Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dostały jeszcze kurtki sięgające za pośladki. Z zewnątrz były szorstkie, a wewnątrz ciepłe i mięciutkie. Do tego doszły rękawiczki bez palców, pasy z różnymi futerałami, czapki i peleryny z ogromnymi kapturami. Magazynierka pokazała, jak się je zakłada. Krawędź kaptura musiała się oprzeć o daszek czapki. Wtedy woda nie ściekała na twarz i nic nie zasłaniało oczu.

Dostały też godła cesarskiej armii. Mocowało się je na ramionach, ale nie na stałe. Magazynierka nazywała to rzepami. Wystarczyło kolorowe godło przyłożyć, docisnąć i tak już zostawało. A jak się chciało zdjąć, wystarczało pociągnąć. Zabawne.

– I po co to tak? – dziwiła się Foe.

Kobieta za stołem rozłożyła ręce.

– A bo ja wiem? – Uśmiechnęła się. – Ale tak sobie czasem myślę, że taki emblemat wystarczy szarpnąć, wziąć nowy, docisnąć i już, w mgnieniu oka jesteście w jakiejś innej armii, nie?

Nie wiedziały, co na to odpowiedzieć. Magazynierka wygoniła je na zewnątrz, bo już czekały następne. Za to, że pierwsze się odważyły na nieprzyjemne zabiegi, dostały tabliczkę czekolady do podziału na pół.

Na zewnątrz zgodnie z przewidywaniami Naan lał już przenikliwie zimny deszcz.

– Skąd wiedziałaś? – Foe błyskawicznie narzuciła swoją nowiutką pelerynę. Szybko się okazało, że te rzeczy są nieprzemakalne. Ani jedna kropla deszczu nie przenikała przez dziwny cieniutki materiał. Jakim cudem?

– Jak to skąd? – Naan zgodnie z otrzymaną przed chwilą instrukcją umieściła kaptur na daszku czapki. – Od chłopaka ze snu.

– I on ci tak o wszystkim mówi?

– Nie o wszystkim. Ale o tym powiedział. Popatrz.

Wskazała ich koleżanki w cienkich tunikach, przemoczone i drżące w porywach lodowatego wiatru.

– No i dobra. – Foe nie bardzo wierzyła w tego chłopaka. Ale też nie dyskutowała z wizjami siostry. – Przynajmniej na coś się przydał.

Usiadły pod najbliższym drzewem, osłaniając nogi pelerynami. Były suche, rozgrzane i spokojne. Przyjemnie się patrzyło na krople deszczu skapujące z krawędzi kaptura, kiedy leniwie ssało się kawałki słodkiej czekolady. A tuż obok półgołe koleżanki prawie zamarzały, czekając w sążnistej kolejce.


Cesarstwo awansowało chyba do rangi sojusznika o wysokim stopniu przewidywalności. Sztab marynarki RP przenosił się bowiem z baraków i kontenerowych pomieszczeń eksterytorialnej bazy do wykładanych marmurem budynków na wzgórzu, które górowało nad portem. W Negger Bank nie było nazw ulic we współczesnym tego słowa rozumieniu ani numerów domów. O drogę należało więc pytać przechodniów.

Niestety, każde pytanie Tomaszewskiego o sztab marynarki kończyło się pokazywaniem kierunku odwrotnego. Wskazywano mu miejsce, gdzie mieścił się sztab, ale cesarski. O sztabie ludzi z żelaznych okrętów nikt tu na razie nie miał pojęcia. Dopiero jakiś młody człowiek, sądząc z wyglądu, nauczyciel lub bibliotekarz, domyślił się, o co może chodzić obcemu.

– Ach, chcielibyście znaleźć sztab marynarki Cesarstwa Luan? Ten sprzed tysiąca lat?

– Nie do końca o to mi chodzi.

– Ja wiem, wiem. Podobno teraz wprowadzają się tam wasi, ludzie zza gór. – Uprzejmy przechodzień wskazał kierunek. – To największy kompleks na wzgórzu przy porcie.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, z których wynikało, że sztab imperialny nigdy nie zajął tego kompleksu odziedziczonego po poprzednim cesarstwie. Wszystko tam było za duże. No ale... wiadomo. Sojusznicy mieli nieporównywalnie większe okręty, więc dla sztabu potrzebowali nieporównywalnie więcej miejsca.

Tomaszewski udawał, że nie usłyszał zawoalowanej kpiny. Natomiast dzięki wskazówkom młodego człowieka trafił już bez trudu na miejsce. Monstrualny kompleks otoczonych kolumnadami budynków rzeczywiście zdawał się zaspokajać wybujałe ambicje admirała Ossendowskiego. Nareszcie urzędował w czymś, co przypominało salę tronową, a nie w jakimś tam gabineciku na jakimś tam lotniskowcu czy wręcz, tfu, krążowniku.

