3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Virion. Pustynia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Virion. Pustynia
Virion. PustyniaBrak
okładki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 101,33  81,06 
Virion. Pustynia
Virion. Pustynia
Audiobook
Czyta Grzegorz Pawlak
57,90 
Szczegóły
Virion. Pustynia
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Achaja – wydanie kolekcjonerskie

Karta redakcyjna

Okładka


Szermierz natchniony

Virion. Zamek

Virion. Pustynia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Pojawieniu się ludzi, którzy przychodzili od strony pustyni, zawsze towarzyszył strach. Zupełnie jakby przybysze na swych barkach dźwigali echa jakichś mordów, wielkich, gwałtownych rzezi, czyjejś zagłady. A może nawet zwiastowali zdarzenia daleko bardziej złowrogie? Może byli śladem zamierzchłej tajemnicy, nawet gorszej od tej, którą wieszczyła upiorna gwiazda z ogonem widoczna na niebie w nocy i za dnia?

Na widok zakutanych w zwoje cienkich tkanin postaci niezmiennie pojawiały się te same pytania: z czego ci ludzie żyją pośród bezmiaru piasków? Dlaczego zawsze mają przy sobie broń? Czemu mało mówią, unikają patrzenia w oczy, nie potrzebują niczego, co mogłyby zaoferować leżące na obrzeżach pustyni osady, a jedyną rzeczą, która ich interesuje, jest woda? Nie byli ciekawi wiadomości ze świata, o nic nie pytali, nie zaglądali do obejść, warsztatów ani domów. Ale zawsze jakoś tak dziwnie kilka, czasem kilkanaście dni po ich odjeździe następował jakiś rabunek, napad albo gwałt. Podpalenie, większa grabież albo wręcz naturalne nieszczęście, zawsze jednak kojarzone z niedawną wizytą obcych.

Mieszkańcy tych okolic przywykli do nieszczęść. I do rozbojów, i do poborców podatkowych. Do chorób, nędzy, nieszczęść wszelakich. Prawdziwy strach jednak wzbudzali tylko ci, którzy przybywali tutaj od strony pustyni.

Dziś jednak było inaczej niż zwykle.

Owszem, jeźdźcy przybyli do osady od strony pustyni. Dwie kobiety i kilku mężczyzn. Mieli ze sobą broń, całe mnóstwo, ilość absolutnie przesadną, jak na tak mały oddział. Ale też kiedy tylko zmęczone konie zatrzymały się na środku drogi między domami, jeźdźcy zaczęli odwijać pustynne chusty z twarzy. Ta prosta, zdawałoby się, czynność w przypadku band nie następowała nigdy dotąd i sprawiła, że zaintrygowany naczelnik postanowił wyjść na ulicę.

– Witajcie, przybysze! – zawołał. – Woda dla zwierząt jest dalej, przy zagrodzie.

– Miło to słyszeć. – Jeden z mężczyzn, rosły i barczysty, z mieczem przy pasie, zeskoczył z siodła. – Znajdziemy tu gościnę na kilka dni?

Niebywałe. A może to naprawdę nie bandyci? Nikt z tamtych nigdy o nocleg nie pytał.

– Luksusów u nas nie ma. Ale za drobną opłatą wielu was pod dach przyjmie. I nakarmi.

Przybysz skrzywił się nieco. To, co usłyszał, świadczyło, że w tej osadzie nie było karczmy ani niczego w tym stylu. No trudno.

– Wyglądasz na speszonego, naczelniku – powiedział po chwili. – Czy nasza wizyta jest tego powodem?

Starzec nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Po chwili wahania postawił na szczerość.

– Jeźdźcy od strony pustyni. Trzeba się szykować na nieszczęście za kilka dni.

– My was nie napadniemy.

– Wy chyba nie. Ale niedawno byli tu tacy... – Nie umiał wyrazić tego, co chciał powiedzieć. – Przepatrywali tylko. I być może wrócą. Już nie za dnia.

– Napadają was i nie macie żadnych instalacji obronnych? – zainteresował się obcy.

Czego się spodziewał? Murów okalających wieś? A kim je obsadzić? Więc może chodziło mu o wilcze doły na podjazdach. Hm. Pomysł dobry. No tyle tylko, że wiedzieliby o nich wszyscy ludzie w bliższej i dalszej okolicy. Wpadaliby do nich pewnie pijani mieszkańcy, co to ich żony wypędziły w nocy z chałup za zbyt głośne awantury. A wbicie na ukryty pal to chyba jednak zbyt dosadna kara za pijaństwo, nawet uporczywe.

