Pułapka Tesli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gonitwa myśli. Co robić? Strzelać wokół i wezwać pół polskiej armii czy...?

Czy co?

Jej mąż wracał z wielką tacą. Nie był zdziwiony widokiem pistoletu. Uśmiechnął się.

– Jesteś wolna, jak mówiłem. – Zaczął rozkładać serwetki na podręcznym stoliku. – Zrobisz, co będziesz chciała.

– Nawet jeśli strzelę do ciebie?

– Strzelaj. Najwyżej zabijesz człowieka, który ciągle cię kocha. Jak wiesz.

Zagryzła wargi.

Jezus Maria! On ją naprawdę kochał. Teraz się przekonała. Zaryzykował straszliwie, angażując się do organizacji przestępczej. Dla niej. Zaryzykował życie i wolność. Dla niej. Kochał ją naprawdę. Dopiero teraz to zrozumiała. Patrzyła, jak układa serwetki.

– Kochanie?

– Tak, Anitko.

– Daj mi kartę win.

– Oczywiście.

– Aha. I jeszcze jedna prośba.

– Tak?

Podała mu GPS i pistolet.

– Wrzuć to do jeziora.



baj mężczyźni byli elegancko ubrani, nie przesadnie czy ostentacyjnie albo na pokaz, bez nowobogackiej nonszalancji, ale dało się zauważyć, że ich garnitury nie należą ani do tanich, ani do kupionych w jakimkolwiek sklepie. Ktoś z dużym wyczuciem i ogromnym doświadczeniem szył je na miarę.

Mężczyźni położyli na ławce dwie bardzo podobne do siebie walizeczki. Obie trochę staromodne, niczym się niewyróżniające. Obie jednak natychmiast podjęły ze sobą walkę. I nie był to bój o zwycięstwo czy choćby wywalczenie przewagi. Walizeczki po prostu zakłócały się wzajemnie i wszystko wokół w dość dużym promieniu. Jeśli więc ktoś w parku chciał coś nagrać, sfotografować cyfrowym aparatem, skorzystać z telefonu komórkowego, to stracił taką możliwość. A jeśli ktoś nosił rozrusznik serca i przechodził właśnie obok, to... miał wielkiego pecha.

Mężczyźni usiedli na ławce tak, żeby walizeczki ich dzieliły. Starszy z nich, wyglądający na jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć lat, uśmiechnął się szeroko.

– Widzisz, Dugan, to dobrze, że jesteś – zaczął rozmowę z amerykańską bezpośredniością, bez zachowania jakichkolwiek form grzecznościowych.

Wyraźnie nie spodobało się to jego o co najmniej połowę młodszemu rozmówcy.

– Po pierwsze mam na imię Dariusz. Po drugie w tym kraju osobom, które się nie znają, wypada używać takich form, jak „pan” lub „pani”.

– A od kiedy ciebie obowiązują polskie zwyczaje, Dugan?

– Jestem Polakiem.

– Tak – zgodził się Amerykanin, kiwając kpiąco głową. – Dugan Jovanovič. Typowe polskie nazwisko.

– Dariusz Jowanowicz. Czy ja wiem, czy takie typowe?

– I tak wszyscy wiedzą, że jesteś Rumunem!

– Serbem!

– A widzisz? Dałeś się złapać!

– Po prostu nie dał mi pan dokończyć. Moja rodzina istotnie pochodzi z Bałkanów. Z Serbii.

Amerykanin westchnął ciężko.

– Mam do ciebie prośbę. Może zrezygnujmy z tych „pan” i „pani” i porozmawiajmy jak ludzie. Na imię mi Carl i mam dla ciebie lukratywne zlecenie.

Jowanowicz wyjął z kieszeni marynarki nawilżaną chusteczkę. Wytarł nią twarz, a potem bardzo starannie obie dłonie.

– Alergia? – zapytał człowiek, który przedstawił się jako Carl.

– To też. Choć w tym przypadku bardziej nerwica natręctw.

– Współczuję. Sam cierpiałem kiedyś na alergię. Ale mi to skutecznie wyleczyli.

– Mojej nie da się wyleczyć. No dobrze – Jowanowicz nagle przeszedł na ton ugodowy. – Jakie zlecenie masz dla mnie, Carl?

Amerykanin wyraźnie poweselał.

– Chciałbym, żebyś wyeliminował jednego człowieka.

– Przykro mi. Nie jestem płatnym zabójcą.

– Oj, przestań. Zaraz mi wmówisz, że przyleciałem tu w ciemno, bez żadnego rozpoznania i bez dokładnego wywiadu na twój temat! Naprawdę przestań wygadywać takie bzdury.

