Cud, miód, MalinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dla mojej babci Wacławy Podlasińskiej, której zawdzięczam wspomnienia wypełnione słońcem, śmiechem i miłością


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Nie przepadam za wstępami, ale myślę, że tym razem garść informacji o Koźlaczkach i o tym, jak się to wszystko zaczęło, może się przydać. Pod pewnymi względami już sama historia ich pojawienia się w moim życiu jest jedną z tych, które nie zdarzają się pisarzom często.

Na początku było słowo. Zaproszenie, by być dokładną. Zaproszenie do jubileuszowej antologii Fabryki Słów. To był chyba rok 2015, antologia miała uwiecznić piętnaście lat istnienia wydawnictwa (wszystko się trochę opóźniło i wyszła w 2018, bo różni autorzy mają różne podejście do idei terminów).

Jestem fanką antologii, zwłaszcza jako czytelniczka, więc się zgodziłam. A potem zaczęły się stres i rozkminianie, tym bardziej że Fabryka Słów nie proponowała żadnego tematu przewodniego czy inspiracji. Wtedy byłam już w tym wydawnictwie trochę jedną nogą, zaczynałam z SQN-em przygodę z Nikitą, ale spędziłam z FS kilka ważnych dla mnie lat, więc chciałam dać do antologii coś wyjątkowego. Miałam mnóstwo pomysłów, jak zawsze, ale choć były dobre, to czułam, że to jeszcze nie „TO”.

Wtedy dowiedziałam się, że w tej wielkiej antologii będę jedyną autorką (ostatecznie wciągnęłam na pokład jeszcze Ewę Białołęcką). I coś w tej informacji poczochrało mnie pod włos.

Nagle odłożyłam na bok wszystkie pomysły z Dorą i Witkacym. Postanowiłam napisać najbardziej dziewczęce, najzabawniejsze i najlżejsze opowiadanie, jakie zdołam. Raz – bo miałam być niemal destylatem dla połowy populacji, a dwa – byłam absolutnie pewna, że żaden z pozostałych autorów nie potrafiłby tego zrobić.

I nagle w moim życiu pojawiła się Malina Koźlak. Nie sama. Przyprowadziła ze sobą całą swoją gigantyczną, wielopokoleniową rodzinę; ciepłe, choć nieco szalone miasteczko Zielony Jar, własną unikalną magię, mitologię i energię.

Zakochałam się.

I owszem, Malinka ma sporo z mojej cudownej ilustratorki Magdy Babińskiej, na pewno drobną sylwetkę i potężną magię.

Napisałam więc Idiotę skończonego i wysłałam na Fabryczną skrzynkę pocztową. Gdzieś w tyle głowy słyszałam cichy głosik, zaskakująco podobny do głosu Aronii Koźlak: „Pewnie odrzucą, ale głowa do góry, to wcale nie koniec tej przygody, moja droga”.

O dziwo, nie odrzucili. A tytuł opowiadania stał się tytułem całej antologii, w której dominowały teksty o stalkerach i wojownikach.

Idiota… się ukazał, ale ja bynajmniej nie skończyłam z Koźlaczkami. Albo inaczej – one nie skończyły ze mną. Notatnik zapełniał się historiami, liniami dialogowymi, biogramami. Narysowałam ogromne drzewo genealogiczne, by się nie pogubić w czterech pokoleniach rodziny, tworzonej przez niezliczone córki, wnuczki, ciotki, cioteczne babcie, kuzynki i siostrzenice. Każda z nich przychodziła ze swoim bagażem: czasem ze skromną walizeczką, a czasem z wielkim kamperem wypełnionym rozrywką i szajbą. Tak, patrzę na ciebie Narcyzo.

Drzewo genealogiczne, które znajdziecie w tej książce, to dosłownie ułamek tamtego drzewa, jedna linia.

Długo myślałam, że to zaowocuje powieścią, ale Koźlaczki jasno dały mi do zrozumienia, że ich energia jest bardziej spójna z formułą opowiadań. To w krótszych tekstach rozkwitają, to w nich pokazują warstwy, to opowiadania pozwalają każdej z nich dojść do słowa, nawet jeśli zwykle narratorką jest Malina. W powieści znacznie trudniej o taki wielogłos.

Kiedy zaczęłam pracę nad jednym z moich ukochanych projektów, Dynią i jemiołą, wiedziałam, że Koźlaczki odnajdą się tam idealnie. W końcu moje nietypowe historie świąteczne miały być jak rosołek dla duszy, a wiedźmy z Zielonego Jaru znają się na gotowaniu. W Dyni i jemiole znajdziecie dwa Koźlaczkowe teksty: Coś się skrada cichą nocą – o rodzinnych świętach – oraz Powrót wiedźmy bojowej, w którym to krótkim opowiadaniu na scenę wkracza wielki charakter, czyli prababcia Narcyza – nestorka rodu, która całkiem sporo ma z babci mojego męża, Ireny. Niektóre historie i anegdoty muszę wrzucać w światy fantastyczne, by stały się wiarygodne.