Starzec powoli podniósł głowę.

– My nie z tych, co walczą, panie – powiedział cicho. – My z tych, co błagają o życie.

Obcy żachnął się wyraźnie. Pewnie zmełł jakieś przekleństwo, bo raczej oparcie życia na błaganiu nie leżało w jego naturze.

– My inni ludzie, panie – ciągnął starzec. – Tu nie ma o co się starać. Nie ma ani pokus, ani nadziei. Ani przyszłości, ani nawet przeszłości. Tak jakby ci sami ludzie mieszkali tu od zarania osady i nie starzeli się, tylko trwali. Tu nawet młodych nie ma. Brak uczuć, brak porywów serca, ale też i nieszczęścia takie jakieś mało nieszczęśliwe. Tu mali bandyci przychodzą po swój mały łup. A nam wystarczy życie zachować. Można i o nie błagać.

– Coś jednak jest więc warte zachowania.

Naczelnik rozłożył ręce.

– A strażników nie ma w okolicy?

– Skąd by mieli być i po co?

– Jakieś oddziały wojskowe? Jeźdźcy pustyni? Przecież Troy od tamtej strony. – Obcy wskazał kciukiem za swoje plecy.

– Tylko łowcy niewolników. Na szczęście nie często, bo oni gorsi niż bandyci.

Rosły mężczyzna potrząsnął głową, wprawiając w ruch włosy splecione w krótki warkocz. I tylko jeden szczegół mącił idealny wygląd twardego wojownika. W ten warkocz bowiem wpleciona była kolorowa wstążeczka, którą ktoś zgrabnie zawiązał. Ot, niby nic. A jednak naczelnik uspokoił się trochę. Ci tutaj rzeczywiście chyba nie zamierzają pozostawić po sobie jedynie gołej ziemi i nieba.

– Zatem jeśli nas przyjmiecie, to przynajmniej przez parę dni nic nie będzie wam grozić.

– W Bogach nadzieja – wyszeptał naczelnik, krzywiąc się na jakieś wspomnienie. – W Bogach.

– Coś konkretnego masz na myśli?

– No, parę dni temu byli tu tacy, co ewidentnie przepatrywali, co by tu i jak. Wiecie, panie. – Starzec pocierał nerwowo brodę. – Ich herszt miał takie śmieszne nakrycie głowy z metalu. Okrągłe, szpiczaste.

– Wiem, o czym mówisz. To szyszak.

– Co?

– Taki hełm używany w Zimnych Królestwach.

– Dziwny jakiś. Ale oni mogą wrócić. Mogą nawet tej nocy.

Obcy mężczyzna zaprzeczył energicznym ruchem głowy.

– Oni już tu nie wrócą.

– A skąd możesz to wiedzieć, panie?

Przybysz cmoknął cicho.

– Widzisz, ten herszt, jak go nazwałeś, ten w szyszaku, miał strasznego pecha.

– Ach, spotkaliście go, panie?

– Całą bandę. A ten idiota obraził jednego z moich ludzi. – Obcy wzruszył ramionami. – Gdyby obraził mnie na przykład, to nic by się nie stało. Jakby obraził którąś z kobiet, to pewnie by go olały. Jakby obraził tego wynios­łego – mężczyzna wskazał palcem na jednego ze swoich ludzi – to też nic by nie było, bo on tak wysoko urodzony, że cham nie może go obrazić, ponieważ cham nie ma zdolności honorowej.

– Chyba nie wszystko rozumiem...

– Pech tego herszta polegał na tym, że obraził tego chłopaka. – Palec obcego wycelował w najmłodszego członka grupy. – A ten szczyl nigdy nie daruje zniewagi.

– I? I co?

– Hekke, pokaż naczelnikowi twoją ostatnią pamiątkę.

Chłopak posłusznie wyjął z juków szyszak, wyciągnął nad głowę starca i energicznie potrząsnął. Coś zagrzechotało głośno.

– Co to jest?

– Zęby tamtego – roześmiał się Hekke. – Wszystkie.

Naczelnik wybałuszył oczy.

– I reszta bandytów pozwoliła na to? – spytał przerażony.

– Nie pozwoliła. Stanęli za plecami swojego herszta. Ale... – Hekke zawiesił głos na moment. – To sprawiło, że ludzie Viriona stanęli za moimi. I jak się skończyło, nie muszę mówić.

Starzec długą chwilę nie mógł wydobyć głosu. Coś blokowało mu gardło.

– Panie... panie, czy... ty jesteś Virion?