– Nie do końca mnie zrozumiałeś, Carl. Ja owszem... zabijam ludzi. I, zgadza się, robię to za pieniądze. Ale nie jestem płatnym mordercą.

– A kim?

– Katem.

Amerykanin spojrzał na swojego rozmówcę zaciekawiony.

– Czego ja tu nie rozumiem?

– Ależ to proste. Odszukuję i przeprowadzam egzekucję ludzi, którzy zostali skazani na śmierć prawomocnym wyrokiem sądu. Prawomocnym! – powtórzył Jowanowicz. – Ale ludzie ci uciekli z więzienia, nigdy nie zostali ujęci albo... unikają egzekucji przy pomocy innych środków.

– To akurat rozumiem – powiedział cicho Carl. – Bardziej mnie interesuje, co robi zawodowy kat w Polsce, kraju, w którym nie ma kary śmierci?

– Polska nie ma też dostępu do Morza Śródziemnego. A archeologów śródziemnomorskich wykształciła tysiące. Niektórych wybitnych, o osiągnięciach światowego znaczenia.

– No tak, tak...

Amerykanin nie był ani mięczakiem, ani kimś, kogo można onieśmielić sposobem prowadzenia rozmowy. A jednak nie mógł utrzymać wzroku na twarzy Jowanowicza. Człowiek w wieku jakichś trzydziestu pięciu, czterdziestu lat, przebywający przecież choć trochę na zewnątrz, w promieniach słońca, powinien mieć jakieś zmarszczki, choćby mimiczne. A tu nic z tego. Nawet najmniejszej! Zupełnie nieruchoma twarz bez żadnego wyrazu wyglądała jakby przyklejona, jakby zajmował się nią doktor Frankenstein kompletujący ciało Jowanowicza po różnych cmentarzach. Znajomi pewnie żartowali, że to z powodu nadmiernej liczby operacji plastycznych. Ale nie... Amerykanin znał prawdę. Researcherzy dostarczyli mu wszystkie dane. Martwa twarz była wynikiem alergicznego porażenia, a sam właściciel doskonale ją wykorzystywał do rozkochiwania w sobie dziewczyn, dając im „odkryć”, że pod nieruchomą maską kryje się przecież tak bardzo wrażliwy chłopczyk. Podobno metoda niezwykle skuteczna.

– No cóż, a czy podjąłbyś się zabicia kogoś, na kim nie ciąży oficjalny wyrok wydany przez niezawisły sąd? Nie odpowiadaj na razie. – Amerykanin przerwał sam sobie, podnosząc gwałtownie rękę. – Na człowieku, którego poszukuję, ciążą winy, których konwencjonalny sąd pewnie by nie uznał. Mam jednak opinię gremium ludzi tak szacownych, że nie można mieć żadnych wątpliwości co do ich...

– O czym mówisz w tak zawiły sposób?

Carl westchnął ciężko.

– Czy zabijesz kogoś bez wyroku?

– Nie.

– A gdybyś był przekonany co do słuszności eliminacji tego człowieka ze względu na niebezpieczeństwo, które on może sprowadzić?

– Tak. Jeśli będę o tym przekonany.

– Rozumiem. No to ostatnie pytanie: czy jeśli nawet nie zechcesz wykonać wyroku, to jednak odszukasz dla mnie wskazanego człowieka?

– Tak.

Jowanowicz odpowiadał szybko, zwięźle i w sposób jednoznaczny. Amerykanin odetchnął z wyraźną ulgą.

– Mówią, że i zza grobu potrafisz wyciągnąć delikwenta.

– Nazwijmy to literacką przenośnią.

– Moi researcherzy chyba się nie mylili. Twierdzą, że jesteś najlepszy na rynku. A teraz, nawet po krótkiej rozmowie, jestem w stanie się z nimi zgodzić.

– Złudne wrażenie. Prawdopodobnie bierze się ze skojarzeń z moją nieruchomą twarzą, bo takie właśnie jest wyobrażenie płatnego mordercy. A w moim fachu to kalectwo jest tylko zbędnym utrudnieniem.

– Być może. Niemniej te opinie robią wrażenie.

– Czy dzięki tym opiniom kwota, którą przeznaczyłeś na zapłatę, będzie mnie satysfakcjonować?

– To już zależy.

– Nie rozumiem.

– Proste. To ty określisz kwotę, którą mam zapłacić.

Dłuższą chwilę Jowanowicz siedział w milczeniu. Hm. Takie zlecenia się nie zdarzały.

– To jest aż tak ważne? – podjął.

– Tak – tym razem Amerykanin był strasznie zwięzły.

– I chcesz mi zapłacić tyle, ile zażądam? Bez targowania? Bez znajomości nawet tej kwoty?

