Cud, miód, MalinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zajrzałam do jej filiżanki i poruszyłam zawartość łyżeczką. W ułamku sekundy wypłynęły na wierzch grube skrzepy kluskowatego mleka. Pachniało jak coś, co zostało na czas urlopu na stole, z dala od lodówki, i dołożyło starań, by wykształcić prawdziwą kulturę i życie osobiste.

– Przepraszam, oczywiście, już wymieniam na nową.

Swoje zapewnienie okrasiłam „firmowym uśmiechem StarBunny”, szerokim i ociekającym życzliwością. Klienci płacili u nas za kawę naprawdę dużo i ich zadowolenie było gwarancją, że znów przyjdą i zostawią pieniądze nie tylko w kasie, lecz także w słoiku na napiwki.

Szybko zajęłam się przygotowaniem nowej filiżanki cappuccino. Pianka z mleka wypełniła białą porcelanę puszystą chmurką, a ciemny strumyczek aromatycznej kawy dopełnił ją do idealnych czterech piątych, dokładnie wedle wytycznych przewodnika dla baristów. Gratis oprószyłam całość posypką witalności, by obniżyć poziom niezadowolenia klientki. Przesunęłam filiżankę w kierunku pani Bojke, życząc jej smacznego, a ona tylko prychnęła i długim, kościstym palcem, zwieńczonym różowiutkim jak truskawkowe landrynki paznokciem, wskazała na swoje cappuccino. Wymknęło mi się cichutkie przekleństwo. Na powierzchni płynu unosił się nieapetyczny skrzep zsiadłego żółtawego mleka.

– Musiało skwaśnieć w maszynie, zaraz ją wyczyszczę, a pani zrobię w drugiej – zapewniłam.

– Zapomnij, dziewczyno. To nie maszynę przeklęła babcia Antonia – powiedziała głośno klientka.

Rozmowy w kawiarni jakby ucichły. Znowu. Powietrze zgęstniało. Słyszałam muchę, która obijała się gdzieś o szklany klosz lampy nad moją głową. W tej nagłej ciszy dzwonek nad drzwiami rozległ się donośnie, jakby dobiegał z kościelnej dzwonnicy. Z trudem zwalczyłam odruch rzucenia się na kolana i ukrycia za kontuarem, jak mała myszka w najciemniejszym kąciku.

– O jasna Pani, łaski pełna – jęknęłam, widząc moją matkę wkraczającą do kawiarni.

Moją matkę, która na czerwonym sznurze do podwiązywania zasłon prowadziła koziołka. Jako żywo musiał być Klonem, skoro niewiele biegało po ziemi koziołków pokrytych zielonkawą łuską. Dobijcie mnie, proszę! Gdzie szalona babcia Antonia z morderczą klątwą, kiedy jej potrzebuję?

Matka, energiczna jak zawsze, niemal tanecznym krokiem przemierzyła przestrzeń między drzwiami a kontuarem, zwiewna suknia łopotała jej wokół kostek. Jeśli kiedykolwiek dorosnę, chciałabym mieć grację i pewność siebie mojej matki. I tę, być może zdobytą zaraz po wypchnięciu dziecięcia z łona, zdolność wprawiania go w zawstydzenie i przerażenie jednocześnie.

– Mamo… Co tu robisz? To znaczy, co tu robisz z nim? – zapytałam cicho, choć każde ucho w kawiarni wyłapywało mój szept doskonale. Od zaklęć wyostrzających słuch powietrze drgało jak membrana bębna.

– Zadzwoniła do mnie matka Klona. Mały koziołek w zielonej szkółce to przepis na katastrofę, miałabyś spore szkody do odpracowania, więc pojechałam po niego. W naszym ogródku nie rośnie zbyt wiele i nie będę płakać, jeśli coś zje czy zadepcze – oświadczyła, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Mamo, nie możemy go wziąć, to nie jest psiak ze schroniska – zaprotestowałam.

Jej niebieskie oczy nagle zrobiły się chłodne, zmarszczki mimiczne się pogłębiły, a rysy – wyostrzyły. Skurczyłam się w sobie, teraz nie rozmawiałam bowiem z mamą, ale z głową mojego sabatu.

– To tylko na chwilę, do czasu, aż go odczarujesz. Może zmotywuje cię to, że dopóki pozostaje w tej formie, jesteś za niego odpowiedzialna – oświadczyła i rzuciła koniec sznurka w moją stronę, zaklinając go w locie tak, że obwiązał mi nadgarstek trwałym węzłem.

– Nie możesz, mamo! – jęknęłam.

– Wszystko mogę – odparła. Nagle straciła mną zainteresowanie i zakrzyknęła radośnie: – Dzień dobry, Barnabo!

