Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jakże miło cię widzieć, drogi przyjacielu. Tuszę, że podróż w tym upale nie była męcząca.

– Nie, skądże. Dotarłem w doskonałej kondycji.

– To świetnie! Znasz moich gości, prawda?

Baruch poprowadził Randa wokół stołu po to głównie, żeby ten mógł się przywitać. Wyszyńska, Rosenblum, młody mężczyzna w mundurze kapitana marynarki, przedstawiony jako Samuel Goldwyn, ewidentnie cywil powołany do marynarki w jakimś konkretnym celu. Stopień kapitana nadany na wyrost miał mu zapewne oszczędzić stania na nudnych wartach i czyszczenia latryn w okresie wstępnego szkolenia. Zagadką była jedynie obecność siostry Barucha.

Rand, posadzony już na miejscu w wygodnym fotelu z jakiejś mięciutkiej plecionki, zauważył leżący na stole numer „National Geographic”. Ten sam, który i on zdążył już przeczytać przy pomocy tłumacza. Ten sam, którego egzemplarze krążyły po różnych sztabach i komórkach wywiadu. Ciekawe, czy Polska Marynarka Wojenna po tamtej stronie gór wykupiła cały nakład. Ciekawe też, dlaczego uprzejmy gospodarz zdecydował się położyć swój egzemplarz na stole. Chciał w ten sposób unaocznić wszystkim, po co się zebrali? A może położyć akcent na fakt, że teraz wszystko musi ulec bezwzględnemu przyspieszeniu i nie ma ani chwili do stracenia na durne wahania? Zaraza jedna go wie.

Baruch odprawił służbę i zajął miejsce obok swojej siostry. Zdążył złowić zaciekawione spojrzenia rzucane w jej stronę.

– Już wyjaśniam. – Uśmiechnął się, podnosząc dłonie. – Nasz wielki przodek, Baruch, założyciel pierwszego banku w Królestwie Arkach, a potem w nowym cesarstwie, przed śmiercią wpadł na pomysł napisania swojej ostatniej woli. I wedle niej każdy z jego potomków po wsze czasy, aż do końca rodu, miał otrzymywać na imię Baruch. Niestety, nasz wielki przodek nie przewidział chyba, że w kolejnych pokoleniach jego potomkami mogą być przecież także kobiety. Ale nic to. Tradycja i jego wola rzecz święta. Dlatego też dziewczęta z naszego rodu otrzymywały to samo imię co chłopcy. Zatem i ja, i moja siostra nosimy imię Baruch, a odróżniają nas tylko kolejne, nadawane od tysiąca lat numery.

Siostra bankiera była od niego dużo młodsza. Robiła bardzo sympatyczne wrażenie. Nie była może zbyt ładna, ale coś sprawiało, że jej twarz wydawała się atrakcyjna. Wyraz łobuzerstwa? „Równiactwa”? To może złe określenie. Widać było jednak, że mimo legendarnego, oszałamiającego wręcz bogactwa nie wynosi się ponad innych. Wydawała się szczera i naturalna. Ale kto wie? Przy takich pieniądzach mogli ją wyszkolić najlepsi fachowcy od sztuki udawania, jakich tylko znają sceny amfiteatrów.

– Postanowiłem – ciągnął Baruch – wysłać siostrzyczkę do Polski na kurs wyższej bankowości. Nowe czasy, nowe wyzwania. – Uśmiechnął się szeroko. – Niestety, nie było czasu, żeby mogła ukończyć całe studia, w pełnym wymiarze, ale... I tak nawiązała tam wiele arcyciekawych kontaktów.

W to nie wątpimy, pomyślał Rand. Na pewno też ulokowała gdzie trzeba odpowiednio duże kwoty.

– Misja mojej siostry ze zrozumiałych względów miała charakter poufny. Żeby jednak mogła być legalna, trzeba było wyrobić odpowiednie dokumenty. I tak oto jako pierwsza kobieta w tysiącletniej historii naszego rodu przybrała sobie drugie imię. I teraz nazywa się Anna Baruch.

– Tak. – Sympatyczna dziewczyna potwierdziła ruchem głowy. – W Polsce z mojego prawdziwego imienia zrobiono po prostu nazwisko. – Zerknęła na Wyszyńską i Rosenbluma. – Takie macie u siebie dziwne zwyczaje, że każdy musi mieć dwie nazwy.