Niebywałe. Tomaszewski pływał we własnym pocie już po pokonaniu gigantycznych, zalanych słońcem reprezentacyjnych schodów prowadzących do głównego budynku. Sam westybul wywierał porażające wrażenie. Jego wielkość i pompatyczny wystrój sprawiały, że każdy, kto wkroczył do mrocznego wnętrza, czuł się mały i przytłoczony. Być może o to właśnie starożytnym architektom chodziło? Maszerując wzdłuż ustawionych w szpalerach pomników admirałów sprzed tysiąca lat, miało się wrażenie kontynuacji. A patrząc na ogromną mozaikę przedstawiającą urzędujących tu luańskich oficerów marynarki w purpurowych togach, wręcz czuło się, że dzisiejsi oficerowie, którzy zaczynali tu pracować, różnili się od poprzedników tylko krojem i kolorem mundurów. Purpurę zastąpiła smolista czerń.

W perystylu dalej również ustawiono posągi admirałów. Tych najbardziej wybitnych. Zwycięzców dawnych bitew, twórców wielkich teorii strategicznych albo zręcznych polityków. Tomaszewski zastanowił się złośliwie, czy jakiś rzeźbiarz pracował już nad posągiem Ossendowskiego, żeby uzupełnić dawną kolekcję.

A jednak w miejscach, gdzie docierało światło, dało się zauważyć, że budynek jest, delikatnie mówiąc, mocno spatynowany. Pośpieszne remonty i zastawianie co bardziej zniszczonych ścian miejscowymi meblami nie były w stanie ukryć faktu, że to częściowa ruina. Potrzeba będzie wielu lat i naprawdę wielkich pieniędzy, żeby przywrócić staremu sztabowi dawny blask. Ale miało to i swój urok.

Podoficer, który prowadził Tomaszewskiego do admirała, zatrzymał się nie przed drzwiami, ale wręcz wrotami. Skrzydło, które pchnął oburącz, miało jakieś trzy, cztery metry wysokości.

– To tutaj, panie komandorze. – Zasalutował dziarsko i poprosił o możliwość odmeldowania się.

Tomaszewski odpowiedział salutem. A potem wkroczył do sekretariatu wielkości szkolnej sali.

– O, dzień dobry, panie Krzysztofie. – Znajoma sekretarka powitała go uśmiechem. – Co? Oszołomiony przepychem?

– Delikatnie mówiąc, pani Elżbieto. Delikatnie mówiąc.

– Cieszę się, że dotarł pan do nas cały i zdrowy. Bo tu już różne pogłoski krążyły.

– Jestem niezniszczalny, pani Elżbieto. – Tomaszewski podszedł do drzwi gabinetu. – A jak humor dzisiaj?

– Myślę, że niezły. I gdyby pan nie strzelał do kuriera, to nie byłoby opeeru.

– Rozumiem. No nic... do boju!

Tomaszewski, używając dużej siły, otworzył drzwi równie wielkie jak te poprzednie i wszedł do gabinetu. Potem zamarł.

Regulamin nakazywał podwładnemu, który wchodzi do pomieszczenia przełożonego, przyjęcie postawy zasadniczej i złożenie meldunku. Ale... Od szefa w tym gabinecie dzieliło Tomaszewskiego jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów! I co zrobić? Przecież meldunku admirał z tej odległości nie usłyszy. Postanowił nieregulaminowo ruszyć dalej.

Admirał Wentzel nie podnosił wzroku. Pisał coś w jednostajnym rytmie. Tomaszewski zawsze się zastanawiał, czy wszyscy przełożeni w takich sytuacjach, chcąc dać coś podwładnym do zrozumienia, pisali prawdziwe słowa, czegoś dotyczące, czy po prostu mazali piórem byle jakie zygzaki, żeby pokazać jedynie swoją postawę. Niestety, i tym razem nie było mu dane się dowiedzieć. Kiedy dotarł nareszcie do biurka, strzelił obcasami i zasalutował, zdając meldunek, Wentzel zamknął swój notes.

– Krzysiu, cieszę się, że cię widzę w dobrym zdrowiu.

– Ja również się cieszę, panie admirale!

– Dobre zdrowie ci się przyda, kiedy każę cię wtrącić do najciemniejszego lochu w tym mieście. Kto ci pozwolił wywoływać wojnę z innym państwem?!

– Nikt się nie dowie, że zestrzeliliśmy motoszybowiec. Nie sądzę, żeby ktokolwiek odnalazł szczątki na pełnym oceanie.

