Denat wieczorową porą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[no image in epub file]

[no image in epub file]

[no image in epub file]

Rozdział 1

Maria nie myślała o sobie jako o niewolnicy nawyków, a jednak miała swoje małe rytuały. Na przykład niezależnie od pory roku ani tego, czy czekał ją dzień pracowity, czy też wolny od zajęć (to ostatnie właściwie się nie zdarzało), wstawała sporo przed szóstą. Nastawiała mały ekspres przelewowy, który ze trzydzieści lat wcześniej podarował jej na urodziny syn, ubierała się adekwatnie do pogody i wychodziła z domu.

Schodziła kilka stopni zewnętrzną klatką schodową, która prowadziła tylko do jej mieszkania oraz drugiego, znajdującego się wyżej. Przez lata stało puste, ale teraz mieszkała w nim jej wnuczka. Drewniane stopnie były dosyć wąskie i wytarte, choć, jak cała dobudowana oficyna, liczyły dobre sto lat mniej niż szachulcowy dom, w którym mieścił się pensjonat – Wielka Niedźwiedzica. Jeden z wielu, jakie Ustka miała do zaoferowania turystom, ale w subiektywnym odczuciu Marii najlepszy i wyjątkowy.

Może dlatego nie szła dalej, do pobliskiego portu, gdzie przecież mogła siąść na wygodnej ławce, tylko wyciągała zza doniczki, w której latem kwitły pelargonie, a teraz tkwiły podsuszone łodyżki przekwitłych wrzosów, składaną matę ogrodniczą – jedną z tych, na których ludzie klęczą, wyrywając chwasty z grządek. Maria układała ją na stopniu i siadała. Z pierwszą kawą i pierwszym papierosem, by, jak to lubiła nazywać, pomyśleć i poukładać sobie to i owo. Robiła tak od prawie pięćdziesięciu lat i nie widziała powodu, by po siedemdziesiątce zmieniać ten nawyk. (Wyjątkiem były papierosy: te starała się rzucić, nawet z pewnymi sukcesami, ale potem stres popychał ją do kupna jeszcze jednej, już na pewno ostatniej paczki).

Nawet zimą nie rezygnowała ze swojego rytuału. Po prostu ubierała się cieplej. Zwykle przed siódmą było jeszcze szaro i ciemnawo – zwłaszcza na jej podwórku-studni, gdzie słońce docierało z oporami – ale w tym roku przestrzeń ozdobiła wnuczka Magda, wraz ze swoją szaloną ciotką Tamarą. Obie najwyraźniej miały fioła na punkcie dekoracji świątecznych. Wcześniej wynajmowane łódzkie mieszkanko raczej nie dawało pola do popisu, dlatego teraz rozwijały skrzydła, z których osypywał się anielski włos i brokat oraz zwieszały się sznury światełek. Udekorowały cały pensjonat i mieszkanie Magdy, a gdy w budynku zabrakło miejsca na kolejne dekoracje, wylały to morze czerwieni, złota i błyskotek za próg.

Właśnie dlatego zewnętrzne schody oblewała delikatna, tęczowa poświata przyczepionych do balustrady lampek, a każdy, nawet najmniejszy iglak spośród dziesięciu rosnących w cementowych donicach zmienił się w małą choinkę, upiększoną barwnymi żaróweczkami, złoconymi szyszkami, aniołkami i złotą gwiazdką na szczycie. Magda wyznawała zasadę: „Wszystko dekorować, niczego nie oszczędzać”, więc każda szyba została spryskana sztucznym szronem, a każdą framugę zdobiła kępka jemioły.

Maria kręciła głową, musiała jednak przyznać, że ogromnie jej się to podoba. Zapomniała już, jak wesołe i piękne mogą być święta Bożego Narodzenia. Kiedy więc wychodziła rano na papierosa, kawę i rutynowe rozmyślania, cieszyła się tymi światełkami, kolorami oraz spontanicznym szaleństwem, które wtargnęło w jej życie wraz z powrotem Magdy, a wkrótce potem – zacumowaniem w ich porcie Tamary.

Sama chętnie uległa temu wariactwu świątecznemu i zgodziła się na przykład, aby na ostatni tydzień grudnia i pierwszy tydzień stycznia zarezerwować pensjonat wyłącznie dla bliskich i przyjaciół. To też był pomysł Magdy.

– Warto naładować baterie miłością – oświadczyła wnuczka, przedstawiając jej plan.