Kasjopea, córka wielkiego księcia Królestwa Troy, stała prawie naga w reprezentacyjnej sali poselstwa, a sześć wyspecjalizowanych służących usiłowało ubrać ją w suknię balową o kroju, który obowiązywał na oficjalnych przyjęciach w cesarskim pałacu. Wszystkie sześć ocierały pot, który gromadził im się nad brwiami, i choć nie narzekały oczywiście, widać było, że są na ostatnich nogach. Nic dziwnego. Mówiło się – z niewielką dozą przesady – że zwykła suknia na przyjęcia w Syrinx ważyła tyle, co rydwan bojowy. A model imperialny? Bez mała tyle, co okręt wojenny z pełną obsadą wioślarzy. Damy dworu godziły się na takie tortury, będąc świadomymi, jak pięknie wygląda kobieta nosząca taką suknię, choć bliższe prawdy byłoby określenie: uwięziona w takiej sukni. One były wprawione. Ale co miały robić żony posłów z obcych państw? Wielkie panie specjalnie zaproszone na cesarski dwór? Nic. Musiały cierpieć i nie skarżyć się głośno.

 

Naven, jedyny mężczyzna obecny w pomieszczeniu, nie zawracał sobie głowy odczuciami Kasjopei. Dziewczyna była młoda i silna, poradzi sobie. On skupiał się wyłącznie na egzekwowaniu wykonania swoich poleceń.

– Dałem ci wczoraj spis tematów, których nie wolno ci poruszać na oficjalnej audiencji.

– Wykułam na blachę! – zameldowała księżniczka.

– Tak? Jaki był temat numer siedem?

– Siódemka to temat jeńców wojennych. Z klauzulą, że nie wolno mi poruszać tej kwestii nawet nieoficjalnie, w poufnej rozmowie.

Kasjopea miała raptem dwadzieścia lat, ale już spore obycie w pałacowej dyplomacji. I bez instrukcji wiedziała, jakich spraw lepiej wystrzegać się na przyjęciu dyplomatycznym. A ta była szczególnie groźna. Trwała wojna, oba uczestniczące w niej kraje brały coraz więcej jeńców. I wiadomo. Ci z Troy, którzy wpadli w łapska Luan, szli w niewolę, do czarnej roboty przy cesarskich drogach albo do kopalń. A co miało robić królestwo? Utrzymywać darmozjadów i nierobów? Nie. Po prostu sprzedawano cesarskich w niewolę, tyle że gdzieś dalej, za granicę, by mieć środki na dalsze prowadzenie wojny. No ale Luan miało wojska najemne, a Troy z poboru. I dlatego cesarzowi mogłoby zależeć na wymianie jeńców po to, żeby podnieść morale pozostałych najemników. A Troy na powrocie własnych obywateli raczej nie zależało. Z racji stanu, w jakim się znajdowali, do linii i tak już by nie wrócili. A po co mieli opowiadać rodzinom, co też się na wojnie wyrabiało? To by dopiero zrodziło defetyzm i zwątpienie.

– Temat jedenasty? – kontynuował przepytywanie Naven.

– Nie istnieje problem reparacji...

– Dobrze, dobrze. Czwarty?

– Czwarty oznacza, że nie wolno mi dyskutować o równowadze sił w państwach trzecich. Pod żadnym pozorem nie mogę, choćby słysząc jedynie pytanie, wyrazem twarzy dać do zrozumienia, jakie jest nasze stanowisko w kwestii działań dyplomatycznych w Zimnych Królestwach leżących w pasie...

– Dobra, dobra – przerwał jej brutalnie. – Tylko sprawdzam.

– Ale ja nawet nie mam pojęcia, jakie jest nasze stanowisko.

– Bo to nie twoja rola cokolwiek wiedzieć. Zostałaś wysłana w konkretnej sprawie – wyjaśnił opryskliwie. – Wy tam – zwrócił się do służących.

– Tak, panie? – Przełożona sług pochyliła się w ukłonie.

– Pomóżcie naszej dziewczynie, bo ona ma bardzo ważne rzeczy na głowie. Dajcie na twarz pod makijaż tyle bieli, żeby tam nie za bardzo dało się odczytać, co gości na jej obliczu.

– Tak, panie. Pomożemy jej wedle naszej najlepszej wiedzy i umiejętności. – Przełożona sięgnęła po miseczkę z maścią utartą z białego ołowiu, arszeniku, rtęci i innych trucizn. Dla każdego, kto znał skład tych upiększaczy, było jasne, dlaczego nie całowano się na oficjalnych przyjęciach.

