Pułapka TesliTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Pułapka Tesli
Pułapka Tesli
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka

Karta tytułowa

Polski dom

Wypasacz

Pułapka Tesli

Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła

A jeśli to ja jestem Bogiem?

Andrzej Ziemiański

Książki Andrzeja Ziemiańskiego

Karta redakcyjna

Okładka



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ogoda była koszmarna. Mżawka, wiatr i temperatura bliska zeru. Stali w jakiejś wiosce na przystanku autobusowym, ale żaden autobus nie nadjeżdżał. I chyba nie przyjedzie. Według rozkładu powinien przyjechać pół godziny temu, ale to były pobożne życzenia. Ewentualnie rozkład pochodził jeszcze z czasów socjalizmu. Krystyna usiłowała osłonić dzieci, ich córeczki. Kasię i Anię. Kasia była bardzo chora. Leciało jej z nosa i kaszlała bez przerwy. Cholerny wiatr. Dodupne przyjęcie u znajomych, na które się skusili. No ale teraz trzeba wrócić do miasta.

Po nocy, na wsi. Jedna córka kaszlała, a druga trzęsła się z zimna. Ktoś dowcipnie rozwalił wiatrochron na przystanku. Co prawda można było dzięki temu podziwiać piękno pól wokół, ale było ciemno, więc niewiele widzieli. Było za to zimno, mokro i nieprzyjemnie. Dziewczynki chore. Jacek nie wiedział, co zrobić. Taksówki przecież nie wezwie. Nawet nie bardzo wiedział, gdzie jest, bo ktoś zerwał tablicę z nazwą przystanku.

– Mówiłam, żeby nie jechać tą okazją – powiedziała Krystyna. – Szlag nas trafi na tym mrozie!

– Co mogę zrobić? – odparł Jacek.

– Zrób cokolwiek. Kaśka zaraz dostanie zapalenia płuc.

Zdjął własną kurtkę i okrył dziewczynki. Dygotał na wietrze. Coraz bardziej mokry, bo mżawka zamieniła się w deszcz ze śniegiem. Krystyna jednak nie była złą kobietą. Podeszła i okryła go połą własnej kurtki, sama marznąc.

Punkt bez wyjścia. Przystanek nie wiadomo gdzie, głucha noc, pogoda jak na Antarktydzie, rozkład jazdy autobusów pisany chyba za Stalina. Nic nie jechało po wiejskiej drodze. A dziewczynki zamarzały. Rodzice zresztą również.

Co mógł zrobić? Rozpalić ognisko? Niby jak w mokrym, przemarzniętym lesie? Leźć kilometrami do najbliższej wsi i prosić o nocleg? Jego młodsza córka potrzebowała lekarza. Natychmiast.


Z ciemności wyłonił się mężczyzna z wielkim parasolem.

– Przepraszam najmocniej. – Ukłonił się uprzejmie. – Hrabia Bartowski – przedstawił się. – Widzę państwa konfuzję z okna mojego dworku i wiem, że żaden autobus już się dzisiaj nie pojawi. Chciałbym w związku z tym w gości prosić. Państwa córka może się poważnie rozchorować na mrozie.

Osłonił parasolem dziewczynki, sam wystawiając się na deszcz. Mniejszą otulił dodatkowo kocem, który przyniósł.

– Proszę pana – powiedział Jacek – ale my, mówiąc delikatnie, jesteśmy w kiepskiej sytuacji finansowej.

– Ależ, drogi panie! Ja zapraszam do domu. Nie do hotelu.

– Błagam cię, przyjmij zaproszenie – mruknęła Krystyna mężowi do ucha. – Dziewczynki nam umrą na tej drodze w nocy.

– Proszę w gości. Jak to mówią: gość w dom, Bóg w dom. – Bartowski uśmiechnął się sympatycznie. – No chodźcie państwo. Tędy, przez aleję topól. Zapraszam!

Dziewczynki szły przodem, pod osłoną parasola, oni z tyłu.

– Proszę państwa, tutaj nic nie jeździ poza pociągiem, ale stacja jest dość daleko. U mnie będzie wygodniej.

Po chwili zobaczyli dworek. A właściwie nie dworek, tylko wielki dwór. Szofer na ogromnym podjeździe pucował rolls-royce’a, mimo deszczu. Dwóch lokajów wybiegło z dodatkowymi parasolami. Podświetlone gazony, wielki park, w którym gdzieniegdzie migały światła, i sam pałac z polskim portykiem ozdobionym kolumnami tej wielkości, że te greckie, podtrzymujące tympanony, mogły im tylko zazdrościć.

– Proszę, proszę – powtarzał gospodarz.

O Boże! Nowobogaccy! – pomyślał Jacek. Pałac jak przed wojną, staroświecki rolls, stadnina koni, park, jezioro... Nie wypłacimy się do końca życia. Już oni znają sądowe sposoby...