To nie był koniec. Nie wiem nawet, czy ta książka to koniec. Nie wiem, czy chcę, by nim była.

Bo z Koźlaczkami bawię się znakomicie, a Zielony Jar jest świetnym miejscem do odwiedzania i rozgaszczania się jak u siebie.

Mam nadzieję, że i Wam dostarczy wiele radości, śmiechu, rozrywki i wzruszeń.

Zapraszam Was na przygody Koźlaczek, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bawcie się dobrze i wracajcie, kiedy tylko świat da Wam w kość. Ja tak robię.

Ahoj, przygodo!

Aneta Jadowska



Jedno z dwóch opowiadań w tym zbiorze, które były publikowane wcześniej. To, od którego wszystko się zaczęło, i dlatego bardzo chciałam, by się tu znalazło. Malina odkrywa w nim swoją magię, a autorka rozwija niezdrową fascynację koźlętami, co do dziś owocuje oglądaniem zbyt wielu filmików na YT.

Zauważycie sporo zmian względem publikacji z 2018 roku. Po pierwsze, tym razem nie ograniczał mnie limit znaków i mogłam nieco rozwinąć niektóre sceny, a po drugie – i ważniejsze – w międzyczasie znacznie lepiej poznałam rodzinę Koźlaków i zrozumiałam, że wcześniej popełniłam sporo błędów.

Czy moja podświadomość wytyka mi je głosem Aronii Koźlak? Bardzo możliwe.

– Idiota skończony! – mamrotałam pod nosem, zatrzaskując za sobą drzwi z taką siłą, że zagrzechotały szkiełka witraża.

Zrzuciłam buty, ciskając nimi w kąt korytarza, zbyt wściekła, by robić cokolwiek powoli czy powściągliwie. Miałam ochotę coś zniszczyć. Ale najpierw smród, pozbycie się smrodu to priorytet. Szanse na to, że zdołam ukryć dzisiejsze wydarzenia przed mamą, były znikome, ale to nie znaczyło, że nie spróbuję.

Całą drogę analizowałam ostatnie godziny. Gdzie popełniłam błąd? Czemu Klonowi tak niespodziewanie odwaliło? Jakie sygnały mu wysyłałam, że uznał, że właśnie tego chcę? Bo tu muszę mu oddać sprawiedliwość: nie zrobiłby tego, gdyby nie uważał, że mam na to ochotę. Tak już działał jego mózg, a ja go w jakiś sposób zwiodłam na manowce. Nawet jeśli nie chciałam, tak właśnie pomyślą nasze rodziny. Ja miałam swoją, cóż, reputację. On był chłopakiem z plakatu zielonych kciuków.

Co mnie podkusiło, żeby na dzisiejszą randkę założyć właśnie te cholerne buty? Może to one wysyłały mylne sygnały? Czy gdybym była w moich szczęśliwych trampkach z Iron Manem, też wpadłby na ten pomysł? Zapewne nie, w końcu przyniosły mi szczęście nawet na maturze z matematyki – na tym polegała ich moc, że trzymały pecha z daleka… Rzadko nosiłam buty na obcasach. Może widząc mnie w nich, poczuł presję? Gdyby zapytał, przyznałabym, że muszę je rozchodzić, bo za kilka tygodni mam wesele siostry i nie chcę się poruszać na imprezie jak nowo narodzony źrebak… Choć przecież o tym wiedział, szliśmy tam razem, a moja siostra wychodziła za mąż za jego brata. O tak, po dzisiejszym popołudniu spotkanie z całą jego rodziną będzie mało komfortowe. Musicie zrozumieć, że normalnie nie kupuję całej tej gadki o prowokowaniu facetów strojem czy obcasami do robienia głupot. Każdy ma swój rozum i odpowiada za swoje czyny. Moja prababcia i mama wychowały mnie lepiej, ale… no właśnie. Znałam Klona, lubiłam tego idiotę, chyba nawet byłam w nim zakochana, choć spotykaliśmy się dopiero trzy miesiące. To, co dziś zrobił, zupełnie do niego nie pasowało. Było zbyt pochopne, nierozsądne, szalone i, nie waham się nazwać rzeczy po imieniu, głupie. Więc gdzie popełniłam błąd?

