegoś czasu nikt z Zakonu nie garnął się, by iść ze mną na robotę. Nie przeszkadzało mi to, skoro i ja nie garnęłam się, by mieć kogokolwiek za swoimi plecami. Przeszkadzało to Matce i tym, którym z zasady przeszkadzało wszystko, co mogło wkurzyć Irenę. W górnych piętrach piramidy zawsze kręcili się marzyciele pragnący awansiku i dostania się na sam szczyt. Przez lata, spędzone przez Irenę na fotelu szefa, wielu z ochotników na jej stołek skończyło jako aniołek na czubku choinki – nadzianych na pal i robiących za przykład dla kolejnych potencjalnych kandydatów.

Nikt w Zakonie nie wiedział, że Irena jest moją matką. I gdybym kiedyś zwróciła się do niej per mamusiu, nie byłoby to drwienie ze stanowiska. Oczywiście nie byłam tak głupia, by spróbować. Nie zaszkodziłabym Matce, ale sobie na pewno. Irena chlubiła się tym, że nie ma słabych punktów.

Poza mną.

Do dziś wypomina mi, że dałam się porwać, torturować, okaleczyć, a tym samym pozwoliłam, by mój ojciec w dyskusji z nią miał ostatnie słowo. Nie żeby ją poruszyło to, co mi zrobił, czy skłoniło do szukania zemsty – bądźmy poważni: skoro nie zdołałam się ochronić przed moim starszym niż kurz, potężniejszym niż tornado i szalonym bardziej niż Kapelusznik ojcem, to znaczy, że ją zawiodłam i mam szczęście, że sama mnie nie dobiła, kiedy doczołgałam się do jej legowiska. Irena nienawidzi słabości. W jej oczach byłam słaba jak mysz po kąpieli we wrzątku. Gdyby któryś z jej obecnych przeciwników odwalił numer na miarę Ernsta Szalonego, porwał mnie, odkrawał po kawałku i wysyłał jej w małych paczuszkach, wytrąciłoby ją z równowagi nie to, co mnie spotkało, ale to, że znał jej adres domowy. Nawet moja wiedza o tym jest dla niej niczym drzazga pod paznokciem.

Irena miała swoich przeciwników. Takich, którzy dysponowali władzą wystarczającą, by nie zdołała ich zatopić, albo takich, z którymi może i zawarła rozejm, ale ponieważ polityka w Zakonie jest kwestią zmienną jak polska pogoda w marcu, to nie miała pewności, że to rozejm trwały. Nie wiedzieli o moim pokrewieństwie z Ireną, zwaną na korytarzach Zakonu Carycą, ale wiedzieli, że wokół mojego folderu z raportami coś śmierdzi. Za dużo dymu i plotek. Ponieważ Irena nic ze mną nie robiła, sprawa wydawała się jeszcze bardziej podejrzana. I dlatego właśnie coś zrobiła. Dostałam partnera.

Partnerstwo opiera się na zaufaniu. Nawet gdybym potrafiła zaufać komuś, kogo dopiero poznałam, nie potrafiłabym zaufać wybrankowi Matki. Był jej szpiegiem, jej pieszczoszkiem albo miał mnie sprzątnąć. Nie widziałam szans na inne, bardziej pokojowe rozwiązanie. I znów, żadna z tych opcji nie stanowiłaby nowości, miałyśmy to już za sobą. Zabijałam, okaleczałam albo odstręczałam każdego potencjalnego partnera, nim minął miesiąc próby. Ale tym razem przydział nie był na próbę. Puściłam wiązankę przekleństw. Albo dogadam się z moim nowym partnerem, albo „zostanę uznana za niestabilny element niepożądany”. Pięknie.

– Co jest, mała? – usłyszałam głos Aleksa.