Bartowski przepuszczał ich kolejno przez drzwi tak wielkie, że mogliby przez nie przejść tyralierą.

– Ludwik! – wołał. – Ludwik! Natychmiast jedź po lekarza! Jedna z dziewczynek jest chora!

– Tak, proszę pana.

– Weź samochód. Stangret opiekuje się moją żoną w podróży.

– Tak, proszę pana.

– Przywieź go natychmiast. Ona ma wysoką gorączkę i leci jej z nosa.

Krystyna postanowiła się włączyć.

– Nie chcielibyśmy sprawiać aż takiego kłopotu. Gdybyśmy mogli tylko przeczekać gdzieś do rana...

– Ależ, proszę pani. To polski dom! Proszę się rozgościć. Gość w dom, Bóg w dom – powtórzył. I krzyknął: – Sara! Sara! Przynieś ręczniki, żeby goście mogli się osuszyć. Klaudyna! Zajmij się dziećmi. Do gorącej kąpieli i do łóżek. I podajcie kolację.

– Naprawdę nie chcielibyśmy sprawiać tylu problemów.

Przerwał Krystynie:

– Żaden kłopot. To dla mnie zaszczyt móc gościć tu państwa.

Nawet Jacek przygiął głowę w ukłonie. To żadni nowobogaccy. Raczej jakaś szlachta, która uchowała się, chyba cudem, od zeszłego stulecia.

– Przepraszam najmocniej – sumitował się gospodarz. – Nie ma mojej żony. Jest w podróży do Anglii. Ale stangret się nią opiekuje. Jest bezpieczna.

Zaordynował lekką kolację i koniak dla rozgrzewki. Dla Krystyny polecił podać grzane wino. Przerwało mu łomotanie do drzwi. Któryś ze służących skoczył otworzyć.

Na progu stał zupełnie przemoczony ksiądz.

– Co się stało? Ktoś umiera?

– A skąd to przypuszczenie, proszę księdza?

– No bo Ludwik jechał koło plebanii tak szybko, że prawie okna mi ochlapał. I zatrzymał się pod domem lekarza. No to pomyślałem sobie, czy przypadkiem nie będę potrzebny?

– Ależ będzie ksiądz potrzebny. Oczywiście! Najpierw kolacja, a potem partyjka preferansa – powiedział Bartnicki. – Jak zwykle.

Proboszcz roześmiał się serdecznie.

– Naprawdę nikt nie umiera?

– Niestety, dzisiaj ksiądz nie znajdzie zatrudnienia. Jedna dziewczynka jest silnie przeziębiona. Wyleczymy do rana.

– A ja tu biegłem, buty gubiąc.

– W wista sobie zagramy. Najpierw kolacyjka. Podać koniaczek dla rozgrzania?

– Ja tylko wino. Tylko wino. – Proboszcz przysiadł w jednym z przepastnych foteli. – Ale w preferansa odegram dzisiaj wszystkie trzy pudełka zapałek, które wcześniej przegrałem. Wszystkie trzy! – zapowiedział buńczucznie.

– Ha, ha, ha! – Bartnicki spojrzał z politowaniem. – Widać, że to osoba duchowna. Wierzy w cuda!

– Odegram!

– Zobaczymy, jak się zacznie licytacja.

Przerwało im wejście lekarza. Starszy, siwy pan w garniturze. Na szyi, przy kołnierzu, miał ogromną muszkę zamiast krawata. Po krótkiej prezentacji gości spytał od razu:

– Gdzie chora?

– Na górze w sypialni już chyba. Dzieciaki się nią zajęły.

Szybkim krokiem wszedł na schody.

Czekali na niego z kolacją, ale nie trwało to długo. Wrócił już po piętnastu minutach.

– Proszę państwa, nie ma powodów do niepokoju. Podałem aspirynę i laudanum. Niech się dziecko wyśpi i wypoci w nocy.

– Co to jest laudanum? – przerwał mu Jacek.

– Och, dzięki niemu zasnęła błyskawicznie. To jej było potrzebne.

– Nie lepiej podać od razu antybiotyki? – wtrąciła Krystyna.

– A co to są antybiotyki? – zdziwił się doktor.

Roześmiała się.

– Ma pan rację. Rodzice są tak przewrażliwieni, że przy zwykłym katarze zaordynowaliby od razu chemioterapię.

– A co to jest chemioterapia?

Tym razem śmiechem parsknął Jacek.

– Wiem, wiem, wiem... Rodzice mają się nie wtrącać w zarządzenia specjalisty.

– No tak. – Lekarz uśmiechnął się lekko, a potem nachylił do Bartowskiego. – Przyjacielu, posłuchaj: co to są antybiotyki i chemioterapia?