– Tak.

Znowu umilkli. Elektroniczne urządzenia na ławce walczyły ze sobą w ciszy. Spacerowicze wokół potrząsali swoimi telefonami, nie wiedząc, dlaczego nie działają.

– Kogo mam odnaleźć? – zapytał Jowanowicz.

– Twojego rodaka.

– Polaka? To mi bardzo nie na rękę.

Amerykanin potrząsnął głową.

– Z całym szacunkiem dla twojego wyboru swojej nowej ojczyzny... Ja też jestem Amerykaninem dopiero od trzeciego pokolenia i rozumiem, co czujesz, ale... Miałem na myśli Serba.

– Kogo konkretnie mam odnaleźć i ewentualnie zabić?

– To Nikola Tesla.

Jowanowicz powoli odwrócił głowę. Siedział nieruchomo, patrząc gdzieś przed siebie. Cisza przedłużała się nieznośnie. W końcu Amerykanin nie wytrzymał.

– Czy nie przeszkadza ci drobna trudność polegająca na tym, że Tesla nie żyje od jakichś siedemdziesięciu lat?

– Nie.


Alexander Graham Bell odwrócił wzrok od okna, za którym wznosiły się dymiące kominy dwóch pobliskich fabryk.

– Cudowny widok. – Zapalił trzymane w ręku cygaro i pyknął kilka razy. – Cudowny.

– A cóż w tym widoku tak bardzo cię pociąga? – zapytał Marconi.

Włoch siedział w wiklinowym fotelu ustawionym tuż obok ciężkiego skórzanego fotela Edisona. Amerykanin niedosłyszał i należało mówić do niego bardzo głośno, a z kolei przybysz z Europy przeziębił sobie gardło na Atlantyku i nie mógł krzyczeć. Dlatego posadzono ich blisko. Jedynie Bell był całkowicie zdrowy i słyszał wszystko doskonale.

 

– Co mi się w nim podoba? – Wskazał końcówką cygara kominy za oknem. – To znak, że kraj żyje! Że wszystko z nim w porządku i rozwija się prawidłowo. Lepiej niż Anglia!

– Bez szkockich kompleksów, proszę.

Bell nie dał się sprowokować i nie zaczął wyjaśniać skomplikowanych niuansów swego pochodzenia.

– Mam nadzieję, że już niedługo te dymy zasnują całe niebo nad Ameryką – powiedział tylko. – Nasz zdrowy duch wymaga zdrowego ciała gospodarki!

Marconi machnął ręką. Zdecydowanie wolał widok włoskich, nasłonecznionych stoków z winnicami i zapach ziół po zmroku niż industrialne krajobrazy zgeometryzowanej Ameryki. Ale obaj Jankesi bardzo mu imponowali. Szczególnie Edison, który stał się dla Marconiego wzorem wynalazcy o twardej ręce. Podobało mu się, jak tamten egzekwował brutalnie swoje prawa patentowe, nie wahając się użyć bojówkarzy z pałami do mordobicia, których eufemistycznie nazywał „detektywami”. Sam miał kłopoty patentowe i trochę się wstydził, że nie potrafi z nich wybrnąć prostą metodą Edisona.

– Tak... – westchnął. Jak każdy piskorz i tchórz był oczywiście zwolennikiem najbardziej brutalnych metod. – To co zrobimy z Teslą? Może jednak nasłać na niego detektywów?

Bell wzruszył ramionami.

– Każdy z nas, panowie, ma do niego szereg pretensji. – Zawahał się. – No, tak to nazwijmy, póki co. Póki nie znajdę lepszego określenia.

– Boisz się nazwać rzeczy po imieniu? – zapytał Edison. Jak każdy głuchawy mówił przesadnie głośno. Na szczęście dom, jeśli nie liczyć ochroniarzy, był zupełnie pusty.

– Jakich rzeczy?

– Każdemu z was coś ukradł.

– A tobie nie?

Edison spurpurowiał.

– Mnie nic nie ukradł! – krzyknął. – Ale tego oślizłego mądralę powinno się utopić w Niagara Falls! Z tym że ja mu to w twarz powiedziałem. Popatrzyłem mu w oczy, powiedziałem: „Won!” i na bruk! Rowy musiał potem kopać, żeby móc coś do gęby włożyć.

– A wojny o zmienność prądu?

Edison tylko się żachnął.

– Nie ukrywam, że jest moim wrogiem numer jeden – powiedział już w miarę spokojnie. – Ale niczego mi nie ukradł. I wam też niczego, to wyście kradli jemu.

– Coś niebywałego! – Bell aż wypuścił cygaro z dłoni. Na szczęście upadło na kamienny blat podręcznego stolika.