Może to przez sukienkę? Była trochę za krótka, a w połączeniu ze szpilkami mogła popchnąć go za krawędź głupoty. Prababcia Narcyza zawsze powtarzała: „Nie wytaczaj ciężkich dział, jeśli zamierzasz ustrzelić wróbla”. Może spojrzał na mnie, odstrojoną, umalowaną i na obcasach, dodał dwa do dwóch i wyszło mu szesnaście? Ściągnęłam przez głowę małą czarną i cisnęłam ją w kąt, obok butów. Nie sądziłam, by dało się je uratować, smród siarki wżarł się we wszystko, co miałam na sobie. Co gorsza – jeszcze więcej zostało na mnie, na skórze, we włosach, może nawet roztaczałam piekielny odór na poziomie komórkowym.

Gdybym potrafiła przewidzieć przyszłość, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ciocia Minerwa, nasza rodzinna wieszczka, zawsze uczulała mnie, bym nie zaniedbywała codziennego tarota, tyle że moja relacja z kartami była chłodna. Miałam wrażenie, że nie tyle oszukują, ile droczą się ze mną, pokazując tylko ułamek tego, co powinnam widzieć. Dopiero po faktach potrafiłam skojarzyć przepowiednię z wydarzeniami. Tarot był retro, zupełnie jak prasowanie. I kto miał na to czas? Powinni opracować jakąś aplikację na smartfona, kupiłabym natychmiast. Może dzięki niej błazen na trójce mieczy obok wisielca byłby zrozumiałą metaforą. Teraz, po faktach już wiedziałam, że chodziło o Klona, który wywinął mi numer stulecia. Numer, który pchnął mnie za granicę szaleństwa na oczach całego miasta, czego moja rodzina długo nie da mi zapomnieć.

 

Mimo kilkuset świadków każdy sąd powinien mnie uniewinnić. No dobrze, pod warunkiem, że wyrok wydawałyby inteligentne i obdarzone empatią kobiety. Tymczasem mnie sądzić będą Koźlaczki: moja matka, ciotki, prababcia… cały sabat. Nie zrozumcie mnie źle, każda z nich była inteligentna, ale z empatią bywało u nich krucho, do tego zwykle miały jej więcej dla mojej doskonałej siostry Jagody. Plus: niektóre z nich widziały, co zaszło, i już pewnie zadzwoniły do mojej mamy, by jej o wszystkim opowiedzieć. Byłam zgubiona.

Wanna napełniała się zbyt wolno. Nawet ciśnienie w rurach było dziś przeciwko mnie. Wsypałam do wody pół słoika pachnących soli odmagiczniających, dolałam hojnie lawendowego eliksiru oczyszczającego, a w przypływie fantazji – jeszcze dwie nakrętki płynu do kąpieli, bo dlaczego nie dodać piany i bąbelków do cierpienia? Wacikami zmyłam makijaż, rozczesałam włosy, wyciągnęłam z nich wsuwki, zdjęłam pierścionki, kolczyki i łańcuszek z wisiorkiem z różowego kwarcu. Zostawiłam tylko bransoletkę z charmsami, bo one akurat potrzebowały tej kąpieli równie mocno jak ja.

– Malina! Jesteś? – usłyszałam wołanie mamy.

– Daj mi chwilę, będę za pięć minut! – odkrzyknęłam. Albo za nieco dłużej, pomyślałam, bo smród dosłownie kleił mi się do skóry. Może za dobę albo dwie będę gotowa, by stawić się na rozmowę.

– Dlaczego w domu śmierdzi siarką i bagnem?! – zawołała mama.

Czyżby jeszcze nikt do niej nie dzwonił? Czy droczyła się ze mną jak kot z myszą?

Wrzuciłam bieliznę do wiklinowego kosza na pranie i nie zwlekając dłużej, zanurzyłam się w gorącej kąpieli. Skóra mnie parzyła, a mieszanka soli i preparatu wgryzała się w ciało dodatkowym ciepłem. Sapnęłam z frustracją.

– Malina! – powtórzyła mama już groźniej, nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Nie chcę o tym mówić! – odkrzyknęłam, zjeżdżając po dnie wanny, aż zanurzyłam w wodzie włosy. Gęsty odór siarki i błota wciąż unosił się nade mną jak zielonkawa, mięsista mgła.