– Aronio! Cudownie cię widzieć, jak zawsze – zawołał szef, który nieoczekiwanie wyłonił się z zaplecza.

Moja mama miała talent do wywabiania go samą swoją obecnością. Zawsze pojawiał się uśmiechnięty, wyprostowany i lekko wciągał brzuch. Teraz jednym spojrzeniem objął filiżanki z mlecznymi kluchami, pokrytego łuską koziołka i sznurek, którym stworzonko było przywiązane do mojego nadgarstka.

– Malino, do końca dnia masz wolne. Musisz się uporać z tym bałaganem. I nie wracaj, póki to się nie stanie – oświadczył.

– Co dokładnie? – zapytałam przygnębiona, bo nagle StarBunny wydało się miłym i spokojnym miejscem, idealnym do spędzenia reszty dnia.

– Nie rozpoznajesz popisowej klątwy babci Antonii? Skisło całe mleko w kawiarni, nawet sojowe i migdałowe. Nie tylko to tutaj – wskazał maszynę i mleczniki – lecz także cały zapas na zapleczu. Za dużo mnie to kosztuje i wolę nie ryzykować, że Antonia wróci z czymś jeszcze paskudniejszym, więc zmykaj. Wypij piwo, którego nawarzyłaś – oświadczył i zawiązał sobie w talii przyciasny różowy fartuszek.

– Babcia Antonia tu była? – zapytała Aronia, unosząc lewą brew.

Przytaknęłam zgnębiona, wyplątując się z fartuszka. Sznurek na lewym nadgarstku nie ułatwiał mi zadania.

– No tak, jej popisowa klątwa. Zawsze była starej daty, nawet jako młoda dziewczyna.

W innych okolicznościach skrytykowałaby Antonię za wtrącanie się. W końcu sabat Koźlaków brał za mnie odpowiedzialność i nie potrzebowałyśmy dodatkowej presji. Dziś jednak była bardziej zirytowana mną niż wychodzeniem staruszki przed szereg.

Klon całkiem niefrasobliwie szarpnął za czerwony sznurek, prawie mnie przewracając. Wiedziałam, że węzeł magiczny Aronii nie puści, dopóki ona tego nie zechce, więc poprosiłam:

– Mamo, możesz już go odwiązać? – Pomachałam nadgarstkiem i wskazałam na koziołka. – Przecież nie wepchnę Klona pod samochód ani nie porzucę w schronisku.

– Ale tak masz znacznie lepszą motywację do tego, by pracować nad antidotum. Małe koziołki są bardzo żarłoczne i ciekawskie. – Uśmiechnęła się złośliwie i tak po prostu, łopocząc suknią, w chmurze jaśminowych perfum, opuściła kawiarnię.

Barnaba jęknął rozdzierająco. Od dawna wgapiał się w nią jak szczeniak, ale widocznie jej władcze wcielenie działało na niego nawet bardziej niż to codzienne. Czasami zastanawiałam się, czy nie zatrudnił mnie, wówczas licealistkę bez żadnego doświadczenia i z CV napisanym na papeterii z Harrym Potterem, tylko po to, by co jakiś czas pogapić się na moją matkę, która lubiła kawę i mieć mnie na oku. Opuściłam StarBunny niewiele później niż ona, bo Barnaba dosłownie wypchnął mnie za próg, kiedy klienci zaczęli się skarżyć na kwaśnienie mleka nawet w napojach, które już dopijali. Jedna z królowych plotki robiła się zielonkawa na twarzy i zaczęłam się zastanawiać, jak zareagują żołądki klientów, jeżeli mleko zepsuje się już po jego wypiciu. Zwiałam, zanim by mnie zlinczowali.

Zielonkawy koziołek przeżuwał sznurek, na którym próbowałam go prowadzić, co rusz zapierał się kopytkami, podgryzał spódnice przechodzących obok kobiet i zatrzymywał się przy kwietnikach, by wtykać nos w anemony. Święci pańscy i kardynałowie żywiołów – wszyscy się na nas gapili! Jeśli w Zielonym Jarze istniała dotąd choć jedna osoba, która nie wiedziała, co się stało wczoraj na meczu, teraz szanse na to były zerowe.

*

Myślałam, że nie może być gorzej. Godzina z koziołkiem uświadomiła mi, że przyjmując takie założenia, rzucam losowi wyzwanie. Intensywnie szukałam rozwiązania problemu. Leżałam na łóżku i zestresowana wertowałam grimuar, mając nadzieję na znalezienie wskazówki, jak odczarować Klona. Próbowałam nawet pisma automatycznego, mając nadzieję, że nagle objawi mi się jakieś wsparcie z zaświatów. Niestety, duchy moich przodkiń nie były zainteresowane. Przez kilka minut trzymałam stalówkę nad kartką, z zamkniętymi oczami, ale zdołałam tylko napisać „Klon to idiota skończony” i naszkicować gilotynkę z dyndającym trupkiem, czyli mną.