– Nie rozumiem twojego oburzenia. – Edison uśmiechnął się cynicznie. – A filtry szerokopasmowe to co? Piesek?

– Pierwsze słyszę. – Wynalazca telefonu zamyślił się i nagle zmienił zdanie. – Zresztą nie wiem, czym zajmuje się każdy pracownik AT&T.

– Ale co się dzieje w jej najbardziej tajnej części, w Bell Laboratories, już wiesz, prawda?

Bell nie chciał kontynuować wątku. Tym bardziej Marconi. Źle reagował po prostu na takie słowa, jak: kradzież patentu, roszczenie, mistyfikacja i takie tam. Zwyczajnie bał się kolejnej afery. Szczególnie po tej z kohererem dla włoskiej floty, gdzie udowodniono Marconiemu złodziejstwo, albo po tym, jak ujawniono mu kłamstwo w sprawie pierwszej transatlantyckiej transmisji radiowej. Szczególnie kiedy jakiś impertynent wytknął, że podczas tej historycznej chwili nadajnik i odbiornik nie były nawet zestrojone na tej samej częstotliwości. Cham! A kogo obchodzi częstotliwość? Kogo obchodzi, kto jest naprawdę ojcem wynalazku? Włochowi udowodniono, że naruszył prawa Lodge’a na przykład. No i co z tego? Kto na całym świecie wie, kim jest Lodge? Nie chciano mu opatentować radia, mówiąc, że to patenty Tesli właśnie. No i co z tego? Kwestia cierpliwości, podczas kolejnej, którejś tam próby radio opatentowano pod jego nazwiskiem, a Tesla procesuje się do dziś. Bez znaczenia. I choć Marconi czuł pod skórą, że ten proces przegra, jednak miał niezachwianą pewność, że to on właśnie w każdej encyklopedii, w każdej szkole, gdzie będą tego uczyć, zostanie wymieniony jako twórca radia. Ludzie są głupi. Niczego nie wolno im tłumaczyć, wystarczy powtarzać tylko: „To ja, to ja, to ja!”.

Niemniej osad niepewności pozostawał.

– No i co tak zamilkłeś? – Edison prawie krzyknął mu do ucha. Sam też miał spore problemy z uznaniem autorstwa różnych wynalazków i często mu to wypominano. Z uwagi jednak na „detektywów” z tęgimi pałami wypominano nie za głośno i raczej z daleka.

– Nie da się ukryć, że wszystko, czego się ten bydlak dotknie, zamienia się w realnie działające urządzenie.

– Szczególnie promienie śmierci – mruknął Bell. – To udało mu się wyjątkowo.

– Żebyś nie wypowiedział w złą godzinę.

– A tam, a tam... I tak nie ma jak sprawdzić, czy to działa. Tesla jest mitomanem!

– A promienie kosmiczne, energia za darmo i darmowe jej przesyłanie?

– No? Właśnie? – Bell wycelował we Włocha końcówką cygara. – Masz energię za darmo? Czy nadal musisz za nią płacić?

– Ja nie płacę! – powiedział donośnym głosem Edison. – Mam własną elektrownię.

– Cicho, stary pierniku. – Bell niechcący zaciągnął się cygarem do samego dna płuc i zaczął kaszleć.

– Co?

– On mówi, że ci zazdrości – Marconi twórczo zinterpretował uwagę kolegi.

– A. Wszystko trzeba mieć własne. Wszystko. Inaczej wejdą ci na głowę.

– Tak, tak...

Bell podszedł do stołu pod oknem. Napełnił szklankę wodą z karafki. Pił długo, powoli, aż poczuł ulgę.

– Słuchajcie, panowie. – Odwrócił się do nich przodem. – I co robimy?

Edison wzruszył ramionami.

– Jeśli to prawda, co mówisz o Tesli, to trzeba go powstrzymać.

– Guglielmo, a ty?

Włoch wzruszył ramionami.

– Z jednej strony to kusząca perspektywa. Ale... – zawahał się. – Jeśli to prawda, co nam powiedziałeś, to... – nie wiedział, jak ubrać myśli w słowa. – Będzie miał władzę, jakiej... – i znowu nastąpiła pauza. Tym razem dużo dłuższa. Potem Marconi poderwał gwałtownie głowę. – Trzeba go powstrzymać.

– On buduje wieżę – powiedział Edison. – Ty się lepiej na tym znasz.

– To pewnie jakaś antena.

– Taka ogromna?

– Ja też budowałem ogromne wieże.

– Ale ta jest jakaś dziwna. Ma kształt monstrualnego grzyba.