– No cóż, skoro już nawiązałem do mojego przodka, założyciela naszego rodu i banku, to pragnę powiedzieć coś jeszcze. – Baruch położył dłonie na stole, a jego twarz przybrała wyraz powagi. – Otóż jest on w naszej rodzinie symbolem odwagi i energii. Był on w stanie podjąć nieprawdopodobną na tamte czasy decyzję i przybył do kraju, gdzie nie było żadnej kultury bankowej. On, bez grosza przy duszy, był pierwszy. Doskonale wyczuł kluczowy, kulminacyjny moment w dziejach, kiedy to chwiały się imperia, a ustalony porządek rzeczy powoli upadał. Los docenił ryzyko podjęte przez mojego przodka. Już pierwszego dnia w Arkach spotkał on bowiem major Achaję i jej sierżant. Pierwszego dnia otrzymał od niej na lokatę pierwszą złotą monetę. Do dziś w rodzinie uważamy to za palec boży! Za wskazanie, że Bogowie sprzyjają ludziom, którzy potrafią podjąć straszliwe ryzyko i umieją wyczuć kulminacyjny moment w dziejach świata.

Przy stole rozległy się brawa. Rand przygryzł wargi. Różnymi już słowami w historii nazywano spisek. Mówiono o nim jako o „sprawiedliwości dziejowej”, „odpłacie należnej ciemiężcy”, „zaraniu nowego porządku”, czy choćby „sprzysiężeniu ludzi honoru”. Baruch wolał nazwać spisek „palcem bożym”. Hm. Aie pewnie powiedziałaby tylko swoim ochrypłym głosem: „może być, może być”. Uśmiechnął się do siebie.

Rand przyglądał się ludziom siedzącym przy stole i oceniał konsekwencje, jakie im grożą. Nie wypadało to najlepiej dla niego. Bo tak: gdyby spotkanie wyszło na jaw zbyt wcześnie, to Baruchowi i tak nic nie zrobią. Jest zbyt bogaty. Ucieknie za granicę i stamtąd będzie pociągał za sznurki. Jego siostra wyglądała na sprytną. Na pewno ma już polski paszport, pewnie nawet dyplomatyczny. W razie czego ukryje się w konsulacie lub ambasadzie i będzie nietykalna.

Wyszyńska w razie jakiejś wpadki zostanie oskarżona o wszystko. Jakiś „oburzony” człowiek „w napadzie szału” zapewne zastrzeli ją na miejscu, co w jej przypadku będzie jednak oznaczać po prostu wcześniejszą emeryturę na planecie Ziemia.

Gorzej miał Rosenblum. Oficer łącznikowy przy cesarskim dworze. Też pewnie oskarżą go o wszystko, a on na procesie będzie musiał potwierdzić, że działał sam i na własną rękę. Może zrobią z niego wariata, może agenta obcego wywiadu. No i na pewno zostanie skazany. Jednak według standardów prawnych zza gór, więc czapa mu nie grozi. Pewnie wypuszczą go potem po cichu z więzienia pod jakimś pozorem i umieszczą na uboczu w ciepłym gniazdku. Przykre i nieciekawe, ale przynajmniej będzie żył. Swoich przecież Polacy za bardzo nie pokopią.

A sam Rand? W razie czego groziła mu najczarniejsza przyszłość, a raczej jej brak. Jakby co... Do niego sprowadzą przecież mistrza umierania nawet zza granicy. Będą go torturowali w nieskończoność. Wstrząsnął się na samą myśl. Mógł mieć tylko nadzieję, że jego kumpel Tomaszewski zaprzepaści swoją karierę i zastrzeli go w drodze łaski.

– No dobrze. – Baruch najwyraźniej zakończył rodzinne opowieści. – Czas chyba przystąpić do rzeczy.

Ponieważ nikt nie oponował, zaczął więc od tego, co sam załatwił.

– Bez żadnego problemu potoczyły się rozmowy z gildią kupców. Wyjątkowo zgodnych w jednej kwestii. Im później nastąpi normalizacja sytuacji – wskazał palcem leżące obok kolorowe pismo – tym lepiej dla kupców. Dlatego też są skłonni wyłożyć odpowiednio duże środki, żeby wspomóc... – zawiesił głos, nie chcąc nazwać spisku spiskiem. – Żeby wspomóc konieczne działania.

– Dużo dadzą? – zapytała obcesowo, jak to zwykle ona, inżynier Wyszyńska.

– Wystarczająco, żebyśmy wraz z moimi inwestorami nie musieli się martwić o finanse. Powiedzieli wręcz, że jeśli chce się mieć złote tony, trzeba smarować.

Rosenblum uśmiechnął się radośnie.

– Pozwól, że skoryguję trochę twój język polski, drogi przyjacielu – powiedział. – Określenie „złote tony” należy raczej do słownika muzyków. Kupcom pewnie chodziło o „tony złota”, bo to już określenie z dziedziny miar i wag.

– Bardzo konkretne zresztą – zgodziła się Wyszyńska. – Z tego wniosek, że finansowanie mamy zapewnione?