Ktoś dyskretnie zapukał do drzwi.


Kasjopea miała raptem dwadzieścia lat, ale już spore obycie w pałacowej dyplomacji

– Won! – wrzasnął Naven, nawet nie usiłując sobie wyobrazić, kto mógł się ośmielić. W tej chwili do sali zamienionej na przebieralnię nie mógł wejść nikt. Absolutnie nikt bowiem nie miał prawa zobaczyć, co się tu działo. No przecież Kasjopea, córka wielkiego księcia z Troy, dziewczyna z najlepszym urodzeniem, z najściślejszych elit władzy w królestwie, stała półnaga przed mężczyzną z gminu, przed chamem i prostakiem, tyle że wykształconym, i bez sprzeciwu słuchała jego reprymend. A taki widok nie miał prawa pojawić się przed niczyimi oczami. Nigdy.

Wyjaśnienie było jednak jak zwykle prozaiczne.

W Troy władzę trzymały wielkie rody i zajmowały się tak naprawdę głównie rozgrywkami między sobą. To bawiło je najbardziej i to zarazem dawało dużo swobody poddanym, bo sprawy ludu były mało istotne w oczach elit. Ale kiedy chodziło o jakieś wartości wspólne, na przykład o walnięcie wroga pałką w łeb, siedem wielkich rodów potrafiło sprząc się razem i zacząć działać niezwykle racjonalnie, wykazując przy tym skrajny pragmatyzm. I dlatego fakt, że księżniczka słucha poleceń chama, dało się tak łatwo wytłumaczyć.

W ramach działań wywiadu Kasjopea została wysłana z tajną misją do Luan. Była jednak tylko dwudziestoletnią dziewczyną bez żadnego doświadczenia w szpiegowaniu. A Naven piastował stanowisko szefa delegatury wywiadu Troy w Syrinx. Stary, doświadczony agent dowodził operacją, był więc teraz jej szefem, a ona jedynie pracownicą, i to niskiego szczebla, choć ważną. On rozkazywał, ona słuchała i musiała wykonywać polecenia bez szemrania. Bo tylko w ten sposób dało się pchać sprawy do przodu. Ją wpuszczano wszędzie i wszędzie z uwagą słuchano, co mówi, a on wiedział, co trzeba powiedzieć. I tyle. Bardzo racjonalne podejście władców Troy do spraw światowych. Chyba nikt inny na świecie nie postępował równie pragmatycznie.

Oczywiście cała akcja została przeprowadzona w sporym pośpiechu. Rzecz powinien załatwić osobiście wielki książę Archentar, odpowiedzialny w Troy za dyplomację. Ale on sam nie mógł przyjechać. Jego żona urodziła właśnie martwe dziecko, o mało sama przy tym nie odchodząc z tego świata. Archentar nie miał ciągle żadnego potomka, a to powodowało zachwianie równowagi między wielkimi rodami Troy. Jego żona już dwa razy poroniła, a i wcześniej urodziła dziecko, którego również nie udało się utrzymać przy życiu. W przypadku normalnej szlachty książę powinien się w tej sytuacji rozwieść i wziąć młodszą żonę. Ale takie rozwiązanie w ­najwyższych ­kręgach państwa groziło już wojną domową bez mała. I dlatego Archentar prawdopodobnie postanowił zabić swoją żonę. I to legalnie, zgodnie z prawem, a także zgodnie z moralnością ludu. Po prostu prokurował kolejne ciąże, licząc na to, że albo doczeka się wreszcie męskiego potomka, albo jego coraz słabsza żona umrze w końcu, co pozwoli na kolejny ślub z młodą, zdrową księżniczką.

I to też było pragmatyczne podejście, zupełnie akceptowalne wśród wielkich rodów. Teraz jednak na froncie ktoś inny musiał odwalić jego robotę.

– Tu masz listę tematów, które powinnaś poruszyć, jeśli nadarzy się sprzyjająca okazja. – Naven podał księżniczce gęsto zapisaną kartkę.

– Dlaczego dopiero teraz mi to dajesz? – Kasjopea zaczęła szybko czytać sążniste instrukcje.

– Dlatego teraz, bo tak – odpowiedział wyczerpująco jej szef. – I na samym końcu audiencji załatwisz nam jeszcze jedną rzecz.

– Tak?

– Pamiętaj, że toczy się wojna między naszymi państwami. Jako oficjalnego przedstawiciela Troy cesarz uwiarygodni cię tytułem konsula. Ale żadnego nowego przedstawicielstwa nie pozwoli ci otworzyć.