Przyglądał mi się z ramionami zaplecionymi na piersi. Nozdrza mu drżały, jakby właśnie wywąchiwał kłopoty. Jego twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia. Była pobrużdżona i wyrazista, i zacięta. Krótka broda i włosy sięgające ramion, związane rzemykiem w krzywy kucyk, kiedyś prawie czarne, dziś więcej niż przyprószone siwizną – taką, która pojawia się w ciągu jednej nocy. Zawdzięczał ją temu samemu typowi, który i mnie przyprawi któregoś dnia o siwiznę. Właśnie to nas połączyło. Nienawiść. Od tego czasu zbudowaliśmy relację o zdrowszych podstawach.

 

– Nic, z czym sobie nie poradzę, staruszku. – Uśmiechnęłam się, widząc, że skrzywił się, słysząc to słowo.

Aleks nie był stary. Poznałam go dokładnie dziewięć lat temu, jako krzepkiego czterdziestolatka, proszącego się o guza tak wytrwale, że go znalazł. Kawał chłopa, dobrze ponad metr osiemdziesiąt, napakowany testosteronem i mięśniami, spędzał większość czasu na rozróbach w barach motocyklowych, piciu i zabawie. Brał zlecenia na boku, gdy brakowało mu kasy, ale nie przywiązywał się do miejsca, ludzi czy źródeł dochodu. Dlatego dał się wynająć Dorze Wilk, kiedy szukała sojuszników do odbicia mnie z łap ojca. Zebrała więcej niż dwudziestu zakapiorów, za którymi nikt nie płakałby, gdyby nie wrócili z akcji zapowiadającej się na przegraną. Albo dysponowała darem przekonywania, albo co najmniej paru z nich pozwoliła zajrzeć sobie pod bluzkę, bo kasy z całą pewnością nie miała. Nie miała też planu. Po prostu wpadli jak ogary piekielne do skorupy starej fabryki, w której Ernst Szalony mnie przetrzymywał.

Nie sądziłam, że przyjdzie odsiecz. Byłam poobijana, przywiązana do krzesła, zakrwawiona. Ernst nie próżnował – moje małe palce u obu rąk, gładko odcięte sekatorem, zapakowane w dekoracyjne pudełeczka, w jakich zwykle się wręcza biżuterię, dotarły już do Ireny, ale ona nie zamierzała nic z tym robić. Podobno liczyła, że przy całym swoim szaleństwie Ernst zrozumie okropieństwo swojego postępku i zryje mu to banię. Jakby cokolwiek jeszcze pozostało do zrycia.

Nagle do pomieszczenia wtargnęło stado wrzeszczących samców i rzuciło się na Ernsta i jego ludzi. Mieli przewagę liczebną, ale nie jakościową. Ernst był koszmarem pól bitwy, a jego najemnicy warci wyśrubowanych honorariów, które im płacił, i gotowi umierać dla dziarskich dziewic i wina w Valhalli. Ale nawet oni nie poradzili sobie błyskawicznie z motocyklistami z bronią palną, maczetami i łańcuchami. Zajęło im to dziesięć, może piętnaście minut. W tym czasie Dora dopadła do mnie i odwiązała od krzesła. Nie wiem, jakim cudem udało nam się stamtąd wyjść w jednym kawałku – no, mnie prawie w jednym. Faceci byli zbyt zajęci okładaniem się i wywarkiwaniem do siebie gróźb karalnych i obietnic złamania każdego seksualnego tabu w okolicy, by zauważyć dwie wymykające się dziewczyny.

Byłam w kiepskim stanie. Potem stało się coś jeszcze gorszego i na kilkanaście godzin zupełnie straciłam kontakt z rzeczywistością. A później zawlekłam swój poobijany tyłek do fabryki. Musiałam zobaczyć, jak się to skończyło. Jakaś część mnie naprawdę miała nadzieję, że dopadli Ernsta i jego nadgryzione przez robale ciało czeka na mnie gdzieś w fabrycznych halach. Znalazłam mnóstwo trupów ściełających gęsto podłogę i schody. Niestety żaden z nich nie był Ernstem.