Jakaś część mnie zastanawiała się, po co w ogóle próbuję ukryć dowody zbrodni. Ukrycie czegoś przed Aronią Koźlak było wyzwaniem, które podejmowałam wielokrotnie i zwykle ponosiłam spektakularną klęskę. Mama miała nosa. Potrafiła przesłuchiwać lepiej niż agenci służb specjalnych. Zajęło mi lata nauczenie się, jak odpowiadać na niektóre pytania wymijająco, by nie wyczuła kłamstwa. Gdyby nie była wiedźmą, pomyślałabym, że jest elfem. Ale nawet jeślibym teraz wymyśliła alibi, gładką odpowiedź na pytanie: „Dlaczego w domu śmierdzi siarką i bagnem?”, liczni świadkowie podważyliby moją wersję wydarzeń.

Pół miasta, w tym moje ciotki i kuzynki, widziało, jak zrobiłam z siebie totalną idiotkę. Poprawka: Klon zrobił ze mnie totalną idiotkę, a ja udowodniłam, że niewiele się pomylił. O ile w ogóle.

Wmasowywałam we włosy poziomkowy szampon, jedną porcję za drugą, by pozbyć się zapaszku. Już sam smród był niezbitym dowodem, że użyłam zaklęcia lub uroku z zakazanej części grimuaru albo – i to właśnie się stało – zaklęcia nieobecnego w grimuarze, ale podpadającego pod strefę czerwoną. Zaawansowana magicznie kontrola rodzicielska Aronii zadziałała bez zarzutu.

Miałam trzy lata, kiedy mama pozwoliła mi zajrzeć do wielkiego rodzinnego grimuaru. Była to ogromna, ciężka i bardzo nieporęczna księga w formacie folio, wypełniona wiedzą i magią, które moja rodzina gromadziła od pokoleń. Ledwie wtedy mogłam unieść ciężką okładkę z obciągniętej skórą deski. Absolutnie fascynowała mnie ukryta tam wiedza.

Widziałam już wcześniej podręczne grimuary mamy i ciotek, sama też dostałam swój pierwszy notes, który miał się stać moim podręcznym grimuarem, ale ten olbrzym, starszy nawet od prababci Narcyzy (która w mojej głowie w tamtym czasie była tak stara, że mogła dosiadać dinozaurów) ekscytował mnie i pobudzał wyobraźnię.

Tamtego dnia mama ustaliła zasady. Grimuar mnie rozpoznawał, wiedział, że jestem jedną z Koźlaczek, więc pozostawał dla mnie otwarty i miałam dostęp do bezmiaru wiedzy i magii. Ale dopóki byłam dzieckiem, miałam pewne ograniczenia. Mama już kilka lat wcześniej, kiedy naukę zaczynała moja siostra Jagoda, oznaczyła w grimuarze poszczególne rozdziały, naklejając na każdej stronie, przy zaklęciach, kolorowe kropki: zielone – ćwicz śmiało, żółte – tylko pod opieką dorosłej wiedźmy, czerwone – zapomnij, że istnieją, do trzydziestki… a może i dłużej. Czerwone kropki powiązane były z klątwami zapachowymi. Gdy tylko użyłam któregoś z tych zakazanych, rozchodził się smród. Fetor siarki i bagna, jak dziś, albo też woń amoniaku, płonących opon czy wymiotów. Mama była bardzo kreatywna. Jak bardzo, przekonywałam się na własnej skórze, bo Jagody nigdy nie podkusiło.

Przez kolejnych osiemnaście lat kopiowałam co ciekawsze zaklęcia rodzinne, uczyłam się ich, rozbierałam je na czynniki pierwsze, trenowałam. Wiedziałam, że jeśli objawi się mój talent magiczny i stworzę wyjątkowe zaklęcie, będę mogła je wpisać do rodzinnego grimuaru, piórem wiecznym na czystej stronie, aby kiedyś poznały je moje wnuczki i prawnuczki, jak dziś ja poznawałam dorobek mojej prababci Narcyzy, jej sióstr, mojej mamy… Czytając grimuar Koźlaków, czułam się częścią większej całości, z wynikającymi z tego przywilejami i ograniczeniami. A dziś… Wygląda na to, że stworzyłam swoje pierwsze zaklęcie. I choć niewiele pamiętałam, wydaje mi się, że nie chciałabym się nim dzielić z moimi potencjalnymi wnuczkami. Kontrola rodzicielska z miejsca zaklasyfikowała je jako czerwoną kropkę – inaczej by nie śmierdziało. Cholera jasna. Miałam pamięć wypchaną zaklęciami z rodzinnego grimuaru. Czemu, ach, czemu, przyparta do muru przez tego bęcwała, nie sięgnęłam odruchowo po jakieś niegroźne, choćby i uprzykrzające życie, ale z żółtą kropką? Koźlaczki były znane z takich podłych uroków. Na przykład ciocia Lila zaklinała baletki dziewczyn, które dręczyły ją w szkole baletowej, tak, że w środku przedstawienia rozwiązywały im się tasiemki, a zwiewne tancereczki padały jak kłody. Kiedy nawet po tym nie dały jej spokoju, zaklinała ich ciasteczka, by kalorie mnożyły się w nich jak szalone. Było to podłe i stanowczo klasyfikowało się do strefy żółtej kropki, ale sabat Koźlaczek za bardzo się śmiał z perfidii Lili i doceniał solidną konstrukcję zaklęć, by ukarać ją jakoś specjalnie. Miała zresztą dowody, że koleżanki dręczyły ją od miesięcy, więc przynajmniej częściowo ściągnęły na siebie zemstę. Zaklęcie trafiło do grimuaru i tylko wzmocniło pozycję Lili w rodzinnej hierarchii. Miałam graniczące z pewnością przeczucie, że mnie nie spotka takie wyróżnienie.