– Tak. Wiem.

– On wyznaczy ci miasto, w którym będziesz mogła mieszkać do czasu nastania pokoju i którego nazwę jego urzędnicy wpiszą do konsularnego glejtu. Z powodu konfliktu i twojego wieku będzie chciał cię upokorzyć, więc nie wyznaczy takich miast jak Negger Bank albo Sonne czy któregokolwiek średniej wielkości. Ale z uprzejmości na pewno zapyta, czy sama sobie czegoś nie upatrzyłaś.

– Wiem. Ale i tak mnie nie posłucha.

– Otóż nasz plan jest taki: sama się upokorzysz, wybierając pipidówkę dolną.

– Czyli co? – Kasjopea spojrzała na szefa delegatury zdziwiona.

– Czyli Natares.

– Co?! – Nie mogła uwierzyć. Kazano jej przed wyjazdem nauczyć się nazw miast w Luan i orientować, gdzie które leży. Wiedziała więc, że mówią o jakiejś zabitej dechami dziurze na skraju pustyni. Z dala od wszelkich ośrodków kultury.

– Nie dyskutuj. Wykonaj polecenie.

– Jasne – wyszeptała, wściekła nagle. Chcą ją skazać na nudę prowincji?

Naven cofnął się kilka kroków. Służące kończyły właśnie nakładanie sukni balowej i musiał obiektywnie przyznać, że Kasjopea w rynsztunku bojowym wyglądała prześlicznie. Przywodziła na myśl stratega przed decydującą bitwą. Była, niestety, za młoda i zbyt niedoświadczona. Za to piękna i inteligentna. Co przeważy?

Miała szansę wykonać zadanie. Miała szansę.

Zaufane służące, bardzo chcąc dopomóc „swojej” dziewczynie w akcji na obcym terenie, solidnie zajęły się makijażem. A to wystawiało cierpliwość Navena na próbę. Szef delegatury odwrócił się więc i ruszył do wyjścia.

– Pamiętaj. Natares – powtórzył tylko.


Taida i Marantis leżały razem w wielkim cesarskim łożu, obie na brzuchach, patrząc na siebie i mówiąc ściszonymi głosami. Znalazły się tam bez żadnych seksualnych podtekstów, obie były całkowicie ubrane. To łoże było ­jedynym miejscem znanym pierwszej nałożnicy cesarstwa, gdzie nie podsłuchiwano. Imperator musiał gdzieś przecież znaleźć choć parę chwil wytchnienia i móc porozmawiać otwarcie z kochanką bez zastanawiania się nad konsekwencjami wypowiadanych słów.

– No i widzisz, twój sukces, choć taki mały, jednak uratował wam tyłki. – Cesarska niewolnica postawiła dzisiaj na szczerość do bólu. – Cesarz po prostu wściekł się na wieść o śmierci Immsa. Myślałam, że go rozsadzi. Nie mógł się opanować nawet na oczach dworu, a to rzecz zupełnie niebywała.

Taida przygnębiona skinęła głową, uderzając przy tym brodą w poduszkę. Z emocji zapomniała o miejscu, w jakim się znajduje. Nikt nigdy nie słyszał o tym, by władca stracił panowanie nad sobą w obecności ludzi.

– Co zrobił?

– Kazał was sprowadzić przed swoje oblicze. To znaczy ciebie i Nervę.

No tak. Ale czego spodziewać się po wkurwionym cesarzu. Nie pomyślał, że gdyby to był zamach, to taki ruch właśnie pomógłby spiskowcom skupić wszystkie swoje priorytetowe cele w jednym miejscu. Wtedy wystarczyłby jeden cios i imperium pozbawione zostałoby głowy. No ale cesarz, po pierwsze, nie musi być racjonalny, a po drugie, może wszystko.

– Nikt nie wiedział, gdzie jestem, prawda? – zapytała.

– Właśnie. Udało się sprowadzić Nervę, ale stary wyga umiejętnie opóźniał. – Marantis mrugnęła prawym okiem, nie chcąc nawet tutaj powiedzieć głośno, co opóźniał szef jej koleżanki. – Pan mój i cesarz grzmiał, co zwiastowało koniec świata. Co bardziej bojaźliwi mdleli gremialne, a mówię tu tylko o najbliższych dworzanach przecież, którzy byli świadkami tej sceny. Każdy pamiętał, że w historii władcy czasem dziesiątkowali swój dwór, a czasem w ogóle się go pozbywali, żeby w ten gwałtowny sposób wyrazić swoje rozczarowanie wobec efektów jego pracy. Przyznam, że nawet ja widziałam się już nabita na pal, bo jako niewolnicy tylko taki niehonorowy sposób zadania śmierci mi przysługuje.