– Ja nie o walkach powietrznych mówię. Kto cię upoważnił, żebyś strzelał do najwyższych rangą oficerów oblegających twierdzę jak do kaczek?!

Tomaszewski przełknął ślinę.

– Widzę, że przeczytał pan mój raport, panie admirale.

– Krzysiek... – Palec Wentzla celował teraz dokładnie w czoło Tomaszewskiego. Jak u oficera dowodzącego plutonem egzekucyjnym. – Ja nie wnikam, że sobie zwozisz z całego świata różne dziewczęta, i nie wnikam, co z nimi robisz.

– Wcale z Iną nie spałem!

– Krzysiek, nie wnikam. Ale powiedz mi, co piłeś albo czym się naćpałeś do tego stopnia, żeby strzelać przez drzwi do mojego kuriera?!

No i co tu powiedzieć? Że był świadkiem jakichś zjawisk paranormalnych? Jedno słowo na ten temat i będzie miał rację Ossendowski, który wieszczył mu, że zajmowanie się czarami definitywnie zakończy jego karierę.

Admirał chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Westchnął ciężko.

– Słuchaj, Krzysiu, ja wiem, że w wojsku polskim się pije. Ja wiem, że się pije od zarania. Niektórzy nawet wywodzą to z tradycji mającej swój początek u dawnych rycerzy. Ale powiedz mi szczerze. Czy masz z tym problem? Powiedz uczciwie, czy masz problem z alkoholem?

– Nie, panie admirale.

– A z innymi używkami?

– Nie mam żadnego problemu z uzależnieniem od czegokolwiek.

– Chciałbym ci wierzyć, chłopcze, ale ostatnio dociera do mnie coraz więcej wieści o twoich ekscesach po alkoholu. A ta droga prowadzi donikąd. Wiesz o tym, prawda?

– Tak jest, panie admirale.

Wentzel podniósł się zza biurka. Okrążył je, podszedł do siostrzeńca i oparł mu rękę na ramieniu. A potem zaprowadził do olbrzymiego okna z widokiem na morze.

– Popatrz – powiedział cicho. – Kto wie, może ten widok podziwiał tysiąc lat temu jakiś admirał Cesarstwa Luan? Może stał w tym miejscu, podczas kiedy pod murami Negger Bank rozgrywała się bitwa toczona pomiędzy armią Biafry i mającymi ogromną przewagę liczebną dwoma generałami cesarza. Pewnie posłańcy przynosili tutaj wieści o tym, co się dzieje przy cesarskiej drodze pod miastem. I pewnie admirał w którejś chwili zrozumiał, że cesarstwo, któremu służył, ulega rozpadowi. Nie miał na to wpływu. Podczas tamtej wojny nie rozegrała się żadna bitwa morska. Nie było nawet najmniejszej potyczki. Człowiek, który stał tutaj tysiąc lat temu, nie mógł nic zrobić. Frustrujące, prawda?

 

Tomaszewski nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Na szczęście nie musiał, bo Wentzel podjął znowu:

– Bo gdyby na przykład przyczyną klęski był alkoholizm jego ludzi, to admirał sprzed tysiąca lat mógłby z tym coś zrobić. Nie stałby tutaj i nie gapiłby się melancholijnie na morze, tylko wypalił pijaństwo gorącym żelazem! I ja też mogę sobie poradzić z tym problemem, prawda?!

– Tak jest.

Tomaszewski przygryzł wargi. Wentzel chyba nie przeczytał starych kronik tak dokładnie jak on sam. Wiedziałby bowiem wtedy, że podał akurat zły przykład. Biafra, o czym kronikarze piszą otwarcie, był właśnie alkoholikiem. I narkomanem. Podczas bitwy, która przeszła do historii pod mianem masakry pod Negger Bank, był tak nachlany i naćpany, że wojskami w linii dowodziła wyłącznie Achaja. Też zresztą nie do końca trzeźwa, ale zdecydowanie lepiej trzymająca się na nogach. Przykład więc naprawdę niefortunnie dobrany, bo w tej historii właśnie dwoje alkoholików zwyciężyło dwóch całkiem trzeźwych.

Wentzel jednak niespodziewanie zmienił ton.

– Krzysiek, a teraz tak zupełnie szczerze i między nami. – Admirał patrzył mu z bliska prosto w oczy. – Dlaczego strzelałeś do mojego kuriera?

– W tej chwili ciężko będzie uwierzyć, ale w domu był chyba włamywacz. Pierwsza obudziła się Ina. Oczywiście w tym cholernym kraju bez elektryczności poza zapalniczką nie miałem żadnego światła. Nie zabrałem nawet latarki. No i zeszliśmy z Iną na parter, ktoś chyba kręcił się w przedsionku, nic nie było widać, przeładowałem, no i ktoś zaczął walić do drzwi.

