Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja widziałam. Cień. Stał za tobą!

– Może to był mój cień?

– A od jakiego światła by się twój cień zrobił? Nie – dyszała mu wprost do ucha. – Widziałam. Cień. To było bardzo zimne.

– Jesteś pewna, że widziałaś?

– Tak. – Ina energicznie kiwała głową. – Wychodzimy stąd.

– Ale nie ty przodem.

– Dobrze. Idź przede mną, a ja będę trzymała ci dłoń na plecach. Dzięki temu będę wiedziała, gdzie się kierujemy. Jak to coś cię złapie, to dziabnę sztyletem.

Podziwiał zdecydowanie Iny. Sam, prawdę mówiąc, nie wiedział, co robić. Co to mogło być? Jakieś nieprawdopodobne uczucie zimna bijące z jednego miejsca. Uczucie, jakby najpierw rozgrzać się dziesięciokilometrowym biegiem, a potem stanąć na golasa tuż przy otwartym zamrażalniku. Nie miał tak dobrych oczu jak ta mała pilotka i żadnego cienia nie widział. Być może to właśnie bardziej paraliżowało jego wolę – fakt, że nie widział przeciwnika. Najgorzej obawiać się niewiadomego. Uczucie znane wszystkim miłośnikom filmów grozy. Boisz się dokładnie do chwili, kiedy ujrzysz potwora.

– Schodzimy?

Ina miała rację. Tkwić tu, w sypialni na piętrze, sensu żadnego nie miało. Jeśli to coś, co krążyło po domu, zamierzało ich zaatakować, to tkwiąc w jednym miejscu, oddawali mu inicjatywę. Z parteru mogli choćby wydostać się na ulicę. A tam możliwość wykonania dalszych ruchów wzrastała w postępie geometrycznym. Zresztą... Tomaszewski przypomniał sobie starą wojskową maksymę: „Zamykanie się w twierdzy nie ma żadnego sensu. To tylko przejściowa forma działań wymuszona przez przeciwnika. Prawdziwe działanie to wyjście zza murów i zmierzenie się z wrogiem, patrząc mu w twarz”.

– Idziemy.

Zapalił zapalniczkę, ale Ina syknęła tylko:

– Zgaś.

– Mam iść po omacku?

– Ogień to tylko złudny krąg kłamliwego bezpieczeństwa. Nic nie daje.

Trzasnął metalowym wieczkiem, dusząc płomyk. Potem, kiedy uznał, że oczy dostosowały się do panujących warunków, ostrożnie ruszył przed siebie. Ina położyła mu rękę na plecach, w drugiej trzymała sztylet. Słyszał jej oddech, który przyspieszył lekko, kiedy doszli do schodów.

– Widzisz coś? – szepnął, wiedząc, że to ona w ich zespole ma sokoli wzrok.

– Tak – znowu go zaskoczyła.

– Gdzie on?

– Nie wiem. Ale coś mży na stole.

Wytężył wzrok. Nic z tego. Wiedział, gdzie jest stół, na którym poprzedniego dnia zostawił rozłożone papiery wywiadu i mapę. A dostrzec niczego nie mógł.

– Ruszamy?

– Jestem gotowa.

Tomaszewski namacał poręcz i zrobił pierwszy krok. Potem drugi, trzeci. Pot gromadził mu się na czole, drażniąc nieprzyjemnie skórę. Usiłował nasłuchiwać jakichś szelestów, ale w uszach coś szumiało uporczywie. Jedynym wyraźnym dźwiękiem był odgłos plaskania ich bosych stóp na kamiennych schodach.

– Tam – tchnęła mu w ucho Ina. – Widzisz?

Akurat. Tomaszewski nie widział nawet kierunku, jaki mu wskazywała. Zatrzymał się, usiłując patrzeć kątem oka, na granicy pola widzenia. Miała rację. Nad mapami rozłożonymi na stole unosił się w powietrzu blady płomyczek. Tak mały, że praktycznie w ogóle nie rzucał światła. Tomaszewski nie mógł jednak dostrzec niczego, co mogłoby go wywoływać.

Ostrożnie ruszył dalej. Wokół nic się nie zmieniało. Nie czuli dziwnego chłodu ani w ogóle jakiegokolwiek ruchu powietrza. Tu, na dole, atmosfera przypominała saunę. Pot ściekał już po skórze całymi strugami.

Tomaszewski postawił nogę na podłodze i zamarł, kiedy Ina przysunęła mu rękę do twarzy. Pstryknęła cicho palcami, zwracając jego uwagę na to, co pokazuje. Palec dziewczyny wskazywał stół z mapami. Tomaszewski popatrzył w tamtym kierunku. Ognika nad blatem już nie było. Co ona? Chciała, żeby tam poszli? Właściwie czemu nie. Dziwnego zimna nie czuli nigdzie w pobliżu.