– Bogowie...

– A cesarz pomstował, krzycząc, że imperium już nie istnieje, że wrogowie mordują jego poddanych, jak chcą i kiedy chcą, zadając niewyobrażalne straty. Że imperialne służby są jak dzieci, że każdy, komu taka myśl postanie w głowie, może mordować ich szefów, upokarzać nasze święte państwo i bezkarnie pluć na majestat!

– O Bogowie – powtórzyła Taida.

– No. Strasznie było.

– Nie sądziłam, że aż tak.

Marantis prychnęła cicho. Może i pani prokurator, gdy napotkała przeważające siły wrogów, też jakieś tam niebezpieczeństwo groziło, ale prawdziwą grozę poczuli obecni w pałacu.

– Ale widzisz, wtedy właśnie przyszła notatka od ciebie.

– Ta spod archiwum?

– Owszem. Z tym że wrażenia nie zrobiła, bo napisałaś ją tym waszym żargonem. „Napotkałam wrogi element, doszło do starcia, efekt maksymalny”. Sama lepiej wiesz, jakie tam pierdoły wypisujecie.

– Na szczęście na miejscu był Nerva?

– Właśnie. On jedyny zrozumiał i wykazał się refleksem. No i zamienił się w aktora natchnionego.

– Wyobrażam sobie. Życie ratował.

– Zaczął grzmieć głośniej niż cesarz, że owszem, że cesarstwo znalazło się na skraju upadku, ale są jeszcze ludzie, którzy noszą miłość do niego i odwagę w sercu.

 

– To o nim samym?

– Nie. O tobie, kochana.

Taida wolałaby nie wnikać, w co zaczął ją wrabiać bezpośredni przełożony. Ale z drugiej strony ciekawość przeważyła.

– Co powiedział?

– Że owszem, Immsa zabito i Zamek nie mógł temu zapobiec, ponieważ jest skrępowany zbyt rygorystycznymi przepisami prawa. Ale są jeszcze ludzie, którzy widząc, że regulamin nie pozwala na obronę państwa, nie wahają się poświęcić własnej głowy i złamać obowiązujących reguł.

– Żeby go przesrało przez oczy. To wciąż o mnie?

– Mhm. Powiedział, że skoro państwo nie mogło ci pomóc, to łamiąc prawo, wynajęłaś prywatnych morderców i zastawiłaś pułapkę na zabójców Immsa.

Taida panowała nad twarzą. Pewnych rzeczy lepiej nie zdradzać nawet Marantis. A Nerva popełnił spore nadużycie. Twierdzenie, że wrogowie, którzy zaatakowali archiwum pod murami Syrinx, wracali właśnie od Immsa, nie było niczym poparte. I żeby sprawa mogła się mieć właśnie w ten sposób, było praktycznie niemożliwe. A przynajmniej skrajnie nieprawdopodobne. Cóż. Szef jednak ratował głowę. A właściwie głowy ich wszystkich.

– I co dalej? – zapytała.

– Powiedział, że właśnie dzisiaj na czele garstki najemników uderzyłaś na morderców, nie patrząc na ich miażdżącą przewagę liczebną, i wyrżnęłaś wszystkich do nogi. Bez sądów, bez przesłuchań, to była zemsta. Brutalna siła.

– O Bogowie – powtórzyła Taida już po raz trzeci tego dnia.

– No ale... – Marantis wzruszyła ramionami – takie właśnie męskie postawienie sprawy trafiło akurat do cesarza. Pewnie wyobraził sobie całą scenę. Na przykład ciebie z rozwianym włosem na barykadzie, własną piersią osłaniającą nasze biedne imperium przed zagładą – zakpiła delikatnie pierwsza nałożnica.

– Naprawdę przyjął to... – Taida ugryzła się w język, nie kończąc zdania. Gdyby powiedziała „za dobrą monetę”, to przecież znaczyłoby, że ktoś cesarza okłamywał.

– Owszem. Kazał sobie sprowadzić wszystkie zwłoki spod płonącego archiwum do pałacu. I kazał je porozkładać w wielkim ogrodzie dokładnie w takich pozach, w jakich umierali. A potem długo chodził pomiędzy trupami, przyglądając im się uważnie. To go bardzo uspokajało.

– A ranni?

– A rannych dobito, żeby nie ośmielili się burzyć kompozycji, jęcząc albo gdzieś pełzając.