Marconi rozłożył ręce, nie chcąc podejmować dyskusji na ten temat.

– Skupmy się na najważniejszym.

– Dobrze – zgodził się Bell. – To coś może naprawdę dać mu władzę nad czymś, nad czym człowiek władzy mieć nie powinien.

– W żadnym razie – przytaknął Edison. – Jutro będę miał zeznania człowieka z jego budowy.

– No i co on ci powie?

– Powie nie mnie, tylko moim detektywom. Miał pecha i wpadł trochę przy karcianym stoliku. Więc powie wszystko, o co moi ludzie go zapytają.

– Dobrze. Ustalmy zatem listę pytań.

Bell podszedł do biurka ustawionego w wykuszu pokoju. Zapalił lampę, zajmując miejsce w fotelu bez poręczy. Nawet on nie mógł się ciągle przyzwyczaić do tego „pstryk i już”, które dawała żarówka. Nie marzył oczywiście o powrocie do lamp naftowych, ale trochę tęsknił do nastroju tajemniczości, z którego elektryczność odarła wszystkie wnętrza. Wziął papier i ołówek.

– Będę waszym sekretarzem – powiedział.

– Czekaj, czekaj, czekaj... Trzeba się gruntownie zastanowić. – Edison potrząsnął głową. – No i niech Guglielmo odzyska dobry humor, bo nie mogę siedzieć przy ponuraku.

– Jestem tylko zaziębiony!

– Akurat.

– Co? – Bell podniósł wzrok znad biurka. – Znowu cię ktoś męczy, że mu patent ukradłeś?

– A tobie to się nigdy nie zdarzyło?

– Oj, zdarzyło, zdarzyło... Ale sobie poradziłem. Wszyscy ci, co byli w urzędzie patentowym „dosłownie pół godziny przede mną”, godzą się właśnie z własnym ubóstwem. Ha, ha... udowodniłem, że przybyli pół godziny po mnie!

– Nic, tylko zazdrościć.

– Twardym trzeba być. A najbardziej męczył mnie jeden Szwed czy Norweg. Ericsson.

– Też wynalazł coś przed tobą?

– Nie, ale tak nastawił przeciwko mnie Siemensa, że moje interesy w Europie prawie szlag trafił.

– No i co?

– Jak to co? Tak urządziłem tego Ericssona, że już nigdy z nikim nie zrobi interesu ani w Europie, ani w Stanach! Teraz będzie robił interesy z... – Bell nie mógł się skupić. – Jakie państwo pozbawione jest techniki, technologii i jakichkolwiek własnych wynalazków? Jakie państwo na świecie jest najbardziej pogardzane pod względem rozwoju?

– Japonia – podpowiedział Marconi.

– No to Ericsson, on sam, a nawet jego dzieci i jego wnuki będą odtąd robili interesy wyłącznie z Japończykami!


Jowanowicz odłożył trzymany w ręku telefon marki Sony Ericsson. Aparat zdążył się już porządnie nagrzać – tak długo rozmawiał z różnymi ludźmi. Niestety. Wiele rozmów, niewielki rezultat. Zastanawiał się, do kogo jeszcze powinien zadzwonić.

Sprawa zaczęła go wciągać. Odnaleźć i – jeśli uzna za stosowne – zabić człowieka zwanego Nicola Tesla. Doskonale wiedział, że propozycja Carla jest poważna i, co najważniejsze, możliwa do realizacji. Oczywiście sprawdził Carla, na ile mógł. Wypytał innych. Na ile mógł. I wszystko wskazywało na to, że za zleceniodawcą stoją naprawdę gigantyczne pieniądze. I rzeczywiście tamten jest w stanie zapłacić mu, ile tylko zażąda.

Jowanowicz czuł ciepło, które rozpływało się po całym ciele. Czuł, jak w żyłach buzuje adrenalina. To nie było zwykłe zlecenie. To było wyzwanie. Westchnął głęboko.

Carl nie był idiotą i nie zlecałby czegoś, czego zrobić się nie da. Nie trwoniłby pieniędzy na nieziszczalne sny. No ale Tesla, którego ma znaleźć, nie żyje. Jak więc ma go odnaleźć? Właściwie to proste. Powinien sam umrzeć.

OK, OK, OK. Wstał szybko i przeszedł do kuchni. Byle tylko nie podniecać się samymi słowami. Łatwo się napompować, kiedy jest się samemu w domu. Samonapędzanie może każdego załatwić. Włączył olbrzymi ekspres. Syk pary skraplającej się w pojemniku ze świeżo zmieloną kawą zawsze działał uspokajająco.