Dotarcie do stołu zajęło dobre dwie minuty. Tomaszewski nie chciał potrącić żadnego z licznych sprzętów, które znajdowały się na drodze do celu. Irracjonalnie jakoś wydawało mu się, że jeśli zachowają ciszę, to będą niewidzialni dla dziwnego czegoś, co nawiedziło ten dom. Ina była jednak innego zdania. Kiedy doszli do stołu, powiedziała:

– Zapal światło.

Zaklął. Po co się skradali tak długo, żeby teraz ujawnić, gdzie są? No dobra, kobiety są irracjonalne, ale chyba nie aż tak. Mogło to znaczyć, że dziewczyna nie wyczuwała już obcej obecności. Miała zdecydowanie bardziej wyostrzone zmysły niż on.

Trzasnął zapalniczką. Oboje pochylili się nad blatem.

– Patrz! To coś rysowało po mapie!

Aha! To ani babski irracjonalizm, ani wyostrzone zmysły. Iną kierowała po prostu nieopanowana kobieca ciekawość!

– Patrz, to coś...

Nie dokończyła. Z tyłu wprost na ich plecy powiał lodowaty ziąb. W tym samym momencie ktoś zaczął walić do drzwi.

Tomaszewski odwrócił się na pięcie i dwukrotnie nacisnął spust.

– Nie strzelać! Nie strzelać! – zza drzwi wejściowych rozległ się okrzyk. – Tu kurier ze sztabu!

Ina potrząsała głową, żeby pozbyć się okropnego dzwonienia w uszach. Tomaszewski szarpnął ją za rękę i pociągnął w stronę wyjścia.

– Nie strzelać! – krzyczał ktoś ciągle. – Tu kurier!

Zasuwa w drzwiach miała skomplikowane zabezpieczenie. Tomaszewski musiał użyć drugiej ręki, wziął pistolet bokiem do ust i przytrzymał zębami za pokrywę zamka. Po chwili rozległ się trzask i drzwi ustąpiły, ukazując stojącego na zewnątrz młodego mężczyznę w mundurze z naszywkami chorążego.

Tomaszewski wyciągnął pistolet z ust. Poczuł się w obowiązku wyjaśnić:

– Nie mam paska, żeby schować za nim broń.

Oczy chorążego wychodziły z orbit. Tuż przed nim stał oficer w samych gaciach, z pistoletem w jednej i zapalniczką w drugiej dłoni. A obok kuliła się roznegliżowana dziewczyna trzymająca sztylet.

Ina nie mogła mieć pojęcia, że w Polsce widok prawie nagiej kobiety nie należy do zwykłych, domyśliła się mylnie, że baranie spojrzenie żołnierza spowodował jej sztylet. Schowała go zatem za plecy.

– My się tylko tak bawimy – skłamała nieudolnie.

O różnych zboczeniach słyszał już chorąży. Ale żeby uprawiać seks, trzymając w rękach odbezpieczony pistolet i sztylet, to nie mógł sobie wyobrazić. I o co tu chodziło? O adrenalinę?

Tomaszewski zerknął na dwie przestrzeliny w drzwiach. Oba pociski przeleciały na wylot. Dobra amunicja. A chłopak w mundurze miał szczęście.

– Masz jakąś przesyłkę? – zapytał. – Po nocy?

– Najnowsze dane z nasłuchu. Adiutant pana admirała Wentzla zrobił notatkę na depeszy, żeby dostarczyć do wiadomości panu komandorowi Tomaszewskiemu.

– To ja.

Chorąży wyjął z raportówki zalakowaną kopertę i formularz odbioru na deseczce z przypiętym piórem.

– Proszę tu pokwitować.

– Potrzymaj. – Tomaszewski podał mu pistolet i złożył na formularzu zamaszysty podpis. – Masz latarkę?

– Tak, oczywiście.

– A zapasowy magazynek?

– Tak.

– To daj mi obie rzeczy. Jutro zostawię do odbioru na wartowni.

– Tak jest!

Chorąży podał magazynek i latarkę. Potem trzasnął obcasami i zasalutował, prosząc o pozwolenie oddalenia się.

Tomaszewski skinął głową. Nie miał możliwości oddania salutu w samych tylko szortach. Kiedy kurier się oddalił, komandor złamał lakową pieczęć i wyjął depeszę. Szybko przebiegł wzrokiem kilka linijek.

– I co? – dopytywała się Ina, tracąc zainteresowanie dziwnymi rzeczami, które działy się w domu. – Co jest takie ważne po nocy?