– Nie mam zielonego pojęcia! – Hrabia zapraszał do zastawionego już przez służbę stołu. – Prosimy, prosimy! Lekka kolacyjka, a potem partyjka preferansa. Nie odmówią państwo, prawda?

 

– Nie potrafię w to grać – powiedział Jacek.

– Zasady są proste. W pięć minut nauczymy.


Bawili się do późnych godzin w nocy. Mimo ociężałości po „lekkiej” kolacyjce, która składała się z pięciu dań, z czego trzy na ciepło, Jacek wygrał prawie dwa pudełka zapałek. I to nie dzięki uprzejmości gospodarzy. Ksiądz i doktor licytowali zaciekle. On był jednak programistą komputerowym i w mig pojął zasady gry. A poza tym był dobry w swoim fachu.

Krystyna chichotała, gdy proboszcz, rzucając karty, wstawał i mówił:

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie...

Bartowski uspokajał:

– On tak zawsze. Odmawia sobie wieczorne pacierze podczas gry, ale jak mu karta podejdzie, to w podnieceniu mówi na głos.

Potem była kąpiel w kapiącej od złota wannie. Wielkie, pachnące i mięciutkie łóżko. Kochali się szczęśliwi, choć ze wstydem, bo łóżko lekko skrzypiało. Ale to był naprawdę fajny seks.


Rano leciuteńkie śniadanie z trzech dań po porannej toalecie. Córeczki zdrowe. Laudanum, czymkolwiek było, okazało się nad wyraz skuteczne. Bawiły się z dzieciakami gospodarza, krzycząc tak, że głowy rozsadzało.

Rozpływali się w podziękowaniach. Bartowski powtarzał:

– Ale przecież to normalne. Zwykły polski dom. Przykro mi tylko, że moja żona nie mogła państwa podjąć. Jest w Anglii. Pod opieką stangreta. Nic jej nie będzie.

Bartowski dał młodszej Kasi pamiątkę rodową. Żelazny pierścień od Ojczyzny za udział jakiegoś przodka w insurekcji kościuszkowskiej. Lśniący, piękny, jakby wybity dwa dni temu.

– Doceń – powiedział. – Po latach. Kiedy już zrozumiesz, o co chodzi.

Druga dostała pluszowego misia.

Ludwik odwiózł ich staroświeckim rolls-royce’em na puściuteńki dworzec w jakiejś wiosce. Złapali pociąg, kupili bilety u konduktora. Oszołomieni w milczeniu usiedli w przedziale. Jacek miał ochotę na papierosa.

– Wyjdziemy na korytarz? – spytał żony.

– Chętnie. Zobaczymy ten dwór jeszcze raz, bo chyba będziemy przejeżdżać tuż obok.

Zapalniczka nie działała, więc wzięli ogień od jakiegoś miejscowego, który stanął przy nich.

– O, widzisz? Tam jest ta aleja topól prowadząca do pałacu.

Jacek zaciągnął się i jednocześnie zakrztusił.

– Jezus Maria!

– O Boże! – odpowiedziała mu żona. – Boże!

Na końcu alei widniały tylko ruiny. Sterczał jedynie nadłamany komin. Gruzowisko.

– Co to jest? Przecież ta sama aleja.

– Chyba że nam odbiło.

Miejscowy postanowił się wtrącić.

– To ruiny pałacu Bartowskich. Spalili go w czterdziestym piątym jacyś bandyci.

– Byliśmy tam!

– A... państwo historycy. Różni tam przyjeżdżają. Fakt.

– Jak to spalili po wojnie?

– No bo tam dużo dobra było. A wie pan, jak wojska się zmieniają, starego porządku już nie ma, a nowy jeszcze nie nastał. Pełno śmiecia się wszędzie kręci. – Miejscowy zaciągnął się głęboko. – Zabili hrabiego Bartowskiego, lekarza, księdza, służących. Jeden to miał na imię Ludwik i jeździł takim śmiesznym samochodem.

– A służąca miała na imię Klaudyna?

– Tak. Teraz sobie przypomniałem, bo dziwne imię. Klaudyna. I mieli taką Żydówkę, którą przechowywali przez wojnę.

– Sarę?

– Tak. Skąd pan wie?

Jackowi drżały ręce.

– Kto? Kto się uratował?

– Tylko dwie osoby. Stangret wyniósł na rękach ranną hrabinę. Czołgali się przez rów melioracyjny. A właściwie on ją ciągnął za ręce parę ładnych kilometrów. Jakoś ją tam usiłował opatrzyć. – Miejscowy znowu zaciągnął się głęboko. – Panie... tam nawet dzieci zabili. Samochód spalili. Rojc-rojc.

– I co się stało z tym stangretem?

– Nie wiem. Podobno uratował hrabinę i potem uciekli.

– Do Anglii?