Wentzel nagle stracił zainteresowanie tematem. Widać było, że nie uwierzył w ani jedno słowo, które teraz padło. Szlag! No ale co powiedzieć? O duchu? To już lepiej zostać alkoholikiem w oczach zwierzchników.

– Czytałeś mój raport nasłuchu, który kazałem ci dostarczyć? – Admirał ze specjalnej szkatułki na biurku wyjął papierosa ze złotym ustnikiem i zapalił, zaciągając się łapczywie dymem.

– Tak, przeczytałem.

– Kai jest w coraz większych tarapatach. Lada chwila zostanie namierzona dzięki informacjom szpiega w naszym sztabie.

– Zgadzam się.

– To dobrze, że się ze mną zgadzasz. A czy wymyśliłeś sposób, jak można jej pomóc?

– Tak jest. Wymyśliłem.

Wentzel nie wykazał nawet cienia zaskoczenia. Delektował się aromatycznym dymem, który wypuszczał z ust wąską strużką.

– Słucham – powiedział w końcu.

– Myślę, że trzeba wykorzystać majora Pełczyńskiego.

– A kto to jest?

– Instruktor skoków spadochronowych i specjalista od akcji na wrogim terytorium. Mam do niego pełne zaufanie.

– Ach, piliście razem? Rozumiem więc twoją sympatię do niego.

Tomaszewski na moment zacisnął szczęki.

– Przestudiowałem dokładnie jego akta. To nie jest facet, który nawet nieświadomie ujawni cokolwiek szpiegowi.

Wentzel spojrzał mu prosto w oczy.

– No dobrze. Mów.

– Zlecę Pełczyńskiemu jeszcze trzy loty. Każdy z nich ma się zakończyć zrzuceniem pary agentów. Wszystko ma wyglądać, jakby odbywało się naprawdę. Nawet kwity magazynowe mają się zgadzać. I samoloty naprawdę zrzucą specjalne spadochrony i pobrane wcześniej z magazynów zaopatrzenie nad oceanem.

– Sprytne – podsumował admirał. – Jeśli agent ma dostęp na przykład do rejestrów magazynowych, to może chwycić.

– A Pełczyński nad oceanem wyrzuci po prostu cały sprzęt do wody. Niech utonie.

– Hm. – Wentzel zaciągnął się raz jeszcze i zdusił papierosa w ozdobnej popielniczce. Jednym z dwóch elementów, których nie było na wyposażeniu tego gabinetu tysiąc lat temu. Drugim był telefon na biurku. – Coś jest w tym, co mówisz – mruknął admirał. – Gdyby ten szpieg w naszym sztabie wiedział, że naszymi agentami są Kai i Nuk, to obie od dawna siedziałyby w obcym lochu. I faktem jest, że skoro szpieg nie dowiedział się o misji bezpośrednio od żadnego z naszych ludzi, to znaczy, że układa swoją mozaikę z bardzo drobnych kamyczków. Magazyny mogą być jednym z ważnych elementów.

– Wpadłem na to inaczej. Lewandowski jest przecież „magazynierem”. Oczywiście wojska lądowe nijak nie mają się do marynarki, nasze magazyny są niekompatybilne. Ale sztab jest przecież wyżej. Skoro więc ma wgląd do tamtych, to pewnie ma i do naszych.

– Bardzo dobrze, chłopcze. Zwiększysz więc w oczach tego szpiega liczbę wysłanych przez nas agentów do ośmiu, podczas kiedy w rzeczywistości było i będzie tylko dwóch.

– Dwoje – poprawił Tomaszewski.

– No... chyba „dwie” w takim razie.

– Ot, i cała komplikacja języka polskiego. Określenie „dwóch agentów” może się odnosić zarówno do dwóch mężczyzn, jak i dwóch kobiet. Jeśli zaczniemy używać formy „dwoje agentów”, jasno damy do zrozumienia, że chodzi o kobietę i mężczyznę. Jeśli więc szpieg dotrze do tego określenia i przekaże je swoim mocodawcom, Kai i Nuk zyskają trochę bezpieczeństwa.

– Bo tamci będą się spodziewać, że to para: mężczyzna i kobieta? Dobre. Podoba mi się to.

– Problem tylko w tym, jak puścić plotkę zawierającą to określenie. To nie może być przecież poziom baru i barmana.

Słysząc to, Wentzel podniósł głowę i spojrzał na swojego siostrzeńca badawczo.

– Oczywiście, że nie. Ale nie kłopocz się tym, Krzysiu. To ja „puszczę farbę”. A płynąca z moich ust informacja na pewno będzie analizowana bardzo dogłębnie. Wszystkie moje przejęzyczenia wrogowie słyszą i na pewno długo się nad nimi zastanawiają.