– Tak. Odnoga kolei żelaznych do rzeki za lasem Banxi już gotowa. Przystań również. Barki gotowe do przewiezienia, a rafineria według pomysłu naszych inżynierów ruszy lada dzień. Wszystkie dodatkowe środki, które zostały przygotowane pod przykrywką tych działań, mogą być przeznaczone na finansowanie koniecznych posunięć. Rand? – Baruch przeniósł spojrzenie. – A ty co powiesz?

– Pacyfikacja speckurew się powiodła. Nie wiem, ile to potrwa, ale zwiększenie liczby ludzi w ich sztabie paraliżuje konkretne przeciwdziałania.

– A rozszerzenie strefy działania partyzantów?

Rand wzruszył ramionami.

– Potrzebuję broni i amunicji. Potrzebuję sposobu na szerzenie idei wśród ludności.

Baruch odwrócił głowę.

– Broń i amunicja?

Wyszyńska potwierdziła ruchem głowy. Baruch już rozmawiał przecież z dyrektorem firmy „Kocyan i wspólnicy”. Wszystko było załatwione.

– Mam zapewnienie, że rozszerzenie nielegalnych dostaw jest w każdej chwili możliwe. W bazie Sait już są robione zapasy, pod przykrywką wyposażania kolejnych cesarskich dywizji.

– Dobrze. – Baruch przeniósł wzrok na następną postać. – Rozszerzenie idei?

Rosenblum wskazał towarzyszącego mu oficera.

– Samuel omówi tę kwestię. Ukończył szkołę filmową w Ameryce i jest fachowcem w tej dziedzinie.

Goldwyn nabrał powietrza do płuc.

– Na wstępie chciałbym się usprawiedliwić. Ten mundur włożono na mnie kilka dni temu. I ja ciągle nie wiem, komu mam salutować, a komu nie. I w ogóle nie znam się na wojskowych rytuałach. Powiedzieli mi tylko, żebym się nikomu nie kłaniał.

– Nie kłaniasz się, jak masz na głowie czapkę z godłem – podpowiedział mu Rosenblum. – Nie wykonuje się żadnych ukłonów Orłem Białym. To jemu mają się kłaniać.

– Dobrze – zgodził się niechętnie Goldwyn. – Powiedzmy, że to rozumiem. Ale cała reszta jest za trudna dla artysty i człowieka sztuki.

– W takim razie mów o tym, na czym się znasz.

Filmowiec wyraźnie odetchnął i przystąpił do rzeczy.

– Organizując pokazy ruchomych obrazów w tych prowincjach, w których zdążymy to zrobić, należy się skupić na obrazie. Oficjalna wersja zawierać będzie ścieżkę dźwiękową. Ale myślę, że lud, który zobaczy coś takiego po raz pierwszy, nie zrozumie słów. Bardziej przemówi do niego obraz.

 

– Jeśli dobrze chwytam – przerwał mu Rosenblum – przekaz słowny będzie tym, co chciałby przekazać swojemu ludowi pałac. A obraz będzie zaprzeczeniem tych słów?

– Mniej więcej. Musimy się przecież liczyć z cenzurą. Ktoś z pałacu będzie musiał to dopuścić do przekazu publicznego. Dlatego też przekaz słowny to jedno, a obraz to coś zupełnie innego.

– Da się tak przejść cenzurę? I czy ludzie to zrozumieją?

– Oczywiście. Pamiętajmy, że na każdym rynku czy forum, gdzie pokażemy film, będzie panował zgiełk i hałas. Słowa z ekranu staną się rzeczą drugorzędną. Słowa opowiedzą o tym, jak to cesarzowa dba o swój lud i troszczy się o niego. Słowa powiedzą, że partyzanci są źli. A obraz... Coś, co przemawia do wyobraźni bezpośrednio, pokaże, w jak nieprawdopodobnym bogactwie pławi się władczyni, podczas kiedy jej lud głoduje. I pokaże, że są partyzanci, którzy o ten lud walczą. – Podczas swojej przemowy Goldwyn podniecał się coraz bardziej. – My tu nie robimy arcydzieła dla Akademii Filmowej. My robimy prosty przekaz dla prostego człowieka. Mówią ci, jak to cesarzowa się o ciebie troszczy, a ty patrz, jak ona żyje! Mówią ci, że partyzanci to zło, a ty patrz: są i walczą. Lud jest przyzwyczajony, że mu się kłamie. Ale to, co zobaczy na własne oczy, będzie prawdą, w którą uwierzy.

– Kupuję to – powiedział Baruch.

– I cenzura pałacowa przepuści coś takiego? – upewniał się Rosenblum.

– Ależ oczywiście. Bo cenzorzy to ludzie wykształceni i kulturalni. Oni będą słuchać słów, bo do tego są przyzwyczajeni. A prosty człowiek będzie patrzył na obrazy.