Rzeczony idiota skończony korzystał w tym czasie z całej swobody, jaką dawały mu trzy metry sznurka i moje rozkojarzenie. Żył najlepszym koźlim życiem. Wtykał nos do szuflad, wbiegał pod łóżko, by wyłonić się spod niego z łupem w postaci mojej piżamy w wisienki, napychał paszczę kolorowymi fotografiami z „Cosmopolitan”, co mu pewnie nie wyjdzie na zdrowie, jeśli nie zdoła ich strawić jako koziołek. Ludzie nie trawią papieru tak dobrze jak kozy. Te zresztą trawiły wszystko. Wyszarpałam mu z pyska mój trampek z Iron Manem, za późno jednak, by uratować sznurowadło. Próbowałam go jakoś poskromić, wychować na szybko, skoro byłam skazana na jego obecność, dopóki nie znajdę rozwiązania, ale moje wysiłki były jałowe. Ledwie zdążyłam złapać lampkę, którą zrzucił z nocnej szafki, zanim się stłukła, już szarpał sznurkiem na moim nadgarstku, bo urządzał sobie zawody w skakaniu. Przeciwnikiem był jego własny cień na ścianie. Ja się zastrzelę.

Przeszukiwałam podręcznik transmutacji, bo przecież ktoś przede mną musiał dokonać spontanicznego przeobrażenia człowieka w zwierzątko, czy raczej nietypową krzyżówkę, kiedy usłyszałam dziwny kaszel. Zajrzałam pod łóżko, skąd dobiegał, i przyłapałam gałgana na pożeraniu frędzli mojej szaty ceremonialnej. Była zakurzona i nieużywana, bo mimo starań ten typ magii był ze mną zupełnie niekompatybilny, ale wciąż co jakiś czas musiałam ją zakładać i nie chciałam kupować nowej. Moja siostra Jagoda była kapłanką tej odmiany magii. Symetrycznej, poukładanej i wymagającej formalnych rytuałów, podczas których czułam się jak przebieraniec. Magia ceremonialna musiała podzielać to odczucie, bo żadne z zaklęć nie przynosiło przewidywanych rezultatów, jeśli to ja byłam za nie odpowiedzialna.

Wyszarpnęłam obślinioną i wymemłaną szatę z pyszczka koziołka i odłożyłam na łóżko. Była poniekąd symbolem mojej porażki i problemów, jakie miałam z odczynieniem uroku, który przecież sama rzuciłam. To powinno być wykonalne!

Moja osobista magia nie dawała się zaprzęgnąć w żadne formy. Nie umiałam tego wyjaśnić mamie i ciotkom. Pytały, jak to zrobiłam, chciały, bym przeprowadziła je przez rytuał i zaklęcie krok po kroku. Jakby to tak właśnie we mnie działało.

 

Żeby zakląć człowieka w kozła za pomocą magii ceremonialnej, potrzebowałabym dłuższych przygotowań, ołtarza, kielicha, noża, świec, szaty oraz precyzyjnie ułożonej inkantacji. W tym czasie mogłabym myśleć o tym, dlaczego to jest tak głupi pomysł i jakie czekają mnie konsekwencje.

Moja magia jest bardziej… spontaniczna, by nie nazwać jej brutalnie – bezmyślna. Jest gorącym uczuciem, błyskiem, sierpniowym żarem, wypływa ze mnie gwałtownie jak woda z syfonu świeżo po nabiciu naboju dwutlenkiem węgla. Nie zaplanowałam tego, co się stało, nie napisałam w grimuarze inkantacji, nawet nie całkiem pamiętam, co dokładnie zrobiłam. Pomroczność. Większą część życia próbowałam jakoś tę swoją magię powściągnąć, uporządkować, uczynić bardziej przewidywalną, a tym samym sprawić, bym mogła na niej polegać.


Jak wszystkie Koźlaczki, przeszłam pełne szkolenie z magii ceremonialnej. Wiele członkiń mojego sabatu w niej celowało. Potrafiłam odtworzyć wiele z ceremonialnych zaklęć z rodzinnego grimuaru, krok po kroku, jak z poradnika „magia dla opornych”, ale to nigdy nie przychodziło mi tak naturalnie jak im. Musiałam w to wkładać wysiłek, który jasno pokazywał moje braki. Cichy głosik w tyle mojej głowy szeptał, że nie pasuję do wyjątkowej gromady, jaką stanowiły wiedźmy z rodu Koźlaczek. Zawiodłam je, a z czasem zawiodę jeszcze nieraz. Długo były wyrozumiałe, powtarzały, że wciąż się rozwijam, dorastam i znajdę tę jedną rzecz, w której nie będę beznadziejna… Ale miałam dwadzieścia jeden lat. To był ten moment, kiedy powinnam już odkryć jakiś talent, o ile nie jestem całkiem wybrakowanym egzemplarzem – prawda?

