Pułapka Tesli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystko podawał przez okienko w kracie, a ona odbierała oszołomiona. Potem dorzucił jeszcze lekarstwo na kaca. Kilka wielkich białych pastylek z małym soczkiem, który miał przyklejoną rurkę do kartonu.

– Wiem, że to nie będzie dla pani łatwa noc. Rzeczywiście najlepiej się upić – westchnął. – Ale pragnę panią zapewnić, że nie stanie się pani żadna krzywda. Nikt pani nawet palcem nie dotknie. A już niedługo odzyska pani wolność. Cała i zdrowa wybierze pani taką przyszłość, jaka będzie najlepsza.

Popaprańcy od UFO! To była pierwsza myśl Anity. Czekają na jakąś kometę i pomordują wszystkich. To będzie ta wspaniała przyszłość. To była druga myśl. Pozabijają wszystkich, chcąc żyć w „bożym świecie”. Trzecia myśl okazała się jeszcze gorsza. Natchnieni kapłani jakiejś bogini, która każe im składać ofiary ze swoich branek. Będzie musiała rozłożyć nogi na jakimś ołtarzu, a przed nią ustawi się kolejka żałobników. I rzeczywiście nie dotkną jej palcem. Palcem nie. Czymś innym – owszem. Nawet poczuje to coś we własnym wnętrzu. Po co czytała te wszystkie policyjne raporty? Po co czytała? Boże! Przyjedzie tutaj brygada antyterrorystyczna i zacznie się taka jatka, że nikt żywy nie wyjdzie. Spalą pół budynku, wysadzą resztę. Przecież znała chłopaków. Boże! Boże. Boże... Nie chciała umierać od kul kumpli. A kiedy się zacznie, to koledzy będą siać po wszystkim wokół jak leci – nie mieli przecież wystarczających pieniędzy na szkolenia strzeleckie.

Mężczyzna, widząc jej konfuzję, znowu odwrócił wzrok.

– Pragnę powiedzieć, że naprawdę nic się pani nie stanie. Proszę mi uwierzyć. Nic się pani nie stanie. – Zawahał się. – Ale wiem, że pierwsza noc nie jest najlepsza na dyskusję. Trzeba odczekać parę ładnych dni, żeby móc porozmawiać.

– Ile kobiet tu trzymacie?

Potarł nos.

– Najdziwniejsze jest to, że nikogo poza panią teraz nie trzymamy.

– Aha. Są tu z własnej woli?

Ukrył twarz w dłoniach.

– Bo są tutaj – indagowała. – Prawda?

– Tak. Są. – Kiwnął głową.

– I co z nimi robicie?

– Nic nie robimy. Są tu z własnej woli.

– I chciałby pan, żebym w to uwierzyła?

Wzruszył ramionami.

– Proszę pani. Pierwsza noc to naprawdę nie jest najlepszy moment do poważnej rozmowy. Zapewniam jeszcze raz, że nic się pani nie stanie i już niedługo odzyska pani wolność.

– To dlaczego żadna z porwanych kobiet nie wróciła do domu?

– Nie dzisiaj. Proszę, nie dzisiaj. Dobranoc. – Na odchodnym odwrócił się jeszcze na chwilę. – Gdyby czegoś pani potrzebowała, to nad łóżkiem jest czerwony przycisk. Ktoś z obsługi natychmiast przybiegnie i spełni pani życzenia.

Patrzyła zbaraniała, jak odchodził.

– Czy mogę zobaczyć swojego męża? – krzyknęła.

– Naprawdę nie dzisiaj – powtórzył. – Dobrej nocy życzę. Choć pewnie nie będzie za dobra.

Szarpnęła za kraty, ale on już odchodził. Wściekła i rozdygotana odwróciła się w kierunku małego okna. Nie było żadnych krat, lecz domyślała się, że to pancerna szyba. Zresztą zza okna nie dochodził żaden dźwięk. Musiało mieć kilkanaście warstw. Nalała sobie kieliszek finlandii. Wypiła, zagryzła tartinką z kawiorem i rozejrzała się po niewielkiej celi. Albo ją mylił wzrok, albo cela miała drzwi. Podeszła do nich zaintrygowana. Wiedziała, że są zamknięte, jednak z czystej przekory szarpnęła za klamkę.