– To się może udać – powiedziała Wyszyńska. – Co innego mówią, co innego pokazują. Wśród ludu to może chwycić.

– Moi ludzie, specjaliści od plotek – włączył się Rand – wytłumaczą prostemu ludowi, co widzi na filmie. Spokojnie.

– No to doskonale – podsumował Baruch. – Czego, przyjacielu, potrzebujesz do realizacji planu?

– Przepych w pałacu sfilmuje byle kto, bo to łatwizna. Ja muszę mieć autentyczne zdjęcia partyzantów.

– A nie można przebrać aktorów?

– Nie, nie, nie. Ten film może zmienić losy świata. Musi być autentykiem. A poza tym wszyscy znają Shen z listów gończych. Niech więc zobaczą, jak wygląda naprawdę. My nie łżemy jak pałac. Obraz pokaże prawdę!

– Popieram – powiedziała Wyszyńska.

– Popieram – powtórzył za nią Rand.

– No to jesteśmy jednomyślni. – Baruch wydął wargi. – Jak zamierzasz ukryć fakt, że celem twojej podróży będzie sfilmowanie partyzantów?

– To może ja powiem. – Rosenblum podniósł rękę. – Admirał Wentzel na pewno wyśle w ten rejon komandora Tomaszewskiego z misją zwiadowczą. A może i z jakąś bardziej konkretną, bo z tego, co udało się dotąd dowiedzieć, sytuacja jest tam wyjątkowo zapalna.

– Ale artysta na zwiad?

– Nie, nie – zaprzeczył gorliwie Goldwyn. – Ja oficjalnie pojadę realizować taką niezwykle nowoczesną, amerykańską ideę.

– Jaką konkretnie?

– Otóż Amerykanie wymyślili, że przed spodziewanym konfliktem na danym terenie warto nakręcić parę propagandowych filmów i przy pomocy objazdowych ekip wyświetlać tubylcom. Te filmy generalnie mówią, że nasza armia jest cacy, a wroga be, nic więcej. Ponoć daje to rewelacyjne efekty.

Rand nie mógł dojść, jakie jest połączenie między ruchomymi obrazami wyświetlanymi dla ludności tubylczej a dwiema armiami, które być może zetrą się na tym terenie. Co ma jedno do drugiego? I jakie znaczenie ma nastawienie tubylców do tych, którzy tak czy siak spustoszą ich kraj?

Znał już jednak Polaków na tyle, by wiedzieć, że nie należy argumentować, jeśli się na coś uprą. Wytłumaczenie czegokolwiek w takim przypadku było już niemożliwe. Wzruszył ramionami. I dobrze. Niech sobie robią te swoje ruchome obrazy, dla kogo chcą. Ich idiotyczne tłumaczenie dotyczące celu tych działań wzbudzi podejrzenia wszystkich. I bardzo dobrze. Przynajmniej szpicle najróżniejszego autoramentu będą miały się czym zająć, zamiast węszyć w sprawach naprawdę istotnych.

Baruch też nie wnikał w to, o co im chodziło.

– Dobrze – powiedział. – Przejdźmy do dalszych spraw. Rand, drogi przyjacielu. Jak sprawa działań, które będziemy musieli podjąć w dalszej perspektywie?

– Komitety obywatelskie już są praktycznie zebrane. Oczywiście nie mogą się na razie ukonstytuować. Moi ludzie zrobili po prostu listy obywateli, którzy cieszą się szacunkiem i poważaniem w swoim otoczeniu. Którzy są powszechnie znani i z których zdaniem ludzie się liczą. Wszyscy zostali zapytani, czy zobowiążą się do wzięcia udziału w rozwiązywaniu spraw publicznych, kiedy ojczyzna znajdzie się w takiej potrzebie. Przytłaczająca większość odpowiedziała „tak”.

– I myślę, że to nam powinno chwilowo wystarczyć. – Baruch rozejrzał się po siedzących wokół stołu. – Nie ma sensu podejmować dalszych ruchów i wyjaśniać kandydatom, o co chodzi.

Rosenblum skinął głową, a Wyszyńska lekko rozłożyła ręce, dając do zrozumienia, że to nie jej sprawa. Goldwyn miał tu tylko podpowiadać w sprawach dotyczących jego fachu, więc uznał, że pytanie nie jest skierowane do niego. Siostra bankiera natomiast siłą rzeczy nie powinna przeciwstawiać się bratu.

Rand uznał więc, że może kontynuować.

– Jesteśmy gotowi do wszelkich działań propagandowych. Włączając w to stworzenie nawet sieci szkół, jak to chcecie je nazywać, „powszechnych”. Oczywiście w wielkich miastach.