Korzystając z tego, że ponownie się rozproszyłam, Klon wskoczył na łóżko i znów złapał jeden z frędzli. Siłowałam się z nim, kiedy zadzwonił telefon. Widząc na wyświetlaczu numer siostry, zamknęłam oczy i zażyczyłam sobie szybkiej śmierci. Na przykład samozapłonu. Albo pioruna z jasnego nieba. Albo pożarcia przez kozę. Dzwonek umilkł po ósmym odegraniu melodyjki z Doktora Who, którą przypisałam numerowi Jagody. Przez chwilę myślałam, że mi się upiekło i wykład o mojej nieodpowiedzialności i braku opanowania wygłoszony przez perfekcyjną starszą siostrę zostanie mi oszczędzony. Jej wysokość Jagoda nigdy nie zrobiła niczego, co wymagałoby sądu sabatu. W moim wieku miała już doskonałą pracę i idealnego narzeczonego, który wkrótce miał się stać idealnym mężem. Zapewne wybierają teraz mebelki do pokoju dziecięcego, bo właśnie tak, czyli z rozsądnym wyprzedzeniem, planowała wszystko moja siostra. Była ode mnie starsza tylko o pięć lat, ale wątpiłam, bym kiedykolwiek osiągnęła jej poziom ogarnięcia.

Dźwięk SMS-a zabrzmiał jak wystrzał. Schowałam głowę pod poduszkę, a wścibskie koźlątko zaczęło żuć moje włosy i szturchać żebra kopytkiem.

– Nie denerwuj mnie, Klon, to wszystko twoja wina. Naprawdę nie mogłeś się oprzeć, co? – Moje marudzenie tłumiła poduszka, ale zrozumiał dość, by zabeczeć z urazą. Popchnął komórkę tak, że dosłownie znalazła się pod moją dłonią. – Naprawdę myślisz, że właśnie tego teraz potrzebuję? Dostać zjebę od mojej perfekcyjnej siostry? Sądzisz, że to pobudzi moją kreatywność i podbuduje wiarę w siebie na tyle, że po prostu rozwiążę ten problem z lekkością baleriny?

Zabeczał przeciągle. Wyrzut i upór. Najwyraźniej, gdy rzucałam zaklęcie, moja podświadomość nie wybrała koziołka przypadkowo.

Przeczytałam tego cholernego SMS-a: „Zajrzyj na Facebooka, wysłałam ci link”. Tylko tyle, żadnego komentarza ociekającego średnio zakamuflowanym poczuciem wyższości. Wszystko przede mną, pomyślałam, uruchamiając komputer.

Mój profil był zasypany wiadomościami. Bez czytania domyśliłam się, że większość z nich napisały moje krewniaczki. Miałam ogromną rodzinę: niekończący się korowód cioć, kuzynek, ciotecznych babć i prababcię. Mnóstwo kobiet, same wiedźmy i co do jednej miały teraz opinię na temat mojego wybryku. Po prawdzie, miały opinię na każdy jeden temat, więc nie byłam aż tak wyjątkowa. Odszukałam wiadomość od Jagody. Zawierała tylko link do YouTube’a. Kliknęłam w niego i natychmiast pożałowałam.

Nagle wszystko wróciło. Trybuny lokalnego stadionu. Mecz półfinałów. Ja w czarnej dopasowanej sukience. Musiałam przyznać, że prezentowałam się całkiem ładnie. Klon padający na kolano i wyciągający w moją stronę pierścionek zaręczynowy. Za nami szalejący tłum. Patrząc na ekran, znów poczułam łomot serca i nagłą panikę. Jaskrawy błysk, który wyłapała kamera, a który całkiem wyparłam z pamięci, musiał towarzyszyć rzuconemu przeze mnie zaklęciu. Klon transmutuje w koziołka w obłoku zielonkawej mgły i w ułamku chwili całkowicie zmienia się nastrój na stadionie, tłum nadal szaleje, ale już w mniej przychylny sposób. Na filmie widać, jak panikuję. Przeciskam się między ludźmi, próbuję uciec z trybun jak najszybciej. Po kilku sekundach, gdy spowija mnie smrodek siarki i bagna, tłum się rozstępuje. Biegnę, chwiejąc się na zbyt wysokich obcasach. Wszystko w jakości HD, bo ten jełop postanowił nie tylko oświadczyć się na stadionie pełnym ludzi, lecz także zrobić to w momencie, kiedy skierowała się na nas kiss cam. Żadnej presji, mała! To nie tak, że szantażuję cię emocjonalnie, zmuszając do przyjęcia pierścionka na oczach dwóch tysięcy ludzi, choć nigdy wcześniej nawet nie rozmawialiśmy o małżeństwie i spotykamy się dopiero od niespełna trzech miesięcy!