– Wiadomość od... przyjaciółki. Krąg podejrzeń wokół naszych ludzi na innym kontynencie powoli się zacieśnia. Przez szpiega w naszym sztabie.

Spojrzała na Krzyśka ze zdziwieniem.

– I ty masz temu zaradzić? Tutaj?

– Tak. Muszę coś wymyślić. I to szybko.

– Na kiedy?

– Najlepiej na jutro rano.


Podróżowanie po tym debilnym kraju nastręczało wielu trudności. Za to w przeciwieństwie do cesarstwa istniała tu sieć transportu publicznego. Przynajmniej między ważniejszymi ośrodkami. Nawet nie było to takie do końca głupie. Wieloosobowe wozy kursowały pomiędzy różnymi stacjami i nie trzeba było wynajmować sobie całego. Wystarczyło kupić jedno miejsce na konkretny przejazd. Trochę przypominało to system umożliwiający szybkie podróżowanie łodziami kurierskimi w imperium. No tak, ale łodzie kurierskie wykonywały swoje zadania, a możliwość dołączenia do załogi za opłatą była w pewnym sensie usługą dodatkową. Tu nie. Wozy osobowe kursowały pomiędzy przystankami, jeżdżąc w kółko, i służyły wyłącznie do transportu podróżnych, którzy zapłacili za bilet.

Kai, Nuk i Agire jechali właśnie takim wozem, nie mogąc się nadziwić głupocie, która ich otaczała. Teoretycznie pomysł z przewożeniem ludzi był znakomity. To interes, który powinien się opłacać. A przynosił straty. W jaki sposób? Otóż ani Kai, ani Nuk, ani oczywiście Agire za przejazd nie zapłacili. Mieli papier z komendantury, który stwierdzał, że podróżują w ważnej misji państwowej. A przecież jeden urząd państwowy nie będzie płacił drugiemu urzędowi państwowemu (bo system państwowy podlegał bezpośrednio władzy królewskiej). Byłoby to jak przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Okazało się w trakcie kursu, że nikt z podróżnych nie płacił za przejazd. Każdy bowiem miał papier stwierdzający, że jedzie, jak to się tu mówiło, „w delegacji”. Oficjalnie. W jakimś konkretnym celu. Woźnica więc nie zainkasował od nikogo nawet najmarniejszego cyniaka. Kto zatem płacił za przejazd? Hm, ponieważ był to system królewski, płacili z podatków wszyscy, oczywiście oprócz osób, które tym wozem jechały. Szczyt idiotyzmu.

 

Na szczęście nie musiały się nad tym zastanawiać. Podróż trwała krótko. Baza magazynowa położona była tuż pod miastem. A z wozu wysiąść musiały daleko wcześniej, przed pierwszą linią wart.

– Mysz się nie prześliźnie. – Kai była pod wrażeniem skrupulatności, z jaką strażnicy sprawdzali ich papiery.

– Ten, co mnie obmacywał, czy czegoś nie niosę, to ma w ryj dwa razy, kiedy go w mieście spotkam! – warczała Nuk.

Agire tylko się śmiał, widząc ich brak rozumienia podstawowych spraw.

– Teraz to oni cię przecież w ogóle nie sprawdzali. – Nie mógł ukryć rozbawienia. – Co można wnieść do magazynu, czego oni by nie chcieli tam widzieć? No – potarł brodę – ewentualnie środki, którymi można by którąś z tych bud podpalić. Ale nie. Prawdziwa kontrola będzie w drodze powrotnej. Tam bowiem kontroluje się tych, co wracają z magazynu.

– To w ryj dam obmacywaczom!

– Nie radzę. Nie radzę.

– Przestańcie – łagodziła Kai.

Czarownicę strażnicy potraktowali łagodniej. Nie wiadomo, czy odepchnął ich wyraz jej twarzy, malująca się na niej godność, czy też... zaraza jasna! Czy też Nuk była po prostu lepiej zbudowana i miała bardziej ponętne kształty, które przyciągały łapska kontrolerów? Kai nie miała pojęcia, czy tego akurat nie zazdrości koleżance.

– Co znajduje się w tych barakach? W życiu nie widziałam aż tylu magazynów naraz.

– To miejsce, jedno z licznych, gdzie zaopatruje się armia – tłumaczył Agire niczym nierozgarniętym dzieciom, dziwiąc się, że na prowincjach Nayer, skąd miały pochodzić dziewczyny, ludzie żyją w takiej błogosławionej niewiedzy. – Co z tego, że żołnierzy się prawie nie karmi. Jednakowoż muszą być żywi, więc coś im trzeba, niestety, dać.

– Aż tyle?

– Mamy bardzo liczną armię.