– Niby jak to chcecie zrobić tak z dnia na dzień? – zainteresowała się Wyszyńska. – Skąd weźmiecie na przykład tylu nauczycieli?

Rand spojrzał na nią beznamiętnie.

– Z prowincji. Tam się zlikwiduje szkoły, a nauczycieli i infrastrukturę przeniesie do wielkich miast.

Wyszyńska chciała zaprotestować, ale Rosenblum powstrzymał ją kategorycznym gestem.

– Przepraszam cię, Jadwiga – powiedział, usiłując nie widzieć, jak zesztywniała. – Ale tu zaczyna się rodzić pewna potencjalnie niebezpieczna sytuacja.

– Niby jaka?

– Zaraz przystąpimy do omawiania konkretnych działań, które zostaną podjęte. Przedtem jednak musimy ustalić jedną niesłychanie ważną rzecz.

Baruch chyba się domyślał, o co chodzi. Ręką jednak wykonał gest zachęcający komandora do kontynuowania wątku.

– To, co robisz – Rosenblum usiłował nie patrzeć pani inżynier w oczy – może być uznane za niedopuszczalną ingerencję w wewnętrzne sprawy cesarstwa.

– Ty hipokryto! – Teraz i Wyszyńska zrozumiała, co chce powiedzieć.

Całe to spotkanie przecież było „niedopuszczalną ingerencją w wewnętrzne sprawy cesarstwa”.

– Musimy powiedzieć jasno – ciągnął niezrażony Rosenblum. – Wszystko, o czym będziemy tu zaraz mówić, jest i nadal będzie wyłączną inicjatywą poddanych cesarstwa. Wszystkie czyny, które zostaną dokonane, będą tylko i wyłącznie zasługą obywateli imperium. Wyłącznie ich czynem i staraniem dopełnią się wszelkie sprawy.

– Ty hipokryto – syknęła znowu Wyszyńska. – Pokłady brudu, morze krwi, a RP ciągle w czystych, białych rękawiczkach... – Posmutniała nagle. – A posprzątają tacy jak my.

Rosenblum uśmiechnął się z przekonaniem.

– Wielkie dzieło, którego zręby ukazują się naszym oczom w tym gabinecie, zostanie dokonane wyłącznie rękami najlepszych synów i córek tej ziemi!

– Tylko i wyłącznie naszymi rękami – zgodził się pragmatycznie Baruch, nie wiedząc, po co w ogóle poruszać tę kwestię, dla niego była bowiem oczywista.

Rozdział trzeci

Żołnierze w dziwnych mundurach przywieźli wielki pojemnik, który trochę przypominał kocioł do gotowania, trochę żeliwne naczynie do fermentacji. Mieli do tego celu specjalny wózek na małych kółkach, skonstruowany w tak przemyślny sposób, że bez wysiłku mógł go ciągnąć jeden człowiek. Ktoś rozdał im cieniutkie i miękkie naczynia. Dziewczyny nie mogły się nadziwić, że w ogóle można zrobić coś takiego. Jeden z obcych żołnierzy założył jakiś biały płaszcz i zaczął nakładać im porcje. Pozostali pilnowali, żeby żadna nie wyłamywała się z kolejki i żeby nie robił się zator przy kotle.

– Tylko małe porcje! – krzyczał ten, który najlepiej radził sobie z miejscowym językiem. Ale i tak ledwie go rozumiały. – Nie można od razu za dużo, bo się pochorujecie.

– Wal się! – Dla Foe czekanie w upiornie powolnej kolejce było najgorszą torturą.

– Nie wolno za dużo jeść, kiedy się długo głodowało!

– Żeby cię zaraza jasna pokarała! – wtórowała siostrze Naan. Nie radziła sobie z nadmiarem śliny w ustach, która pojawiła się, gdy dotarł do nich zapach z kotła. – Szybciej! Szybciej!

– Nie skąpimy wam. – Obcy żołnierz z uporem maniaka usiłował wyjaśnić sytuację. – Ale nie możemy dać dużych porcji, bo będziecie bardzo chore!

Nareszcie dostały! Podłużne jakby paluszki z mięsa i jakąś breję. Tyci, tyci. Ale lepsze to niż marzenia o korze z drzew, które towarzyszyły im ostatnio. Obcy odpychali je od kotła, żeby nie jadły na miejscu i nie tworzyły kłębowiska. Ledwie dopadły najbliższego drzewa i usiadły ostrożnie, żeby nic nie wypadło im z naczyń.

– Spokojnie, to tylko parówki z ziemniakami. – Jakiś żołnierz dziwił się, widząc ich przesadne starania. Zachowywały się, jakby od zawartości naczyń zależało czyjeś życie. A właśnie że zależało, obleśny potworze!

Pierwszy kęs!...