Już wychodziłam, kiedy usłyszałam jęk. Podążając za tym dźwiękiem, dotarłam do okna, za którym dostrzegłam trzymające się na słowo honoru stalowe schody przeciwpożarowe. Metal jęczał, kiedy rosły naprężenia, a wiatr obijał o parapet wyrwanym ze ściany prętem mocującym. Konstrukcja schodów zmieniła się w kłębowisko ostrych krawędzi i skłębionych płaszczyzn. Właśnie stamtąd dochodziły odgłosy. Gdy przyjrzałam się dokładniej, zauważyłam strużki wciąż świeżej krwi i krople spadające na żwirowy podjazd. Zdążyły już zmienić się w sporą kałużę.

Zdołałam go wyciągnąć. Strzęp człowieka, którym kiedyś był. Nawet go nie znałam. Jak przez mgłę przypominałam sobie jego twarz – jednego z wielu, którzy stanęli między Ernstem a mną. Nie mogłam go tu zostawić, z pogruchotanymi nogami, z raną brzucha, ze spojrzeniem zmętniałym z powodu bólu i utraty krwi. Wtedy powiedziałam sobie, że był świadkiem i muszę się dowiedzieć, co się działo między nimi a moim ojcem, po tym jak uciekłam. Dziś musiałam być ze sobą bardziej uczciwa: wyciągnęłam go stamtąd i dopilnowałam, by Jemioła go uleczyła – w takim stopniu, w jakim mogła – ponieważ dokładnie tyle mogłam zrobić dla jedynego ocalałego spośród tych, którzy ocalili mnie. W niewoli u ojca przeżyłam piekło, ale miałam pewność, że była to dopiero przygrywka.

Aleks, bo tak się nazywało to wielkie, połamane chłopisko, nigdy nie będzie chodził. Ernst złamał go na pół o kolano, miażdżąc mu kręgi lędźwiowe, a potem wyrzucił go przez okno. Nie zauważył, że ciało odbiło się o stalową konstrukcję schodów przeciwpożarowych z tak dużą siłą, że wyrwało je ze ściany. To ocaliło Aleksowi życie. Ernst miał zwyczaj podpisywać zwłoki, jakie za sobą zostawiał, miażdżąc im tchawice obcasem.

Od tej pory trzymamy się z Aleksem blisko. Nie powiem, że był dla mnie jak ojciec, bo jedyny ojciec, jakiego znałam, był totalnie szalonym skurwielem. Był przyjacielem. I jako jedyny wiedział prawie wszystko. Nie przesadzaliśmy z nadmiarem słów, ale każde z nas wiedziało, że to drugie stoi za nim murem. Nie roztkliwiał się przesadnie nad tym, że został przykuty do wózka. To jeden z tych facetów o twardym rdzeniu i krystalicznie jasnym światopoglądzie, który potrafił stwierdzić, że gdyby nie połamał nóg, nigdy by na nich nie stanął. I naprawdę w to wierzył.

– Umieram z głodu – oświadczyłam, starając się choć na chwilę odpędzić posępne myśli.

Spojrzał na kilkanaście papierków po batonach energetycznych zaśmiecających klapę Chevy’ego dookoła moich ud.

– Lubię fantazję, w której te wszystkie spożyte kalorie wracają do ciebie jednej nocy i budzisz się jako mały, tłuściutki pączuszek – powiedział z szerokim uśmiechem.

– To się nie zdarzy, staruszku, spalam je wszystkie za dnia. – Wzruszyłam ramionami.

Przed porwaniem potrzebowałam dziennie tyle kalorii, ile powinna spożyć normalna ludzka dziewczyna prowadząca dość aktywny tryb życia – dwa, dwa i pół tysiąca. Po porwaniu okazało się, że już nie jestem normalną ludzką dziewczyną i że potrzebuję ich cztery razy tyle. Ten chory metabolizm był moim niewdzięcznym spadkiem po ojcu.