– O kurwa!

– Ciiiii. – Marantis położyła palec na wargach Taidy. – Nie znasz dworu. Nie komentuj.

– Ale straciliśmy możliwość przesłuchania...

– Ciii! Bo ci nie powiem, co dalej.

Pierwsza nałożnica cesarstwa z przekory traktowała panią prokurator trochę jak małą dziewczynkę. A może nie z przekory? Może naprawdę polubiła Taidę i traktowała ją już jako prawdziwą koleżankę, z którą można droczyć się i bawić słowami?

– Dobra. Co dalej?

– Widzisz, Nerva odwalił kawał znakomitej roboty, umiejętnie rozgrywając każdą kartę. Ale tak naprawdę to wasze tyłki uratowała Kasjopea. Nieświadomie zupełnie, ale zawsze.

Taida żachnęła się nagle.

– A kto to jest Kasjopea? Znam tylko nazywaną tak konstelację gwiazd.

Marantis skinęła głową.

– Słuszny trop. Imiona potomków rodów władających Królestwem Troy od gwiazd są brane. Od konstelacji.

– I to kobieta stamtąd?

– Dziewczyna raczej, bo ledwie dwudziestkę osiągnęła. Ale owszem. Córeczka wielkiego księcia. Takiej nie podskoczysz ani nie olejesz, bo zbyt ważne dziewczę w ludzkiej hierarchii.

– Przecież wojna między naszymi krajami, a ona na pewno szpieg!

– Oczywiście, że szpieg. O tym już nawet na targach w Syrinx gadają. – Marantis po raz kolejny zakpiła z koleżanki. – Ale są przecież różne rodzaje szpiegów. I tacy, co w ciemnościach, po cichu się skradają, i tacy, co przy dźwiękach orkiestry brylują w pełnym świetle najlepszych sal balowych imperium. I nawet nie wiem, którzy bardziej skuteczni.

– A dlaczego mówiłaś, że to ona uratowała nasze tyłki?

– Przypadkiem to zrobiła. Widzisz, balu dyplomatycznego nie dało się już odwołać, bo zaraz by nasi wrogowie wiedzieli, że coś jest nie tak. No to podjęliśmy tę zastępczynię Archentara, a ponieważ miała listy uwierzytelniające od króla Troy, to nawet trzeba ją było przyjąć na prywatnej audiencji.

– Wiesz, co tam nastąpiło?

– Byłam przy tym, więc ty masz relację z pierwszej ręki.

– No? No?

– Cesarz listy przyjął, tytuł konsula dla szpiegowskiej siksy potwierdził, a potem, chcąc chyba wyładować na kimś swój zły humor, zapytał ją, w jakim mieście chciałaby konflikt przeczekać.

– Nie rozumiem.

– Wojna między nami, więc konsul nie może podjąć swoich obowiązków. Musi obrać sobie siedzibę, uzyskać naszą zgodę i czekać spokojnych czasów. Mój pan sądził pewnie, że młoda dyplomatka poprosi o Negger Bank albo Sonne, gdzie mogłaby z jednego balu na drugi się przenosić, i to jako atrakcja wieczoru, a on by łaskawie odmówił i posłał ją na zabitą dechami prowincję, gdzie psy dupami szczekają, a nie orkiestra do tańca przygrywa.

– Co wybrała Kasjopea? – Taidę ogarnęło jakieś niejasne podejrzenie.

– Poprosiła o Natares i tak zaskoczyła cesarza, że ten tylko zdołał zapytać: „Gdzie?!”.

– Gdzie?! – powtórzyła jak echo Taida.

– Spokojnie, spokojnie. – Marantis położyła dłoń na ramieniu koleżanki. – Twoim wielkim szczęściem było to, że wcześniej powiadomiłaś cesarza o twoich podejrzeniach wobec tego miasta. I pierwsza użyłaś jego nazwy w raporcie, twierdząc, że dzieje się tam coś dziwnego. I tylko dlatego kiedy Kasjopea wymieniła nazwę tego miasta, mój pan zdał sobie sprawę, że jego służby nie są takie całkiem do dupy. I że ty osobiście potrafisz uprzedzić go o pewnych faktach. – Marantis westchnęła ciężko. – I naprawdę tylko z tego powodu wam darował, kochana.

– Kasjopeo, bardzo ci dziękuję, szpiegu oślizły i wstrętny!

– Nie taki wstrętny – zaprzeczyła Marantis. – Śliczna dziewczyna.

Taida odpowiedziała uśmiechem.