Z filiżanką w ręku podszedł do panoramicznego okna. Przeczytał o Tesli właściwie wszystko, co dało radę uzyskać dzięki wujkowi Google. Genialny wynalazca, właściciel ponad trzystu patentów, poczynając od silnika elektrycznego, prądnicy, radia, pilota i zdalnie sterowanych urządzeń, świetlówek oraz całej masy urządzeń, które działają do dziś w prawie niezmienionym kształcie. Człowiek cierpiący na rozmaite alergie, nerwice natręctw, tak wrażliwy na wszystkie zmiany w otoczeniu, że sam siebie nazywał najdoskonalszym instrumentem pomiarowym. Tesla po prostu czuł pewne procesy elektryczne, widział je w pewnym sensie. Nie mając żadnych przyrządów naukowych ani możliwości wzniesienia się tak wysoko, przewidział nawet właściwości jonosfery. Współcześni badacze, dysponujący już „wszystkim, co potrzeba”, potwierdzili to, co badacz... zobaczył? Poczuł? Przewidział, bo wynikało to z jakiejś jego nieopublikowanej teorii?

Naukowcy do dziś korzystają z prac Tesli, które są ciągle aktualne. Żeby wspomnieć choćby o projekcie HAARP.

Cholera wie. Serb urodzony w Chorwacji. Miał być księdzem.

Rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Jowanowicz zrobił kilka kroków, podniósł komórkę i zerknął na wyświetlacz. Komputer nie identyfikował połączenia, a numer nic mu nie mówił.

– Tak?

– Dzień dobry. Tu Lucy Westinghouse.

Pierwsze skojarzenie, bo przed chwilą intensywnie myślał o śmierci, było takie, że to zmarła tragicznie brytyjska piosenkarka Amy Winehouse dzwoni zza grobu. Ale nie. Przypomniał sobie. Westinghouse. Zwiedził kiedyś elektrownię wodną, tu, na Dolnym Śląsku. Inżynierowie na początku wieku elektryczności przewiercili całą górę i w jej wnętrzu skonstruowali wodospad będący siłą napędową całej maszynerii. I tam właśnie stały oryginalne urządzenia Westinghouse’a. Staroświeckie, ze szklanymi smarowniczkami, które trzeba było ręcznie napełniać olejem, pracujące bez żadnej awarii do dziś.

– Słucham.

– Pan mnie nie zna. Ale wydaje mi się, że z racji pańskich obecnych zainteresowań dobrze by było, gdybyśmy zawarli znajomość.

No tak, można było się spodziewać. Dzwonił do ludzi z połowy Europy, wypytywał w dwóch sprawach, ktoś musiał zwrócić na to uwagę. Nie krył się przecież specjalnie, nie zacierał śladów, bo niebezpieczeństwa nie było. Któż bowiem mógł go oskarżyć o próbę zabicia człowieka, który nie żyje od ponad siedemdziesięciu lat.

– W czym mógłbym pani pomóc?

– Och, niech pan nie będzie taki oficjalny. – Mówiła piękną angielszczyzną bez bulgoczących amerykańskich nalotów. Musiała studiować w Europie, pewnie na Wyspach. – Mój przodek, George Westinghouse, był bliskim przyjacielem Tesli. Można powiedzieć, że nawet jedynym.

 

Odruchowo skinął głową, choć nie mogła tego zobaczyć.

– Tak, czytałem o nim. Był jedynym, który pozostał przy Tesli, kiedy zaczęła się nagonka na niego i całe to szczucie.

– Miło mi, że pan to wie. To co? Spotkamy się i porozmawiamy?

– Chętnie. Proszę tylko powiedzieć, czego dotyczyć będzie rozmowa. Chciałbym się przygotować.

Roześmiała się. Musiała być bardzo młoda. Miała dziewczęcy głos i jeszcze nastoletnią zdolność do wybuchania śmiechem.

– Będziemy rozmawiać o piosenkarce, którą nazywają Lady Gaga.


Jak na wielkość basenu, który dało się wykorzystać i nie szukać zbyt daleko, statek był dość duży. Jego śruba napędzana z akumulatora ukrytego w szczelnej skrzynce nadawała mu zbyt wielką szybkość, utrudniając manewry w tym miejscu. Stojący na brzegu Tesla sprawnie jednak posługiwał się trzymanym w rękach pilotem z długą anteną. W lewo, w prawo, w lewo, w prawo – statek ani na chwilę nie zbliżył się do krawędzi basenu.

George Westinghouse podszedł do operatora monotonnie obracającego korbę kamery. W lewo, w prawo – urządzenie na statywie mimowolnie powtarzało ruchy modelu na wodzie.

– Niebywałe – mruknął. – Jak on to robi?

Tesla usłyszał i uśmiechnął się szeroko.