Udało się, bez wątpienia…

Maria zdawała sobie sprawę, że jako siedemdziesięciolatka powinna być rozsądniejsza, bo kiedyś zapewne przyjdzie dzień, w którym jej stare kości odmówią posłuszeństwa i nie zdoła bez pomocy wstać z drewnianego stopnia, ale to jeszcze nie był ten moment. O giętkość jej ciała troszczyła się zresztą przyjaciółka Aniela, która wynajdywała dla nich obu zajęcia jogi dla seniorów, lekcje tańca brzucha czy tańców latynoamerykańskich (choć rumba okazała się zbyt dużym wyzwaniem dla biodra Marii).

Przez lata samotne poranki stanowiły jedyny czas, jaki Maria Garstka mogła wykroić wyłącznie dla siebie. Jej mąż Bolesław zwykle spał dłużej, zwłaszcza jeśli popił wieczorem, a o świcie nie musiał wypływać w morze. Wolała być poza domem, poza zasięgiem jego rąk, kiedy wstawał z łóżka skacowany, w podłym nastroju, rozdrażniony, co z upływem lat tylko się nasilało. Odreagowywał na niej, zostawiając ślady na jej ciele. Może zresztą stanowiło to dla niego część małżeńskich atrakcji.

Śmieszyło go, jak bardzo starała się ukryć te siniaki. Nosiła bluzki z długim rękawem nawet w największe upały. I apaszki. Zakładała je tak często, że jej synowie, przekonani, że je uwielbia, co roku obdarowywali ją kolejnymi na urodziny czy święta. Miała ich cholernie wiele i żadnej nie lubiła. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie, a jej dłoń odruchowo powędrowała do odsłoniętej szyi. Nigdy więcej żadnych apaszek.

Bolesław nie żył już od prawie dwóch lat. Zniknął któregoś wieczoru, zostawiając ją z poczuciem winy i wstydu. Zginął na morzu. Chyba jeszcze nie całkiem do tego przywykła, nie przyswoiła tej nowej wolności. Mogłaby pospać i nie musiała już szukać spokoju poza domem. Siła nawyku.

Tylko gdyby nie wstawała rano, kto karmiłby Włóczykija? Uśmiechnęła się, gasząc niedopałek w słoiczku po konfiturze, ukrytym za doniczką z suchym wrzosem. W kącie podwórka, między szopką na narzędzia a donicą ze świątecznie udekorowaną tują, w migającym świetle różowych lampek dostrzegła ruch. Przez chwilę czuła się obserwowana. Wreszcie dzikus wyszedł ze swojej kryjówki i ostrożnie, powoli, przemaszerował przez podwórko. Przyspieszył lekko dopiero, kiedy poczuł zapach karmy. Z łososiem. Jemu pewnie było wszystko jedno, ale jej wydawało się, że rybna smakuje mu bardziej. Przypadał do miski i jadł z głośnym mlaskaniem.

Nie należał do niej. Nie należał chyba do nikogo, nie tylko teraz, ale i kiedykolwiek. Emanował typową dla zwierząt ulicy nieufnością wobec ludzi. Musiał mieć przynajmniej sześć lat, bo dyskretnie dokarmiała go od pięciu. Gdy przyszedł tu pierwszy raz, był już dorosły, choć mniejszy niż dziś – czarny kocur z białymi skarpetkami i długą, nieco zmatowiałą sierścią, teraz zagęszczoną na zimę dodatkową warstwą podszerstka.

Na początku nie ruszał jedzenia, dopóki nie weszła do domu. Dopiero po roku oswajania i dokarmiania pozwolił się dotknąć. Chyba nigdy nie będzie ufnym przytulasem, ale dziś, gdy zjadł, zrobił kilka kroczków w stronę Marii i otarł się o słupek ledwie metr od niej, zostawiając swój zapach. Uśmiechnęła się do niego z czułością. Nie potrafiłaby tego wytłumaczyć słowami, ale miała wrażenie, że ona i ten kocur są w jakiś sposób do siebie podobni, co dziwnie ją wzruszało.

Zawsze pragnęła mieć kota. Mężczyznom, którzy decydowali o jej życiu – najpierw ojcu, a potem Bolkowi – nie mieściło się to w głowie. Niechęć do kotów to jedna z niewielu kwestii, w których byli zgodni. Ojciec na pewno nie skrzywdziłby kociaka, ale w domu zawsze były psy. W przypadku Bolesława nie miała pewności, czy nie wyładowałby się na zwierzęciu.