Przed dzisiejszym wieczorem Klon był w porządku. Znałam go naprawdę dobrze; zanim zaczęliśmy chodzić na randki, kumplowaliśmy się przez większość liceum. Przystojniak z poczuciem humoru, opiekuńczy, ale bez przesady. Nie nudziłam się z nim i naprawdę go lubiłam. I jakaś część mnie, ta, której już przeszła złość na jego wybryk, żałowała, że w tamtym momencie zamiast dać mu pstryczka w nos, sięgnęłam po ciężką artylerię.

Bo płazy i rogacizna to ciężka artyleria, bez dwóch zdań. Gdybym pomyślała choć chwilę, nie sięgnęłabym po taką kombinację. Nie przy tysiącu świadków. I kamerach. I tym cholernym telebimie… Może lepiej się utopić, pomyślałam, będzie bolało mniej niż to, co wymyślą mama i ciotki. Zanurzyłam głowę i przez kilkadziesiąt sekund wstrzymywałam powietrze.

– Malino, nie myśl, że nie będę czekać na wyjaśnienia, gdy już skończysz – dobiegł mnie głos mamy.

Otworzyłam usta, a pęcherzyki powietrza wypłynęły na powierzchnię wody. Gdybym nie była w jednej szesnastej selkie, może by się nawet udało. Taki ułamek w genetycznej układance nie wystarczył, bym nauczyła się przyzwoicie pływać, ale nie miałam szans się utopić. Ech. Mieszanka soli kąpielowych i preparatu odmagiczniającego smakowała obrzydliwie.

*

Od samego rana w kawiarni StarBunny ruch bił rekordy. Barnaba, mój szef, zacierał ręce na myśl o utargu; jednocześnie wycofał się do kanciapy na zapleczu, by licznie przybyłej klienteli nie przyszło czasem do głowy, że zakasze rękawy i weźmie się do pracy. Od tego miał mnie i dwie inne kelnerki. To, co uznawałam za żenujący skandal, dla niego było przednią reklamą. Zielony Jar był za małym miasteczkiem, by plotka stugębna nie obiegła go w ciągu nocy, a o tym, że pracowałam w StarBunny, wiedziało mnóstwo osób. Sporą część klientów przygnała tu nie tyle potrzeba kawy z dodatkową porcją charyzmy czy posypki wzmacniającej pamięć, ile zwykła ciekawość. A żeby ją zaspokoić i mieć pretekst do przesiadywania w kawiarni, każdy z nich kupi przynajmniej kawę ze specjalnej oferty promocyjnej. Barnabie kasa się będzie zgadzała, ale ja, jak coś mi mówiło, na napiwkach raczej się dziś nie obłowię.

Przy stoliku naprzeciw kontuaru, zza którego obsługiwałam klientów, usiadły trzy wiedźmy, które całe życie ciężko pracowały na reputację królowych gorących ploteczek. Były przy tym dyskretne jak stadko szpiegów z Krainy Deszczowców. Starałam się ignorować szepty i spojrzenia, którymi przewiercały mnie na wylot. Przyznaję, że w innych okolicznościach dodałabym im do kawy odrobinę uroku moczopędnego, ale dziś byłam na cenzurowanym. Poprzedniego wieczoru, kiedy wreszcie wypełzłam z wanny, pomarszczona, lecz wolna od zapachu siarki, zastałam w kuchni nie tylko moją matkę, lecz także jej dwie siostry, Rutę i Minerwę. Ledwie cząstka naszego sabatu, jednak wystarczająca, żeby mnie zdyscyplinować i postawić warunek. Gdybym w najbliższych dniach użyła choćby niewinnego zaklęcia przeciwko ludziom, dowiedziałyby się o tym. Na razie nie wydały wyroku, warunkowo ofiarowały mi trochę czasu, by odkręcić ten galimatias. Gdybym jeszcze wiedziała, jak do niego doprowadziłam, poszłoby jak z płatka. Miałam dwanaście godzin na to, by zdjąć zaklęcie z Klona, albo… Nie, nie padły żadne konkrety. Mój sabat jest bardzo kreatywny i na pewno wymyśli coś takiego, że zacznę się modlić o bilet w jedną stronę na kolonie resocjalizacyjne. Gdybym wiedziała, co mnie czeka, zdołałabym się z tym oswoić, a wtedy może przestałabym się bać – a tego sabat, z moją matką na czele, nie chciał za skarby świata.