– Nie połykaj! Nie połykaj, proszę. – Naan chyba miała więcej samozaparcia i ostrzegała siostrę. – Gryź. Musimy gryźć.

Akurat. Foe po prostu napchała do ust tyle, że teraz ani przełknąć, ani wypluć. Siedziała z wypchanymi policzkami, patrząc przed siebie błagalnym wzrokiem.

– Powoli. – Naan okazała się bardziej odporna na bezwzględny przymus organizmu. – Dasz radę się odetkać. Powoli.

Sama zmuszała się do odgryzania małych kawałków miękkiego mięsa i chyba nawet do żucia. No... z tym żuciem to nie przesadzajmy. Niemniej radziła sobie, podczas gdy Foe siedziała z wypchanymi ustami, czując, jak łzy spływają jej po twarzy. I co ma teraz zrobić?

– Gryź powoli – upominała siostrę Naan. Sama przy tym łykała kawałeczki tak łapczywie, że mało nie odgryzła własnych palców. – No, ruszaj szczęką!

Foe, na poły już zrezygnowana i umęczona stanem, do którego się doprowadziła, zaczęła żuć. Od najmniejszych ruchów szczęki, bolesnych i trudnych, do coraz większych i większych. Nareszcie zdołała przełknąć malutką porcję, a potem jeszcze jedną. I jakoś już poszło.

Starała się nie wyprzedzać siostry. Ale nie dawała rady. Obie miały niezłe tempo. Uporały się z tym, co miały w naczyniach, wraz z wylizaniem tychże w tempie szybkobiegaczek.

– Ufff... – Foe wytarła spoconą twarz. – Mam wrażenie, że jestem teraz bardziej głodna niż przedtem.

– No – przytaknęła Naan. – To takie uczucie tylko. Trzeba przeczekać i zaraz głód zniknie.

– Chciałabyś. Mogliby dać więcej.

– Coś mi się wydaje, że oni mają to przemyślane. Popatrz.

Żołnierze w dziwnych mundurach rozdawali dziewczynom małe, kolorowe grudki.

– Nie połykajcie tego! – ostrzegali. – Trzeba ssać. Na dłużej wam wystarczy.

– Tym razem ich posłuchajmy.

Grudki okazały się niesamowicie słodkie. W ustach momentalnie pojawił się nadmiar śliny. Ale obie ssały zgodnie z instrukcją, choć korciło, żeby przełknąć natychmiast.

Tamci znowu mieli rację. Słodki smak powoli gasił uczucie głodu. Skądś, nieśmiało jeszcze, napływała do umysłów senność. Ale nie dane im było odpocząć.

Żołnierze stawiali obok ogromny namiot. Foe domyśliła się, że to dla nowo przybyłych. Jednak namiot, choć ogromny, nie mógłby pomieścić ich wszystkich. Podeszła do żołnierza, który według niej miał najsympatyczniejszy wyraz twarzy.

– To dla nas? – zapytała, uśmiechając się przymilnie.

Akurat musiała trafić na takiego, co bardzo słabo znał miejscowy język. Coś tam mówił po swojemu, ale oczywiście niczego nie zrozumiała.

– To będzie dla nas dobre czy nie? – podjęła kolejną próbę, usiłując mówić jak najwyraźniej i bardzo powoli.

Nie wiedziała, czy zrozumiał, bo odparł:

– I tak, i nie.

No i jak tu się dogadać? Jeszcze raz wskazała na mocowaną właśnie do ziemi płachtę, a potem wycelowała palec w siebie.

– To, namiot, dla mnie, fajne?

Chyba pojął.

 

– Niefajne! Niefajne! – powiedział natychmiast, energicznie potrząsając głową. – Niefajne. Ty. Czekaj.

Odszedł sprężystym krokiem, by po chwili wrócić z kolegą, który daleko lepiej radził sobie z miejscowym językiem.

– Co chcesz wiedzieć?

– Co z nami będzie? – zapytała Foe ostrożnie.

– Odpchlenie i odwszenie – zawyrokował dryblas w mundurze. Rzeczywiście mówił prawie dobrze, w każdym razie zrozumiale, a nawet z niezłym akcentem. – Bolesne i nieprzyjemne, wiem. – Rozłożył ramiona w geście bezradności. – Ale nie bój się. Nie będziecie musiały się rozbierać przy nas. Dziewczyny z waszej armii już jadą.

Wskazał kierunek, a potem swoje ucho, jakby to miało być jakieś wyjaśnienie. Rzeczywiście zza drzew dobiegał jakiś narastający warkot, ale Foe nie domyślała się, jaki to może mieć związek.

– Powiedziałeś „rozbierać się”? Po co?

– No przecież wasze mundury trzeba spalić.

– Jak to spalić? – przestraszyła się nie na żarty.