Kot, który nie wiedział nawet, że nazywała go Włóczykijem, miauknął na nią skrzekliwie, jakby przypominając, że Bolka już nie ma. Już nie musi się usztywniać na samą myśl o nim. Musiała to sobie uświadamiać kilka razy dziennie. A czasem i nocą, kiedy budziła się z koszmaru. Ten strach przed jego niezadowoleniem, przed choćby minimalnym uchybieniem jego wymaganiom, utrwalał się w niej latami i nigdy do końca nie zniknął. Mimo to wierzyła, że to się zmieni – kiedyś.

Powietrze pachniało śniegiem. Nawet nie znając prognozy pogody, Maria wiedziała, że spadnie dziś, najpóźniej w nocy. Wszyscy liczyli na białe święta, ale musiały im wystarczyć szara breja i kałuże z dwóch centymetrów śniegu, które spadły dwudziestego trzeciego grudnia tylko po to, by w kilka godzin się rozpuścić. Przewrotna Matka Natura nie uzależniała swoich działań od ludzkich oczekiwań. I dobrze.

Sygnał komórki zaskoczył Marię i chwilę zabrało jej wymacanie telefonu w kieszeni dużej, puchowej kurtki. Dochodziła siódma. Serce jej się ścisnęło na myśl, że to jakaś awaryjna sytuacja związana z Przystanią, że ktoś pilnie potrzebuje pomocy. Zdarzało się już, że dla kobiet będących ofiarami przemocy domowej święta w rodzinnym gronie były ostatnią kroplą przepełniającą czarę…

Tym razem jednak na ekranie wyświetlała się uśmiechnięta twarz Anieli. Magda nazywała ją wróżką – z różowymi włosami i kolorowymi cieniami do powiek przyjaciółka Marii była jak eksplozja wiosny.

– Musisz mnie dziś uratować – powiedziała na powitanie.

– Powiedz tylko, przed czym, żebym wiedziała, czy wystarczy kij hokejowy Magdy, czy mam ukraść synowi pistolet – odparła Maria.

Lekkim tonem zamaskowała echo niedawnych emocji, wywołanych przez bolesne wspomnienia. Aniela miała ucho do takich rzeczy.

– Kocham moją córkę, wnuka uwielbiam, nawet zięć mi nie przeszkadza, ale jeśli będę musiała spędzić z nimi jeszcze dzień, oszaleję. Albo gorzej: zestarzeję się. Będę dokładnie taka stara i niedołężna, za jaką mnie biorą. To będzie koszmarne, zobaczysz! – Aniela mówiła szeptem, pewnie dzwoniła z łazienki, jak kilka razy w ostatnich dniach.

– Martwią się o ciebie. Przewróciłaś się, mocno potłukłaś, mogłaś złamać biodro – przypomniała jej Maria. Usłyszała przeciągłe westchnienie.

 

Aniela była jedną z ofiar tego śliskiego przedświątecznego błocka. Poślizgnęła się na schodach, runęła i na kilka minut straciła przytomność. Potem nie mogła wstać. Sąsiedzi wezwali pogotowie, które przewiozło ją na ostry dyżur do słupskiego szpitala. Badania RTG, USG, a nawet MRI nie wykazały poważniejszych obrażeń, poza obitym biodrem, mnóstwem siniaków i guzem na potylicy. Rodzina Anieli błyskawicznie zjawiła się w szpitalu, zatroskana jak stado kwok. Córka i zięć zabrali ją do swego dużego i bez wątpienia wygodnego mieszkania w eleganckim bloku. I troszczyli się na potęgę.

– Maryniu, oni zaczynają pieprzyć o domu opieki, bo jestem, widzisz, niesamodzielna! I mogłam zginąć! Jakbym w domu opieki nie mogła się poślizgnąć na schodach! Mam siedemdziesiąt lat, do cholery! A oni traktują mnie, jakbym miała dziewięćdziesiąt siedem, a rozumu tyle, ile trzylatek. – Aniela podniosła głos. – Jeśli stąd nie wyjadę jeszcze dziś, stracę szacunek dla mojej rodziny i miną miesiące, zanim im wybaczę, że w ogóle wyskoczyli z takim planem!

– Przyjechać po ciebie do Słupska? – zapytała Maria.

– Wystarczy, że mnie odbierzesz z przystanku. Przekupiłam wnuka, więc zawiezie mnie na autobus, zanim jego matka zauważy. Ale mam ze sobą walizkę i… No wiesz, trochę mnie jeszcze to biodro boli, więc nie zataszczę jej do domu…

– O której przyjedziesz?

– Tym po jedenastej. Nie wytrzymam ani chwili dłużej.

– Nic się nie martw, Anielko, odsiecz nadejdzie.