Nuk wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, ile jest takich baz – powiedziała. – Ale na kampanię daleko od własnych granic to i tak nie wystarczy. Przynajmniej na moje oko.

– To prawda – zgodził się Agire. – Tym bardziej że w kampanii mają uczestniczyć i inne państwa. Transport takich ilości zaopatrzenia jest...

Zawahał się, Nuk dokończyła za niego:

– Niemożliwy. – Rozłożyła ręce. – Ten problem zabił już wiele wielkich armii.

– Dlatego też coś tym razem wymyślili.

– Co?

– Nie wiem. – Kucharz cmoknął cicho. – Pamiętam tylko, jak się na ucztach chwalili, że teraz zaopatrzenie będzie na nich czekało.

– Że niby zrabują je po drodze? – Nuk spojrzała na niego kpiąco. – Po pierwsze rabunek to czynność jednorazowa. Jakbyś żył na wsi, tobyś wiedział. Nie na dłuższą kampanię. Po drugie, jeśli chcą wydać cesarstwu bitwę na Złych Ziemiach, to nie będą szli przez tereny o gęstym zaludnieniu, które są w stanie utrzymać armię. A po trzecie na Złych Ziemiach nawet w przypadku zwycięstwa dalej nie ma co jeść.

– Ale oni nie mówili „rabować”, oni mówili, że zaopatrzenie „będzie na nich czekać”.

– Już, już, koniec dyskusji – uciszyła ich Kai. – Zbliżamy się do wewnętrznej wartowni.

Nie podobała jej się ta rozmowa. Miała wrażenie, że Nuk daje Agire za dużo do zrozumienia. Niby był po ich stronie. Pewnie myślał, że planują jakiś napad rabunkowy albo coś zyskownego, a praca w komendanturze to tylko przykrywka. Niemniej nie powinna mu nawet błysnąć myśl, że są szpiegami. A Nuk nie powinna w związku z tym wykazywać znajomości spraw światowych. A ta idiotka była blisko, żeby powiedzieć, że armia Nayer na Złych Ziemiach napotka gorszy problem niż brak zaopatrzenia. Spotka tam Rzeczpospolitą, absolutnie nieskłonną do oddania złóż ropy. Ani nawet do najskromniejszej myśli o tym.

Wewnętrzna wartownia nie przypominała już punktu kontroli ani w ogóle pomieszczenia strażników. Tu ważne były tylko dokumenty oraz oczywiście sami urzędnicy. Petentom szybko dawano do zrozumienia, gdzie ich miejsce i jak bardzo nie obchodzą oni Bogów, którzy chwilowo tylko przybrawszy ludzką postać, przysiedli w kantorkach, by łaskawie rozpatrzyć (lub nie) ich sprawy. Kai zrozumiała też, że ich komendantura jest z tych raczej podrzędnych, komendant to nikt z tych, co się liczą, a cała ta misja zdobycia specjalnych produktów to rzecz, która tylko ewentualnie i w drodze wyjątkowej łaski może być załatwiona pozytywnie. Czekanie ciągnęło się w nieskończoność. Petenci jednak zdawali się mieć też nieskończoną cierpliwość. Nikt nie gardłował, nikt się nie kłócił i nie usiłował przyspieszać spraw.

Przyszły wczesnym rankiem. Kiedy wymęczone do granic możliwości opuszczały wewnętrzną wartownię, było późne popołudnie.

– Agire, idź sam szukać odpowiednich produktów – zakomenderowała Kai. – Dasz radę?

– Przecież ja wiem, czego nam potrzeba.

– Listę masz?

– Wszystko pamiętam. Sam listę układałem.

– No to leć. Ja muszę odetchnąć świeżym powietrzem.

Kiedy kucharz odszedł, Kai i Nuk ruszyły w stronę krzątających się przy załadunku cywilów. Może tam uda się zdobyć chociaż coś do picia?

– Myślałam, że nie wytrzymam. Każda czynność wymaga tu połowy dnia.

Nuk potwierdziła skinieniem.

– Na zmęczenie biorą złodziei – powiedziała. – Jak ktoś przyszedł z zamiarem, żeby coś ukraść, to po takim maglu sam się przyzna.

– No kurde! Sam się przyzna i sam sobie karę wymierzy!

– No.

Podeszły do grupy mężczyzn przenoszących worki. Równie niemrawo i bez tempa jak urzędnicy na wartowni. Próby zagadania i pozyskania wiedzy, gdzie tu może być wino, spełzły jednak na niczym. Kai wydawało się, że mężczyźni zbyt są zajęci jakimiś swoimi małymi przekrętami w kwestii liczenia worków, żeby zwracać na nie uwagę.