– Tak mówią. Ale z pana to naprawdę dobry historyk. Dużo pan wie.

Jacek szarpnął drzwi przedziału.

– Która z was dostała od hrabiego pierścień? Kiedy mówił: „Doceń, gdy już zrozumiesz, o co chodzi”?

Młodsza wyjęła obrączkę z kieszeni dżinsów. Podała ją na dłoni. Rano wyglądała jak nowa. Teraz to był skorodowany, rozsypujący się krążek metalu, jakby leżał w ziemi kilkadziesiąt lat.

Córka uśmiechnęła się jednak. Usiłowała odczytać pokryty nalotem i zatarty ziemią napis: „Ojczyzna swojemu obrońcy”.

– Tato, nie szkodzi. – Popatrzyła na rdzę. – Ja już zrozumiałam.



awno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie zboczeniec o imieniu...

Anita wyciągnęła kartkę ze staroświeckiej maszyny do pisania będącej na wyposażeniu Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Zmięła ją i wyrzuciła do kosza. Miała już aberracje umysłowe. Czternaście godzin przed komputerem i nic. Absolutnie nic, zero, null, porażka. Wkręciła nową kartkę do poniemieckiej maszyny, bo nie mogła ścierpieć migotania kursora na monitorze komputera.

Dawno, dawno temu już, do cholery jasnej, powinnam złapać tego zboczeńca, choćby był za siedmioma górami!!!

Zamyśliła się. Gór było nie siedem, tylko siedemnaście. Siedemnaście miast, w których jakiś zbokol porywał kobiety. Zawsze w ten sam sposób. Wszystkie miały pewne cechy wspólne.

Wyrwała zapisaną kartkę. Włożyła następną.

Imię zboczeńca? Imię zboczeńca? – stukała szybko w klawisze. No jak ty się, cholero, nazywasz? Kim jesteś? I... Gdzie jesteś?

Przedwojenna maszyna do pisania, a konkretnie, głośny stuk klawiszy uspokajał ją wyraźnie. Lubiła tę zabawkę. Pozwalała zebrać myśli.

No jak ty się nazywasz? – napisała.

Nie. Wróć. Zrekapitulujmy fakty.

1. Każda z kobiet była rozwiedziona.

2. W każdym przypadku rozwód został orzeczony z winy męża.

3. Każda z... nich była blondynką.

4. Wiek od 27 do 39 lat.

Ale to chyba nieistotne. Zagryzła wargi.

5. Żadna z nich nie miała stałego faceta i ogłaszały się w Internecie.

Plus randki w ciemno, czaty, fora dla samotnych kobiet, strony dla chcących się zakochać. I takie duperele.

Szlag!

Dlaczego komenda warszawska przekazała sprawę – w kwestii współpracy przynajmniej – do Wrocławia? Porywano kobiety w Warszawie, Białymstoku, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie, Poznaniu, Opolu... Jedynym większym miastem, w którym nie zanotowano obecności zboczeńca, był jak na razie Wrocław. No i warszawiacy wpadli na pomysł, że trzeba kogoś podstawić. Najlepiej oficera policji.

Wstała lekko mimo znużenia i przejrzała się w lustrze.

– Tak. To ona – powiedziała na głos. – Idealny cel.

Była blondynką. Rozwiedzioną, orzeczenie sądu wskazywało winę męża. Miała trzydzieści cztery lata. Od kiedy przyszło zlecenie z centrali, odwiedziła chyba wszystkie czaty, strony dla samotnych kobiet, zgłosiła się do „Randki w ciemno”, mejlowała do wszystkich, którzy gdziekolwiek umieścili post, że „poszukują kobiety ładnej, uczciwej, domatorki, bez nałogów...”.

Stanowiła idealny cel dla zboczeńca. Od innych kobiet różniły ją tylko dwie cechy. Po pierwsze miała pistolet, a po drugie mały nadajnik GPS. Wystarczyło dotknąć przycisku włączającego alarm, a cała policja rzuciłaby się na pomoc, znając dokładnie, co do metra, jej aktualną pozycję.

– Dowiem się, kim jesteś, zboczeńcu – mruknęła. – Na pewno się zobaczymy.

Przełknęła ślinę.

– Będę patrzeć ci w oczy – wycedziła. – Już niedługo.

Teraz jednak była zmęczona. Musiała się przespać. Wykręciła ostatnią kartkę z przedwojennej maszyny, jak zwykle zmięła i wrzuciła do kosza. Wyłączyła komputer z bazami zboczeńców, których znała policja. I tak żaden z nich nie pasował na „porywacza kobiet”.