– Zaraz wychodzę! Żyję i nie zemdlałam w wannie! – wrzasnęła Aniela i zupełnie nie brzmiała przy tym jak słodka wróżka i eksplozja wiosny. Ściszonym głosem zwróciła się do Marii: – Przypomnij mi, proszę, że ich kocham i że to tylko kilka godzin.

– Kochasz ich i za kilka godzin będziesz w swoim domu.

– No i pięknie – odpowiedziała i się rozłączyła.

Maria schowała telefon do kieszeni. Włóczykij gdzieś zniknął, a ona musiała przygotować śniadanie dla gości pensjonatu, ostatnich na jakiś czas. Zawsze między trzecim a piętnastym stycznia Wielka Niedźwiedzica miała małą przerwę. Na końcowe dwa tygodnie grudnia i Nowy Rok pensjonat miał pełne obłożenie. Teraz pustoszał – większość przyjaciół i członków rodziny wyjechała wczoraj, dziś zniknie ostatnia czwórka i będzie trochę spokoju. Maria posprząta i odpocznie.

*

Przygotowania do śniadania zajęły Marii tylko pół godziny. Wszystko szło sprawnie, a ona pracowała w pensjonacie właściwie całe swoje życie. Zanim została jego właścicielką, rodzina wynajmowała pokoje letnikom. Była trzecim pokoleniem, które się tym trudniło. Jej synowie wybrali pracę w policji, ale może Magda będzie za jakiś czas kontynuowała tradycję? Lubiła ludzi, miała anielską cierpliwość do gości, a jej ducha nie złamały nawet martwy sezon i zima. Maria każdego dnia dziękowała losowi, że odważyła się pojechać do Łodzi i zaprosić wnuczkę z powrotem do Ustki.

Dziewczyna miała wszelkie powody, by odrzucić zaproszenie, odwrócić się na pięcie i zostawić babcię samą w wielkiej auli. Maria zresztą nie potrafiłaby jej za to winić. Zdradziła zaufanie dziecka, właściwie porzuciła małą po śmierci jej ojca. Nie była jednak w stanie się nią zająć – nie z Bolkiem, który na samą myśl o dziecku w domu dostawał piany większej niż na myśl o kocie… Maria odepchnęła od siebie złe wspomnienia. Szkoda, że nie można ich zamknąć w szczelnym pudełku i wrzucić do morza, by nigdy więcej nie wracały.

Magda zeszła zaraz po śniadaniu i zaczęła sprzątać ze stolików. Maria delikatnie wepchnęła dziewczynę do kuchni i zapytała:

– Może sama coś zjesz, panienko?

Jej wnuczka w samo południe zaczynała zmianę jako kelnerka w kawiarni Vincent i Maria wiedziała aż za dobrze, że do osiemnastej będzie miała mało czasu, aby cokolwiek zjeść. Zima nie zniechęcała fanów najlepszych w mieście ciast, krówek i dobrej kawy.

Magda wyszczerzyła się i porwała muffinkę z patery. Maria upiekła je tego ranka, więc wciąż były lekko ciepłe.

– Tylko jeśli siądziesz ze mną – odpowiedziała dziewczyna.

Aż trudno uwierzyć, że skończyła dwadzieścia trzy lata, pomyślała Maria. Z tym szelmowskim uśmiechem, w swetrze ze świątecznym reniferem na piersi, wyglądała jak nastolatka. Miała wielkie czarne oczyska, a delikatnie kręcone ciemne włosy domagały się grzebienia. Była tak podobna do swojej mamy, Mileny – mała, piękna i pełna energii. Ale kiedy się uśmiechała, natychmiast przypominała Marii o starszym synu, który zmarł tak nagle i osierocił dziewczynkę kilka lat po tym, jak straciła matkę. Ten uśmiech zawsze dźgał ją prosto w serce.

Z tych sentymentalnych myśli wyrwało ją pukanie do drzwi.

Ludwiczka pamiętała, odkąd w pieluchach biegał po plaży. Teraz stało przed nią wielkie chłopisko o zaczerwienionych od mrozu policzkach, kulące się w służbowym uniformie. Ludwik podał jej plik listów, podpisała pokwitowanie, a gdy zauważyła jego tęskne spojrzenie, podsunęła mu paterę z pozostałymi muffinkami. Tym samym tradycji dokarmiania listonoszy przez emerytów stało się zadość.

Właśnie dlatego nie wyobrażała sobie, że mogłaby wyjechać z Ustki, zamieszkać gdzie indziej. Nigdy nie przestała widzieć w niej małego, rybackiego miasteczka, które owszem, rozrastało się i coraz gęściej zaludniało, ale nie traciło swojego charakteru. Jak żyć w mieście, w którym nie znasz sąsiadów albo nie masz pojęcia, z czym zmaga się twój listonosz? Nie potrafiłaby, jak Tamara, wędrować przez świat, pozbawiona korzeni, bez kotwicy wrośniętej w dno morza. Stabilność dawała jej otuchę nawet w najgorszych chwilach.