Szok! Były otwarte. Weszła do ogromnego apartamentu. Zamurowało ją dosłownie. Raz w życiu widziała coś takiego. W apartamencie dla VIP-ów w hotelu. Gdy współpracowała z ochroną prezydenta Rzeczypospolitej podczas akcji we Wrocławiu. Podobno był tylko jeden tej klasy apartament i zwykłym ludziom go nie wynajmowano. No chyba że ich konto w banku miało ponad sześć zer. Mięciutkie skórzane sofy, eleganckie dywany, dyskretne światło. Po prawej gabinet do pracy. Laptop, komplet papeterii, wygodny fotel, jej ulubione przyrządy do pisania – czyli staroświecka, poniemiecka maszyna i wieczne pióro. Obok garderoba. Zszokowana otwierała szafy. Sukienki, dżinsy, bojówki, bielizna nocna. Dokładnie takie, jakie lubiła nosić. Z lewej strony łazienka. Wanna jak lotniskowiec. Tyle że lotniskowce rzadko mają jaccuzi na wyposażeniu. Kabina prysznicowa wielkości połowy jej mieszkania. Oczywiście telewizor, krzesełko przed rzęsiście oświetloną toaletką z kompletem kosmetyków do pielęgnacji. Anity nigdy nie byłoby stać nawet na połowę z nich. Tuż obok ubikacja. Jakby się ktoś uparł, to mógł zaparkować tu samochód. Na przykład volvo. Zmieściłoby się bez problemu, gdyby nie ogromny zestaw stereo, umieszczony tu chyba tylko po to, żeby w trakcie... no, w trakcie... w trakcie czynności, które się wykonuje w ubikacji, nie było nudno.

Przeszła dalej. Sypialnia. Ogromne łóżko z satynową pościelą. Na kołdrze leżała wykwintna koszula nocna, a obok do wyboru sportowa piżama. Na suficie telewizor plazmowy, żeby można było oglądać, leżąc. Rozmiary telewizora co prawda nie przypominały wielkością boiska sportowego, ale też, trzeba przyznać, niewiele mu brakowało. Tuż obok biblioteka. Rzędy książek na półkach, skórzany fotel, specjalna lampka na wysięgniku. Stolik uginał się pod zwałami kobiecych pism. Ale były też i poważniejsze. Wszystkie z ostatniego tygodnia. Sprawdziła dokładnie.

Po drugiej stronie znajdowało się coś w rodzaju oranżerii. Jakieś niesamowite rośliny, sprowadzone nie wiadomo skąd. Do tego panoramiczne okno. Słyszała świerszcze cykające na zewnątrz. Dotknęła szyby. Domyślała się, że też jest pancerna. A ten odgłos świerszczy? Przyjrzała się uważnie futrynie. Zauważyła dwa głośniki. A więc na zewnątrz musiał być mikrofon. Ona mogła słyszeć wszystko. Jej nikt. Pieprzona technologia!

Zajrzała jeszcze do podręcznej kuchni. Ta była stosunkowo mała. Dałoby się tu zaparkować co najwyżej fiata. A to z powodu lodówek wypełnionych, jak zerknęła, jej ulubionymi smakołykami. Masło czekoladowe, masło orzechowe, butelki z likierem owocowym, smażone kartofelki w sosie na zimno. Jej mąż dokładnie wiedział, co podkradała z lodówki podczas „złych dni” ich kilkunastoletniego małżeństwa.

Wróciła do salonu skołowana. Usiadła w rozłożystym fotelu i nalała sobie nowy kieliszek wódki. Kto porywał kobiety i umieszczał je w tak luksusowym więzieniu? Ze wszystkich swoich pensji nie uzbierałaby nawet na połowę wyposażenia tych pomieszczeń.

Co mogłoby skłonić dość sporą, jak sądziła, organizację do porywania kobiet i umieszczania ich w superluksusowych więzieniach? Kto za to płaci? Terroryści? Dlaczego więc porywają wyłącznie kobiety? Nalała sobie kolejny kieliszek wódki, wypiła i zakąsiła tartinką. O co tu chodzi? Przeszła do kuchni i zajęła się zapasami masła orzechowego, które wybierała srebrną łyżeczką wprost ze słoika. Kto mógł mieć takie finanse i opłacał teatralne porwania, wynajmował profesjonalistów? Przecież w żadnym raporcie nie czytała, żeby porywaczami były kobiety. Więc za każdym razem ktoś inny? Kto mógłby się w ogóle bawić w coś takiego? Mimo że miała, delikatnie mówiąc, nikłe zaufanie do sposobu działania jej resortu, to jednak w aktach powinno coś być.