Ciekawe, co on z nimi robi? Morduje? Gwałci? Torturuje? Zjada? Żadnego ciała nie odnaleziono. Kilkadziesiąt kobiet porwanych w kilkunastu miastach. Świadkowie wspominali coś o furgonetce. Numery oczywiście za każdym razem były sprawdzone – zawsze kradzione na parkingu obok miejsca zajścia. Teraz to już złodziej nie musi mieć nawet śrubokręta. Współczesne przepisy sprawiły, że przestępca może wyjąć dowolne tablice, nie trudząc się w ogóle.

Żadnego z ciał nie odnaleziono. A przecież gdzieś musi pozbywać się zwłok! Anicie przypomniały się wszystkie amerykańskie powieści. Zbokol robi sobie drugą skórę z dziewczyn, którą będzie wkładał przy innych psycholach. Może chce wystąpić o okup (to optymistyczna wersja). Ale skoro porwał kilkadziesiąt bab, to dlaczego do tej pory nie zgłosił się po forsę? Może wrzuca je do dołu z niegaszonym wapnem? Rozpuszcza w kwasie? Hoduje wielkie psy i nie stać go na karmę? Prowadzi wietnamską restaurację i serwuje ludzinę?

Wyłączyła światło i wyszła z pokoju. Nie, nie. Żadnych więcej takich rozważań. Chciała przecież jeszcze zjeść dzisiaj kolację.

Kolacja, tak. Dziewczyna była już bardzo głodna. Czternaście godzin przy komputerze. Ssało ją w żołądku.

Wrocławska komenda przypominała średniowieczny zamek. Ogromne wieże jak w starożytnej fortecy, dach flankowany czymś, co przypominało mury obronne. Budynek mający budzić grozę i szacunek. Wyglądał monumentalnie. Szerokie klatki schodowe, oszklenie, barierki. Nie to co współczesne budynki, gdzie księgowi objęli władzę nad architektami. Tu wszystko było wielkie.

Wylogowała się na bramce i wyszła w parną noc. Tuż przed wejściem parkowała niewielka furgonetka. Dwie sympatyczne dziewczyny kłóciły się właśnie z cieciem.

– No to co mam zrobić, skoro nie wiem, jak dojechać? – wołała ta młodsza. Miała jakieś osiemnaście, dziewiętnaście lat.

– Ale tu nie wolno parkować! – darł się cieć.

– To co mam zrobić?

– Tu nie wolno parkować!

– Ja chcę tylko wiedzieć, gdzie jest ulica Grabiszyńska.

– Toż tłumaczę pani, że teraz prosto, w lewo i jeszcze raz w lewo. I pani będzie.

– Kim? Cesarzem Chin?

– Będzie pani na Grabiszyńskiej!

– Jezus Maria. Czy mógłby mi pan to pokazać na planie miasta? – Kobieta w wieku co najmniej trzydziestu lat rozpostarła szeleszczącą płachtę. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? Ja z Warszawy. Pierwszy raz we Wrocławiu.

Facet schylił się nad mapą, ale zaczął mamrotać, że po nocy nic nie widzi.

– Ja paniom pomogę. – Anita podeszła bliżej. Rzeczywiście w tych egipskich ciemnościach nie dawało się nawet dostrzec, czy plan miasta dotyczy w ogóle Wrocławia. – Mieszkam na Grabiszyńskiej. To tuż obok. Mogę pokazać.

– O rany. Nareszcie ktoś, kto nie chce mnie zabić tylko za to, że jestem z Warszawy. Proszę tu, do szoferki. Podwieziemy panią.

– A ja? – spytała ta młodsza.

– Ty na pakę z tyłu. Pani nam pokaże drogę.

Anita wsiadła na miejsce obok kierowcy. Furgonetka. Nie sądziła, żeby to były sprawczynie porwań. Jednak delikatnie wsunęła dłoń do torebki. Pistolet i GPS trwały na swoich posterunkach. Jeden przycisk i cała policja rzuci się na pomoc. Ale... ta furgonetka. Nie no. Przecież kobiety nie porywają kobiet. A ten zboczeniec i tak jej nie umknie. Niemniej trzymała palec na przycisku alarmowym GPS-u. Uśmiechnęła się do trzydziestolatki. Ta odpowiedziała uśmiechem.

– Teraz w lewo i przez chwilę prosto.

Młodsza wychyliła się przez okienko z tyłu, dzielące przestrzeń ładowniczą od szoferki.

– Jezu, tu nie ma na czym siedzieć, a wszystko się trzęsie.

– Siedź na podłodze.

Starsza pokonała zakręt z gracją. Była dobrym kierowcą.