Przez moment stała przy drzwiach i przeglądała koperty. Kilka rachunków, polecony z sądu – pewnie znów informacja o przełożeniu rozprawy, na której miały zeznawać: Magda jako poszkodowana, ona jako świadek. Kiedy zaczął się proces gnoja, który przez lata maltretował żonę, a potem przyjechał tu za nią i pobił Magdę, były przekonane, że to nie potrwa długo. Jedna rozprawa, wyrok – o czym tu dyskutować? Policja dysponowała nagraniem audio całego zajścia, bo Magda sprytnie zadzwoniła do wuja policjanta, kiedy poczuła się zagrożona. Nadzieje okazały się płonne, gdyż w piśmie informowano o drugiej już zmianie terminu. Łajdak miał cwanego prawnika i bezczelnie się migał.

Jedna z kopert różniła się od innych – była z grubszego papieru w zielonym, świątecznym kolorze, dość ciężka, z wykaligrafowanym pieczołowicie adresem…

Maria nie mogła oddychać. Żołądek ścisnął jej się jak pięść, trzymające kopertę dłonie drżały.

– Wszystko dobrze? – zapytała Magda, na szczęście skoncentrowana na nalewaniu sobie kawy.

– Tak, oczywiście. Jak to poczta, same rachunki i reklamy – odparła Maria z udawaną beztroską. Schowała kopertę pod stosik korespondencji i wepchnęła go do szuflady pod blatem stołu, a potem poprawiła serwetę w pingwinki i bałwanki. Jakby mogły zaplombować tę puszkę Pandory.

Nie mogła uwierzyć, że była tak nieostrożna. Ostatni list przyszedł przed świętami, dwudziestego grudnia, prawie o nim zapomniała… Najwyraźniej jednak szantażysta nie zapomniał o niej.

Choć czy właściwie mogła to nazwać szantażem? Owszem, przychodzące co kilka miesięcy lub tygodni listy były podłe i dźgały ją w samo serce jak rozpalony pogrzebacz, ale ten, kto je wysyłał, niczego nie żądał, nie domagał się pieniędzy, nie stawiał ultimatum. Przypominał tylko, że wie, czego się dopuściła. I że przyjdzie czas, gdy dowiedzą się inni, także ci, których kocha. Straci wtedy wszystko, co ma dla niej znaczenie, w tym szacunek rodziny i przyjaciół. Ludzie wierzyli, że Maria jest miłą, łagodną kobietą o złotym sercu. On jeden, tajemniczy nadawca, twierdził, że zna prawdę. Kimkolwiek był, przypominał, że żadne kłamstwo nie jest wieczne.

Maria poczuła duszności, potarła więc odruchowo mostek, a jej głowa stała się dziwnie lekka, jakby zamiast niej miała na ramionach wypełniony helem balon.

– Możesz wymeldować ostatnich gości? – zwróciła się do wnuczki. – Pani Karolina zapowiedziała, że przed dziesiątą muszą być już w drodze. Anielka dzwoniła, prosiła, żebym odebrała ją z przystanku.

Musiała wyjść z domu, zaczerpnąć świeżego powietrza. Magda nie mogła się o niczym dowiedzieć, bo wtedy – Maria nie wątpiła, że tak właśnie się stanie – te okropności z listów się ziszczą.

– Jasne, mogę dziś przyjść nawet przed trzynastą, Nika wisi mi godzinkę, zostałam za nią dłużej w sylwestra – odparła dziewczyna i wyciągnęła komórkę, by wysłać wiadomość koleżance z pracy.

Maria wypadła z kuchni, jakby się paliło.

Kiedy za seniorką rodu Garstków trzasnęły drzwi, Magda wpatrzyła się w nie podejrzliwie. Coś było nie tak. Starała się dawać babci przestrzeń i nie wściubiać nosa w nie swoje sprawy, ale… No właśnie. Ostatnim razem, kiedy Maria miała przed nią tajemnice i cały czas chodziła jak struta, okazało się, że jest na granicy utraty pensjonatu i dorobku życia. Wtedy także nerwowo reagowała na listonosza i chowała przed nią ponaglające pisma z banku. Dlatego Magda czuła się nieco usprawiedliwiona, a na pewno rozgrzeszona, kiedy wysunęła szufladę i wyciągnęła spomiędzy szpargałów plik korespondencji. Odłożyła na bok wyciągi i rachunki oraz opieczętowany, obklejony pocztowymi paskami list polecony z sądu. To nie one tak babcię zdenerwowały.