Zapewne szukanie rozwiązania poszłoby mi sprawniej, gdybym ośmiu z tych darowanych mi dwunastu godzin nie spędzała w pracy, parząc ludziom kawę… Co tylko przypomniało mi, że kolejne zamówienia są już gotowe.

– Marieta! Jadwiga! – wykrzyczałam imiona klientek, choć stały niecałe półtora metra od mnie. Dwie młode kobiety podeszły do kontuaru i dosypały do kawy po torebeczce słodzika. Nie mogłam nie usłyszeć ich komentarzy:

– Tak, to ona, wszystko było widać na telebimie. W kozła, wyobrażasz sobie? Jak można nie panować nad magią do tego stopnia? – szeptała ta, która mieszała patyczkiem zawartość kubka podpisanego „Marieta”. Wiedziałam doskonale, że kobieta ma na imię Marianna, ale z przekręcania imion klientów zrobiliśmy w StarBunny małą tradycję.

– Cóż, wszyscy mu powtarzali, że wiązanie się z Koźlaczką nie jest najmądrzejsze, że one są niepoczytalne, a mimo to się uparł. Może to od początku był urok? Jak myślisz? – zapytała scenicznym szeptem Joanna, która dzierżyła kubek z imieniem „Jadwiga” wypisanym czarnym flamastrem na różowym tle.

Oj, dorzuciłabym zaklęcie krost na języku albo rozdwajających się końcówek, gdybym akurat nie była na cenzurowanym.

– Życzą sobie panie coś jeszcze? – zapytałam słodko, widząc, że mój szef wychyla się ze swojej kanciapki.

– Nie sądzę – powiedziała Marianna i z uśmieszkiem ociekającym poczuciem wyższości oddaliła się, postukując wysokimi obcasami, do jedynego wolnego stolika.

Joanna dreptała za nią. Pewnie przywykła, bo robiła to nieprzerwanie przez całe liceum. Może nie zauważyła, że szkoła się skończyła, a przyjaciółka straciła większość wielbicieli i status najpopularniejszej dziewczyny w szkole. Dziś była tylko sprzedawczynią w butiku z bielizną, ale skoro ja od matury, przez ostatnie trzy lata, pracowałam jako baristka i kelnerka w StarBunny, nie zamierzałam rzucać kamieniem.

Dawno powinnam znaleźć sobie ambitniejsze zajęcie. W kawiarni się nudziłam. Każdy dzień wyglądał tu tak samo. Od siódmej trzydzieści do szesnastej, o ile nie miałam akurat drugiej zmiany, krzątałam się po kawiarni w intensywnie różowym fartuszku z wyhaftowanym na piersi imieniem, marząc o tym, że któregoś dnia wydarzy się coś, co popchnie moje życie w zupełnie innym kierunku.

 

Wszystkie pracownice kawiarni snuły fantazje tego typu. Większość śniła o księciu na białym koniu, który zsiądzie z siodła, przekroczy próg, podejdzie do nich i padając na kolano, zapewni, że będzie im służył do kresu swych dni. Nie podzielałam tej fantazji. Ba, dobrze dla księcia, że jednak się u mnie nie pojawił, bo pewnie zamieniłabym go w kozła. Albo żabę. Cholera.