I to ją, prawdę powiedziawszy, najbardziej dziwiło. W każdym kraju byli oszuści i złodzieje. Ale tylko tu uprawiali swój proceder półjawnie. A przecież każdy, kto miał oczy, widział, że ci tutaj majstrowali jakieś oszustwo. Wokół kręciło się mnóstwo strażników, we wszystkie strony latali wojskowi i nikomu nie chciało się zareagować. A ci w świetle dnia co któryś tam worek ładowali nie na ten wóz, co trzeba. Nawet ktoś obcy, jeśli przystanął tu na dłuższą chwilę, mógł wszystko zobaczyć. Czemu nikt z miejscowych nie chciał? Wszyscy byli skorumpowani? Nie no, w to się nie dało wierzyć. Więc o co tu chodzi? Nie sposób rozstrzygnąć.

– Może tam? – Nuk wskazała grupę kobiet, które segregowały jakąś odzież.

– Spróbujmy.

Niestety, kobiety okazały się równie mało rozmowne co mężczyźni.

– Spragnione jesteście? – odezwała się chamskim tonem jedna z nich. – Tam jest studnia. – Pokazała kierunek ręką. – Idź i pij, ile chcesz!

– Wina im się chce! – dodała druga. – Widzicie je! Wina!

Chciały odejść, ale z boku błyskawicznie doskoczył strażnik.

– A wy to kto jesteście?! – wrzasnął. – Co tu wypytujecie ludzi jedna z drugą?

Kai już chciała tłumaczyć, że są kucharkami i przyjechały po specjalne produkty dla komendanta, lecz strażnik nie dał jej dojść do głosu.

– Obie za mną! – Zrobił gest, jakby chciał złapać Kai za włosy. – Za mną na strażnicę!

Nuk bezczelnie weszła między mężczyznę a czarownicę.

– Gdzie z łapami, chamie?! – wrzasnęła jeszcze głośniej. – Nastąp się, kurwa twoja mać!

Chyba dobrze pojęła prawidła rządzące w tym świecie, bo strażnik jakby zaniemówił.

– Co mi tu, kurwa, pyskujesz i robotę psujesz, fiucie?!

– A ty kto, kurwa? – usiłował odkrzyknąć.

– Jaka kurwa, kurwa?! – Nuk była jednak bardziej bezczelna i zdecydowana. Nie takim przeciwnikom patrzyła już w oczy. – Jestem prowokatorem, durniu! – Wyszarpnęła z sakwy stwierdzający to dokument i rozpostarła mu przed twarzą. – A ty mi pierdolisz robotę, bucu!

– A ja mam w dupie twoją komendanturę, pindo! Tu cywile gówno mają do gadania!

– Do wojskowych się nie czepiam, palancie! A cywile to moja sprawa!

Kai zrozumiała, że mają szansę uniknięcia dogłębnego przesłuchania, i weszła w rolę, którą zaczęła Nuk.

– Wołaj mi tu zaraz zastępcę komendanta! – krzyknęła. – Ale już!

Mężczyzna cofnął się o krok, więc napierała.

– Niech ktoś zawoła zastępcę komendanta! Trzeba zabrać stąd tego matoła.

Skądś z boku podszedł sierżant.

– O co chodzi?

Kai zrozumiała, że musi wystąpić jako dowódca i dodać im odpowiedniej powagi.

– Bogom niech będą dzięki, że tu jesteś – powiedziała, przechodząc na suchy, urzędowy ton. – Ten urodzony idiota psuje nam akcję prowokacyjną.

– One nie mają prawa!... – zaperzył się strażnik.

Nuk złapała go za szyję i pchnęła tak mocno, że tylko obecność kobiet sortujących ubrania uchroniła go przed upadkiem.

– Spokój! – wycedziła Kai. – Spokój, mówię, jedna z drugim! – wrzasnęła, dając tym samym do zrozumienia sierżantowi, że ma władzę, by strofować nie tylko swojego człowieka, ale i jego człowieka także. Przeniosła wzrok na sierżanta. – Tłumaczę temu idiocie, że nie tykamy wojskowych. Nie nasza jurysdykcja. My tylko prowokujemy cywilów. A ten dureń na nas z mordą. Całą akcję nam spalił.

– No tak. – Sierżant stwierdził, że musi powiedzieć cokolwiek i zająć jakieś stanowisko, żeby udowodnić, że w jego głowie też zachodzą jakieś procesy myślowe. – No tak. Wojskowych wam nie wolno, ale cywilów możecie.

– Słyszałeś, kretynie?! – Nuk znowu skoczyła na strażnika. – A co ja ci przedtem mówiłam?! Co?