Sięgnęła po zieloną kopertę. Adres wypisano ładnym charakterem pisma i nietypowym atramentem w kolorze lekko połyskującego burgunda. Spojrzała pod światło i dostrzegła jakby drobinki brokatu czy złota połyskujące delikatnie w każdej literze.

Zważyła przesyłkę w dłoniach. Ciężka, ale nie bardzo. Wagę zwiększał raczej gruby papier, nie bomba… Trójkątne zamknięcie na odwrocie było przyklejone tylko na czubku. Pewnie nie powinna tego robić, ale… Gdyby delikatnie podważyła go nożem…

Zanim zdołała to sobie wyperswadować, trzymała kopertę nad parującą filiżanką kawy. Trzy sekundy później klej puścił.

Magda, przysięgając sobie, że tylko zerknie, a potem zaklei kopertę i schowa z powrotem do szuflady, zajrzała do środka. Nie tego się spodziewała…

Rozdział 2

Ręce jej się trzęsły, z trudem przekręciła kluczyk w stacyjce. Nie widziała rozświetlonych świątecznych dekoracji w oknach sklepów i na ulicy. Miała wrażenie, że jedzie w ciemnym tunelu. Prawie zahaczyła o betonowy kwietnik odgradzający ulicę od chodnika. Nie potrafiłaby nawet powiedzieć, którą ulicą tu dojechała, gdzie skręciła… Ocknęła się, siedząc w zaparkowanym tuż za lodziarnią aucie. Kurczowo ściskała kierownicę i oddychała nienaturalnie szybko. Wciąż czuła galopujące serce i ściśnięty ze stresu żołądek.

Spanikowała. Mogła się do tego przyznać przed samą sobą. Wyjeżdżając, nie spojrzała na zegarek, a teraz sobie poczeka, bo autobus przyjedzie dopiero za czterdzieści siedem minut. Jeszcze nawet nie wyjechał ze Słupska. Genialnie, Mario. W całym tym zamęcie odruchowo chwyciła torebkę, ale nie zabrała kurtki i teraz była zdana na ogrzewanie w małym, starym samochodzie. Do tego czuła, jak napięciowy ból głowy rozpełza się od potylicy w stronę skroni. Jeśli dotrze do oczodołów, migrena wyłączy ją z życia na dobę, może dłużej. Klnąc, przeszukiwała torebkę, schowek na rękawiczki i kieszeń w drzwiach auta, gdzie czasami woziła potrzebne rzeczy, ale jak na złość nie znalazła choćby pół paracetamolu.

Czemu aż tak ją poruszył ten list? Nie pierwszy i zapewne nie ostatni… Uzbierała ich przez dwa lata pewnie ponad dwadzieścia. Część zniszczyła, część trzymała w domu, jak wyrzut sumienia… Ale od dawna już nie reagowała na nie tak, jak dziś. Co się zmieniło? – myślała gorączkowo. Przecież nawet go nie przeczytała…

Czy to obecność Magdy w kuchni wszystko pogorszyła? A może winne były święta, sylwester i Nowy Rok, czas pełen spokoju i radości? Maria spędziła kilka dni w towarzystwie bliskich, w kompletnym oderwaniu od tego zagmatwania, które nosiła w sobie, a o którym szantażysta nie dawał jej zapomnieć… Patrzyła na syna Marka i jego żonę Anię, na wnuczki – Monikę z mężem i Madzię z jej chłopcem – na Tamarę z Czarkiem, i czuła, że serce wypełnia jej spokój. Były też Anastazja i Helena, dwie z Ptaszyn. Obie w znacznie lepszym stanie, niż kiedy tu trafiły. To był taki dobry czas, najlepszy w życiu Marii. Prawie uwierzyła, że tak już może pozostać.

W tym wszystkim niemal zapomniała o swoich grzechach, winie i karze, która wisiała nad jej głową jak miecz Damoklesa. Musiało tak być. Całe życie trzymała ją w pionie wiara w sprawiedliwość. W to, że prędzej czy później łaska pańska policzy i odda każdemu wedle zasług i wedle win. Skoro wierzyła, że Ptaszyny zasługują na lepsze życie po piekle, które przeszły, a ci, którzy je krzywdzili – na karę… Jak mogła zrobić wyjątek dla siebie?

 

Poruszyła głową na prawo i lewo, naciągając pospinane mięśnie szyi. Palcami uciskała podstawę czaszki i skronie, ale ból nie ustępował.