W moich fantazjach przychodziła do kawiarni starsza, obdarzona wielką mocą kobieta, która patrzyła na mnie przenikliwie, dostrzegała we mnie coś, czego nie miał nikt inny, i mówiła, że mam podążyć za swoim sercem – i tak, rysowanie komiksów jest doskonałym zajęciem dla młodej wiedźmy, niezależnie od tego, co sądzą o tym inni. Nie byłam tępa i przeczytałam wystarczająco wiele artykułów w prasie kobieciej, by wiedzieć, że fantazja ta sporo mówi nie tylko o moich pragnieniach, lecz także o lękach. Bałam się, że ostatecznie zawiodę rodzinę, w tym swoje szanowane przodkinie. Spodziewały się, że jeśli nie pójdę w ślady matki czy prababci (choć nie babci – tej stanowczo nie powinnam naśladować, skoro zabawiała się czarną magią i demonologią), to znajdę inny sposób, by przysłużyć się nieposzlakowanej reputacji Koźlaków jako rodu wielopokoleniowego i wszechmagicznego. Tymczasem byłam całkiem przeciętną wiedźmą. Dzikie moce nie obudziły się we mnie w dzieciństwie ani w czasie pokwitania. Miałam swój mały talent – naprawdę nieźle rysowałam i w wolnym czasie tworzyłam komiksy, ale nikt o tym właściwie nie wiedział. Nie była to zdolność, która zrobiłaby wrażenie na moich krewniaczkach. Nigdy nie powiedziały mi tego wprost, ale myślę, że je zawiodłam. Nie rozumiały, jak to się stało… Może winiłyby mojego zupełnie niemagicznego tatę, gdyby nie to, że Jagoda, moja siostra, okazała się wyjątkowo uzdolniona magicznie.

Wycierałam właśnie kontuar upstrzony śladami kawy, kiedy dzwonek nad drzwiami obwieścił przybycie kolejnego klienta. Szef będzie zachwycony dzisiejszym utargiem. Zanim uniosłam wzrok, poczułam nacisk potężnej magii. Powietrze zgęstniało, zaiskrzyło od przeskakujących między ludźmi i przedmiotami ładunków elektrostatycznych. Rozmowy zgasły, jak gdyby nagle wszystkim zabrakło słów. Czułam w powietrzu oczekiwanie na to, co ma się wydarzyć. Gwałtownie uniosłam głowę i spojrzałam prosto w jasne, jakby pokryte bielmem oczy starej kobiety, którą otaczała aura tak naładowana energią, że część klientów nagle poczuła potrzebę opuszczenia lokalu albo ukrycia się pod blatami stolików.

Kobieta miała nie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu i siwy warkocz, który oplatał jej głowę trzy razy, więc rozpuszczone włosy pewnie sięgały kolan. Naprawdę, właśnie to pomyślałam, patrząc na jej pomarszczoną jak suszona śliwka twarz i suchotnicze ciało otulone czarną wełnianą sukienką za kolano i grubą czarną chustą wydzierganą na szydełku. Na zewnątrz było dwadzieścia parę stopni, ale babcia Antonia miała reputację zimnej suki i widać osobowość czasem przekłada się na odczuwanie temperatury. Choć nikt nie powiedziałby jej tego w twarz. Zwykle zwracano się do niej z szacunkiem podszytym zdrową porcją strachu. Babcia Antonia może i nazywała się po mężu Drzewiecka, ale nie była zielonym kciukiem i nie musiała się przejmować ograniczeniami zielonej magii. Nic jej nie mogło powstrzymać przed krzywdzeniem ludzi czy rzucaniem zaklęć o daleko idących konsekwencjach. Może nie miała reputacji tak solidnie ugruntowanej na fundamentach szaleństwa jak moja prababcia Narcyza, ale wystarczającą, by klienci kawiarni wstrzymali oddech w oczekiwaniu na finał naszego spotkania. Bo wszyscy wiedzieli, że Klon jest jej pupilkiem, źrenicą oka.

Spotkałam ją dwa razy w życiu. Za pierwszym razem mnie uszczypnęła, za drugim powiedziała prosto w oczy, że nie nadaję się na dziewczynę dla jej najmłodszego wnusia, bo jestem za chuda, za głupia i mam za wąskie biodra do rodzenia dzieci. To złagodzona wersja. Zakwestionowała prowadzenie się członkiń mojej rodziny trzy pokolenia wstecz, choć tu nie bardzo mogę się kłócić, zwłaszcza kiedy wspominała Narcyzę. Antonia była jedną z niewielu osób w Zielonym Jarze, która mogłaby to mojej prababci powtórzyć w twarz i prawie na pewno by przeżyła. Gdy wyszliśmy z rodzinnego obiadu, podczas którego miałam przyjemność spotkać ją po raz drugi, Klon powiedział, że chyba mnie polubiła, bo była prawie powściągliwa, a to najbliżej słowa „miła”, jak to w jej przypadku możliwe. Od tamtej pory skutecznie jej unikałam. Do dziś. Zapragnęłam się ukryć. Albo wyemigrować. Najlepiej na Barbados. Dużo słonej wody między mną a staruszką mogło być dobrym rozwiązaniem.

Spowita czernią i ciemną aurą kobieta podeszła do kontuaru, wwiercając się we mnie spojrzeniem. Miała w sobie coś z drapieżnego ptaka, który spada gwałtownie z nieba, by porwać twojego szczeniaka na przekąskę.