– Nie no, musimy zainterweniować, bo się zaraz pozabijają. – Kai zręcznie wykorzystała sytuację. – Proponuję rozdzielić naszych ludzi.

Sierżant uznał, że czas pokazać swoją władzę i posłuch. Jednym zdecydowanym gestem odesłał strażnika w kierunku wartowni. Ten bez słowa spełnił rozkaz.

– A tak właściwie to czego tu szukacie?

Kai zamarła, nieprzygotowana na zmianę tematu.

– My niczego nie szukamy – zaczęła grać na czas. – Wyłuskujemy tych, co mają za długie języki. Ale teraz, w związku z sytuacją na froncie, która, no... wiesz, jaka jest, mamy wzmóc czujność.

– Tutaj? Kogo tu chcecie sprowokować?

– Tia, że wszyscy tu kradną, wie każde dziecko w mieście. I złodzieje nas nie interesują. Mamy nakaz sprawdzić czujność tych... – Przełknęła ślinę, nie mogąc wymyślić na poczekaniu niczego sensownego. – Tych szczególnie narażonych na knowania wroga.

Sierżant patrzył na nią beznamiętnie.

– To znaczy kogo?

– No wiesz... – Rozejrzała się, niby to chcąc sprawdzić, czy nikt nie podsłuchuje. I nagle przyszło olśnienie. Nachyliła się do jego ucha. – Wiesz, jaka sytuacja na froncie? W komendanturze stypa za stypą po stratach, jakie ponieśliśmy. Wróg jest wśród nas. Knuje w naszych szeregach. A teraz, przed nową kampanią, musimy być szczególnie czujni. Żeby się obcy niczego nie dowiedzieli o... – jeszcze raz się rozejrzała i zniżyła głos do szeptu: – o zaopatrzeniu, które „będzie czekać na naszą armię”!

– Aaaa! O to wam chodzi. – Sierżant pacnął się dłonią w czoło. Kai musiała trafić idealnie, bo na jego twarzy odbił się cień zrozumienia. – To rzeczywiście trzeba zachować szczególną czujność. Codziennie nam o tym mówią.

– Właśnie.

– Nie dziwota, że i was nasłali. Ale to nie tu.

– Jak nie tu? Baza zaopatrzenia...

Podniósł rękę, jakby chciał ją uspokoić.

– Ci od vendu są gdzie indziej. Nie tu. – Pokręcił głową i wskazał ręką kierunek. – Ktoś coś nieźle pokręcił, skoro was tu wysłali. Oni tam, za murem. No i tam to wiadomo. Za pozwoleniem samego komendanta bazy dopiero mogłybyście wejść.

– Ale my nie szpiegujemy w środku, bośmy przecież nieciekawe. – Kai roześmiała się, usiłując zachowywać się naturalnie. – My na zasadzie „koleżanek” zagadujemy te baby, co wchodzą i wychodzą. A nuż któraś coś sypnie i my ją wtedy... – Wykonała gest, jakby komuś krępowała ręce.

Sierżant zerknął na Nuk. Ona rzeczywiście sprawiała wrażenie, że jest w stanie skrępować sama jedna nawet pluton kobiet. Pokiwał głową ze zrozumieniem.

– No tak, tylko nie tam was wysłali, co trzeba. Tu se, kurna, złodziejaszków co najwyżej nałapiecie.

– Co? Już tu dotarły dowcipy na nasz temat? – niby to zaperzyła się Kai.

– Jakie dowcipy?

– Że my się drobnicą zajmujemy?

– A nie, nie! – Wykonał odżegnujący się gest. – Ci od vendu najważniejsi. Ale to nie tu szukacie.

– Cały dzień się poszedł jebać – powiedziała Nuk. – Co za burdel pierdolony!

– Nuk! Przestań natychmiast! – Kai przeniosła wzrok na sierżanta. – Widzisz, z kim ja muszę pracować?

 

Sierżant chyba nie miałby nic przeciwko pracy dziewczyny gdzieś w bazie, na przykład w swoim oddziale, ale powiedział tylko:

– No niestety. Tamtych musicie szukać tam, za murem. A wychodzących to najlepiej łapać tam, gdzie postój wozów. Cywile tymi wozami wracają do miasta. – Wzruszył ramionami, niespecjalnie przekonany co do skuteczności misji prowokatorów. – Z tym że wiecie. Wśród tych cywilów od vendu to co drugi jest agentem.

– Wiemy. – Kai lekceważąco machnęła ręką. – Spokojnie, agent przecież nie da się sprowokować.

– Ale burdel będzie na cały dzień – znowu wtrąciła się Nuk, dokładnie wyczuwając swoją rolę. – A potem papiery będą fruwały z kancelarii do kancelarii z wyjaśnieniami, bo sprowokowany agent będzie musiał na nas donieść.