Tomaszewski przytaknął. Admirał rzeczywiście byłby najlepszym źródłem „niedyskrecji”.

– W takim razie mam jeszcze jedną prośbę.

– Tak?

– Dobrze byłoby zmylić tamtych plotką, że zadaniem pierwszej pary agentów było tylko i wyłącznie przygotowanie lądowania trzech następnych par. I w związku z tym „ich dwoje” ciągle przebywa gdzieś w pobliżu strefy lądowania.

– Bardzo sprytne! – zgodził się admirał. I natychmiast zmienił temat: – A jak tam samo szukanie szpiega w naszym sztabie? – Nie mógł sobie darować tego pytania. Najwyraźniej nie chciał, żeby ta rozmowa zakończyła się pochwałami.

Tomaszewski rozpiął kieszeń munduru i wyjął z niej złożoną na czworo kartkę.

– To jest spis tajemnic, które powinniśmy ujawnić – powiedział. – W sztabie oficerów dużo. Trzeba ich podzielić na grupy po dziesięciu i każdej grupie przekazać do wiadomości jakiś sekret. No i zobaczymy, który wypłynie po drugiej stronie oceanu. To pozwoli zawęzić nasze poszukiwania do maksimum dziesięciu podejrzanych.

– Ba! Gdyby to było takie proste. – Admirał wiedział, że proponowane rozwiązanie to klasyka działań kontrwywiadowczych. Metoda była mozolna i długotrwała. Często nie przynosiła efektów.

– Normalnie listę przekazałbym Rosenblumowi, ale nie mogę go nigdzie znaleźć.

– Rosenbluma nie ma. Pojechał na ważne spotkanie, możesz jednak zostawić ją tutaj. Przekażę.

Admirał długo milczał, roztrząsając w głowie jakieś kwestie. Nie dało się nic wyczytać z jego nieruchomej twarzy. Potem rozejrzał się nagle, jakby pierwszy raz był w swoim gigantycznym gabinecie, i zajął miejsce w fotelu. Tomaszewskiemu wskazał krzesło po drugiej stronie biurka.

– Desperacko potrzebujemy informacji o tym, co się dzieje za Wielkim Lasem.

– Z miejsc, które odwiedziłem podczas ostatniej misji?

– Tak. Wyszyńska. – Admirał skrzywił się i machnął ręką, jakby odganiał się od niewidzialnego natręta. – Ten dyrektor bardzo ważny, z firmy „Kocyan i wspólnicy”, nie ustaje w naciskach, żeby wziąć udział w wyścigu na biegun.

– Rozumiem ich doskonale.

– A ja rozumiem sztab, który chce osiąść na polach naftowych jak kwoka na swoich pisklętach.

– Nie ruszą się dalej niż na Złe Ziemie?

Wentzel parsknął śmiechem.

– Już dawno trzeba było zmienić nazwę geograficzną na Dobre Ziemie! Przecież tam jest ta ukochana, pożądana, najcudowniejsza na świecie ropa naftowa w jakichś niewyobrażalnych ilościach. I sztab jest zakochany w tym miejscu. Ale Kocyan nie ustępuje.

– A kto jest silniejszy?

Admirał wydął wargi.

– A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem. – Ale my nie pozostajemy bezczynni. Pozwoliłem Wyszyńskiej przerobić jeden z niszczycieli na coś w rodzaju lotniskowca dla wiatrakowców. To prowizorka, chociaż działa.

Tomaszewski skinął głową. Wiedział już o tym doskonale.

– Twoim priorytetem będzie teraz tamten rejon. Razem z grupą kapitana Goldwyna polecisz do Kong. On będzie realizował tam jakieś filmowe zadanie, a ty polecisz dalej na niszczyciel. Dostaniesz najlepszego pilota, który wyląduje na okręcie.

– Już mam pilota.

Wentzel spojrzał na siostrzeńca badawczo spod opuszczonych brwi. Nie wnikał jednak.

– Chcę wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w tamtym rejonie. Jeśli jeszcze nie jest za późno, dobrze byłoby przejąć to archiwum, które opisałeś w raporcie.

– To z Tor Avahen?

– Tak. Nie masz oczywiście prawa do zawierania jakichkolwiek sojuszy, ale możesz im mówić, co ci tylko ślina na język przyniesie. Możesz gadać do woli o przyjaźni, wzajemnym zrozumieniu, a nawet polskiej interwencji.

– A będzie taka?

– A co ja, bogiem jestem? Kto wie, co będzie, a czego nie będzie? W tamte rejony sztab sam z siebie nie ruszy. – Wentzel rozłożył ręce i zakpił: – Za mało tam ropy naftowej.