Wypiła kolejny kieliszek wódki. Przecież nikt nie widział żadnych kobiet podczas akcji. Za każdym razem wynajmują kogoś innego? A ile może być profesjonalistów od porwań w Polsce? Czternastu? Pięćdziesięciu? Wątpiła w to. Zaraz... Zabójstwo Olofa Palmego, szwedzkiego premiera. Nigdy nie wykryto zabójców. Przypomniała sobie. Malutka, ściśle zakonspirowana grupka skrytobójców, która odstrzeliła szwedzkiego premiera wychodzącego z kina. A jeśli Szwedzi wynajęli Polaków? Następna myśl. O Chryste! Przecież to niemożliwe. Jeśli istnieje szajka zabójców-porywaczy, to za Chiny Ludowe jej męża nie byłoby stać na ich usługi. Nie było go stać nawet na nowy dywan do przedpokoju. A poza tym po co miałby się mieszać w porwania kilkudziesięciu kobiet? Nie, to nie on. A przecież go widziała. Gonitwa myśli. Nalała sobie kolejny kieliszek. Dobrała się do zapasów łososia w lodówce. Wzięła łyżkę i słoik z masłem orzechowym. Dodatkowo lody z kremem i parówki na zimno z sosem Kim-Lan.

Olof Palme. John F. Kennedy. Za każdym razem nikt nigdy nie odnalazł sprawców.

Następny kieliszek. Zawsze komuś się uda pozostać nieodkrytym. Ale... przecież jej mąż nie mógł opłacić usług profesjonalistów. Nie mógł opłacić nawet czynszu!

Następny kieliszek. Porcja kremu bananowego, bo była naprawdę zdenerwowana.

Następny kieliszek.

Następny kieliszek.

Następny...


Obudziła się rano z potwornym bólem głowy. Długo nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest. Później, kiedy sobie uświadomiła porwanie, poczuła potworny ucisk w żołądku. Popędziła do ubikacji. Potem włączyła stereo i poszukała stacji informacyjnej. Była ciekawa, czy już podają wiadomość o jej porwaniu. Nie podawali. Wkurzona zjadła trochę „podręcznych” słodyczy, które leżały na tacach, później wzięła prysznic. Ubrała się w bojówki, wojskowe buty i angielską lotniczą kurtkę. Było jej za gorąco, ale w takim stroju czuła się bardziej wojownicza. Podkręciła klimatyzację na „duży minus” – czyli jakieś osiemnaście stopni. Zjadła kilka czekoladek. Papieros, kawa.

– Proszę pani! – rozległo się stłumione wołanie. – Proszę pani! Śniadanie!

Przeszła do pokoju z kratami, połączonego z korytarzem.

Ten sam mężczyzna, który „witał” ją wczoraj, przywiózł wielką, a nawet wielopiętrową tacę na kółkach.

– Na co pani ma ochotę?

Była tak zdenerwowana i w takim stresie, że miała ochotę pożreć wszystko. Łącznie z tym facetem.

– Dawaj jak leci.

– Dobrze.

Zaczął podawać przez okienko w kracie białą kiełbasę smażoną w cebuli, wędzone węgorze, kanapki z szynką, miseczkę z serami pleśniowymi, jajka w majonezie ze szczypiorkiem i koperkiem, parówki w ostrym, sądząc po zapachu, sosie.

 

Stawiała wszystko na podręcznym stoliku. Na kacu potrafiła być naprawdę głodna. Mężczyzna podał jeszcze piwo.

– Nie, nie chcę.

– Oj, przecież widzę. – Wskazał na głowę Anity i zacytował ludową mądrość: – Bo w tym jest cała rzecz... czym się strułaś, tym się lecz.

Właściwie miał rację. Otworzyła piwo w pierwszej kolejności. A potem, kiedy odszedł, zabrała się do reszty. Najpierw parówki, potem jajka i kanapki. Gdy zaspokoiła pierwszy głód, zjadła węgorze i sery pleśniowe. Choć nigdy przedtem tyle nie jadła, wciąż było jej za mało. No ale kac jest stanem, w którym organizm usiłuje odtworzyć zniszczone zasoby witamin i minerałów. Podeszła do podręcznej lodówki po kolejny słoiczek z masłem orzechowym. Zjadła cały. Potem puszka orzeszków i słone paluszki. Dopiła piwo i zrobiła sobie kawę. Zjadła do niej troszeczkę ciasta. Tylko troszeczkę. Czuła się zdecydowanie lepiej. Usiadła na sofie, usiłując poradzić sobie z własnym wnętrzem. Co oni tu wyrabiają? Jak długo będą ją trzymać? A może to jakiś wyrafinowany system chińskich tortur? Najpierw potrzymają w luksusie, a potem wrzucą do zimnej nory.

Mężczyzna, który ją obsługiwał, przyszedł jeszcze raz wczesnym popołudniem.

– Czy możemy pogadać?

– Jeszcze nie teraz, proszę. Roznoszę obiady. – Podał jej menu. – A wie pani, że król Ludwik, nie pamiętam numeru, jadł obiady złożone z szesnastu dań?

– Nie wiem.

– To był król Francji. Naprawdę z szesnastu. Na przystawkę był kurczak. Cały. Potem zupy, mięsiwa, dziczyzna, a potem desery. Facet potrafił zjeść cały tort.