Anita przez cały czas obserwowała kobiety ze zdwojoną uwagą. Wystarczyłoby jedno podejrzenie, że chodzi o napad, i szybko otoczy je kilkanaście radiowozów. Nocne patrole były uprzedzone przez komendanta. SWD, czyli sekcja wspomagania dowodzenia, również tkwiła w pełnej gotowości. Wszystkie cywilne samochody, które miały terminale komputerowe, rzucą się w stronę Anity z ogromną prędkością. Jej prawa ręka tkwiła na przycisku nadajnika, którego nie można było wyłączyć. Nie można go było też zniszczyć w szybkim czasie. A Anicie wystarczy sekunda. Ta z kobiet, która prowadziła, nie mogła jej nic zrobić, bo siedziała z lewej strony. Nie zdąży chwycić za prawą rękę Anity, zanim urządzenie zostanie uruchomione. A poza tym w torebce przecież tkwił jeszcze jeden argument. Nie do podważenia. Półautomatyczny pistolet Walter P-99, czyli mała armata, już przygotowany, z nabojem w lufie. Wystarczyło odbezpieczyć i wysłać kilkanaście pocisków, które rozpierniczą ten samochód i wszystkich ludzi wokół. Był też zapasowy magazynek, gdyby przyszło się bronić. Torebka Anity była bardzo ciężka.

 

– Teraz w lewo. O, tu, na tym skrzyżowaniu. – Uśmiechnęła się do kierowcy. – Czemu pani mówiła, że nie lubią tu warszawiaków?

– Żartowałam. Nas nie lubi cała Polska.

– To źle pani trafiła. Wrocław jest chyba jedynym miastem, któremu nie chciało się skonfliktować z żadnym innym.

Tamta roześmiała się.

– „Nie chciało się”? Znakomite.

– Tak. My ze Wschodu. Potomkowie mieszkańców Wilna i Lwowa. A tam po prostu może „nie chcieć się” kłócić z kimkolwiek.

Kobieta chichotała. Druga dziewczyna przytknęła twarz do okienka na tylnej ścianie szoferki. Nie była przeciwnikiem. Okienko było za małe, żeby cokolwiek zrobić.

– To prawda, że Wrocław nazywają Wenecją Północy?

– Raczej Południa, jeśli chodzi o lokalizację w Polsce.

Znowu się roześmiały.

– O, to już tutaj. Dziękuję bardzo.

– To my dziękujemy.

Po wyjściu z furgonetki sięgnęła po papierosa i zapalniczkę. Wszystko lewą ręką. Prawa dłoń ciągle tkwiła w torebce z kciukiem na przycisku. Ale to chyba jednak nie napad. Po pierwsze dziewczyny, a po drugie wypuściły ją z samochodu. Szlag! Nic z tego. Tym razem nie złapie tego zboczeńca. Choć na pewno go zobaczy. Już niedługo.

Pożegnała je skupione nad planem miasta. Poszła do domu. Wciąż z palcem na nadajniku, tak na wszelki wypadek.

Pod bramą czekał jej mąż. Były mąż. Zerknął na zegarek.

– O której wracasz do domu?

Wkurzyła się.

– Ja też chciałam powiedzieć, że miło cię widzieć. I czemu cię obchodzą godziny moich powrotów? Wiesz, z pewnością nie zgadniesz, ale ciągle jeszcze są w tym kraju ludzie, którzy ciężko pracują. W przeciwieństwie do ciebie!

– Przyniosłem po prostu kolejną ratę. W końcu cię spłacę i nie będę się czepiał do końca życia. Już mnie nie zobaczysz.

– Nie lepiej przelać na konto?

– Aha! A ty mi zrobisz sprawę, że zalegam ze spłatą?

Już chciała wejść na wysokie C i wywołać kolejną awanturę, ale przerwał jej czyjś okrzyk:

– Proszę pani! – Dziewczyna z furgonetki biegła w ich stronę, trzymając coś w ręku. – Upuściła pani zapalniczkę!

Spojrzała na męża.

– Mam cię dość.

Wyjęła z torebki klucze i włożyła do zamka klatki schodowej. W tym momencie mężczyzna chwycił Anitę za prawą rękę, w której miała te cholerne klucze, a nie nadajnik! Ale przecież niemożliwe, żeby zboczeńcem porywającym kobiety był jej własny mąż!

Zaraz też dopadła ją dziewczyna. Oboje wykręcili Anicie ręce do tyłu i zapięli kajdanki.

– Ra...

Nie udało się krzyknąć „ratunku”. Gdy otworzyła usta, ktoś wepchnął jej knebel. I sprawnie zapiął uprząż z tyłu głowy. Zarzucili jej worek i straciła możliwość widzenia czegokolwiek. Furgonetka zaparkowała z piskiem opon. Wrzucili ją do środka. Ktoś założył jej obrożę na szyję. Musiała klęknąć. Przypięli obrożę łańcuchem do klamry w podłodze samochodu. Trwała więc z twarzą opartą o zimny metal, wypięta, ze skutymi na plecach rękami. Dodatkowo ktoś ściągnął jej spodnie i opuścił do kolan. To samo zrobił z majtkami. Domyślała się, że nie chodzi o próbę gwałtu. To byli profesjonaliści. Nawet jeśli jakimś cudem uwolniłaby się z obroży, to i tak nie będzie mogła uciekać z opuszczonymi spodniami.