Wjechaliśmy windą na piętro. Aleks mieszkał nad warsztatem. Cały budynek dostosował do swoich potrzeb. Aż dziw, jaki sprawny mózg kryła ta poobijana w setkach barowych burd głowa. Nie żartowałam, kiedy powiedziałam mu, że chętnie sprawdziłabym jego magiczny skan. Byłam pewna, że mimo solidnego wzrostu nosił geny krasnoluda, goblina czy innego ze stworzeń, które mają władzę nad metalami. Odmówił wykonania skanu. Znał swoją matkę i jej pochodzenie, była w większej części człowiekiem i nie znała magii ziemi czy metali. Ojciec ograniczył się do zostawienia w jej wnętrzu próbki nasienia i odszedł w ciemną noc. Aleks nie chciał wiedzieć, czy zawdzięcza mu cokolwiek. Nie określał tego, co robi z metalem i maszynami, magią, lecz talentem.

Szybko podgrzałam wielką porcję pieczeni zostawioną w lodówce przez panią Mariannę, która raz w tygodniu przychodziła posprzątać, uzupełnić zapasy i ugotować zestaw posiłków na kilka dni. Była aniołem – metaforycznie, bo genetycznie była wiedźmą ziemi. Dopiero gdy zjedliśmy wszystko, do ostatniego okrucha kaszy i marchewki, o pieczeni nie wspominając, przesunęłam po stole teczkę, którą dostałam od Matki. Wyciągnęłam z zamrażarki lody i pochłaniałam półlitrowy kubełek, czekając, aż Aleks wszystko przeczyta. Marszczył się i krzywił, pewnie w tych samych momentach co ja, kiedy zapoznawałam się z rewelacjami Ireny. Poza przydziałem i surowym listem rekomendacyjnym od Matki teczka zawierała życiorys Robina i dość pobieżny opis jego służby w Zakonie. Stanowiło to ze strony Matki niemal znak dobrej woli – mogła przecież wysłać za mną Robina bez ostrzeżenia.

– Można by to czytać szczeniakom do poduszki – oświadczył, dochodząc do ostatniej strony.

Skinęłam głową, bo potwierdził moje podejrzenia. Teczka była sprokurowana, tak idealna, że całkiem niewiarygodna. Było tam sporo luk i półsłówka, które śmierdziały na kilometr, jeśli znało się Zakon naprawdę dobrze.

– Myślisz, że jest automatem? – Zadał pytanie, które niepokoiło mnie najbardziej.

– Nie wiem. Przeszło mi to przez myśl.

Automaty były projektem Ireny – nie całkiem klonami, ale też nie do końca ludźmi. Pozostawały lojalne wyłącznie względem Matki. Nieustraszone nie dlatego, że odważne, ale dlatego, że nie ceniły swojego życia wystarczająco, by się bać śmierci. Znałam moją matkę i jej ego na tyle, by podejrzewać, że mogą być w jakimś stopniu ze mną spokrewnione. Irena wierzyła w swoje geny. To, że ja ją zawiodłam, nie znaczyło, że nie spróbuje raz jeszcze, ale nie było mowy, by zaszła w ciążę – to by ją osłabiło. Dlatego przypuszczałam, że automaty, jak jeden mąż ciemnowłose, wysokie, ciemnookie, powstały z jej jajeczek. Za sprawą połączenia medycyny, magii i technologii przyspieszała ich rozwój. Nie była dość cierpliwa, by czekać dwadzieścia lat, aż jej żołnierze dorosną. Wedle dokumentacji, której nigdy nie powinnam widzieć, wyprodukowanie dorosłego i w pełni sprawnego automatu zajmowało jej pięć lat. Rok z tego poświęcała na morderczy trening i programowanie – wtłaczała swoim „dzieciom” do głowy wszystko to, co jej zdaniem powinny wiedzieć.