Filmik miał dwadzieścia siedem tysięcy wyświetleń. Bogowie rzek i fauny leśne, wszyscy to widzieli… Przynajmniej wszyscy magiczni. Nasi hakerzy pilnowali algorytmów takich stron i dorzucali filtry, dzięki którym ryzyko, że normalny człowiek trafi na film demonstrujący prawdziwą magię, nie było duże. A nawet jeśli, pokazałby się widzom z jakimiś paskami sugerującymi, że to fotomontaż. Czasami wystarczyło tylko popsucie jakości nagrania, by ludzkie oko uznało, że ma do czynienia z jedną z dziwnych produkcji SciFi z lat dziewięćdziesiątych.

Dwadzieścia siedem tysięcy wyświetleń, a liczba wciąż rosła… Moje upokorzenie stało się już sprawą publiczną. Nie byłam w stanie opanować łez, raz po raz ocierałam je z policzków wierzchem dłoni.

Koziołek zaglądał mi przez ramię, tuptając kopytkami po kołdrze. Wydawał się zdezorientowany i jakby zawstydzony.

– Naprawdę myślałeś, że to dobry pomysł? Odstawienie tej publicznej szopki? – zapytałam cicho. – Nie pomyślałeś, że mogę się nie zgodzić i będzie ci głupio? Zakładałeś, że nie odważę się odmówić oświadczynom w miejscu publicznym?

Miał na tyle przyzwoitości, by wyglądać na nieco zakłopotanego. Zaraz jednak uniósł główkę i zabeczał, zatupał, jakby próbował się ze mną kłócić. Westchnęłam. Gdybym była wiedźmą ziemi, może zdołałabym się z nim porozumieć, lecz mnie komunikacja z nim najwyraźniej przerosła nawet wtedy, kiedy pozostawał w ludzkiej formie, inaczej nie doszłoby do tej afery.

– Skoro i tak już jesteś pod wpływem uroku, co nam szkodzi rzucić jeszcze jeden? – zaproponowałam.

Przez chwilę wydawał się nieufny, a potem skoczył dziarsko w moją stronę i tryknął mnie rogatym łebkiem w ramię.

– Jesteś głupi czy odważny? – zapytałam i odnalazłam w grimuarze odpowiednią stronę. Kremowy papier był w tym miejscu lekko przybrudzony plamą z herbaty, ale zielony atrament nie ucierpiał i wciąż pachniał cytryną. Pochyliłam się nad nim, odczytałam zaklęcie i zrobiłam znak na koźlim łebku, między rogami.

Przez chwilę myślałam, że nie zadziałało, bo w głowie brzęczała mi tylko cisza, a potem usłyszałam cichutki chichot. To bydlę się śmiało!

– Co cię tak bawi? – spytałam.

– Łaskoczesz mnie włosami w nos – odpowiedział telepatycznie koziołek.

Odgarnęłam kosmyki, które faktycznie majtały się na wysokości jego nozdrzy.

– Ale wdepnęłaś, nie? – pomyślał i odskoczył na łóżku, widząc, że chcę go pacnąć między uszy.

– Ja? To nie ja jestem kozłem. I nie ja mam łuski – dodałam mściwie.

– To nie mnie dopadnie sabat.

– Ale zanim to zrobi, zdążę cię oddać w ręce Hassana i przekonam go, że kebab z koźliny to jest właśnie to, co wzbogaci menu w jego knajpie! – zagroziłam.

– To byłby kanibalizm.

– Tylko gdyby zjadły cię kozy.

Wywalił język i udał, że się krztusi.

– No dobra, odczaruj mnie, już skumałem, że nie chcesz za mnie wychodzić – pomyślał po chwili. – Swoją drogą, wystarczyło powiedzieć „nie”, wiesz? Nie musiałaś robić tego całego „pow-wow tss” i zmieniać mnie w dziwadło.

Opadłam plecami na łóżko i przytrzymałam pięściami skronie, które zaczęły pulsować, jakby miały wybuchnąć. Od wczoraj zastanawiałam się, dlaczego właściwie tak zareagowałam, Klon był przecież fajnym chłopakiem. Sympatycznym, przystojnym, bystrym, nie licząc wiadomej sytuacji… Co jest ze mną nie tak? Moja siostra przyjęła oświadczyny Graba, gdy była w tym samym wieku, co ja teraz. Nie zamieniła go publicznie w kozę.