– To pilot radiowy.

– I sygnałem radiowym, który... – Westinghouse nie mógł znaleźć właściwego słowa. – Który przecież tak naprawdę nie istnieje fizycznie, steruje pan statkiem? Beż żadnych linek, bloczków?

Tesla dał znak kamerzyście, że to już koniec sesji, i wyłączył swoje urządzenia. Jednym pyknięciem, bez żadnych linek. Model na wodzie zwolnił od razu i lekko, pchany wyłącznie siłą rozpędu, po raz pierwszy uderzył w brzeg.

– Niebywałe – powtórzył Westinghouse. – Takie urządzenia zawładną przyszłością... No nie, nie – przedsiębiorcy od razu wróciło poczucie rzeczywistości i orientacja w sprawach handlowych. – Takim pilotem zrobi pan wrażenie na widzach w cyrku. I owszem. Ale to żadne pieniądze, zapewniam. Żyły złota z tego nie będzie.

– Wszystko mierzy pan w skali biznesowej?

– Ja tylko ustawiam rzeczy na właściwych miejscach skali. No, robi wrażenie ten pański pilot, robi. Ale ja potrzebuję czegoś, co przeciętny Amerykanin wykorzysta bezpośrednio, u siebie, w swoim domu. To są pieniądze.

– Dlatego prąd elektryczny, a konkretnie, jego produkcja tak pana interesuje?

– A tak. Największe pieniądze zarabia się na tym, co każdy człowiek musi robić codziennie. A najwięcej zarabia się na człowieku, który wieczorem siedzi we własnym fotelu i zaczyna się nudzić. Tak właśnie!

– On siedzi we własnym fotelu, a pan na nim zarabia?

– Otóż to. Chciałby przeczytać gazetę, więc ja mu sprzedam prąd elektryczny do jego lampy. Chciałby posłuchać radia? Ja mu sprzedam tę możliwość. Pieniądze się robi, kiedy on siedzi we własnym fotelu, w bezpiecznym otoczeniu i jest bezbronny.

– Bezbronny?

– W sensie, że nie wie, jak i którędy pieniądze uciekają mu z konta. Pije kawę, sączy koniak, ćmi cygaro, a przecież w chwili kiedy to robi, za nie nie płaci.

– A, teraz rozumiem. Chodzi o ciągłość potrzeb?

– Otóż to. On codziennie potrzebuje prądu, kawy, gazety i cygara. A pański stateczek zobaczy raz w cyrku i już. Raz zapłaci i już. Żaden interes.

– Za pomocą tego pilota można sterować różnymi urządzeniami.

Westinghouse zaprzeczył gwałtownie:

– Ja potrzebuję czegoś, co może wykorzystać człowiek siedzący wieczorem na kanapie. A do czego człowiek rozwalony na miękkich poduszkach wykorzysta pańskiego pilota? Eee, to się nie przyjmie.

Operator, który kończył właśnie składać swój sprzęt, postanowił włączyć się do rozmowy.

– A ja bym chciał mieć stateczek kierowany niewidzialnymi sygnałami – powiedział.

– A ma pan basen, żeby go puszczać? – skontrował od razu Westinghouse.

– Nie. Ale mogę puszczać na rzece.

– Prąd go panu zaraz porwie. A to dość kosztowny model.

Operator nie dawał za wygraną:

– Ale tym można by sterować i innymi urządzeniami.

– Pilotem? – Westinghouse tylko potrząsał głową.

Tesla złożył właśnie antenę. Pomógł operatorowi umieścić w specjalnej uprzęży na plecach pudło ze sprzętem. Pożegnali się, ustalając, kiedy będzie można zobaczyć wywołany film. Kiedy tamten odszedł, Tesla podszedł do Westinghouse’a.

– Mam wrażenie, że wyprzedzam swoją epokę.

– A to z całą pewnością – zgodził się natychmiast przedsiębiorca.

– Ale ja nie w tym sensie. Mam wrażenie, że robię coś i ciągle jest za wcześnie. A przecież sam nie wyprodukuję i nie wymyślę wszystkiego. A ciągle robię wszystko sam.

– Wiem, wiem. W zakładach produkcyjnych dogląda pan wykonania każdej części. Rysunki dla pana nie istnieją. Wszystko z robotnikami osobiście.

Tesla ruszył w stronę domku letniskowego.

– Nie o tym mówiłem. Nikt nigdy nie zrozumie moich najważniejszych zamierzeń. Ale też i nie o to mi chodzi.

– A o co?