– Możesz choć raz nie być takim malkontentem? – Kai westchnęła ciężko, patrząc na koleżankę. – A czy rozumiesz przynajmniej, co znaczy słowo „malkontent”?

Sierżant zaczął się śmiać, ale coś w jego twarzy mówiło, że znaczenie tego słowa dla niego też nie jest do końca jasne.


Wóz był przeznaczony do transportu wyrobów piekarniczych. Zwykły, zaprzężony w dwa konie, niczym się niewyróżniający. Nikt patrzący nań z zewnątrz nie mógł się domyślić specjalnego przeznaczenia. Wewnątrz wozu bowiem zamiast półek ustawiono kilka wygodnych foteli, a skomplikowany system wentylacyjny dostarczał do środka odpowiednią ilość świeżego powietrza. Dzięki temu i dzięki specjalnemu płóciennemu dachowi, który konstrukcja z drągów utrzymywała nad dachem właściwym, pasażerom nie było gorąco nawet w upalne dni. Problemem mogła być tylko nuda w przypadku dłuższych podróży. Z wnętrza nie dało się podziwiać mijanych krajobrazów, ponieważ producent zrobił w ścianach jedynie wąskie szpary obserwacyjne, wyłącznie do określania stopnia niebezpieczeństwa, które mogło grozić.

Randowi i Aie, którzy podróżowali specwozem, nie zależało jednak na widokach. Priorytetem było jedynie to, żeby nikt nie wiedział, że to oni właśnie jadą do jednej z najwspanialszych rezydencji w okolicy na spotkanie w bardzo wąskim gronie.

– Mam nadzieję, że nie mieszasz się w żaden spisek – wychrypiała Aie.

Rand aż się poderwał z wyplatanego fotela.

– Ty w ogóle nie wymieniaj tego słowa! – uniósł głos. – Najlepiej zapomnij! Zapomnij, że takie słowo istnieje.

– No dobrze, już dobrze. – Aie tylko wzruszyła ramionami, zdziwiona jego reakcją. – Turkot kół jest tak dojmujący, że z góry współczuję każdemu, kto chciałby podsłuchiwać.

– Czego mu współczujesz? – dał się zaskoczyć.

– Utraty słuchu.

– Wiesz? Mało śmieszne.

– Ten turkot zresztą wyraźnie się zmienił od pewnego czasu. – Nie zważała na jego humory. – Chyba zjechaliśmy z cesarskiej drogi.

– Podobno gospodarz wybudował sobie własną drogę prowadzącą do jego posiadłości. Ze szlifowanego kamienia!

Aie parsknęła śmiechem.

– Jak posadzka w pałacu cesarzowej?

– Tak. Jak lśniąca posadzka.

– He, to mu tę drogę zrypiemy naszymi kołami. One mają metalowe obręcze.

Tym razem Rand wzruszył ramionami.

– To sobie wymieni nawierzchnię najwyżej.

– Nie mów. Jest aż tak bogaty? – nie mogła uwierzyć Aie. – Woźnica pewnie klnie w żywy kamień. Przecież musimy się ślizgać jak na zamarzniętej kałuży.

– Dopóki jedziemy, to strachu nie ma. Gorzej może być na zakręcie.

Ochroniarka zbliżyła oczy do najbliższej szczeliny obserwacyjnej. Niewiele było przez nią widać. Z tego, co czytała, nie powinno być żadnych zakrętów. Droga prowadząca do cudownego pałacu podobno była idealnie prosta, z jednym jedynym wyjątkiem. Według legendy właściciel posiadłości sam narysował na mapie, jak droga ma przebiegać. Po prostu przyłożył linijkę i pociągnął według niej kreskę, a nikt z architektów nie śmiał dyskutować. Przekopano więc wzgórza, zbudowano mosty nad rozpadlinami, rozwalono parę wsi, kilka innych przeniesiono, ale droga była prosta, tak jak chciał inwestor. Z wyjątkiem półkolistej zatoki na samym środku. Złośliwi twierdzili, że to złamanie konsekwencji spowodowane było tym, że zleceniodawca nieumiejętnie trzymał przyłożoną do mapy linijkę i niechcący obrysował sobie własny kciuk. Tak też poprowadzono drogę, bo przecież pytać o zasadność jakiejkolwiek linii nikt nie śmiał.

Rand domyślił się, czego Aie szukała wzrokiem.

– To nie ta droga, zatoki nie będzie.

– A szkoda. Sprawdziłabym, czy legenda mówi prawdę.

– My jedziemy z drugiej strony. Wypakują nas w magazynie, poza zasięgiem wzroku kogokolwiek.