– Cholera jasna – wymamrotała, spojrzawszy na zegarek. Czterdzieści trzy minuty. Za to pulsowanie w skroni zbliżało się do oka. Potrzebowała tabletki i czegoś z kofeiną do popicia. Samo nie minie. Już teraz słyszała swój głos jakby zza kurtyny wody.

Wysiadła i jak zwykle nie zawracała sobie głowy zamykaniem drzwi na klucz. Jej autko było zbyt stare i zbyt nadgryzione rdzą, by ktoś się na nie połakomił.

– To tylko dwadzieścia metrów – szeptała, idąc przez ulicę do sklepu monopolowego na rogu. Jeśli sprzedawali alkohol, i to całodobowo, pewnie mieli też coś, co pomaga na ból głowy.

Pchnęła drzwi, potrącając wiszący nad nimi żeliwny dzwonek. Aż się skrzywiła na donośny odgłos. Jak automat podeszła do nieczynnej kasy, przy której stał mały ekspozytor. Zdjęła z niego pudełko tabletek, a z półki obok butelkę napoju z rubasznym świętym Mikołajem na etykiecie. Z ulgą podeszła do drugiej kasy, mijając ustawiony na podłodze tor przeszkód ze skrzynek z piwem i ostatnich sztuk sylwestrowego szampana ułożonych w piramidę na samym środku sklepu. Trzymały się jedynie na choinkowe łańcuchy i słowo honoru.

Zapłaciła i chciała wyjść, ale…

Tylko własnym zaaferowaniem i osłabieniem czujności mogła wytłumaczyć to, że dała się podejść, że nie zauważyła ich od razu. Teraz było za późno. Zamarła, niepewna, czy już ją dostrzegli, czy może byli zbyt pijani, aby zwracać uwagę na drobne starsze kobiety ubrane za lekko jak na styczniowy poranek.

Jeśli Maria miałaby wskazać wrzód na dupie swojego istnienia, byłby to bez wątpienia Alojz Zyśko. Sto osiemdziesiąt centymetrów wściekłości i procentów. Nalana, zaczerwieniona twarz i sinawy kulfoniasty nos zdradzały jego umiłowanie trunków nie gorzej niż alkomat. W rozpiętym oliwkowym sztormiaku, wełnianym swetrze, wypchanych na kolanach spodniach i ciężkich roboczych butach naprawdę zasługiwał na przydomek, jaki nadała mu Magda: Duch Minionych Połowów. Ten alkoholik, frustrat i furiat regularnie zamieniał życie Marii w piekło – pełen roszczeń pogrywał przez jakiś czas na jej poczuciu winy i bezprawnie wyciągał od niej pieniądze.

Nic mu nie była winna. Udziały w kutrze, na którym pracował z jej mężem, dawno przepił i przegrał w karty. Kuter nigdy do Marii nie należał, więc po śmierci Bolka to nie ona na nim skorzystała. Kiedy się pobierali, jej ojciec nalegał na intercyzę. Zmieniony na pensjonat dom miał należeć wyłącznie do niej, mogła go przepisać na swoje dzieci czy wnuki. Kuter rybacki Bolek i jego brat Anatol odziedziczyli po ojcu, ona nie miała w nim żadnego udziału. Właścicielem kutra został Anatol i jeśli cokolwiek był winien Alojzemu, pewnie spłacił dług co do grosza, ale kasa nigdy się nie trzymała tego łajdaka. Więc teraz nachodził ją, Marię. Klął, wrzeszczał, zastraszał. Aż powiedziała: „Dość”.

Musiała załatwić tę sprawę przed sprowadzeniem Magdy do Ustki. Wolała oszczędzić dziewczynie pijackich najść Alojza i jego bełkotliwych oskarżeń. Nie do końca jej się to udało – Alojz zaczął bowiem nagabywać Magdę, wyzywał ją i obwiniał o to, że przez nią Maria zhardziała i przestała ulegać jego roszczeniom. Nastraszył ją raz czy dwa i wysmarował rybimi flakami schody, aż wkurzona Magda wyskoczyła na niego z kijem hokejowym. Choć mała jak pchełka, hartem ducha obdzieliłaby drużynę harcerek. Skończyło się interwencją policji i aresztowaniem pijanego w sztok Alojza za zakłócanie porządku. Potem Maria go nie widziała. Słyszała tylko, że najpierw spędził noc w izbie wytrzeźwień, dostał mandat, a potem jeszcze jakieś kolegium.