– Jakaś wojna się jednak szykuje. Jej woń czuć w każdym raporcie.

– Tak.

Admirał przytaknął, jednak nie zamierzał powiedzieć niczego więcej. Tomaszewski zaczął więc drążyć.

– My tam się nie ruszymy. To fakt. Ale kto inny może przecież uznać, że ten rejon jest ważny dla jego strategicznych interesów.

Uważnie obserwował oberwujka. Lekkie drgnięcie prawej dłoni. Ledwie dostrzegalne skrzywienie ust. Cień uśmiechu? Aha. Rosenblum nie „gdzieś wyjechał”, tylko ryzykuje całym sobą, realizując jakąś misję. Być może uzyskania wpływu na „tego kogoś”, kto mógłby uznać tamten rejon za ciekawy. Tomaszewski odwrócił wzrok.

– A co, jeśli wrogowie zaczną do mnie strzelać?

– To odpowiedz ogniem.

– Niszczyciela?

– No pewnie. Nie możesz dać dmuchać w kaszę RP.

– A jeśli zajdzie potrzeba, żeby zacząć strzelać jako pierwszy?

– To strzelaj, tylko nie zostawiaj żadnego swojego rozkazu w tej kwestii na piśmie. – Admirał wzruszył ramionami. – Jeśli dojdzie do jatki, to każdy będzie wpierał, że to nie on zaczął. A my i tak jesteśmy przez nich nazywani podżegaczami wojennymi. Nic więc się nie zmieni.

Tomaszewski nie mógł ukryć uśmiechu. Sytuacja naprawdę musiała być wyjątkowa. Żaden bowiem oficer w historii nie dostał od dowódcy aż takich prerogatyw. No fakt. Teatr działań nie interesował nikogo w tej chwili i był na razie trzeciorzędny. Na razie.

Wstał sprężyście, żeby poprosić o możliwość odmeldowania się. Admirał jednak powstrzymał go jeszcze.

– Krzysiek. Ja nie mam ci za złe, że sobie postrzelałeś z murów twierdzy do jakichś tam wrogów. Ani o to, że sobie zestrzeliłeś jakiś ich samolocik... – Wentzel podniósł głos: – Ale nie mogę ścierpieć plotek na mieście, że mój oficer z jakąś dziwką, oboje na golasa, strzelają do mojego kuriera! Rozumiesz? Do mojego kuriera!

– Nie byliśmy goli...

– Mnie nie obchodzi, jak było! – wrzasnął Wentzel. – Nie mogą jednak ludzie gadać, że goły oficer z gołą dziwką strzelają do mojego kuriera!

– Ale...

– Dość! – Admirał wskazał Tomaszewskiemu odległe o pięćdziesiąt metrów drzwi. – Idź już!

Tomaszewski zasalutował regulaminowo, odwrócił się, stukając przepisowo obcasami, i ruszył ku wyjściu. Dogonił go okrzyk:

– A następnym razem strzelaj do cesarskich kurierów! Nie do moich, na Boga!


Burzowe chmury gromadziły się od rana, stopniowo przysłaniając niebo, aż do chwili kiedy wokół zapanował półmrok w samym środku dnia. Deszcz jednak nie chciał lunąć. Ludzie chodzili ospali, rozdrażnieni, ledwie otwierali oczy. A Kai i Nuk ten właśnie dzień wybrały na zwiad.

 

W komendzie nie zamierzały pytać kogokolwiek o tajne sprawy. Agire nie miał zielonego pojęcia, czym jest tajemniczy vend i co robią ludzie, którzy przy nim pracują. „Zaopatrzenie będzie samo czekać” na armię, która ruszy wyznaczonym szlakiem realizować przyszłą kampanię. Hm. Co to miało znaczyć? Nie sposób rozstrzygnąć, kiedy się siedzi na miejscu.

Ale podejść do bazy zaopatrzeniowej też nie było łatwo. Ustaliły na samym początku, że nie pójdą na bezczelnego, nie wmieszają się w tłum czekający na transportowe wozy i nie będą rozpytywać ludzi, w razie wpadki udając prowokatorów. Mimo że teoretycznie miały na to papier, to ten plan wydawał się zbyt naiwny. Coś, co mogło zadziałać w przypadku głupiego strażnika, na dodatek pełniącego wartę w miejscu już i tak silnie chronionym przez innych, mogło się nie sprawdzić wobec kogoś, kto sam uprawiał prowokację. A sprawdzanie po komendach było im nie na rękę.

No i trudno. Musiały skorzystać ze szkolenia wywiadowczego, które, co prawda w wielkim skrócie, zrobili im pracownicy wywiadu marynarki oraz osobno major Pełczyński.

Nuk nie była jednak najlepszej myśli.