No i znowu szkoda. Pewnie zaprowadzą ich od razu do jakichś odizolowanych pomieszczeń i nie zobaczą cudownego domu. O nim też krążyły legendy. Podobno przez wnętrze pałacu przepływała prawdziwa rzeka. Rosły tam egzotyczne drzewa i rośliny, a po pokojach latały kolibry i rajskie ptaki.

A może i dobrze. Obecny właściciel odcinał się od stylu bycia swojego przodka, któremu budowano drogi według obrysowanego przypadkiem kciuka. Ten był bezpośredni, przyjazny i niebudujący dystansu. Nowy styl do nowych czasów.

– Dojeżdżamy.

Turkot kół na kamieniu znowu zmienił natężenie. Zwolnili wyraźnie, rozległo się dudnienie, jakby przejeżdżali przez jakiś most, a po chwili ogarnęła ich ciemność.

Nie zatrzymali się od razu. Sądząc z odgłosów, jechali dalej we wnętrzu jakiejś gigantycznej budowli. Woźnica powściągnął konie, a szczeliny obserwacyjne zajaśniały blaskiem latarni.

Ktoś zastukał od zewnątrz w umówiony sposób. Rand odbezpieczył wielką zasuwę. Drzwi otworzyły się błyskawicznie.

– Witajcie, panie! Pani!

Rosły służący pomógł im wysiąść. Wnętrze nie było tak wielkie, jak mogli się spodziewać. To rzeczywiście był rozświetlony licznymi latarniami magazyn. Tyle tylko, że zupełnie pusty. Służył wyłącznie temu, by goście, którzy składali poufne wizyty, mogli wysiąść z pozasłanianych szczelnie powozów z dala od czyichkolwiek oczu.

– Czy zechcą się państwo odświeżyć po podróży?

– Myślę, że nie ma takiej potrzeby – odparł Rand.

– W takim razie zapraszam na pokoje. Zebranie zacznie się niebawem.

Służący poprowadził ich na górę małą, idealnie szczelną klatką schodową, również oświetloną latarniami. Dopiero na piętrze poczuli pierwszy powiew świeżego powietrza. Służący przekazał ich podręcznej, a ta zaprowadziła gości do pokoju wypoczynkowego. Na szczęście jego wnętrze nie oszałamiało ostentacyjnym bogactwem. Można je było określić słowami: dyskretna elegancja. Nie było jak w pałacu cesarskim stołów uginających się pod przekąskami, nie było całej rzeszy służących. Cicho, wygodnie, przyjaźnie. Wielką atrakcję stanowił półbalkon, z którego można było podziwiać ogromne sztuczne jezioro, z wyspami porośniętymi każda innym rodzajem roślinności. Poręcz ocieniała naturalna żaluzja z bluszczu. Sprytne rozwiązanie. Stąd można było obserwować wszystko, z zewnątrz nie było widać, kto patrzy.

Pokój miał jeszcze jedną zaletę. Był potwornie wysoki, właściwie to przypominał wnętrze wieży. I w związku z tym całe ciepło gromadziło się pod sufitem, pozostawiając na wysokości stojącego człowieka miły chłód. Podręczna podała wyjęte z chłodni chusty, którymi mogli przetrzeć twarze i szyje. Potem zaserwowała zimne wino i wyszła. Tu rzeczywiście dawało się odpocząć. Siatkowe hamaki i szemrząca, spływająca po ścianie woda. Leciuteńkie tchnienie zimna z głębokich piwnic i szum poruszanych sztucznym nawiewem wiązek aromatycznych ziół. Upał nie dokuczał.

Podręczna nie kazała im długo czekać. Pojawiła się tak bezszelestnie, że oboje, Rand i Aie, zastanawiali się, z czego zrobiono jej sandały.

– Panie – dziewczyna zgięła się w ukłonie przed Randem – gospodarz zaprasza na spotkanie.

Rand odpowiedział zdawkowym ukłonem. Podręczna podeszła do Aie.

– Czy zechcesz, pani, w tym czasie obejrzeć naszą posiadłość? Zapewniam, że jest tu wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia.

– Z ogromną chęcią! – Aie energicznie zerwała się z hamaka. – Nie wyobrażasz sobie, że właśnie o tym marzyłam!

Podręczna uśmiechnęła się i pochyliła głowę.

– Proszę za mną. – Ręką wskazała kierunek.

Nie musieli iść daleko. Prywatny, absolutnie odizolowany od otoczenia gabinet właściciela przypominał raczej pokój zebrań kupców, z okrągłym stołem pośrodku, żeby nikt nie poczuł, że siedzi na gorszym miejscu. Kiedy podręczna wprowadziła Randa do środka, Baruch podniósł się ze swojego miejsca.