Cisza w kawiarni dawała się kroić lepiej niż zbyt wilgotny sernik z brzoskwiniami, który był dziś w ofercie specjalnej. Podejrzewałam też, że nie wszyscy zebrani w pomieszczeniu oddychali. Nie mogłam tego sprawdzić, bo sparaliżowało mnie świdrujące spojrzenie staruszki, ale takie wstrzymywanie oddechu mogło być niebezpieczne. Udar u klienta kawiarni, w której pracuję, dzień po mojej wpadce na stadionie, mógł zostać zinterpretowany zgoła opacznie i z pewnością odbiłby się na moich napiwkach.

– Witamy w StarBunny! Polecamy dziś cynamonową moccę z sojową pianką! – wyrecytowałam piskliwie, bo gardło miałam ściśnięte ze strachu.

– Zrobiłaś krzywdę mojemu wnukowi – powiedziała ponura staruszka. – Jeśli tego nie naprawisz, zginiesz. Masz czas do wieczora. A to, żeby nic cię nie rozpraszało – dodała ze złośliwym uśmiechem i ułożyła palce w znak uroku.

Usłyszałam zbiorowy jęk zebranych kawiarni i własny pisk, kiedy padłam na kolana, chowając się za osłoną kontuaru, ale było za późno. Czułam, jak zaklęcie przykleja mi się do skóry, jak ją przenika. Ręce zaczęły mi się trząść, gdy próbowałam zgadnąć, co zgotowała dla mnie seniorka rodu Drzewieckich, o której Klon mówił z powściągliwym szacunkiem, że jest szalona jak Kapelusznik i zgromadziła przez stuletnie życie więcej mocy, niż komukolwiek mogłoby to wyjść na zdrowie.

– To tylko przystawka, dziewczyno – oświadczyła głośno. – Nie myśl, że to najgorsze, co dla ciebie mam. Daję ci szansę, nie spierdol tego – dodała twardo.

Usłyszałam oddalające się kroki w ciężkich, przedpotopowych trzewikach. Po trzydziestu bardzo długich sekundach rozbrzmiał dzwonek nad drzwiami. Świst wypuszczanego powietrza nastąpił sekundę później.

Policzyłam palce i kończyny, obmacałam twarz i przejechałam dłońmi po ciele – wyglądało na to, że wszystko było na miejscu, nie wyrosły mi rogi ani ogon… Odetchnęłam z pewną ulgą, ale nadal nie wiedziałam, co mi zafundowała. Wstałam z podłogi. Kolana wciąż mi się trzęsły.

Szalona seniorka zerkała na mnie z uśmieszkiem zza szklanych drzwi. Po czym odeszła, tak po prostu. Przejrzałam się w metalicznej obudowie ekspresu do kawy, niemal spodziewając się, że zamiast nosa mam świński ryjek albo zaczynam się pokrywać niebieskimi kropkami, ale nie, moja twarz wyglądała jak zwykle, garbek na nosie mógłby być nieco mniejszy, mogłam za to jednak winić wyłącznie mego ojca, a nie Antonię.

Rozejrzałam się po kawiarni, zastanawiając się, czy zaklęcie, którym rzuciła we mnie stara wiedźma, nie rykoszetowało w jakiegoś klienta, ale wyglądali zupełnie normalnie. Może poza tym, że plotkary, które od rana nie spuszczały ze mnie wzroku, teraz unikały choćby patrzenia w moim kierunku. Nagle tapeta w kwiatuszki i wnętrza filiżanek stały się ciekawsze niż ja. Może one już wiedziały, co zrobiła mi Antonia? Spodziewały się, że za chwilę zmienię się w coś naprawdę okropnego? Przyznaję, byłam spietrana. A w mojej głowie rozległ się cichutki, złośliwy chichot, który brzmiał podejrzanie podobnie do śmiechu babci Antonii.

Odkrycie, co za urok na mnie rzuciła, zajęło mi może dziesięć minut. Stare przewrotne babsko! Na pewno znała gorsze zaklęcia, ale to było dla baristki wyjątkowo uciążliwe.

– Ta kawa jest kwaśna – oświadczyła pani Bojke, odstawiając na kontuar dużą filiżankę.

– Cukier, słodziki i miód mamy tutaj. – Wskazałam jej tacę z wszystkimi możliwymi specjałami do zamieniania kawy w ulepek, choć nie dalej niż cztery minuty temu wsypała do filiżanki trzy torebki stewii.

– A co mam zrobić z tym kwaśnym mlekiem, które się zważyło w mojej kawie? – zapytała uszczypliwie, biorąc się pod boki.