Poczułam na policzku ciepły podmuch i gdy uniosłam powieki, znalazłam się oko w oko z wielkimi, wilgotnymi ślepiami o poziomych źrenicach. Tęczówki zachowały zielonkawy kolor oczu Klona.

– Dlaczego mi się oświadczyłeś? – zapytałam cicho.

– Myślałem, że tego chcesz, tego oczekujesz. Byłaś coraz bardziej spięta. W kółko mówiłaś o ślubie Jagody. Bałem się, że ze mną zerwiesz, jeśli tego nie zrobię.

Przeklęłam cicho. W pewnym sensie miał rację. Byłam spięta, ale kompletnie z innego powodu, niż zakładał. Owszem, zbliżał się ślub Jagody, jednak nie zazdrościłam jej ani odrobinę tego, że wychodzi za mąż. Po prostu wiedziałam, co to dla mnie oznacza. Wszyscy będą oczekiwali, że ja będę następna. W mojej rodzinie kobiety wychodziły za mąż młodo. Potem zwykle szybko zachodziły w ciążę. I czuły się z tego powodu naprawdę szczęśliwe. Moje starsze kuzynki już dawno były mężatkami i matkami. Po tym, jak Jagoda do nich dołączy, presja, którą na mnie wywierano, tylko wzrośnie. Tym bardziej że moje młodsze kuzynki były jeszcze nastolatkami. A ja… Cóż, na samą myśl o ślubie robiło mi się niedobrze.

To prawdziwy cud, że na nagraniu na YouTubie zamieniam Klona w koziołka, a nie rzygam mu na buty – serio. Cieszyłam się szczęściem siostry, naprawdę. Ona i Grab byli idealną parą i wierzyłam, że to dla nich najlepsza decyzja. Ale ja kompletnie nie byłam na to gotowa! I szłam o zakład, że w dniu ślubu Jagody moje ciotki i cioteczne babki będą mnie bezlitośnie grillowały, aż oszaleję i zrobię coś całkiem niepoprawnego… Może je też zamienię w kozy? Niemal słyszałam słodki głos ciotecznej babci Jasminy:

– Malinko, robaczku, młodsza się nie robisz! Nie ma co przebierać, bo zegar biologiczny tyka, korzystaj, póki jeszcze masz jako taką urodę. Na miód łatwiej misia zwabić niż na ocet!

Jej siostra Maryla będzie mnie mierzyć smutnym wzrokiem, jakby moja młodość była już pieśnią przeszłości, i zapyta:

– Czy ten Klon to wreszcie ten poważny chłopiec? Malinko, masz dwadzieścia jeden lat, to już czas!

W ich ustach to dwadzieścia jeden lat brzmiało jak wystrzał z armaty. Bo choć Jagoda była starsza, to chodzili z Grabem od początku liceum, byli zaręczeni i ze ślubem czekali tylko na koniec studiów. Zupełnie inna sytuacja. Ja po maturze nie poszłam na studia, więc niby po co odwlekałam nieuniknione?

W tym wieku powinnam wiedzieć, kim jestem, czego chcę, podjąć decyzje na resztę mojego życia. Powinnam być pogodzona z faktem, że prawie na pewno nie będą to dobre decyzje, chociaż konieczne. Bo, jak by na to nie patrzeć, moja rodzina miała poważny kłopot z trwałością małżeństw. Mężowie po prostu wymiękali. Pisali się na żonę, a dostawali wielki, zżyty i intensywny klan kobiet. Koźlaczki nigdy nie zmieniały nazwiska po ślubie. W matriarchalnym rodzie ciągłość szła po kądzieli, więc nazwisko było częścią tożsamości.

Moja mama, moje ciotki, cioteczne babcie czy prababcia w przeważającej części były rozwódkami, czasami wielokrotnymi – jak prababcia Narcyza. Wszystkie żyły bardzo długo, długo cieszyły się zdrowiem i urodą, ale raczej nie było im dane zbyt często cieszyć się udanymi związkami. Liczyły się z tym. Nie przerażało ich, że będą samotnymi matkami, bo w tej rodzinie nigdy tak naprawdę nie były same. Koźlaczki przypominały wioskę, która wychowywała swoje dzieci razem.

Ja tymczasem chciałam, by u mnie wyglądało to trochę inaczej. Byłam romantyczką akurat w takim stopniu, by mieć nadzieję, że trafię na faceta, który jako mąż nie ma krótkiego terminu przydatności do życia w związku.