– Nie interesuje mnie to.

– Jasne. Proszę coś wybrać. A tu jest karta win.

– Kiedy będę mogła zobaczyć męża?

– Nie wiem. Nie ja tu decyduję. Ale... – zawahał się. – Naprawdę nie stanie się tu pani żadna krzywda i naprawdę odzyska pani wolność. Daję na to słowo honoru.

– Mam w dupie twój honor!

– Wiem, że jest pani rozżalona i zdenerwowana. Przestraszona. Jednak proszę się nie martwić. Czy mógłbym wybrać coś za panią?

Otworzyła kartę dań.

– Może być „więzienna kaszka” – usiłowała zakpić, widząc pasującą nazwę.

– Ach! – Uśmiechnął się. – Doskonały wybór! To kasza sprowadzana z Afryki, dużo słoniny i boczku, wschodnie przyprawy, kawałki kilkunastu rodzajów mięs. Do tego sałatka obficie polana oliwą z oliwek. No i sosy. Miętowy, jeśli lubi pani kuchnię angielską, tak zwany tłusty, jeśli lubi pani kuchnię ukraińską, pikantny, jeżeli preferuje pani styl węgierski. Do tego jako przystawkę proponuję kołduny. Ale nie te gówna, które sprzedają w sklepach. Prawdziwy kołdun litewski jest wielkości pieroga ruskiego i pływa w towarzystwie trzydziestu kilku towarzyszy w sytnym rosole. Do tego oczywiście krokieciki. No i trochę wódeczki. Tak ciut-ciut dosłownie. A na deserek proponuję ciasto francuskie z marmoladą. I sok ze świeżych owoców z warzywami!

Pobiegł spełnić jej życzenia, a ona patrzyła oszołomiona. O CO W TYM WSZYSTKIM CHODZI? W to, że mają doskonałego kucharza, nie wątpiła. Zdążyła już poznać jego talenty. Tylko co chcą osiągnąć? Dosypać trucizny do doskonałego żarcia? Znała prostsze metody. Jeśli kogoś stać na takie luksusy dla porwanych, to naprawdę dałoby się to załatwić szybciej. Po prostu zastrzelić we śnie. I jaką rolę grał w tym jej mąż?


Mężczyzna pojawił się po upływie jakiejś półgodziny. Znowu z piętrowym stolikiem na kółkach. Zaczął podawać dania przez otwór w kracie. Potem owinięte w serwetki sztućce i wielką serwetę na kolana.

– Życzę smacznego! – Skinął Anicie głową. – A ponieważ znam przyzwyczajenia rodaków, to tu jeszcze na koniec... mizeria. Będzie pani smakowało.

– Nie wątpię.

Była naprawdę głodna. Zaczęła od kołdunów. Wyśmienite. Każdy rzeczywiście wielkości pieroga ruskiego. Paliły w usta. Z rozkoszą prawie wysysała z nich sos. Rosół też znakomity. Wypiła go z krokiecikami. Była najedzona i ociężała, ale też jedzenie przyniosło jakąś ulgę. Zabrała się do „więziennej kaszki”. To nie była żadna kaszka. Piramida na jej talerzu okazała się warta poematów. To przyrządzał mistrz. Istota natchniona, której nikt nie był równy. Popijała winem. Jezus Maria! Za taki obiad zapłaciłaby w restauracji jakieś tysiąc złotych. Jeśli gdziekolwiek istniała odpowiednio luksusowa restauracja. I jeśli kiedykolwiek zdecydowałaby się wydać połowę swojej pensji na jeden obiad. Wypiła trochę wódki. Zabrała się do sałatki, choć wydawało jej się, że już nic nie pomieści w żołądku. Nazwanie tego kucharza mistrzem było obrazą! Policzkiem niezasłużenie mu wymierzonym. On był pierwszym geniuszem wśród geniuszy. Nigdy w życiu nie jadła czegoś tak doskonałego i nawet o tym nie marzyła w najśmielszych snach. Jedzenie przypominało orgazm. Potem deser, wino. Była napchana do granic możliwości. Ale ten obcy facet miał rację. Jeszcze mizeria! MIZERIA!

Z największym trudem dobrnęła do łóżka. Runęła na nie i choć chciało jej się spać, włączyła telewizor plazmowy na suficie.


Anitę obudziło dwóch facetów, którzy błyskawicznie założyli jej kajdanki i knebel. Nie do końca rozbudzona wodziła przerażonym wzrokiem od jednego do drugiego.

– My bardzo przepraszamy, proszę pani. To tylko na chwilę, bo policja przyjechała. Gdy tylko odjadą, to zdejmiemy!

Wycofali się, a do niej powoli docierało. Policja! Jej koledzy! Znaleźli ją!

Pognała do oranżerii, gdzie znajdowało się panoramiczne okno.