– Posłuchaj uważnie – tłumaczył jej powoli. – U was pchły i wszy to normalna część wojskowego życia. Zawsze tak było, od zarania armii, i uważacie, że wybierając służbę w wojsku, trzeba się z tym liczyć. Kolejna niedogodność, nie najgorsza zresztą, jeśli chodzi o waszą armię. A u nas insekty zakazane! Nie wolno tolerować wszy. Od tego choroby i zarazy. Zresztą już zaraz zobaczysz.

Wyciągnął rękę w stronę najbliższego zakrętu imperialnej drogi. Warkot był już bardzo głośny i po chwili wyłonił się ogromny pojazd. Foe się nie bała. Bardziej obserwowała reakcję otaczających ją ludzi. A ci nie zwracali uwagi na to, że pojazdu nikt nie ciągnie. Że porusza się sam. Obawa rozwiała się, kiedy warczące monstrum zatrzymało się obok i ucichło, a z paki wozu zaczęły wyskakiwać dziewczyny. Ubrane były w obce mundury, ale dało się dostrzec na ramionach przyszyte godła cesarskiej armii.

– Cześć, koleżanki! – pokrzykiwały z wyraźną nutą wesołości.

Wyglądały na ubawione sytuacją. Żartowały z obcymi żołnierzami, ciągle się śmiały i przekrzykiwały, na każdym kroku pokazywały swoją swobodę, czym bardzo się odróżniały od wszystkich innych żołnierzy imperium.

– Cześć, dziewczyny! – Jedna z przybyłych podeszła do weteranek ocalonych z rozbitej barki. – No niestety, musimy zacząć od podstawowych czynności higienicznych. Dobierzcie się w pary i na ochotnika kolejno...

– Chodź. – Naan zerwała się spod drzewa i pociągnęła siostrę. – Miejmy to z głowy. A poza tym deszcz idzie i pozostałe będą marznąć.

Foe posłusznie poszła za nią.

– Jaki deszcz? O czym ty mówisz?

– Z tamtej strony – Naan wskazała kierunek palcem – zbliżają się straszne chmury. Zaraz zacznie padać i zrobi się lodowato.

– Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy?!

– No proszę! – krzyknęła dziewczyna przed namiotem. – Dwie pierwsze odważne już są! A reszta co? Imienne zaproszenia mam wysyłać?

Foe i Naan weszły przestraszone do ciemnawego wnętrza namiotu. Tam czekały już na nie płócienne krzesła i oprawczynie w białych płaszczach narzuconych na mundury. Wszystkie miały na dłoniach dziwne, cieniuteńkie rękawiczki.

– To panie zamawiały usługi fryzjerskie? – odezwała się najwyższa z nich. – Siadajcie więc, proszę.

– Najnowsze modele fryzur tu robimy – odezwała się druga. – Dziś strzyżenie na łyso!

– Tylko nie na łyso, siostro – usiłowała oponować Foe.

– Nie jestem twoją siostrą, koleżanko. – Tamta zaczęła się śmiać. – Ale dobra. Zostawię ci włosy na paznokieć. Nie na łyso, tylko na chłopaka.

– Żartujesz? Nie chcę na chłopaka!

– Robali z twoich kudłów trzeba się pozbyć. No jazda! Siadać jedna z drugą!

Nie było sensu się przeciwstawiać. Kiedy posłusznie zajęły miejsca, dwie „koleżanki” z warczącymi tulejami w rękach błyskawicznie pozbawiły je włosów na głowach. Mogły tylko bezradnie patrzeć, jak kolejne pukle spadają na ziemię. Te wredne baby wcale nie zrobiły im fryzur na chłopaka. Bezczelnie ogoliły im głowy, pozostawiając jedynie drobną szczecinkę.

– No już, wstawać! Rozbierajcie się!

Wiedziały, że ich stare mundury pójdą do spalenia, więc nawet specjalnie nie protestowały. Zdziwił je dopiero kolejny rozkaz.

– Ręce za głowę!

– Po co?

– Wszystko muszę ci ogolić. Żadnych złych stworzeń nie chcemy, prawda?

Czysty sadyzm. Nie wiedziały, co zrobić z rękami, kiedy tamte skończyły już wszystkie zabiegi. Zasłaniać się czy nie? Jakoś głupio było, policzki paliły coraz bardziej, ale „koleżanki” na szczęście nie wnikały w ich odczucia.

– Przechodźcie tam!

Pokazały ciężką zasłonę odgradzającą przejście do następnej części namiotu. Jedna z nich popchnęła Naan i Foe we wskazanym kierunku.