– Powiem ci tak całkiem szczerze – wyznała, kiedy wspinały się na odległe od bazy wzgórze, żeby zobaczyć, jak kształtuje się w okolicy sieć dróg. – Niewiele pamiętam z tego całego szkolenia.

– Bo przysypiałaś, kiedy nam mówili.

– A ty nie? Byłaś bardziej zmęczona ćwiczeniami niż ja.

– No widzisz... Nie.

– Co nie?

– Byłam zmęczona, ale nie przysypiałam. Mam trening ze szkoły w Danoine.

– Jaki, kurna, trening?

– Po wielu dniach postu, ćwiczeniach na wytrzymałość pośrodku pustyni kazano nam czytać i zapamiętywać opasłe i nudne księgi. Kto nie zdał później egzaminu ze znajomości wiedzy zawartej w księgach, wylatywał.

– Ożeż...

– Ja naprawdę jestem wdrożona do szybkiego przyjmowania i idealnego zapamiętywania mnóstwa wiadomości. Czarownica to szpieg idealny.

– Wręcz świetny. Wysyłasz czarownicę, wiedząc jednak o tym, że ani razu nie może użyć czarów, bo zaraz ją inni wykryją.

– Mam szereg innych zalet.

– No to powiedz, jak odkryć, co robią w zamkniętym miejscu, do którego nie można się dostać?

Kai spojrzała na Nuk z wyraźnym wyrzutem.

– No przecież to są podstawy! Jak możesz tego nie pamiętać?

– Podstawy czego?

– Podstawy metod pracy wywiadowcy w terenie. Wtłaczał nam to do głowy i ten wysoki, chudy z marynarki, i sam Pełczyński osobiście.

Nuk chciała odpowiedzieć kpiąco, ale nagle zdała sobie sprawę, że rzeczywiście przedrzemała większość wykładów. Miała swój opracowany w wielu garnizonach sposób na drzemkę, kiedy to śpiąc, ciało udawało wpatrzonego przed siebie z uwagą wartownika. No ładnie. Teraz musiała się zdać na przemądrzałą czarownicę.

– No to co trzeba zrobić, jeśli nie można się dostać do środka strzeżonego obiektu? – zapytała.

– Trzeba obserwować, co z obiektu wywożą, a co przywożą. To proste.

– A niby jak to stwierdzić? Przecież nie mają na burtach wozów wielkich napisów: „My wieziemy tajne wihajstry do rozpruwania wrogom brzuchów”. A wszystkie paki są zasłonięte.

– Oczywiście. Ale przecież łatwo rozpoznać, czy wóz wiezie żelazne sztaby, czy siano, prawda?

– Niby jak?

– Po głębokości kolein wyżłobionych w drodze.

Nuk olśniło. W cesarstwie byłoby to niemożliwe. Jej kraj szczycił się doskonałymi drogami z kamienia. Ale tu? Bite, gruntowe trakty sprawiały, że wystarczyłoby tylko trochę błota, żeby dowiedzieć się wszystkiego o ciężarze dowolnego wozu.

– No dobrze. Wiesz, jaki jest ciężar tego, co wiozą, i co ci z tej informacji?

– Wiesz już, czego szukać. Przecież wozy nie biorą się znikąd. Skądś ruszają w drogę, a tu jest tylko stacja końcowa.

– No dobrze. Ale pewnie nie ruszają bezpośrednio od tego, co robi rzeczy na wysyłkę, ale z jakiegoś magazynu.

– No właśnie. Znając wagę wozu i, w uproszczeniu, wiedząc, czy on wiezie żelazo, czy siano, tego należy szukać wokół magazynu, skąd wozy są wysyłane w podróż tutaj. Szukasz albo huty, przykładowo, albo składów rolniczych. Prawda?

– No dobra. Znajdujesz. Udaje ci się odnaleźć producenta tego czegoś, co tu przyjeżdża. I co dalej?

– Przecież ani huta, ani tym bardziej składy rolnicze nie są już tak ściśle chronionymi obiektami jak baza zaopatrzeniowa tutaj. Tam łatwiej popytać. Łatwiej się dowiedzieć, czemu to wszystko ma służyć.

Nuk palnęła się dłonią w czoło. Sama sobie winna tego, że nie wie. Mogła nie spać na wykładach.

Wspinały się dalej po coraz łagodniejszym stoku. Kai jednak szła coraz wolniej. Po chwili zaczęła robić przystanki co kilka kroków. W końcu zatrzymała się i ukryła twarz w dłoniach.

– Co ci jest? – zainteresowała się Nuk.

– Coś mi źle jakby.

– Precyzyjne określenie. A gdybyś jeszcze bardziej ukonkretniła?