Radiowóz był zaparkowany pod płotem. Jeden funkcjonariusz stał oparty o maskę, z ręką na kaburze. Zupełnie przepisowo. Drugi szedł w stronę domu. Jezu! Znała go! Krzysiek Zdziennicki. Przecież bywali razem na grillach, całymi rodzinami. Hurraaaa! Policja górą.

Krzysiek zmierzał w stronę wejścia. Patrzył wprost w jej jednostronnie przezroczyste okno, za którym stała. Gdyby mogła mówić, krzyczałaby: „Krzysiek! Krzysiek! Dopierdol im!”. Zwycięstwo, zwycięstwo, zwycięstwo! Klasyczna sytuacja, jeden gliniarz przy samochodzie, przy radiu, z ręką na spluwie, drugi idzie na patrol. Mają ich! Mają ich! Policja górą. Ale teraz ich załatwią.

Na spotkanie funkcjonariusza wyszedł jej mąż.

– No cześć, Krzychu – powiedział. Przecież znali się doskonale. Weekendowe grille, wspólne łowienie ryb. Imprezy w knajpach i kręglarniach. Kilkunastoletnie małżeństwo – jej były partner znał chyba wszystkich kolegów w komendzie.

– Cześć. Możemy gdzieś usiąść?

– Co? – udawał zaskoczonego. – Aż tak straszne wieści?

– No... może niezbyt miłe.

Usiedli na parapecie okna oranżerii. Widziała ich tyłki. Słyszała głosy. Sama nie mogła nic zrobić.

– Pamiętasz naszą ostatnią wyprawę na ryby? – podjął Krzysiek. – Mówiłem ci wtedy, że twoja eksżona jest podstawiona w akcji.

Jakieś straszne podejrzenie wykluło się w głowie Anity.

– Tak, pamiętam.

– No to teraz ta zła wiadomość. Wiem, że się nie lubicie. Ale... – zawahał się.

– Co się stało?

– Porwali ją. Cała policja szaleje.

– Znaleźliście coś? – Jej mąż przez chwilę patrzył na kolegę z poważnym wyrazem twarzy. – Nic?

– Boże, przecież mówiłem ci, jak łowiliśmy ryby, że ona ma GPS i pistolet z zapasowym magazynkiem. Nic nie powinno jej się stać!

Anita wyła. Boże, Boże, Boże! To Krzysiek powiedział jej mężowi, że miała GPS? Dlatego mąż złapał ją za prawą rękę? Dlatego. Dlatego, idiotko. Teraz myśl.

– No i wiesz. Ma pistolet i zapasowy magazynek.

Zamknij się, debilu! – wyła w myślach.

– Myślę, że ma szansę. Ma ten cholerny nadajnik. Gdy tylko dotknie przycisku, namierzamy ją w ciągu trzech sekund.

Zamknij się, kretynie!

– Miała to w torebce. Nie wiem, dlaczego nie użyła. Ale wolałem przyjechać sam do ciebie. Wolałem powiedzieć osobiście.

– Jasne, stary – zgodził się jej mąż. – Fajnie, że przyjechałeś.

Krzysiek skinął głową.

– Wtedy na rybach, kiedy ci wszystko powiedziałem... – zawahał się. – Nie sądziłem, że istnieje realne niebezpieczeństwo. Przykro mi. Wiem, że nie przepadaliście za sobą pod koniec – powtórzył. – Ale zawsze to ból. Porwali ją prawdopodobnie spod własnego domu.

– Dzięki, Krzysiek, że przyjechałeś. I masz rację. Nie lubiliśmy się. Jednak łączyło nas wiele wspólnych lat.

Anita w desperacji zaczęła walić głową w pancerną szybę. Miała skute na plecach ręce i knebel. Nie mogli jej słyszeć. Waliła więc głową aż do zamroczenia.

– Co tak stuka? – zdziwił się Krzysiek.

– Robotnicy kończą kanalizację – odparł jej mąż.

– Aha. – Policjant podniósł się ociężale. – No nic, Jasiek, trzymaj się. Będę cię informował o wszystkim.

– Dzięki, stary. Dziękuję ci, że przyjechałeś.

– Taki nasz obowiązek. A już szczególnie wobec przyjaciela.

– Wiesz co? Naprawdę już się nie kochaliśmy po rozwodzie. Ale zawsze żal.

– No pewnie. Nie martw się. Będę cię informował o rozwoju śledztwa. I pamiętaj, że ona ma pistolet i GPS w torebce, tak jak mówiłem. Może jej się uda.

– Jasne. – Jej mąż też wstał z parapetu. – Kiedy pojedziemy na ryby? – Może w najbliższy weekend?

Anita wyła. Ale niczego na zewnątrz nie było słychać.