Druga część namiotu była zdecydowanie lepiej oświetlona. Trzy syczące lampy sprawiały, że każdy, kto tam wszedł, musiał zmrużyć oczy. Kilka dziewczyn czekających w środku też miało na sobie białe płaszcze. Jednak w przeciwieństwie do „fryzjerek” te nie były z płótna, tylko z czegoś grubego, szeleszczącego nieprzyjemnie przy każdym ruchu.

– No, baby, zamknąć oczy! Osłaniać usta i nosy! – zakomenderowała dziewczyna przy pompie, która napełniała przezroczysty zbiornik oleistą cieczą. – Nie wdychać tego bez potrzeby!

Sama nałożyła na twarz dziwną maskę z dwoma kulami przy nosie i uruchomiła terkoczącą maszynę. Z węży trzymanych przez pozostałe oprawczynie trysnęły strugi białego dymu czy oparu. Dwie nagie dziewczyny zaczęły od razu kaszleć. Nie to jednak było najgorsze. To coś, co tryskało z czarnych końcówek węży, osiadało na skórze białawym nalotem, powodując trudne do wytrzymania swędzenie. Foe i Naan nie wiedziały, czy dalej osłaniać twarze, czy drapać się, czy najlepiej uciekać. Oślepione, nie bardzo wiedziały, gdzie biec.

– Obracać się! Obracać! – krzyczały niewyraźnie dziewczyny w maskach.

– Dobra – rozległo się po chwili. – Zabiłyśmy na nich wszystko, co żyje.

Strugi białego świństwa przestały lecieć.

– Dalej, dalej, myć się! – Zapędzono je pod rząd rur zawieszonych na stojakach. Przez dziurki trysnęła woda przesycona jakimś niezwykle intensywnym, nieznanym im i przykrym zapachem.

– No, myć się. Na co czekacie? Na oklaski?

Płukały się w śmierdzącej wodzie. Czuły, że kręci im się w głowach.

– Gdyby którejś zechciało się wymiotować, to kubły stoją pod ścianą. Tu mi nie nabrudzić – usłyszały instrukcję.

Na szczęście po chwili cuchnący płyn przestał lecieć i dostały duże płócienne płachty, żeby się wytrzeć. Co za ulga. Powiało też świeżym powietrzem, a wraz z nim nasilającym się chłodem.

– Spokojnie. Zaraz dostaniecie nowe mundury. – Jedna z dziewczyn przepuściła je za następną zasłonę dzielącą namiot. Tu musiały zostawić zaimprowizowane ręczniki. Potem przeszły do kolejnej strefy.

– No coście takie przerażone? – powitała je kobieta siedząca za rozkładanym stołem. – Tu już wam głowy nikt nie urwie. To magazyn.

Westchnienie ulgi, które wydobyło się z ust Foe i Naan, było tak autentyczne, że rozbawiło tłustawą kobietę. Tak, ona naprawdę wyglądała na magazyniera. Pewnie pełniła tę funkcję w klasycznej armii imperium, pełni teraz i będzie na tym stanowisku w przyszłości, cokolwiek się wydarzy.

– No chodźcie, chodźcie. – Skinęła na nie. – Tutaj dokładnych rozmiarów wam nie dobiorę, jakby coś nie pasowało, to sobie potem wymienicie w prawdziwym magazynie.

Naan i Foe nieśmiało zbliżyły się do stołu.

– Na szczęście macie typowe rozmiary przeciętnego poddanego cesarstwa. Średniego wzrostu, wychudzone, przestraszone – dworowała sobie w najlepsze. – Typowe przedstawicielki naszego narodu. A na diecie w tej bazie zaraz mi się obie roztyjecie i będę wam musiała szukać większych rozmiarów.

Wolały się nie odzywać. Od kogoś, kto piastował tak ważną funkcję, wiele zależało i lepiej nie podpaść. Magazynierka uniosła się zza stołu, taksując je wzrokiem. A potem z wojskowych skrzyń zaczęła wyjmować odpowiednie rzeczy.

Najpierw musiały włożyć krótkie spodenki i koszule wciągane przez głowę, za to pozbawione rękawów. Potem, największa niespodzianka, takie coś na stopy, zwane skarpetami, zamiast onuc. Zaraza jedna! Wygodniejsze. Potem szły szerokie spodnie na bardzo szerokich szelkach, z mnóstwem kieszeni, nawet na udach. I bluza na guziki. Wszystko w barwne, zielone, brązowe i czarne ciapki. Również w bluzie każdą wolną przestrzeń zajmowały kieszenie. Najlepsze okazały się buty. Wysokie nad kostkę, sznurowane i zapinane, ze specjalnymi taśmami, które po wpuszczeniu do środka nogawek spodni nie wypuszczały ich już na zewnątrz. Błoto nie miało już jak wlać się do środka. A buty trzymały mocno kostki, nie pozwalając na skręcenie. Były strasznie wygodne, i to mimo całej swojej toporności.