Samochód łagodnie ruszył. Puścili muzykę na full. Wiadomo... Żeby nie było słychać jęków Anity na zewnątrz. Krzyknąć „ratunku” się nie dało z powodu knebla. Ale mogła piszczeć. Przy skocznej melodii jakiegoś przeboju z kilku co najmniej głośników nikt tego nie usłyszy. Samochód poruszał się bardzo powoli i łagodnie. Też wiedziała dlaczego. Żeby nie zatrzymał ich żaden patrol z drogówki. Na pewno mieli wszystkie dokumenty w porządku. Na pewno kierowca był trzeźwy. Światła i opony w doskonałym stanie. A jeśli nawet ktoś by ich zastopował? Co zrobią? Wszystko w najlepszym porządku. A głośnej muzyki każdy może sobie słuchać. Nic policji do tego. Kradzione tablice rejestracyjne na pewno już wymienili na prawdziwe. Kiedy rozmawiała z eksmężem. Nie było na nich haka.

Zagryzała zęby na kneblu. Z ust ściekała ślina. Anita tkwiła z obrożą na szyi, przypiętą do auta, z rękoma skutymi na plecach kajdankami, wypięta, z gołym tyłkiem. Wyła. A właściwie wydawała ciche piski, skutecznie zagłuszane przez muzykę. Tak dać się zrobić?! Tylko skąd tam się wziął jej mąż? Przecież on nie mógł być zboczeńcem, który porywał kobiety na terenie całego kraju. Znała go za dobrze. To nie ten typ faceta. To nie jest ktoś, kto chciałby się teatralnie mścić. Zwykła dupa wołowa! Nawet gdyby pracował kilkaset lat, z jego wynikami nie byłoby go stać na wynajęcie fachowców tej klasy jak te dwie dziewczyny z furgonetki. Bo te dwie baby okazały się profesjonalistkami, które nie zostawiają śladów. Nie miała co liczyć, że któraś z nich uruchomi przypadkowo nadajnik w jej torebce, chcąc sprawdzić, co to jest.

O właśnie! Nadajnik! Eksmąż chwycił ją za prawą rękę, kiedy otwierała drzwi. Przecież nie mógł mieć pojęcia o urządzeniu, na którym trzymała palec. Skąd mógł się domyślić?

A szlag! Niezbyt dobrze się myśli z wypiętym gołym tyłkiem. Była w szoku. Nie potrafiła nawet się skupić. Samochód skręcał łagodnie, jadąc po jakichś drogach z niewielką prędkością. Usiłowała ocenić swoje szanse. Jeśli jest tak, jak myśli, że opony w porządku, światła też, dokumenty wozu oryginalne, a kierowca trzeźwy, to zero szans. Zero pretekstu do zatrzymania. Muzyki na full każdy może słuchać.

A może policjant zechce sprawdzić, co jest na pace? Czepiała się już wszystkiego. Nie, nie zechce, odpowiedziała samej sobie. Nie ma podstaw. Znała praktyki drogówki. No to koniec.

Co ją czekało? Jakaś zimna, mała piwnica. Brud, smród, katowanie i w końcu śmierć. Przecież widziała twarze porywaczy. Żywej jej nie wypuszczą. Nie! Nie chciała umierać! Nie mogą jej puścić żywej, bo w tej samej chwili podpiszą na siebie grube wyroki. Czyli już po niej? Nie mogła się pogodzić z tą myślą. Już po niej? Koniec życia? Koniec wszystkich spraw, problemów, chwil szczęścia, wahań. Teraz to wszystko wydało się Anicie strasznie ważne, pociągające – jej dotychczasowe życie, przecież niezbyt szczęśliwe, było odtąd czymś, za czym zaczęła straszliwie tęsknić.

Samochód zatrzymał się nagle. Ile przejechali? Trzydzieści, czterdzieści kilometrów, może więcej. Jej spanikowany umysł nie działał najlepiej. Ktoś otworzył drzwi furgonetki. Zdjęto Anicie obrożę. Co najmniej dwie pary rąk pomogły jej się podnieść. Wyprowadzili, a właściwie wynieśli ją na zewnątrz. Poczuła powiew wiatru. Jak źle się idzie, mając własne spodnie na wysokości kostek, gdzie właśnie opadły. Ale trzymali ją i pomagali. Weszli do jakiegoś budynku. Posadzili Anitę na zydlu. Ktoś zdjął jej buty i skarpetki, ściągnął spodnie i majtki. Ktoś inny rozciął bluzkę i stanik. Nagą poprowadzili korytarzem. Jedna z porywaczek klepnęła dziewczynę po pośladku.