– Ekstra. W sobotę by mi pasowało. Żona jedzie z dzieciakami nad morze.

– A ty jak zwykle na posterunku?

Policjant skinął głową.

– Taka robota. No nic. Cześć i przepraszam za złe wieści.

– Cześć. Do zobaczenia w sobotę.

Patrzyła, jak Krzysiek odchodzi. Przepisowo, z ręką przy kaburze. Drugi, ten przy radiowozie, też był gotowy do akcji. Zaczęła szlochać. Mieli ją o milimetry. A teraz, wiedziała przecież doskonale, pojadą do komendy wypełniać papiery w jakichś tam sprawach. Mieli ją o milimetry od siebie!


– Proszę pani!

Ocknęła się z niespokojnej drzemki.

– Proszę podejść do kraty i dać ręce do rozkucia.

Zrezygnowana podeszła. Zdjął jej także uprząż knebla.

– Co pani podać na podwieczorek? Wybierze pani coś z karty czy zda się na mój wybór?

– Kiedy zobaczę męża?

– Jutro. Proszę, tu jest krem z lanoliną na nadgarstki. Te dwa typy są takie brutalne. Tak mocno zacisnąć kajdanki! No kto to widział?

– Jutro? – spytała. – I dowiem się wszystkiego?

– Tak. Oczywiście.

– A ma pan coś słodkiego?

– Ależ jasna sprawa. Zaraz przyniosę.

– A papierosy? – Wypaliła wczoraj całą paczkę.

– Już biegnę.

Sprawił się w kilka minut. Dostała słodkie ciasta, kandyzowane owoce i krem czekoladowy na zimno. Do tego polewane cukrem banany.

Zdenerwowana zjadła wszystko. Zapaliła papierosa i zrobiła sobie kawę. To Krzysiek! To ten kretyn powiedział mężowi o nadajniku! Jezus! Nie miała żadnych szans. Przecież jej mąż znał wszystkich ludzi z komendy, którzy bywali w ich domu. Wszystkich! Z każdym był na ty. A teraz „zatroskany” eksmąż dostanie od kumpli każdą informację na temat śledztwa. No i koniec historii. Jej historii.

– Proszę pani? – Ten sam mężczyzna za kratami. – Co pani zje na kolację? Dać kartę? Czy znowu mój wybór?

– Już kolacja?

– Panie, które u nas przebywają, lubią często jadać.

– Nie rozumiem.

– Mamy najlepszą kuchnię w kraju. Proponuję zjeść teraz kolację, bo potem podkurek.

– Co to jest podkurek?

– Posiłek, który się je po kolacji, przed samym snem.

– Co wy tu? Prowadzicie knajpę dla więźniarek?

– Nie jest pani więźniarką.

– To znaczy, że mogę wyjść?

– Będzie pani mogła. Już niedługo. Nie kłamię.

Patrzyła na niego dzikim wzrokiem.

– Daj cokolwiek.


Następnego dnia zobaczyła męża. Przyniósł sobie krzesełko i postawił przed kratą, żeby móc jakoś po ludzku porozmawiać.

– Co wy tu wyrabiacie? – wrzasnęła.

– Już wszystko tłumaczę – wolał być ugodowy.

 

– Co tu wyrabiacie?

– Pozwól, że zacznę od początku.

– Będę wdzięczna.

– Pewien Szwed ożenił się z Polką, a ta go zdradziła. Miała pecha, bo to był szwedzki multimilioner, o czym nie wiedziała. Wiesz, taki wakacyjny seks, a potem ślub w małym kościółku pod Krakowem.

– I co? Wynajął komandosów, żeby ją porwać i zabić?

– Nie. Przyjechał zrozpaczony do Polski, kiedy do niego nie przyjeżdżała, żeby jej szukać. Szlajał się po różnych knajpach, pił coraz bardziej i szukał swojej kobiety.

– Nie łatwiej było nająć detektywa?

– Najął. Poszła z jakimś śmierdzącym pijaczkiem, który wyciągał od niej forsę na wódę. Mniejsza z tym. To nieistotne.

– A co jest istotne?

– Widzisz. W jednej z knajp spotkał Polaka, który był w podobnej sytuacji. Opowiedział Szwedowi historię swojego życia. Był potwornie zakochany w koleżance z biura. Ta rzuciła go i zaczęła chodzić z innym kolegą z pracy. Facet wpadł na genialny plan. To był jego „przyjaciel”. Jeśli w ogóle można tak mówić w tym kontekście. Niemniej jednak facet znał swoją byłą kochankę. Pod pozorem przyjaźni dawał jej nowemu kochankowi, bardzo często, jej ulubione czekoladki. Ona pożerała i... No, utyła tak, że tamten drugi znalazł sobie inną. Po co miał chodzić z jakimś grubasem, którym wszyscy się brzydzą.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Daj mi skończyć. Facet ją po prostu kochał. I chciał ją mieć z powrotem. Chciał ją mieć z powodu miłości.