 

Zresztą… Może tym, co przerażało mnie najbardziej, nie było samo małżeństwo, ale to, że stając przed ołtarzem, powinnam być dorosłą kobietą, która wie, czego chce od życia. Nie chciałam, by cele wyznaczali za mnie inni, nawet mąż i dzieci. A ponieważ jeszcze nie znałam odpowiedzi na kilka ważnych pytań, wciąż nie czułam się gotowa. Niestety, nie mogłam o tym jeszcze porozmawiać z moją rodziną. Obiecałam sobie, że najpierw spróbuję zrealizować swoje marzenia. Nie chciałam się chować za mężem i dziećmi i traktować ich jako powód zaniechania próby.

– Czemu znów przeciekasz? – usłyszałam, a szorstki, gorący język polizał mnie po policzku.

– Fuj. – Wzdrygnęłam się.

– Nie mówiłabyś tak, gdybym nie miał kopyt ani rogów.

Westchnęłam. Zaczęłam się z nim spotykać, bo czułam nieznośną presję posiadania miłego chłopaka, którego raz na tydzień mogę przyprowadzić na rodzinną kolację i z którym co parę dni mogę też wyskoczyć na jakąś niezobowiązującą randkę. Czasami miło było się pomigdalić w jego samochodzie albo u niego w pokoju, bo jego rodzice spędzali większość dnia w centrum ogrodniczym, rodzinnym biznesie zielonych kciuków. Wybrałam Klona, bo dobrze się z nim bawiłam. Kumplowaliśmy się w liceum. Wiedziałam, że mu się podobam. Mama i ciotki przestały mnie dopytywać, czy jestem lesbijką. Ciocia Ruta, która sama od zawsze siedziała w szafie i na rodzinnych zlotach przedstawiała swoją partnerkę jako współlokatorkę, krążyła wokół mnie z zachęcającym uśmiechem, sygnalizując mi, że jeśli tylko chcę o tym porozmawiać, chętnie mnie wysłucha. Koźlaczki nie były homofobiczne, po prostu nie mieściło im się w głowie, że mogłabym nie wyjść za mąż. Czasem zbaczały na ścieżkę czarnej magii, jak zdarzyło się to chociażby mojej babci Delfinie, ale nawet ona wcześniej dwukrotnie wyszła za mąż!

– Nie, mamo, nie jestem lesbijką – mruknęłam do siebie. – Jest gorzej: jestem artystką.

– Jesteś artystką? – zapytał Klon i zaczął mnie trącać łebkiem, kiedy nie odpowiedziałam od razu.

– Ano – westchnęłam ciężko.

– Taką od nagich performance’ów? – zapytał z nadzieją.

Parsknęłam śmiechem.

– Rysuję komiksy – wyjaśniłam niechętnie.

Byłam zła na rumieniec, który wypełzł mi na twarz – zupełnie jakbym przyznawała się do niecodziennego fetyszu.

– Nigdy o tym nie mówiłaś.

– Nikomu o tym nie mówiłam.

– Jesteś dobra?

Patrzyłam przez chwilę na koziołka, czekającego z przekrzywioną główką na odpowiedź, której nie miałam. Nie wiedziałam, czy jestem dobra. Nikomu nie pokazywałam swoich prac.

– Jesteś dobra? – powtórzył pytanie.

Wzruszyłam ramionami.

– Zajmijmy się lepiej szukaniem rozwiązania naszego problemu – wykręciłam się od odpowiedzi, spoglądając na zegarek: do terminu wyznaczonego przez sabat pozostały niespełna dwie godziny. – Masz jakiś pomysł?

Podskoczył dwa razy i pokręcił głową.

– Może zrobisz to samo, co wtedy, kiedy mnie zaklęłaś, ale w odwrotnym kierunku? – podsunął.

– Niezła myśl, tylko ja wcale nie pamiętam, co zrobiłam – jęknęłam sfrustrowana. – To przyszło samo i pamiętam tylko gorąco i pulsowanie ciemności, a potem błysk. Nie pamiętam słów…

– Mało precyzyjne, ale przecież mamy film.

Obejrzałam nagranie jeszcze piętnaście razy, próbując wymyślić, jak właściwie rzuciłam ten urok. Zamknęłam oczy, to na pewno. Widziałam jakiś ruch prawą dłonią, ale niezbyt wyraźnie, bo między mną a kamerą stał Klon. Cholera. Puszczałam filmik raz za razem, próbując nie stresować się tym, że liczba wyświetleń przekroczyła już trzydzieści tysięcy.

Sprawdzałam właśnie, czy nikt z forów, na których zostawiłam pytanie o antidotum, nie wpadł na jakiś sensowny pomysł, kiedy zastanowiła mnie panująca w pokoju cisza. Żadnego beczenia, podskakiwania, trykania mnie, gadania mi w myślach, a przecież urok wciąż powinien działać… Odwróciłam się gwałtownie i pociągnęłam za sznurek przywiązany do mojego nadgarstka. Rozejrzałam się, szukając koziołka. Drzwi do pokoju były zamknięte, więc musiał gdzieś tu być!