– Nic się nie bój – powiedziała. – Ubranie zabraliśmy tylko dlatego, że nie wiemy, czy nie masz tam czegoś zaszytego. Odwieziemy je do odległego miasta i wrzucimy do rzeki.

Nie mogła odpowiedzieć z powodu knebla. I tak wiedziała, co z nią zrobią. Do piwnicy, później gwałty, katowanie i śmierć.

Usłyszała głośny szczęk metalu. Wprowadzono ją do jakiegoś pomieszczenia. Jeszcze jeden metaliczny dźwięk – prawdopodobnie zamykano kratę.

– Może pani podejść do mnie tyłem? – rozległ się łagodny męski głos, którego nie znała. – Tyłem. Zdejmę pani kajdanki.

Dotknęła plecami zimnych prętów. Mężczyzna rozkuł ją błyskawicznie.

– Proszę zdjąć worek z głowy i wyjąć knebel. Chyba że woli pani, żebym ja to zrobił?

Jedną ręką szarpnęła za worek. Olśniona nawałą światła szamotała się z paskami knebla na głowie. Wreszcie go wypluła. Odwróciła się i zupełnie irracjonalnie zasłoniła rękami piersi i krocze.

Mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni, dość przystojny, uprzejmie odwrócił oczy.

– Nie zamierzam pani podglądać – zastrzegł. – Tam na krześle ma pani koszulę nocną i dres. Co pani woli. – Nadal patrzył gdzieś indziej.

Zaskoczona cofnęła się kilka kroków. To nie była piwnica. Pomieszczenie przypominało raczej pokój w eleganckim hotelu. Bardzo eleganckim. Wybrała dres i ubrała się błyskawicznie.

– O co tutaj chodzi? – spytała. Ręce jej drżały ze zdenerwowania.

– Teraz jest pani w szoku. – Nareszcie na nią spojrzał. – Więc rozmowę odłóżmy na później. Mamy właśnie porę kolacji. Ma pani ochotę na coś szczególnego? Jest wołowina de’Balouangere. A może rosyjski jesiotr w polewie solnej? Krwisty stek po angielsku? Bażancik albo pularda?

– Twoja głowa podana na tacy! – warknęła. – Przestań pieprzyć!

– Wiem, że pani jest w szoku – powtórzył. – Na razie mam dla pani czekoladki. – Podał pudełko z wielkim napisem „Merci!”. – A skoro mówimy o szoku, to czego się pani napije? Cointreau? To taki kobiecy koniak na pomarańczach.

Zaskoczył ją dokumentnie. Nigdy nie piła czegoś podobnego. Z policyjnej pensji mogła sobie pozwolić jedynie na zakupy w supermarketach.

– A może zwykły koniak? – indagował mężczyzna. – Może wino? Francuskie, włoskie, kalifornijskie, hiszpańskie, australijskie, meksykańskie...

– Wódkę! – wrzasnęła.

– Oczywiście. Polską, rosyjską, niemiecką, fińską...

– Po prostu wódkę!

– Oczywiście. Jeden kieliszek czy całą butelkę?

Patrzyła na niego oniemiała. W co oni tu grają? Co to ma znaczyć?

– Całą butelkę.

– Już biegnę. – Ruszył wzdłuż korytarza, ale po chwili zatrzymał się i wrócił. – Przepraszam najmocniej. Zapomniałem. – Wyjął coś z kieszeni i podał przez kraty. – To jest krem z lanoliną. Ma pani otarte nadgarstki po kajdankach. Proszę posmarować.

Patrzyła na mężczyznę baranim wzrokiem, jak biegł spełnić jej zamówienie. Otworzyła tubkę z kremem i powąchała. Jezu! Prawdziwy. No chyba nie domieszali tu trucizny. Zresztą po co? Mogli ją zabić na milion innych sposobów. Cała drżała zdenerwowana, nie mogąc poradzić sobie z własnymi myślami. Zjadła prawie połowę czekoladek z kartonu opatrzonego napisem „Merci!”, zanim nieznajomy mężczyzna wrócił z oszronioną butelką wódki, umieszczoną w kubełku z lodem i obwiązaną nieskazitelnie białą szmatką. Podał Anicie – zaskoczonej totalnie – przez specjalne okienko w kracie. Do tego gustowną serwetkę, żeby mogła sobie rozścielić na stoliku, i kieliszek. Przyniósł jeszcze dwa talerzyki – jeden z tartinkami z kawiorem, a drugi obciążony kruchymi ciasteczkami grubo posypanymi kryształkami cukru. Do tego woda mineralna, również schłodzona, i sok pomidorowy. Pieprz i sól. Z kieszeni wyjął papierosy, te, które paliła, czerwone marlboro, i oczywiście zapalniczkę.