– Bo?

– Bo ją kochał. Opowiedział to Szwedowi i zawiązali spisek. Detektywi znaleźli żonę multimilionera i podali namiary. Polak wyszukał odpowiednią grupę. Porwali ją i zapaśli tak, że nikt inny nie chciał na nią spojrzeć. Oprócz Szweda, który ją naprawdę kochał.

– Aha. Te wszystkie specjały, które tu serwujecie, to tylko powód, żeby mnie wypasać do zgonu?

– Nie. Ten szwedzki multimilioner razem z Polakiem stworzyli organizację. Pomagają mężom, których rzuciły żony. Ale tylko takim, którzy je ciągle kochają.

– Zaraz. Chcesz mnie trzymać w więzieniu opłacanym przez szwedzkiego multimilionera do samej śmierci?

– Nie. Odzyskasz wolność, kiedy będziesz chciała.

– No to ja chcę teraz!

– Na razie to niemożliwe. Ale potem cię puścimy wedle twojej woli....

– Powaliło cię umysłowo! Normalnie cię powaliło! Dlaczego mi to robisz?

– Bo cię kocham – odparł natychmiast.

– Co? – Oniemiała.

– Kocham cię.

– I chcesz mnie wypasać jak krowę, żebym straciła atrakcyjność? Odbiło ci? A jeśli ogłoszę strajk głodowy? Co wtedy?

– Nie rób tego. Wtedy podadzą ci środek, który powoduje potworny głód. Podobno ciężko to wytrzymać.

– Wariat! Wariat!

– Kocham cię – powtórzył. – Po prostu cię kocham i chcę mieć przy sobie.

– Ogłoszę strajk głodowy! Nic nie będę jadła!

– Wtedy włożą ci rurę do ust, którą będą lali tłuszcz. Nie rób tego. Bolesne, nieprzyjemne, łączące się z ohydnymi skutkami ubocznymi. Nie lepiej zrobić to w przyjemny sposób?

– Zrobić co?

– Zapaść się. Tu jest najlepsza kuchnia na świecie. Przyjemny wyrok, prawda? Po roku już cię wypuścimy. Pójdziesz, gdzie chcesz, albo zostaniesz. Kto marzyłby o takim więzieniu? Czy stać cię choć na jeden posiłek, który tu zjadłaś? W knajpie zapłaciłabyś pół swojej pensji. Pod warunkiem, że znajdziesz gdzieś tak tanią knajpę z taką jakością usług.

Nachylił się do kraty.

– Możesz robić, co chcesz. Za rok, mniej więcej, cię wypuścimy.

– Kiedy będę gruba? Wiesz, jesteś śmieszny z tą swoją teatralną zemstą.

– To nie jest zemsta. Ja cię po prostu kocham.


Przy toalecie była waga. Stanęła na niej. No dobrze, zapuściła się ostatnio. Dziewięćdziesiąt trzy kilogramy. Co on chciał osiągnąć? – myślała o mężu. OK, zapasie się do jakichś stu trzydziestu. Będzie brzydka i mężczyźni nawet na nią nie spojrzą. Przecież może zrzucić tę wagę w miesiąc i znowu będzie atrakcyjna.

Nagle, zupełnie irracjonalnie, spojrzała w lustro. W miesiąc? Nie okłamuj się, kobieto.

Poszła do kuchni po masło orzechowe. Zaczęła jeść wprost ze słoika. Zawsze jadła, gdy była zdenerwowana.

– Proszę pani! Proszę pani! – darł się cieć, który obsługiwał Anitę zza kraty. – Dzisiaj mam węgierskie smaki.

Podeszła do okienka.

– Co pan ma?

– No, podobno pani lubi węgierskie potrawy.

– Ale jakie „smaki”?

– Mam zupę gulaszową, placek po węgiersku, zupę rybną i coś bardzo pikantnego. Kawałek baranka bardzo młodego, ale tak przyprawionego, że samemu mi ślina z ust leci. I salami na przystawkę. Oczywiście Egribikaver, no i, wiadomo, pliska. Czymś trzeba popić.

Przejmowała od niego potrawy.


Waga w łazience była nieubłagana. Dotarła do psychologicznej granicy. Sto kilogramów. Postanowiła wyrzucać część potraw do kibla. Ciekawe, czy mają tu kamery?

No ale kiedy się denerwowała, zawsze chciała coś słodkiego. Na razie więc wzięła nowy słoiczek z masłem orzechowym.


Postanowiła robić pompki, biegać w miejscu, uprawiać aerobik. Przecież miała najlepszy w kraju zestaw stereo.