Jego brat przez lata trzymał się od niego z daleka, ale po tym, jak żona wyrzuciła go z domu za zdrady i wyprowadzanie pieniędzy z jej firmy, najwyraźniej doszło do wielkiego braterskiego pojednania, bo teraz obaj, napruci, tarasowali wyjście ze sklepu.

Maria znieruchomiała jak jeleń w świetle reflektorów. Nagle odwrócili się i wbili w nią bliźniacze brązowe oczy osadzone pod takimi samymi kudłatymi brwiami, teraz gniewnie zmarszczonymi. Nawet zarośnięte niechlujnie brody mieli podobne. Edmund Zyśko upodobnił się do brata ledwie w osiem miesięcy.

– A co my tu mamy, kurwa jego jebaniutka – wymamrotał Alojz, robiąc w stronę Marii chwiejny krok. – Marysia świętojebliwa! Złodziejka pierdolona i suka niewyżyta! Zimna ryba za życia Bolka, jeszcze zimniejsza po jego śmierci!

Milczała, sparaliżowana przez wstyd i gniew. Obejrzała się nerwowo, szukając pomocy u sprzedawczyni, ale ta obsługiwała klienta i wydawała się nie zauważać narastającego problemu.

– Myślisz, że zapomnę o tym, co moje? Co mi się należało? – Już nie mamrotał: krzyczał, z każdym słowem coraz głośniej.

Mundek początkowo chyba nie wiedział, o co szło, ale gdzieś w trakcie tyrady brata dwie szare komórki zderzyły się pod kopułą jego czaszki z głośnym trzaskiem.

– To ta?! Ta ci forsę daje? – zawołał, chwiejąc się w przód i w tył.

– A chuja daje! Nie daje! A powinna! – Alojz wymachiwał rękoma jak cepem.

– Czemu nie daje?! W mordę chce?! – wrzasnął Mundek i niczym potwór z niemieckich horrorów z lat trzydziestych zaczął się zbliżać do Marii, z wyciągniętą w jej stronę ręką, szurając buciorami po linoleum.

– Może trzeba szacunku sukę nauczyć? Może trzeba wpaść tam wieczorem? Do panienki na pięterku? – Alojzy zarechotał obleśnie.

Wtedy to samo zaklęcie, które trzymało Marię jak wmurowaną, pękło na milion kawałków.

– Wypierdalaj, ochlejusie! – wrzasnęła. – Wypierdalaj i na oczy mi się nie pokazuj! – Prawie nigdy nie przeklinała, ale teraz, o tak, teraz czuła, że to słowo najlepiej wyraża wściekłość, która wypełniała ją całą i paliła żywym ogniem.

Ruszyła przed siebie z determinacją i wykorzystując zaskoczenie mężczyzn, przepchnęła się między nimi do drzwi. Mundek próbował ją złapać, wczepił palce w rękaw jej swetra, ale z siłą, o jaką się nie podejrzewała, odepchnęła go, wrzeszcząc to samo przekleństwo, które teraz wydawało jej się potężne jak egzorcyzm, zdolny wypędzić z jej życia najgorsze demony.

Wyszarpała sweter z uchwytu i pchnęła Edmunda jeszcze raz, bo nie mogła otworzyć drzwi. Zachwiał się gwałtownie, a potem runął do tyłu jak kłoda wprost na kolumnę plastikowych skrzynek.

Maria wybiegła ze sklepu przy akompaniamencie odgłosów rozbijanego szkła i syku gazowanego piwa. Z łomoczącym sercem dopadła do samochodu, wsiadła i zatrzasnęła zamki. Napompowana adrenaliną, głośno dyszała i dygotała. W dłoni wciąż ściskała butelkę napoju i tabletki. Połknęła dwie, solidnie popijając. Podejrzewała, że po takich emocjach i tak nie zadziałają.

Oparła czoło o kierownicę, nie wierząc, że naprawdę to zrobiła. Że wybuchła, nawrzeszczała, przeklinała, popchnęła człowieka i doprowadziła do zniszczenia mienia.

Nawet nie zauważyła, kiedy minęło pół godziny i podjechał autobus.

Aniela zapukała w szybę auta i nie rozumiała, czemu Maria podskoczyła jak oparzona i wpatrywała się w nią niby w potwora z bagien.

Owszem, u córki nie miała jak odświeżyć koloru i róż całkiem się spłukał z jej włosów, ale bez przesady, nie wyglądała aż tak koszmarnie.

Wtedy Maria zaczęła się śmiać. Nie z wesołością, ale z wyraźną nutą obłąkania. Aniela pokręciła głową. Jej przyjaciółka naprawdę potrzebowała wakacji.