– Żałuję, że nie urodziłem się sto lat później. W czasie, kiedy będzie istnieć technologia, która umożliwiłaby realizację moich pomysłów. A nie jak teraz, że sam muszę sobie wszystko młotkiem wykuć. Element po elemencie i nie wystarcza czasu na rzeczy najbardziej istotne.

Westinghouse najwyraźniej zrozumiał, co wynalazca do niego mówi.

– No tak, tak – mruknął. – No i co z tego, że Heron w starożytnej Grecji wiedział, o co chodzi w maszynie parowej, skoro nie było żadnej technologii, która umożliwiłaby mu produkcję kolei żelaznej.

– Właśnie! Trafił pan w sedno sprawy. – Tesla był pod wrażeniem przenikliwości przedsiębiorcy. – A ja nie chcę być Heronem. Chcę być Wattem!

Westinghouse uśmiechnął się ciepło.

– To proszę zdać się na mnie – powiedział.

– Przeniesie mnie pan sto lat w przyszłość?

– Nie, nie, nowej epoki technologicznej panu nie ziszczę. Lecz pomogę we wszystkich kłopotach, które pana nękają.

Domek letniskowy okazał się właściwie dużym szałasem. Ale dobre i to. Zima nie była szczególnie mroźna, jednak dokuczliwy wiatr od dłuższego czasu dawał się we znaki ludziom przebywającym na powietrzu. A w środku może nie było luksusów, ale trzaskający w kominku ogień dawał natychmiastowe poczucie ulgi.

– Proszę. – Tesla gestem wskazał wiklinowe fotele. – Zaparzyć kawy?

– Nie, dziękuję. Wolałbym whisky.

– No niestety.

– Ja zawsze mam ze sobą. – Westinghouse wybawił gospodarza z kłopotu, wyjmując z wewnętrznej kieszeni płaszcza wielką srebrną piersiówkę. – Znajdzie pan szklaneczki?

Tesla znalazł jakąś szklankę. Zwykłą, od herbaty. Przedsiębiorca jednak przywykł do radzenia sobie z przeciwnościami.

– Przyszedłem tutaj, żeby powiedzieć, że nie wszyscy ludzie pana nienawidzą. Są też tacy, którzy zdają sobie sprawę, że ktoś prowadzi przeciwko panu bezprecedensową nagonkę.

Tesla uśmiechnął się smutno. Wziął jabłko z podręcznego stolika i zaczął je wycierać jedwabną szmatką z niezwykłą skrupulatnością. Westinghouse przy okazji zauważył książkę, która leżała na stoliku, tuż przy paterze z jabłkami. Mity greckie. Hm.

– Chciałbym też – podjął po chwili – dowiedzieć się, czego oni od pana chcą?

– Oni?

Tym razem uśmiechnął się Westinghouse.

– Teoretycznie American Telephone and Telegraph. A w praktyce kilku ludzi, którzy sprzysięgli się przeciwko panu. Marconiego, złodzieja pańskich patentów, mogę zrozumieć. Thomasa Brutala Zazdrośnika Edisona również. Ale co ma do pana Bell?

– Czy w swoich rozważaniach doszedł pan do jakichś wniosków?

– Albo chcą znowu ukraść panu jakąś nową technologię, albo czegoś się boją. W każdym razie wszystkie pańskie problemy biorą się z podstępnych działań tych ludzi.

– Moje problemy biorą się z potęgi AT&T skierowanej przeciwko mnie.

Westinghouse roześmiał się i pociągnął ze szklanki solidny łyk whisky.

– Potędze AT&T zawsze można przeciwstawić inną potęgę – powiedział, walcząc z kaszlem.

– Jaką?

– Western Union! I co pan na to?

Zapadła cisza. Tesla skończył wycierać swoje jabłko. Odłożył ściereczkę i sięgnął po mały nóż o krótkim ostrzu. Powoli i metodycznie zaczął obierać skórkę.

– Czego pan chce w zamian za poparcie Western Union?

Westinghouse postanowił być szczery.

– Poza doraźnymi zyskami z wdrażania pańskich pomysłów w życie chcę... – dramatycznie zawiesił głos, ale zaraz uśmiechnął się do siebie. Nie był dobrym aktorem. – Chcę technologii, której pożądają tamci!

– A nie przestraszy się pan? Oni... bardziej chcą mnie usunąć, niż coś ukraść. Choć na pewno woleliby jedno i drugie.

Przedsiębiorca nalał sobie nową porcję trunku. I wychylił go równie szybko jak poprzednio.

– Zapewniam pana, że dzięki mojej opiece przeżyje pan ich wszystkich. I to w dobrym zdrowiu.

Tesla skończył obierać jabłko. Teraz odkrajał z niego malutkie kawałeczki, które mógł wkładać do ust i żuć, nie przerywając dyskusji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?