– Lubię, jak moi wrogowie nie są paskudni. Zmierzę się z nią bez odrazy zatem.

Pierwsza nałożnica cesarstwa zaczęła się śmiać.

– Gdzie twoi ludzie? – zapytała po chwili. – Ci prywatni.

– Posłałam na skraj pustyni, żeby usunąć ich z wszystkich oczu. Czekają na rozkazy.

– No to wiesz, gdzie ich posłać.

– Wiem.

Taida odwróciła się na plecy. Nie opuszczało jej poczucie odrealnienia sytuacji, w jakiej się znalazła. Oto leżała na łożu, w którym sam cesarz oddawał się rozkoszy, i to w dodatku leżała tu razem z jego kochanką. Nie dość tego. To właśnie z jej ust dowiedziała się, że obcy szpieg, zamiast nastawać na nią samą, czyli na swojego naturalnego przeciwnika jako oficera na Zamku, ratuje jej życie. Czyż mogła gdziekolwiek na świecie zaistnieć bardziej oniryczna konfiguracja?

Zaraz.

Czego, do kurwy nędzy, wywiad Troy szuka w pierdolonym Natares?!


Zamek miał dwa rodzaje lochów. Jeden zwykły, zwany śmietnikiem, gdzie przetrzymywano ludzi, którzy już mieli wyrok i albo oczekiwali na jego wykonanie, albo trzymano ich po prostu dlatego, że byli świadkami w jeszcze innych sprawach, toczących się przed sądami cywilnymi, i chwilowo nie można ich było zutylizować. Siedzieli tam również członkowie grup przestępczych, z których nie wszystkich połapano, i śledczy przypuszczali, że ci już pod kluczem mogą się jeszcze kiedyś do czegoś przydać. Choćby w charakterze eksponatu pokazowego, by unaocznić dopiero co złapanym kolegom, czym kończy się korzystanie z gościny w kazamatach.

Drugi loch był zupełnie inny. Zwano go wydobywczym i przetrzymywano w nim wyłącznie ludzi bez wyroków, wobec których dopiero toczyło się śledztwo i którzy w mniemaniu oficerów prowadzących ich sprawy dysponowali wciąż wieloma istotnymi dla bezpieczeństwa państwa informacjami. Chwilowo nie chcieli podzielić się tymi informacjami z ekipą śledczych, ale ci byli cierpliwi i wytrwali. Nie stosowali tortur, karmili regularnie – choć nie przesadzali z jakością tego, co serwowali – nie bili nawet. Cele, kilku lub kilkunastoosobowe, znajdowały się pod stałą kontrolą straży, więc nie mordowano się tu, więźniowie nie okradali się wzajemnie i nie wytworzyli żadnej nielegalnej struktury. W lochu wydobywczym siedzieli albo ci, którzy w poprzednim swoim życiu byli bardzo ważnymi ludźmi, albo ci, od których potencjalnie zdobyte informacje traktowano jako bardzo ważne.

Taron należał do tej drugiej grupy. Prawdę powiedziawszy, nie miał pojęcia, co chcieli wyciągnąć z niego przesłuchujący oficerowie, poddawał się jednak wszystkim zabiegom spokojnie i bez emocji. Współwięźniowie z celi zdążyli już go zapewnić, że żadnej sali tortur nie ma w pobliżu, a na liście płac ekipy, która tu rządziła, nie ma kata. Tutaj pracownicy Zamku chcieli dowiedzieć się o czymś, co zdarzyło się naprawdę, a nie w fantazji udręczonego człowieka, który wymyśliłby wszystko, co mogło zadowolić oprawców.

Binh, oficer, który przesłuchiwał Tarona kolejny raz, nie miał w sobie nic z brutalności choćby strażnika. Gdyby nie wiek, przypominałby raczej entuzjastycznie nastawionego chłopaka z gimnazjonu, którego nigdy nie nużą zadawane raz po raz te same pytania.

– Wyjaśnij mi ponownie, jakim cudem udało ci się zejść z dachu, gdzie jak twierdzisz, przebywałeś, na sam dół budynku ogarniętego przez płomienie. – W głosie Binha nie było nawet cienia podejrzliwości, a na twarzy gościł wyraz w rodzaju: „uwierzę w każdą twoją odpowiedź, tylko powiedz cokolwiek”.

– Tak jak mówiłem. Kiedy udało mi się opuścić panią Taidę z dachu, wtedy zacząłem myśleć o własnym ocaleniu. A jedyna droga, która prowadziła na dół, wiodła przez schody.