Stał na krześle przy moim biurku i pochylał głowę nad blatem. Dostrzegalny ruch żuchwy wprawił mnie w panikę.

– Zostaw to! Nie jedz! – krzyknęłam i jednym skokiem znalazłam się przy nim, gotowa wydrzeć mu rysunki z gardła.

– Jesteś dobra – powiedział spokojnie, nie odrywając oczu od moich prac, które wyciągnął z teczki i rozrzucił po całym blacie. Zaczęłam je zbierać, ręce mi drżały, a gula w gardle prawie odebrała możliwość złapania oddechu. – Jesteś dobra, słyszałaś? Słyszysz mnie jeszcze? – Podskoczył niespokojnie na krześle.

– Słyszę – mruknęłam. – Nie miałeś prawa tego oglądać – szepnęłam.

– Chciałem zrozumieć.

– I co, rozumiesz choć trochę?

– Całkiem dużo. Dlaczego tego nikomu nie pokazałaś?

– Wiedźmy nie rysują komiksów.

– Ta jedna rysuje i jest w tym naprawdę niezła. – Tryknął mnie w biodro. – Mój wujek Antoni śpiewa, kumasz? Zielona magia wybrała mój ród wiele stuleci temu, on urodził się bez daru zielonego kciuka. Bywali Drzewieccy, którzy go tracili ze względu na zachowania nietolerowane przez zieloną magię, ale nigdy wcześniej nie urodził się ktoś bez łaski. Za to wujek śpiewa genialnie, najlepiej bluesa, mówię ci, serce się łamie. – Odstawił całą pantomimę ze złamanym sercem i zgonem w drgawkach. Nie jest łatwo złapać się za serce, gdy zamiast dłoni ma się kopytka, mimo to dał radę. – Rodzina była zaszokowana, totalnie oszołomiona. Zebrali się wszyscy na zbiorową interwencję.

– I jak się to skończyło? – zapytałam cicho.

– Normalnie. Wujek dalej śpiewa, nagrał nawet dwie płyty. Za to familia puszcza w szklarniach jego muzykę roślinom, by pobudzić je do wzrostu. W ten sposób mogą wierzyć, że wciąż jest jednym z nich, magicznych ludzi z zielonym kciukiem, którzy mają tę więź z roślinami. Wujkowi to chyba nie przeszkadza, twierdzi, że przynajmniej ma pełną salę słuchaczy, co w wypadku ludzi nie zawsze się udaje. Nie przestał być naszym krewniakiem tylko dlatego, że nie potrafiłby wyhodować rzeżuchy na wacie.

Zaczęłam ryczeć. Tak po prostu. Ściskałam teczkę z rysunkami, a łzy spływały mi po twarzy. Nie było to subtelne, kobiece ronienie łez, ale wycie z zasmarkanym nosem i fontanną tryskającą z zaczerwienionych oczu. Cholera jasna!

– No już, przestań – usłyszałam, a koźle zęby zaczęły przeżuwać rąbek mojej koszulki. – Zróbmy coś konstruktywnego, sam nie wiem… odczarujmy mnie. Co ty na to?

Podeszłam do łóżka, wciąż roztrzęsiona.

– Nie rozumiesz. Ja nie wiem, jak to zrobić! Próbowałam wszystkiego i nie znalazłam żadnego zaklęcia, które mogłoby mieć takie działanie! Nawet gdybyś nażarł się przed randką jakichś dziwnych ziół, nie powinnam zamienić cię w coś, co nie istnieje! W tym podręczniku... – Pomachałam tomiszczem do transmutacji. – ...stoi jak byk, że to tak nie działa! Żeby zamienić człowieka w zwierzę, trzeba skomplikowanego rytuału, wywaru przyrządzanego prawie trzy tygodnie, użycia twojego DNA i DNA stworzenia, w jakie chciałabym cię zmienić… Niemożliwe, by biegało po świecie pokryte łuskami koźlątko, którego kropla krwi przypadkiem zaplątała się wraz z twoją do mojego kociołka, kiedy akurat gotowałam wywar na rozjaśnienie piegów, a przez sklejone kartki w grimuarze zamiast tego zrobiłam wywar transmutacji, który podałam tobie, myśląc, że to lemoniada… To jest idiotyczne, ale najbliższe wytłumaczeniu tego, co zaszło! – niemal krzyczałam, wymachując rękoma, co chwilę szarpiąc czerwonym sznurkiem.

– Czyli możemy wyeliminować tę wersję, prawda? – pomyślał spokojnie. – Teraz tylko rozgryziemy szczegóły. W obecnej formie jestem bardzo dobry w gryzieniu.

– Jesteś bardzo głupiutkim koziołkiem – szepnęłam.