– Nie wiem.

– No rzygać chcesz? Brzuch boli? Płuca? W głowie się kręci? Poty biją, a serce kołacze?

– Nie. Czuję, jakbym umierała.

– O kur...

Nuk nie zdążyła dokończyć.

– Stać!

Gromki okrzyk wywołał z odległej o kilkanaście kroków kępy krzewów sześciu żołnierzy z karabinami.

– Stać! Nie ruszać się! – krzyczał prowadzący ich oficer.

No ładnie. Nuk usiłowała nie wykonywać gwałtownych ruchów. Oficer to nie głupi strażnik wewnątrz chronionej strefy. Tu każdy drobiazg miał kolosalne znaczenie. I to, w jaki sposób rozegra sprawy.

– Kim jesteście?!

Oficer był młody i nawet w jakimś tam sensie przystojny. Nie wyglądał na człowieka, który miałby jakieś problemy z dziewczynami. Odpadał więc przynajmniej jeden kłopot.

– Komendantura miejska. – Nuk wyjęła z torby ich przepustki i oficjalny spis produktów, na które wystawiono zapotrzebowanie, podpisany przez samego komendanta. Podała je oficerowi.

– A co tutaj robicie? – ten indagował dalej.

– A z pisma nie wynika?

– Produkty chcecie pobrać? Tu, w krzakach na wzgórzu?

– Zgubiłyśmy się.

– Ach, zgubiłyście. I szukając drogi, weszłyście na wzgórze, gdzie drogi żadnej nie ma? Logiczne.

– To nie jest dowcipne – odcięła się, choć niezbyt hardo, Nuk. – Stąd przecież widać wszystkie drogi. Zorientować się można, co i jak.

Oficer bez słowa studiował papiery. Bardzo dokładnie. Potem podniósł wzrok.

– Niesamowite. Dokumenty w porządku, a wy macie przekonującą wersję tego, co tu robicie. Coraz inteligentniejszych szpiegów nam tu przysyłają.

Nuk usiłowała zachować neutralny wyraz twarzy. A Kai ze strachu prawie osunęła się na ziemię. Trzeba ją było chwycić za ramię.

– Co jej jest? – dopytywał oficer.

– W ciąży jest od niedawna. Pierwsze objawy. Rano mi mało butów nie obrzygała.

– W ciąży z kim?

– No przecież nie ze mną! – obruszyła się Nuk. – Co ja jestem? Jej matka albo przyzwoitka, żeby dbać o to, komu dupy daje?

– Ty! Wygadana! – Mężczyzna spojrzał na nią ostro. – Zaraz cię, szpiegu, zaprowadzę, wiesz gdzie!

– Wiem. Do pierdla – stwierdziła spokojnie Nuk. – A ponieważ papiery mam w porządku, to nie dostanę na wstępie pałą w mordę, żeby zęby powylatywały, tylko grzecznie i z atencją zamkną mnie w lochu.

Mężczyzna uśmiechnął się, widząc jej dogłębną znajomość tematu. Nie mógł mieć pojęcia, że wiedza dziewczyny nie bierze się ze znajomości tutejszych zwyczajów, tylko z doświadczenia zbieranego po wielu garnizonach cesarstwa. Wszystkie areszty działały podobnie na całym świecie.

– I powiem ci, co dalej będzie – ciągnęła niezrażona. – Przez pierwszy dzień będę sobie siedzieć i czekać, aż na posterunek przyjdzie ktoś bieglejszy w piśmie niż dyżurny. – Przysunęła oficerowi do twarzy prawą dłoń i wyprostowała pierwszy palec. – Drugiego dnia – wyprostowała następny palec – ktoś napisze list do mojej komendantury i wyśle razem z resztą poczty. Trzeciego dnia, jak będę miała szczęście, list trafi do mojego komendanta, ale nie do niego osobiście, tylko do kancelarii. Czwartego dnia, ponieważ sprawa jest oczywista, list zostanie opatrzony notatką „Zwolnić!” i ozdobiony odpowiednią pieczęcią. Piątego dnia... – Nuk trzymała przed oczami oficera dłoń z rozcapierzonymi wszystkimi palcami – list zostanie wysłany. – Potrząsnęła głową. – Przez cały czas zakładam, że będę miała szczęście i nic się nie opóźni. Zakładam też, że z tego powodu, że nie jestem zastępcą komendanta, w mojej sprawie nikt kuriera nie wyśle i list będzie wracał normalną, urzędową drogą. Czyli... szóstego dnia mogę liczyć, że mnie zwolnią. – Opuściła uniesioną rękę i przygryzła wargi. – Powiedz mi, mój panie bardzo przebiegły w łapaniu szpiegów, co ja będę jadła przez pięć dni?