Sto trzydzieści kilogramów.


Do dupy z tą wagą! Na pewno zepsuta! Sto pięćdziesiąt kilogramów.


Jezus, jaka była ohydna. Nie cierpiała swojego odbicia w lustrze. Ale mimo to dawali jej wszystkie potrawy, które chciała. Czuła wilczy głód. Cieć napełniał jej lodówkę każdego dnia. Wymienił też garderobę w szafie, tak żeby mogła cokolwiek na siebie włożyć. Prowadziła częste rozmowy z mężem. Właściwie nawet fajne. Jakieś tam miłe wspominki, plotki o znajomych.

Ledwie się ruszała. Dwieście kilogramów.


Waga na pewno była zepsuta. Ze zdenerwowania tym faktem zjadła cały słoiczek masła czekoladowego przed kolacją. Na pewno była zepsuta. No przecież to oczywiste.


Policja odwiedziła ich jeszcze dwa razy. Za każdym razem Krzysiek tłumaczył jej mężowi, że do niczego nie doszli. Ale też nie znaleziono ciała, więc jest nadzieja, że Anita jeszcze żyje. I oni wzmogą wysiłki, i zrobią wszystko, żeby odnaleźć koleżankę-policjanta. Jest nadzieja, jest nadzieja, tłumaczył. Nie waliła już głową w szybę okna, bo nie mogła się podnieść z łóżka. Na wadze skończyła się skala.


Mąż ją pielęgnował. Smarował kremem, masował, podkładał szmaty pomiędzy fałdy jej skóry i obracał specjalnym podręcznym dźwigiem, żeby nie dostała odleżyn. Kraty w jej apartamencie już od dawna nie były zamykane. Nie mogła się sama ruszać. Ale wiedziała już, że on ją naprawdę kochał. Platonicznie oczywiście, bo przy tej wadze nie można uprawiać seksu. Czy ona go kochała?


Pewnego dnia przeniósł Anitę dźwigiem na specjalny fotel na kółkach. Z pomocą dwóch innych mężczyzn wywiózł niesamowitą konstrukcję nad jeziorko. Było tak pięknie. Maj, wiosna tryskała z każdego pędu drzew wokół. Widziała w oddali kilka innych podobnych wózków z kobietami i ich mężów.

– Jesteś już wolna, kochanie. Możesz iść, gdzie chcesz.

Nawet nie drgnęła.

– Ważąc ponad trzysta kilo? – mruknęła. – Daleko nie dojdę.

– Jeśli chcesz, podwieziemy cię do miejsca, które wskażesz.

Spojrzała na niego. Najwyraźniej mówił poważnie.

– Zjesz coś, kochanie?

– Przynieś kartę. I...

– Tak, słucham?

Zdecydowała się na desperacki ruch. Przecież wiedział o tym, co miała przy sobie w chwili porwania. Ale czasem wychodzi „atak na głupa”.

– Zabraliście mi torebkę. Mam tam parę osobistych drobiazgów.

– Ależ oczywiście, kochanie!

Pobiegł w stronę willi-więzienia. Udawała, że czyta kartę dań. Była rzeczywiście głodna, ale drżała z napięcia. Da się zrobić na taki głupi numer? Czy w jej torebce jest jeszcze cokolwiek?

Wrócił po jakichś dwóch minutach.

– Proszę, kochanie.

– Wiesz, wybrałam krewetki w pikantnym sosie, omlety z winem, grzanki ze smalcem i skwarkami. A później się zastanowię.

– Jasne. Już przynoszę.

Kiedy odszedł, sprawdziła torebkę. Jezus Maria! W środku był jej nadajnik, wciąż działający, co było widać po migającej diodzie, i pistolet z zapasowym magazynkiem. Przeładowała pistolet i odbezpieczyła. Dotknęła przycisku urządzenia lokalizującego. Jezus! Kiedy przyciśnie mocniej, za kilka minut będzie tu kilka radiowozów, a potem brygada antyterrorystyczna. Była uzbrojona i niebezpieczna. Jedno przyciśnięcie i cała policja zjawi się z pianą na ustach.

Zupełnie irracjonalnie pomyślała, jak pokaże się koleżankom w pracy, ważąc ponad trzysta kilogramów. No zaraz. Przecież się nie pokaże. Będą ją leczyć. Leczyć? W szpitalu w okropnych warunkach, na tym ichnim dodupnym żarciu? Na tych rozgotowanych kartoflach cuchnących lizolem?

Co będzie, kiedy ją zobaczą koledzy z policji? Ma plus – rozwiązała sprawę. No ale jak im się pokazać w takim stanie? Ma minus, bo dała się złapać niczym durna nastolatka. Zresztą to najmniej istotne.